zBLOGowani.pl
Blog > Komentarze do wpisu
Dziennik. Wszystko się zmieniło

 

 

1.

Triduum to jest Kosmos. W końcu wyprowadza cię w święty czas, taki, co tkwi poza czasem i dzieją się w nim rzeczy, których nie pojmiesz na zdrowy rozum. Na przykład jednej nocy na nowo stwarza się świat a innej umiera Bóg. Ale z Dzieckiem to też jest kosmos. A skoro żąda uwagi właśnie tu i teraz, to nie możesz po prostu zniknąć. Nigdy tak daleko nie było mnie od Kosmosu.

2.

Opowieści świąteczne, które pisuję dwa razy do roku zawsze mają ten sam przewidywalny układ. Będzie McDonald w Garwolinie, zachwyt na Wyżyną z jej środka i melancholia w Lu. Zawsze są te trzy: czytanie autora bloga staje się cokolwiek nudne. Teraz też - właśnie w piątek, omijając korki drogami wojewódzkimi i krajowymi, poczułem ochotę na fishmaca, głód po tygodniowym, niedobrowolnym poście. I pojechaliśmy do Garwolina i wyciągnęliśmy Dziecko, i znowu był w środku gwar i szczebiot. I tylko ryba w bułce okazała się nie spełniać moich wyobrażeń. Ale na to było za późno, jeden raz do syta, z frytkami. Zaczynało padać.

3.

- Po co ratować owieczkę z połamanymi wszystkimi nóżkami? - komentowałem A. fragment jakiegoś kazania z wieczornego czuwania.
- Po co Calineczka ratowała jaskółkę? - odpowiedziała pytaniem A.

4.

Może to dlatego, że niebo było ołowiane, a może dlatego, że za dwa dni mieliśmy znowu je opuścić i znowu zapomnieć, Miasto w wielkosobotnie popołudnie popadło w melancholijny nastrój. U kapucynów ludzie tłoczyli się do spowiedzi na ostatni moment, u wizytek i Ducha zamknięte, sprzątali, u Pawła - harcerze przy grobie wyglądali jak siedem nieszczęść, a w dawnym kościele jezuitów Dziecko obudziło się i przeraziło manieryzmem na suficie. Wszystko się zmieniło, chciałem powiedzieć A., ale przypomniałem sobie, że wyjechałem z Miasta prawie dwadzieścia lat temu, więc je akurat spokojnie mogę usprawiedliwić.

5.

Gdy Pan Bóg stwarzał świat, ksiądz kanonik wyciągnął z kieszonki złożony birecik, wygładził brzegi, pogłaskał purpurowy pomponik, nałożył na głowę i powrócił do snu o wielkości.

6.

Przez pewien czas na Wielkanoc nastawiałem Haendla na piątą trzydzieści. Alle-lu-ja - budził cały dom i zrywaliśmy się w słoneczny poranek na rezurekcje. Dziecko dzielnie zastępuje londyński chór, woła buła i zrywamy się, ale przeczekujemy bicie dzwonów. Wszystko się zmieniło - nie chcę zanudzać A. swoimi refleksjami - Wielkanoc też.

(Poza tym my; polne ścieżki, które stały się alejami; babeczki, które zmieniły ciasto; miejsca przy stole inaczej zajęte; potrawy, które zaczęły a które przestały smakować; widoki z okien; wierzchołki drzew, itd., itp.)

7.

Tego dnia powinno się przemykać do kościoła między kałużami, unikając wiader i butelek, nasłuchując wesołego harmideru, krzyków i bieganiny. Jeszcze parę lat temu właśnie tak było, ale teraz zalega cisza: żadnych mokrych ubrań, ociekających włosów, wodnych bitew pomiędzy blokami. W tej ciszy, mimo Zmartwychwstania martwej, opuszczamy Wyżynę. Dopiero jakieś sto kilometrów dalej, na mazowieckiej wsi natrafiamy na pierwszy (i ostatni) tego dnia Śmigus Dyngus. A więc to też już jest inaczej - odzywa się w autorze bloga etnograf i skrupulatnie notuje

8.

Czytanie autora bloga staje się cokolwiek nudne. Bez dziennika, przynajmniej na jakiś czas.

(13-17.04.2017)

 

poniedziałek, 17 kwietnia 2017, kozmo1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: