zBLOGowani.pl
Blog > Komentarze do wpisu
Dziennik z Londynu

 


(Kolekcja kolibrów, Muzeum Historii Naturalnej w Londynie, źródło: a.b.)

 

Autor

Za miesiąc kończę trzydzieści osiem lat. Ale na trzydzieści osiem czuję się już od dawna, od miesiąca, dwóch. Może nawet na czterdzieści. 

(Zawsze przygotowany na najgorsze.)

Home

Tych, którzy wracają witamy w domu - powiedziała po polsku stewardessa w Luton. 

(Całkiem ich tu sporo, uświadamiam sobie, tych, co zapełniali dzienniki, które autor przyszłego bloga zapisywał wieczorami, tych co nawet zdążyli na jego czytanie, choćby T., tych, co stali się zupełnie obcy w Warszawie a potem na amen wyjechali. Do podręcznika z angielskiego).

Klasa ogólna z angielskim

Rok temu w lutym zobaczyłem Londyn i powiedziałem A., że pojedziemy tam razem. No to jesteśmy. Pan nie radzi sobie przy czekinie. 

(Patrz, mówię, anglicyzowali nas po cichu. Więcej wiemy o Londynie, o mind the gap, o krukach w Tower niż o jakimkolwiek innym mieście. Cały poczet nauczycieli i nauczycielek wbijał nam to do głowy. No to jesteśmy).

Pora obiadowa

Cmoka ze smakiem, ślinka cieknie, Francuz na widok wypchanego dzika. 

(Jesteśmy w świątyni Darwina. Obejrzeliśmy naszego wujka z Neandertalu, tyranozaura, co kłapie zębami, wypchanego Niedźwiedzia, tego od Maszki, choć nieco wypłowiał, i kamieni szlachetnych na metry. Za chwilę pójdziemy na obiad, ale na razie przy wypchanym dziku słuchamy Francuza).

Słoń nr 15

Kiedy usiądzie się na górze, przed przednią szybą, w czerwonym autobusie, a jeździliśmy nimi zawzięcie, kłócąc się ze sobą o miejsce: ja z Dzieckiem i M., to wtedy jest jak na słoniu. Przyglądasz się dachom furgonetek, na zakrętach rozbijasz w pył mniejsze auta i wjeżdżasz prosto w uciekających turystów. 

(Dlatego ani ja z Dzieckiem, ani M. nie możemy ustąpić sobie miejsca).

Thirteen

Skoro moją pasją jest podglądanie i podsłuchiwanie, tudzież zaglądanie do czytanych książek, w Londynie uważnie wynotowuję ten galimatias kolorów i języków. Na przykład kiedy idziemy wieczorem na makaron.

(Trwają czyjeś trzynaste urodziny, o czym świadczą baloniki w kolorze pink, por. Maszka, odcinek 44, i każda z zaproszonych zdaje się być przedstawicielką innego skrawka świata. Ach, jak mi tu dobrze, mówię do siebie, lepiej nawet niż w berlińskim metrze, jakże nie lubię narodów żyjących w akwarium).

Elwira

Po to tu przyjechaliśmy (choć może wcale nie po to, pomyślę później, tylko żeby pobyć przez chwilę z przyjaciółmi, jeść arbuza w kostkach i kłócić się o miejsce przy oknie?), znów dostaję dreszczy jak w salach z Balthusem.

(9 marca 2015 roku znienacka, bez żadnego komentarza, pojawił się na blogu Amadeo Modigliani. Przyjemność obcowania ze sztuką wypierała przyjemność oglądania filmów. A.M. opanował mnie zupełnie. Już wtedy była tam Elwira.

Stoję pośród kobiet, które namalował (a które za czasów A.M. budziły oburzenie: portretował bezwstydnie ich włosy łonowe). Owe panny z Montmartre'u i Montparnasse'u, dzisiaj zaliczamy do nieśmiertelnych. Wśród nich Elwira uśmiecha się nieśmiało. Wszystkie one, ona także, mamią swym oczami niespokojnymi, upojnymi. Zostań z nami, mówi Elwira.

Dlatego obejrzawszy wszystkie sale zachwytu, nie mogę wyjść tak po prostu, muszę jeszcze powrócić, pożegnać się z nią. Modigliani, Tate Modern).

Zuzanna

Pomiędzy poważnymi Holbeinami, dziewczynką Degasa, której niania rozczesuje włosy na plaży, kąpiącymi się w kropkach chłopcami Seurata, patrzy na mnie Zuzanna. Zuzanna wychodzi z kąpieli, nie ma obok niej starców. Zaraz zaraz, to ja ją podglądam. To ja jestem starcem (Francesco Hayez).

(Za miesiąc kończę trzydzieści osiem lat. Ale na trzydzieści osiem czuję się już od dawna).

Raj

Bawimy się z Dzieckiem w raj na Soho Square. Po wszystkich trawnikach możesz biegać, zbierać liście palm, przysłuchiwać się głosowi czarnego ptaka, nie wolno ci jedynie deptać tej grządki, na której rosną tulipany. Dziecko unosi podeszwę. Ten moment, ta pokusa. I nagle zjawia się archanioł w żółtej kamizelce, i wygania nas i gości tulących się na ławkach, i zamyka ogród. Dlaczego zamknęli? - pyta Dziecko, a ja odpowiadam, że siedemnasta trzydzieści.

(Powróciliśmy więc do irlandzkiego kościoła, gdzie Dziecko zdołało rozrzucić ulotki Czym jest życie wieczne?)

Autor (repryza)

Obfitość symboli: motyle, które łowił pan V.N. (motyl jest jedynie motylem, ale cóż począć z imago jako metaforą?) i huśtawki, na których bachantki czciły Dionizosa (zapewne nie śpiewały przy tym: Ogórek, ogórek...)

(Wszystko co robimy po to, żeby nie zapomnieć, pieszczotliwie uchwycić się czasu, który jest pomiędzy nami. Sztuka, fotografia, literatura, kilka momentów z przyjaciółmi. Coś, co jest naprawdę i mija).

Noc, w którą wracamy

Zaczął padać śnieg. Znów jeździliśmy czerwonymi autobusami i biegliśmy po moście. Tomik kosztował jedynie funta (co za gratka dla kolekcjonera miejsc, słów, pamiątek podróżnych). Kiedy odmrażają nam skrzydła, J. i M. siedzą za nami, czytam o Śmierci Fryzjerze.

(It’s just/ a moment/ he said, we die/ every night, William Carlos Williams)

  

piątek, 02 marca 2018, kozmo1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: