zBLOGowani.pl
Blog > Komentarze do wpisu
Sylvie Simmons, Leonard Cohen. Jestem twoim mężczyzną, Marginesy 2013

 

(Leonard Cohen w Londynie, 1960, prywatne archiwum L. Cohena, źródło: http://www.theglobeandmail.com)

 

1. 

Tak wygląda moja prywatna biografia Leonarda Cohena:

Na początku był magnetofon szpulowy. Cały pasjonujący obrządek podłączania go do głośników, wyciągania podpisanych drobnym pismem taśm z szafki, nawlekania ich, a następnie ten chropawy dźwięk, pisk, kiedy gałką przesuwało się w przeciwną stronę, i ten niedający się zapomnieć głos: It's four in the morning, the end of December. Próbuję sobie to ułożyć w głowie, ale chyba momentem, który najbardziej zmienił mój dom, był ten moment, gdy muzykę zastąpił kolorowy telewizor z satelitą. Zresztą wtedy nikt już nie słuchał taśm, a potem nikt już nie słuchał płyt (ten obrządek, z uwagi na konieczność dbałości o igłę i nieporysowania powierzchni, był jeszcze bardziej uroczysty z użyciem opuszek palców i cieniutkiego pędzelka). A potem można było słuchać wszystkiego, ale już się nie chciało słuchać, bo taki był wokół hałas niemiłosierny. Wraz z telewizją o wielu programach, cisza umarła. Nawet nie wiecie jak tęsknię do tamtego domu, do taśm z Cohenem, Pink Floydami i Astrud Gilberto, nie mówiąc już o winylach z Bachem i Skaldami.

Wiele lat później, spotykaliśmy się na randki z A. Jechało się zaraz do Wa., pociąg był zapchany, czasem spotykało się innych migrantów, na dworcu zwykle był tłum odprowadzających i odjeżdżających, a pociągi, od tamtych czasów niewiele się zmieniły, to akurat łatwo sobie wyobrazić. Wiem, więc nie polecam. Piliśmy z A. herbatę i słuchaliśmy A Thousand Kisses Deep. Była jesień, zima dwa tysiące pierwszego, a potem jeszcze kilka pór roku. My, a w tle Leonard Cohen. (Pisałem już o tym. Nie jest tak, że wyłącznie słuchaliśmy Cohena, nie twórzmy jakichś muzycznych legend, ale to Cohen ma być w tle na tym obrazku. Później, pierwszy rok razem na Saskiej Kępie, będziemy słuchać Arethy Franklin i słońce będzie wpadało do pokoju, zawsze w tym miejscu dopowiada to A.)

2.

Biografię autorstwa Sylvie Simmons (bardzo ładnie wydaną!) kupiłem odruchowo - chociaż nie lubię biografii muzyków - po artykule o Montrealu. Jest to opowieść o chłopaku z bogatej żydowskiej rodziny, który najpierw staje się poetą i dość awangardowym pisarzem, a następnie przeistacza w gwiazdę. W międzyczasie zajmują go właściwie dwie rzeczy, dwie siły napędowe: seks i religia. Dobrze: jest jeszcze wyspa, grecka Hydra, na której za tysiąc pięćset dolarów kupuje dom.

Trudno zliczyć wszystkie kochanki Leonarda Cohena. Próbę wypisania tych najważniejszych, po których zostały piosenki (jak Suzanne, Marianne, Janis Joplin giving me head on the unmade bed), podejmuje Simmons. Pisałem już kiedyś, że tkwi we mnie jakieś nieświadome założenie, że życiorys idealny powinien być monogamiczny, cała twórczość powinna się składać na hymn miłosny do jednej osoby. Założenie to jest w gruncie rzeczy fałszywe, niebiorące pod uwagę tego, czym jest życie, prowadzi więc do rozczarowań. Chociażby wspomniany już powyżej "Niebieski prochowiec", który dla mnie zawsze był tekstem zdradzonego monogamisty, w kontekście biograficznym Cohena znacząco traci na dramatyzmie.

Erotyzm Cohena nie jest łatwy do opisania. Bo z jednej strony, jest w nim jakaś gorąca pasja (jak w przytoczonej scence, gdy nastoletni Leonard hipnotyzuje gosposię, i jak w wypełnionych tą pasją piosenkach), z drugiej - sięga aż do pornografii. Zresztą granica między pornografią a erotyką nigdy nie jest wyraźna (że wspomnę naturalistyczne zdjęcia Nan Goldin z "The Ballad of Sexual Dependency").

3.

Simmons kilkakrotnie o tym wspomina. Cohen jest religijny, a jego religijność jest paradoksalna. Bo Cohen ciągle poszukuje: u buddystów, u scjentologów, u chrześcijan, u hare-krysznaitów (trudno zliczyć wszystkie denominacje), aż pasowałby tutaj cytat ze św. Augustyna o niespokojnym sercu. Religia u Cohena nigdy nie daje ostatecznej odpowiedzi, za to bez ustanku zadaje pytania.

Ale jednocześnie Cohen przez całe życie pozostaje wierny swojemu, zapisanemu w nazwisku, przeznaczeniu: jest kohenem. To, co fascynowało mnie w jego muzyce, to właśnie ów modlitewny ton. Nieważne, że jego psalmy powstawały na kwasie albo mandraxie (do czasu lektury Simmons nie podejrzewałem, że Cohen pisze i śpiewa tak narkotycznie), w końcu Bóg potrafi przemawiać na rozmaite sposoby.

Ważniejsze w muzyce wydaje mi się to, co człowiek czuje, gdy jej słucha, niż to, co twórca chciał przez nią wyrazić i w jakich czynił to okolicznościach. W ten sposób z książki Simmons znów wracam do prywatnej biografii Leonarda Cohena.

4.

Pamięć służy temu, aby dokonywać selekcji wydarzeń. Z mojej prywatnej biografii Leonarda Cohena (w punkcie 1) też wycinałem, szlifowałem, żeby była gładka. W pisaniu liczy się przecież odpowiednia kompozycja.

W czasach licealnych jest jeszcze historia o G. G. fascynowała się Cohenem, później zresztą została szefową albo wiceszefową fanklubu, a w sieci znalazłem jej zdjęcie z nim, ona zawsze uważniej niż ja wczytywała się w tekst. Dlatego dużo wcześniej doceniła samobójczy Dress Rehearsal Rag, zawsze przy tej piosence opowiadała z fascynacją o tym jak należy podcinać sobie żyły, żeby się udało. Strasznie wtedy byłem naiwny, uganiałem się za obłokami i zapisywałem kolejne zeszyty. Ponad tym wszystkim zawsze unosił się Cohen, patron smutnych młodzieńców o melancholijnym spojrzeniu i podkrążonych oczach.

 

niedziela, 12 kwietnia 2015, kozmo1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: