zBLOGowani.pl
Blog > Komentarze do wpisu
Zygmunt Klukowski, Zamojszczyzna 1918-1959, Karta 2017

 


(Widok Szczebrzeszyna na początku XX w., źródło: http://shtetlroutes.eu)

  

Podręczniki do historii zawsze kłamią, powtarzam to swoim studentom, tym nielicznym, którzy nie wychodzą w trakcie przerwy, udając, że to wcale nie oni. Jeśli więc historia ma być nauczycielką życia, potrzebne są bezpośrednie relacje, dowody na istnienie. Tylko w ten sposób można zwalczyć złudne idee. Tom Klukowskiego jest w tym zakresie dziełem bezcenny.

Historia pisana z perspektywy Szczebrzeszyna jest inna niż ta warszawska, mniej patetyczna, bardziej okrutna. Nie poddaje się dyktaturze jednoznaczności. Opowieść o wielkich Polakach staje się opowieścią o ludzkim losie, w którym bohaterstwo miesza się ze zdradą, a czyny wspaniałe z czynami podłymi. Historia widziana w ten sposób nie nadaje się do budowania pomników, za to pozwala zobaczyć to, czego autorzy podręczników pokazać nie chcą. Zwyczajność życia i śmierci.

Spróbujmy z Zygmuntem Klukowskim przyjrzeć się historii przez pryzmat dzisiejszych mitów (wspaniałość II Rzeczypospolitej, największe drzewo w Yad Vashem, którego wciąż nie ma):

Za trumnami szły wielkie tłumy ludzi. Rzucał się w oczy zupełny brak księży. Okazało się, że w całym Zamościu nie było ani jednego księdza, czy to cywila, czy kapelana wojskowego. Wszyscy zwiali przed bolszewikami, bez skrupułów porzucając swoich wiernych parafian (s. 18).

W którymś roku sprowadzono z zagranicy jakieś nowe ogromne maszyny do tartaku. Okazało się, że na ustawienie tych maszyn tartak się nie nadaje, zaczęto go przerabiać, dostosowywać, a maszyny stały na dworze i psuły się. I w rezultacie nic z tego nie wyszło, a koszty związane z tą imprezą wynosiły miliony złotych (s. 46).

Paragraf aryjski został uchwalony niemal jednogłośnie, bo zaledwie około sześciu delegatów głosowało przeciw niemu (...) Nie pozwalano wypowiedzieć się tym kolegom, których wywody nie odpowiadały intencjom fanatycznego antysemickiego ogółu (s. 110).

W 1938 roku na dobre rozszalała się akcja tępienia prawosławia (...) [Starosta] zaprosił mnie zaraz do starostwa i w swoim służbowym gabinecie w bardzo serdecznej i poufnej rozmowie zaczął szeroko rozwodzić się nad koniecznością zwalczania prawosławia, wskazał na otrzymywane okólniki i instrukcje urzędowe (s. 113-114).

Zaczęto od szykanowania w najrozmaitszy sposób. Od wszystkich urzędów i instytucji samorządowych zażądano spisu prawosławnych i Ukraińców i stopniowo usuwano ich z posad, niezależenie od kwalifikacji (...) rejenci mieli wyraźne polecenie, by nie dopuszczać do nabywania nieruchomości przez nie-Polaków. W kilku miejscowościach odpowiednio nastawiona ludność rozebrała, rzekomo samorzutnie, drewniane cerkwie prawosławne (s. 118).

7 września. Ewakuują z Warszawy ministerstwa. Dygnitarze z rodzinami, ministrowie, wyżsi wojskowi, korpus dyplomatyczny - wszyscy pędzą na wschód i na południe. Przy wielu samochodach chorągiewki państwowe. Ucieka elita, wnosząc niesłychane zamieszanie, graniczące z paniką (s. 136).

21 września. Piękne limuzyny, niektóre jeszcze lśniące, a przeważnie celowo niemyte lub nawet całe wysmarowane gliną dla zamaskowania przed okiem nieprzyjacielskich lotników, najczęściej ze znakami rejestracyjnymi Warszawy, przeładowane były uciekającymi i ich rzeczami. Niezwykle przykre wrażenie sprawiał widok stosunkowo dużej liczby oficerów wyższych szarż uciekających razem z rodzinami (s. 143).

6 grudnia [1939]. Niestety, nawet sami Niemcy przyznają, że broń znajdują we wsiach najczęściej wskutek donosów rozmaitych kolegów, sąsiadów (s. 180).

17 grudnia [1939]. Ludzie się łudzą na różne sposoby. Jedni wierzyli w przepowiednie św. Andrzeja Boboli, że niewola trwać będzie 101 dni, i obliczali dzień wyzwolenia na 8 grudnia, inni znów entuzjazmowali się opowiadaniami o tym, jak Matka Boska na cudownym obrazie w Częstochowie rozłożyła ręce i na dłoniach można było wyraźnie wyczytać datę 12 grudnia (s. 183).

11 stycznia [1940]. Wezwano mnie dzisiaj do chorego Żyda z odmrożonymi stopami. Jechał z Warszawy koleją z zakupionym towarem. Opowiadał z płaczem, jak jeszcze na dworcu w Warszawie wyrzucili go z wagonu pasażerowie Polacy, zabierając część towaru (...) Metody niemieckie znajdują grunt w niektórych sferach społeczeństwa polskiego (s. 189).

19 lutego [1940]. Nigdy nie przypuszczałem, że szerokie warstwy ludności polskiej są tak słabego ducha i tak dalece pozbawione godności osobistej i narodowej. Z wyjazdem na roboty do Niemiec dzieją się rzeczy nieoczekiwane. Ludzie zgłaszają się dobrowolnie, nieraz całymi rodzinami (s. 196).

17 lipca [1940]. Całej brance [łapance Żydów] przyglądało się dużo ludności polskiej. Na wielu twarzach nie było znać najmniejszego współczucia, przeciwnie śmiano się i dowcipkowano (s. 221).

12 sierpnia [1940]. Zaczęła się obława [na Żydów] na mieście i w pobliskich wsiach. Brali w niej udział oprócz policji i dwóch milicjantów dość liczni obywatele miasta na ochotnika, z burmistrzem Boruckim na czele (s. 226).

Podobnie ma się sprawa z żołnierzami wyklętymi (oczywiście tak nienazywanymi). Klukowski, sam oficer Armii Krajowej, opisuje postępującą demoralizację: ostatecznie giną przypadkowi ludzie, bandyci pozują na bohaterów, a niegdysiejsi bohaterowie zajmują się bandyterką. Oddział opiewanego przez dzisiejszych historyków Dekutowskiego morduje czteroletniego chłopca tylko dlatego, że jego ojciec służył nowej władzy. Nie, nie ma tu heroizmu, jest brutalna wojna, która nie chce się skończyć.

Cóż o niej mogą wiedzieć ci młodzieniaszkowie w odzieży patriotycznej? 

 

środa, 09 maja 2018, kozmo1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: