2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
zBLOGowani.pl
Blog > Komentarze do wpisu
Dziennik pisany w lipcu (odc. 4)

 


(Giorgio de Chirico, Tajemnica i melancholia ulicy, 1914, kol. pryw., źródło: tumblr.com)

 

Zapiski z Polski (I)

Wróciliśmy z placyku i okazało się, że ominęły nas dwa konkurencyjne orędzia. Lipiec, który wstrząsnął – zdawało się – uporządkowanym państwem raźno kroczącym ku swemu przeznaczeniu (Idź na wschód ku stepom!) powoli dogasał. Będę się upierał przy swojej historiozofii: nazwijmy to boskim przeznaczeniem, karmą albo losem - w Polaków jako ogół wpisany jest popęd ku niewoli, ku byciu pod batem folwarcznego pana, cara albo innego autokraty. W tym kontekście rok osiemdziesiąty dziewiąty to jakiś dziwny traf, przypadek wbrew regule. Niemniej tego lipca coś się zmieniło.

Po raz pierwszy przełamany został monopol na patriotyczne uniesienia bezczelnie zawłaszczany przez przedstawicieli władzy. Tłum ze świecami śpiewający „Warszawiankę”: to doświadczenie, którego nie da się ot tak zatrzeć. Pojawiła się nagle wspólnota broniąca państwa przed destrukcją jego instytucji. Ze wszystkich badań wynikało, że Polacy nie są przywiązani do państwa a w kilka wieczorów okazało się dla wielu, że państwo jest wartością, którą obywatele muszą chronić przed zaborczą władzą.

Po drugie, w nerwowej przemowie nocą w sejmie, umiłowany Przywódca odsłonił swoją małość. Że za wielkimi sloganami, za mowami o patriotyzmie i naprawie kraju, za homiletycznym tonem i fanatycznymi orgazmami jego popleczników, stoi mały śmieszny dyktator in spe, marna podróbka Antonio Salazara, dla którego chorych fantazji Polska jest dzisiaj - pod wielkimi hasłami - ośmieszona i niszczona (lub - jak chce autor bloga - wraca do swego przeznaczenia).

Czy nie wydaje się w tym kontekście przykre, że państwo, które parę lat temu było wzorcowym przykładem dla innych, dziś jest pokazywane jako dziwoląg. Pod hasłami umocnienia swojej pozycji na świecie, skłóca się z sąsiadami, traci sojuszników i staje się chorym człowiekiem środkowej Europy? Czołówki gazet mówiące o Polsce, mówią dziś o niej takim językiem jakim się mówi o Turcji albo Wenezueli. Co nie przeszkadza szczekaczkom wołać o wielkim sukcesie i mocarstwowej roli (karma: to samo wołała junta pułkowników u progu drugiej światowej).

W te lipcowe dni przełamany został również monopol na język. Język pogardy i kłamstwa, fałszywy język, którym operuje władza (a jest to język wszystkich reżimów świata, por. inwektywy wobec opozycji w stanie wojennym w tym artykule) udało się w małej części zastąpić językiem odpowiedzialności, językiem włączającym. Wystarczy porównać przekaz telewizji publicznej, która śmiało już może konkurować z Radiem Tysiąca Wzgórz, z przemową Jacka Dehnela (tutaj): świeckim kazaniem właśnie o języku, którego trudno nie przyrównać do wawelskiego kazania Tischnera o solidarności.

Dlaczego piszę o świeckim kazaniu? Czy nie dlatego, że w te dni Kościół milczał i swoim milczeniem legitymizował i niszczenie państwa, i pogardę w języku? A na koniec wystąpił z listem pochwalnym, okazując się kunktatorski i do cna zakłamany. Zabrakło Kościoła: to też prognoza na przyszłość polskiej polityki, w której hierarchia splotła się z jedną opcją polityczną, co doprowadzi ją koniec końców do porażki (24.07.2017).

Pocztówka z Polski

Okładka wspierającego rząd szmatławca przedstawiająca biednych, wymęczonych ludzi, którym zawalił się świat z podpisem "Uchodźcy przynieśli choroby" i ponad tytułem dopiskiem "śpiewnik z Powstania Warszawskiego". O dawnych ofiarach, które popadły w taką pychę, że bliżej im teraz do katów niż do ofiar (25.07.2017).

Niepisaniowość

Po paru dniach przejaśnień - do Anki - zimne wieczory i poranki. Lato pozbawione twórczości, wyblakłe, wymęczone, nie do zapamiętania. Wybaczcie. Wiecie, że piszę to później, parę dni potem. Dziennik mozolny, dziennik pozbawiony kształtów (26.07.2017).

Gowin

W cyklu o najpiękniejszych fotografiach „The New Yorker” pochyla się nad portretem sikającej żony Emmeta Gowina (tutaj), fotografii tak czułej, tak cudownie miłosnej, choć trudno określić ją nawet jako akt.

Banały chronią przed złożonością i intensywnością bezpośredniego doświadczenia, pozwalają oddzielić się nam od rzeczywistości, ale ta fotografia przyprowadza miłość tak blisko nas, że prawie czujemy jej ciepły oddech.

Otoczeni fotografiami nie umieramy naprawdę, to triumf oka nad przemijaniem (27.07.2017).

Porcelana

Miniaturowa para: wychodzę z pracy, kiedy ich widzę. Nie wiem ile mają lat: dziesięć? dwanaście? trzymają się mocno za ręce i maszerują rozletnionym Krakowskim. Jakie to wszystko było śmieszne wtedy, te miłości, te łzy, rozmowy o życiu, które się wydaje (28.07.2017).

Inne przyjemności

Albo żeby opisać letni dzień. Kiedyś przychodziło to łatwo. Miało własne światło i smak czereśni albo zdjęcia porcelany, albo tęsknota Kawafisa. Ciało było tajemnicą lub pępek. Gdzie ta cielesność, łapczywość, gdzie ona?

Jemy pizzę pod białym parasolem (29.07.2017).

Zapiski z Polski (II)

Symbolem tej wszetecznej siły, tego fatum, które nieuchronnie pcha Polaków ku ich przeznaczeniu, ku dumnej samotności, kiedy zostanie nam tylko rozczulanie się nad swoim losem i rozpamiętywanie, który wróg co złego nam uczynił, bo my byliśmy dziewiczy, na zawsze pozostanie dla mnie Minister Żołądź.

Jak mógłbym pisać pięknie jak kiedyś, skoro myślę o nim? (30.07.2017)

Przed wojną

Broniliśmy tej kładki, co ją Uniwersytet Marii Curie Skłodowskiej chce wyburzyć, a która prowadzi do biblioteki uniwersyteckiej. Była wojna. Chroniliśmy się gdzieś w podziemiach budynku: sterownia z lampkami i wskaźnikami. Pojawił się wówczas Jacek Dehnel i zaczął mówić o co naprawdę walczymy, o coś więcej  - nie pamiętam. Nadeszła wojna, a ja nie pamiętam (31.07.2017).

 

środa, 02 sierpnia 2017, kozmo1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: