zBLOGowani.pl
Blog > Komentarze do wpisu
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 1)

 

1. Minuta 

- Idziemy, idziemy - wózek trząsł się w zniecierpliwieniu. Dokoła wyło, dzwoniło i piekło (piekło cały dzień, nie tylko o siedemnastej). Najbardziej uroczyście wyglądali panowie z myjni, którzy wstali ze swoich plastikowych krzesełka, na których przesiadują od ósmej do dwudziestej drugiej, i teraz stali na baczność, częściowo topless. Inny gość o rumianych piersiach - pod pizzerią - naciskał z powagą klakson swojego beemwu. - Czemu nie idziemy? - dopytywał się wózek.

Na mieście ponoć szli ci, którym się pomyliło kto z kim walczył. Sam minister bezpieczeństwa publicznego pogratulował im zachowania zimnej krwi. O czystej, tym razem, nie wspomniał.

2. Końce

Nie zapisuję już, który to dzień upałów. Powietrza nie ma. Łapiemy je jak ryby na brzegu. Spotykamy się w hinduskiej knajpie na Kabatach. Klimatyzacja ledwo dycha. 

A co jeśli jesteśmy jak ogrodnik z piosenki Miłosza. Podwiązujemy pomidory, nie zważając na koniec świata i koniec Polski, jaką znamy?

(Dopisane: trzy dni później znajduję odpowiedni fragment w jednym z fenomenalnych opowiadań Buzzatiego: Pewnego dnia, około dziesiątej rano, nad miastem pojawiła się ogromna pięść. następnie otworzyła się, przybierając kształt szponiaste łapy, która zawisła na niebie nieruchomo jak bezkresny baldachim zagłady. Wyglądała jak z kamienia, ale nie była z kamienia, wyglądała jak ze skóry, ale nie była ze skóry. Wyglądała jak chmura, ale chmurą nie była. To był Bóg. I był koniec świata (s. 175)).

3. Stamtąd

W sierpniu jeszcze bardziej jestem nie stąd. Tutejsze mity nie są moje. W mojej prowincji Jasza Mazur i Józek Cz., również warszawski imigrant, co ginie absurdalną śmiercią - przed lustrem. Lipowa, nie Powązki. Lata mijają i przenosimy się do krain czasu przeszłego.

Zdjęcie z gór. Tęsknota za zmęczeniem i Drogą Mleczną, kawą z cukrem w schronisku na Polanach.

4. Piec

Po czterech miesiącach zdołaliśmy odkryć, że sklep rybny na hali - obiekt różnorakich westchnień (na przykład) - zamienił się w gruzińską piekarnię. Bucha od niej ciepło, choć niewyobrażalne dzisiaj, że może być jeszcze więcej ciepła.

Wydeptane ścieżki naszych kroków, na których nie ma miejsca na zaskoczenie.

5. Niedziela

W niedzielę plany mamy zawsze ogromne. Budzimy się o szóstej, za oknem burza. Dziecko znalazło się naszym łóżku.

Potem niedziela się niewyobrażalnie ciągnie. Dziecko pragnie rozrywki, my - spokoju. Uciec (do ludzi!) od gotowania i zmywania albo zaszyć się w jakiś Beskid albo chociaż dokończyć Buzzatiego

Przez pomyłkę pijemy późnym popołudniem mocną kawę. Dziecko już zasnęło. Dochodzi druga. Rozmawiamy o ogromnych planach, o tym, że nie warto ich snuć.

6. Obelżywość

Na środku Krakowskiego mężczyzna rozbiera się i oddaje mocz na zebrę. Uprzednio zdążył wykrzyczeć co sądzi o przechodniach, paru zaczepić i kilku pogrozić. Policja wciąż nie nadjeżdża. A gdyby - zamiast półnago - nałożyłby na siebie koszulkę z napisem KONSTYTUCJA już leżałby skuty z twarzą do ziemi i wdychał gaz pieprzowy

Albowiem nie ma w tym kraju nic bardziej obelżywego od konstytucji.

7. Kiedy po raz ostatni widziałem Paryż

Mogłem napisać coś o tamtym lecie, o Dziecku albo o A., tudzież o pociągu z klocków. Dręczy mnie ta banalność lata, banalność zapisów - pragnienie, żeby odlecieć. Tam.

- Kawa droższa niż w Paryżu - mówi jegomość z pretensjami o ósmej rano.

- Nie byłam w Paryżu - odpowiada Z., podając kawę.

- Ja mieszkam tam - łyżeczki stają na baczność.

(Przypis: Tam autora bloga to Północne Włochy. Cóż, skoro A. nie chce tam. Marzy o ciepłych krajach. Na próżno, ocierając pot z czoła, usiłuję ją przekonać, że ciepłe kraje teraz tu. Nawet renesans nie pomaga).

 


(Monchique, 2017, źródło: a.b.)

8. Monchique

Tego lata, które astronomicznie rzecz ujmując było jeszcze późną wiosną, na niedzielną mszę pojechaliśmy do Monchique. Zdziwił nas nieco tłum w dusznym kościele, ale znaleźliśmy całkiem dobre miejsce na stopniach konfesjonału. Pojawił się biskup, biskup był średniego wzrostu, Atlantyk raczej, a nie roztyty Pacyfik. Długo trwała msza w Monchique.

Wyszedłem z Dzieckiem pod koniec. Harcerze sprzedawali ciastka i Dziecko zajęło sobie miejsce z racuchem obok nieco starszej dziewczynki. Południe nadchodziło ciepłe, mieliśmy zaraz jechać nad Ocean.

Oglądam teraz jak palą się wzgórza dookoła Monchique. Sprawdzam co rano na mapie, czy nic nie grozi Lunie. Rozpoznaję znajome widoki. Nieszczęścia nadchodzą nagle, dopadają szczęśliwe miasta, które wcale na nie nie zasłużyły.

9. Bez czułości

Trzy lata później upał staje się nie do zniesienia. Topi w nas wszelkie uczucia, wszelkie potrzeby, choćby potrzebę czytania i pisania.

Na placu zabaw jest tak dużo dzieci, że z trudem daje się wypatrzyć nasze. Od tego gorąca roją się i wołają jedno przez drugie.

W upale nie ma czułości.

10. Bez burzy

Cały dzień czekanie na burzę. Opowiadaliśmy Dziecku, że nadchodzi. Rząd przysłał na komórkę komunikat o niej, tak jakby można od rządu spodziewać się prawdy. A ona nas ominęła, zostawiła naelektryzowanych i najeżonych.

 

poniedziałek, 13 sierpnia 2018, kozmo1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: