|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Inkarnacje Wa
Lu.natykowanie
Moje poszukiwania ogólnopolskie
Moje poszukiwania ogólnoświatowe
Polecam:
Zaczytanie z wzajemnością
Zaglądanie od pierwszego wejrzenia
|
środa, 10 lutego 2010
Real i virtual: sceny łóżkowe. Pilne.
Pisanie. Dużo miałem pisać. Tu też. Dużo nie pisałem. Spędzaliśmy dnie w łóżku: mój komputer i ja. Razem jak bed-in. On jako Ono. Protestując przeciw głupocie, którą musi znosić na swoim monitorze. Głupota przybierała różne formy: bywała na stronach głównych, czaiła się w komentarzach, wypełzała nagle z jakiegoś adresu cichcem, sypała nazwiskami i inwektywami. Kim są ci ludzie? Dlaczego na głównej stronie napisali, że ktoś gdzieś wyszedł, ktoś przyszedł, a ktoś - zupełnie nieznany - kupił okulary, a co to, a po co? Bardzo papka to papu. Obok tli się życie na czerwonych paskach pilne. Pilne. Komu się udało zginąć na pierwszą stronę? Co rzekł był ów wtedy, gdy również tam. Pilne, tylko zachwycić chwytliwym tytułem. (Przy okazji odkryłem posła, który marzy o zatapianiu statków z ludnością cywilną. Cześć jego niepamięci.) Na szczęście dokarmiałem go, mój komputer, z zazdrością podglądając cudze żywoty cyfrowe, zaglądając do mieszkań (nad tapetą zachwyt tam był, że ach!), lektur. Dziwiąc się, że oni tacy utalentowani, a my nie. (Proszę o wybaczenie, ale ten koszmarny tytuł inspirowany jest bełkotem, który nami wstrząsnął.)
wtorek, 09 lutego 2010
czwartek, 04 lutego 2010
O zbędności pisania
Za oknem Bruegel: "Drogowcy na śniegu". Zamiast zamrożonych stawów - błyszczący asfalt. Gawrony na drzewach. Psie spacery wyznaczone żółtymi śladami. Nieistotne fotografie, skrawki przetworzonej rzeczywistości, właściwie nic. Apollo na siłowni
Kino w Lu. na Peowiaków, czy też Pstrowskiego istniało od 1926 roku. Nazwy się zmieniały a w żółtym budyneczku, o krok od głównej ulicy, kręcił się projektor. Taka struktura długiego kinowego trwania. Ale mamy nowoczesność. Nie ma już kina na Peowiaków, czy też Pstrowskiego. Teraz miejscowa dilerka będzie miała gdzie wzmacniać swoje mięśnie, zażywać L-karnitynę i inne specyfiki. Może nawet patron kina Apollo, lubujący się w nasmarowanych oliwą, umięśnionych ciałach, byłby zadowolony? (Przecież nie apeluję do władz Lu., aby bronić kina, bo w centrum miasta to zaszczyt mieć kino, zwłaszcza takie długotrwałe, z historią. Jak tu zresztą utrzymać takie kino w Lu., jeśli niskobudżetowe produkcje ogląda w nim tylko, wymykając się z pobliskiego miejskiego teatru, niejaka Jo.)
poniedziałek, 01 lutego 2010
Numer 6: "Lourdes"
Prasując w sobotę, zupełnie przypadkiem nastawiłem Radio Notre Dame. Różaniec był, jak się okazało z Lourdes. Liczba i różnorodność osób kłębiących się pod salą w niedzielne popołudnie, każą się zastanowić, czy na "Lourdes" nie wybrali się przypadkiem miłośnicy kina spod znaku "Karola - człowieka, który został papieżem." A "Lourdes" nie daje spokoju. Religia wydaje się być czyhaniem na cud, próbą zmuszania Boga do wysiłku. Taka religia - placebo, powtarzanie uśmierzających rytuałów. "Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej" (Łk 4, 25-26). Nie da się na Bogu wymusić - o tym mówi "Lourdes" - aby posłał Eliasza do innej wdowy. (4,5/5,0)
piątek, 29 stycznia 2010
Dym
Rozmawiałem dziś z H. o studium i punctum, próbując nieudolnie wyjaśniać Barthesa w windzie. Nawet zapomniałem o tej fotografii, którą zobaczyłem przed południem. To na pierwszym planie, to przedmieścia Lu., lata czterdzieste ubiegłego wieku. To w tle, ta chmura nad Lu., to sfotografowana śmierć. ![]() (Podpis: Dym z płonących stosów zwłok na Majdanku.) Dolina Czechówki
(Uciekam do Lu.) Była rzeka, wiła się w lessie. Leniwie odbijała księżyc wieniawski, rozlewała się po stawach. Nad nią przycupnęły domki, Matka Boska, w lessie las ceglanych kominów cegielni. Pamiętam rzekę. Taką ogródkową i działkową, jak tu i staw pamiętam, pół stawu, ćwierć, bez stawu. Ale to już była rzeka wzdłuż drogi, płytka i brudna. Już nie taka jak kiedyś, kąpielowa i rybna. Dopiero później odkryłem, że idąc w jej górę, można zobaczyć rzekę, która jest rzeką, że wierzby, że jaskry, że widoczek wyżynny, lessowy, że mosteczek ugina się (jak te). Ten widoczek to też już tylko zapamiętany. Bo teraz będzie ulica, obwodnica, aleja, trzy pasy w jedną, trzy w drugą, wiadukt i nie ma rzeki. Bo rzeka to rzecz bezużyteczna dla w Lu. automobilisty (a o pechu Lu. w zakresie urbanistyki już pisałem). Uciekam do Lu., szkoda mi rzeki, ale ja już taki nietutejszy, jak i ona. Fin de janvier
Zaspałem, więc przez zaspy, hop, hop, szus do sto dwadzieścia dwa, no i szlus. Brown salt shoes. Zabiurkowany. Grupy, podgrupy, sieci, podsieci, komitety, podkomitety. Mam chęć dokonać cięć, brzytwą. Ockhama. Dopiero w windzie zobaczyłem, jaki jestem absurdalny. W tej czapce z pomponem i z tą biurokra-teczką.
czwartek, 28 stycznia 2010
Cierpienia młodego konsumenta
(Wzdłuż wędlin, sałatek i sztucznych jabłek dla ozdoby. One, te wędliny, sałatki i sztuczne jabłka dla ozdoby, leżą w akwarium. Przytykamy dłonie do szyby akwarium. Stukamy. Stroimy miny. Nic, nie ruszają się te wędliny, sałatki i sztuczne jabłka dla ozdoby. Młodzieniec ma lat około sześciu i też wpatruje się w akwarium.) - Te jabłka kupimy? - pyta przesadnie wymawiając "bł". - One są sztuczne. - odpowiada matka młodzieńca. - A ta gałązka? - akcent pada na "łą". - Też sztuczna. - A to też jest sztuczne? - wskazuje na dział szynki: szynka wiejska, staropolska, jak za Gierka, z liściem. - Nie, to wędliny! - prostuje matka. - Myślałem, że tu nie ma nic prawdziwego. - dodaje z ulgą. Nawet nie wie, jak bardzo nie myliła go intuicja.
środa, 27 stycznia 2010
poniedziałek, 25 stycznia 2010
niedziela, 24 stycznia 2010
Numer 4: "Wszystko, co kocham"
Oglądanie filmu o cudzej młodości (cudzej, niecudzej, ale zawsze młodości) może być traumatyczne, zwłaszcza gdy doszło się do wniosku, że wszystko mija i cały poprzedni dzień słuchało się różnych wykonań "Pawany na śmierć infantki" Ravela. Jednakże realizm "Wszystko, co kocham" jest mi bliższy od wysublimowanych obrazów, które artystyczne są, ale zioną jakimś zakłamaniem (wyjaśniam, że piję do "Rewersu"). Do wysublimowania obrazów w filmie Borcucha zastrzeżeń, zresztą, nie zgłaszam. Co więcej, film ten bliższy mi jest też od mojego ulubionego czeskiego filmu "Pod jednym dachem" (tu i tam temat podobny), bo prawdziwszy (w moim odczuciu) jest i nie skrywa smutku za maską humoru (a to ważne dzisiaj, por. pierwszy akapit). W dodatku, w nieustającym plebiscycie, tym razem w kategorii "Najładniejsza scena miłosna dziesięciolecia", epizod na wydmie jest zdecydowanym zwycięzcą. (4,0/4,5) (źródło: filmweb.pl)
sobota, 23 stycznia 2010
Lata świetlne
Równiutkie wagoniki slajdów. Staranne pismo: Amsterdam, Antwerpia, Ardeny. (widok z targu w mieście na literkę B.) Niewiele tego. Usunąć, sformatować, zrisajklować. Cztery lata zapisuję. Coraz mniej, żeby nie zmarnować.
piątek, 22 stycznia 2010
Numer 3: "Pożegnania"
(Obserwowanie min widzów wychodzących z "Gorzkiego mleka". Mieszanka zniesmaczenia i ulgi. Kino "Rejs" podniosło ceny, ale mimo to już w nim siedzimy i czujnie obserwujemy.) Bardzo mądry film, choć czasem sceny jakby madeinusa. Poza tym, żadna recenzja nie uwzględnia tego, że to film o idealnym szefie do pokazów zamkniętych na szkoleniach dla kadry kierowniczej. Brahms jak u Kuncewiczowej. (4,0/4,0)
czwartek, 21 stycznia 2010
Szanowny Panie Pośle, fajny mecz dzisiaj widziałem...
(Studio sport w jednej z rozgłośni. Komentatorzy. Podniecenie w głosach. Transmisja na żywo.) - Świetna akcja Arłukowicza! Ale Chlebowski znowu pięknie w obronie... Widać zagubienie Kempy i Wassermana. Przechwyt. Sekuła do Chlebowskiego. Chlebowski i nie maaaaa....! Znowu Arłukowicz, Arłukowicz zadaje, zadaje. Odbija się od Chlebowskiego. Teraz Wasserman, niestety nie trafia. Do Stefaniuka. Stefaniuk wyczerpany. Strata. Chlebowski zaczyna, skupiony maksymalnie, daleki wyrzut za Sobiesiaka. Kempa przy mikrofonie. Sekuła stopuje. Chlebowski. Krótka akcja. Wasserman sugeruje. Znowu pudło. Karny będzie? Czy wolny?
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Numer 2: "Głód"
A. chciała wychodzić w środku filmu. Rzeczywiście, którąś już minutę oglądaliśmy ludzi zachowujących się jak zwierzęta. Zbliżenia fizjologii i anatomii. Przy tym (to już moje votum separatum) perfekcyjne opanowanie obrazu, zdjęcia, które nie potrzebują żadnych dopowiedzeń, skupienie się na osobie. Długa scena rozmowy. Jak nad Wisłą? Czy lepiej iść jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec, czy usiąść do rozmów i starać się od początku budować domy nasze? Czy lepiej umrzeć wolnym, czy przeżyć zniewolonym? Gdzie sięga odwaga, a gdzie zaczyna się szaleństwo? Relatywizm historii: czy ten bezlitosny głos w tle to na pewno ta sama dobra pani Thatcher, która kupowała grzybki w Hali Mirowskiej? (1,0/5,0) Jak należy liczyć głosy? Wykład.
Wielki Matematyk przemówił około południa: Tych, którzy nie poszli, było dużo więcej. W tym sensie wygrał, a mimo wszystko został odwołany. Jest w tym mechanizmie coś chorego. (Prawdę powiedziawszy, od rana sprawdzałem wiadomości, nie mogąc się doczekać, czy przemówi. Jak zawsze trafnie, jak zawsze bezrozumnie. Taka poza: udawać głupiego.) Na blogu gala a za Bugiem
W kategorii "Rozczarowanie dziesięciolecia" - The winner is Juszczenko Wiktor, polityk o niebagatelnym talencie: jedna kadencja, aby roztrwonić ogromny kapitał zaufania. Móc wszystko a skończyć z pięcioma i pół procentami. Bo przecież wszyscy byliśmy pomarańczowi a pozostał ze wstydu pąs.
niedziela, 17 stycznia 2010
Autor bloga schodzi z afisza
Opisywanie spektaklu, który dzisiaj grany jest po raz ostatni jest tak bezcelowe, że aż nęcące, a ochy i achy obecne w recenzjach każą powiedzieć: No pasaran! "Idiota" w wersji Teatru Osterwy jest poszatkowany na drobne kawałeczki, czasem pozbawione związku z fabułą, czasem interesujące. Na scenie miota się tłum, po to, aby zagrać epizodyczną rólkę. Dostojewskiego przerobić na spektakl: trudne (dla tutejszego reżysera nawet za trudne), choć - jak pokazuje filmowy Zelenka - wykonalne. Książę Myszkin (Szymon Sędrowski) mamrocze pod nosem. Jest pozbawiony osobowości, ale może to nawet i lepiej, pozwala odczuć całą swoją uczuciową infantylność. Świetny jest diaboliczny Rogożyn (Krzysztof Olchawa), świetna - eteryczna Agłaja (Karolina Stefańska). Pewnie dlatego oboje dostali po bukiecie. Niestety, kurtyna wciąż nie mogła opaść. (Czytałem "Idiotę" długo i mozolnie w owym roku dwutysięcznym. To było jeszcze Przed. Może dlatego czułem taką więź z Myszkinem.)
sobota, 16 stycznia 2010
O końcu świata w windzie w Ś.
Haiti nam nie grozi, tych płytek nie ma, ale jakby pluton pie....nął, to nas nie ma. Wszystko się rozleciało. Podróż na południe
Pędziliśmy przez pola. Na równinie stoi ośnieżone drzewo. Przez sen kolejne wioski. Sam nie wiem, czy wyjeżdżamy, czy wracamy. Lu. pięknie pachnie niepewnością. Pan poeta, pan poeta
Pan poeta? Nie mogłem się oderwać od leżącego na stole tygodnika "Niedziela" (nr 2, 10 I 2010, s. 34). Znowu, kolejny, który pozwala "odkryć głębię znaną nielicznym". Robert Paweł Redliński się nazywa. Muszę zacytować. Piękny liryk patriotyczny z elementami fallicznymi: jak wulkan drzemał gorący,/ wiecznie gotowy,/ potężny..piękny...polski. Następnie, pan poeta rozprawia się Czesławem Miłoszem: Nie musi mieć polski poeta,/ cadyka w rodzie - choć może./ I nie umarł ostatni w getcie/ - choć umarł niejeden. (Lubię te zabawy pana poety z kwantyfikatorami.) W tym samym wierszu niezwykle trafne stwierdzenie: Pamięć prawdziwa-/ nawozem przyszłości. (Czy pamięć jest raczej obornikiem, czy saletrą amonową?) Rozprawiwszy się z Miłoszem, pan poeta zwraca się ku sobie, w liryku o incipicie: Talentem Bóg nas obdarza. Nie wszystkich. |