2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
sobota, 29 kwietnia 2017
Dziennik. Ciemny tydzień

 

(Mervyn O'Gorman, Christina w czerwieni, 1913, (c) SSPL, źródło: https://www.facebook.com/1095kulturalnych)



Przyglądam się nimfom otaczającym Posejdona na suficie Sali Wielkiej, wysoko na tyle, że nie zdeprawują szkolnych wycieczek. Zresztą ich nagość zupełnie nielubieżna, rysy - malarstwo naiwne, gdzież im tam do prerafaelitów, ale za to zdjęcie na instagramie od razu zbiera pochwały.

W przeciwieństwie do nieba nad Berlinem, niebo nad Warszawą nie zasługuje na sfilmowanie. W dzień zaciągnięte, ślad pierwszej burzy, wieczorem pozbawia możliwości przyglądania się gwiazdom, a przecież powiadają, że to dusze czyśćcowe wędrują do nieba (G. Verga, Rodzina Malavogliów, s. 37). Dlatego tu trudno o wiarę.

(25.04.2017)

Ale widziałem cud. Kobieta chwyciła kule pod ramiona i biegła do sto szesnaście, po drodze zaciągając się papierosem.

(26.04.2017)

Kiedy budzę się o nieludzkich porach, które wymyśla Dziecko, i kiedy piję jak kiedyś kawę z kubka z kropką, wydaje się, że jeszcze nie jest przesądzone, że to zły dzień. Nie ma predestynacji, jest opatrzność i omlet z bananami.

Miasto w deszczu, książka o nieszczęściu, wszystko to łączy się w melancholię. Znów myślę o prerafaelitach (zasługa tej strony) i o tym, że wszystko się zmienia. Wszystko jest funkcją czasu. Z dziewczętami jest tak jak Bóg zechce. Są wesołe i beztroskie, póki nie zaczną naprawdę żyć na świecie; wtedy poznają zmartwienia i kłopoty (tamże, s. 123).

(27.04.2017)

Uciekanie w sny, fantazje i wyimaginowane fabuły telefonów zamiast rozkoszowania się codziennością - zawsze uważałem to za groźny objaw. W końcu dopadło i mnie.

Nieszpułka jest jedną z cichych bohaterek powieści Vergi. Cóż to ta nieszpułka, zupełnie nowy wyraz, sprawdzam w wikipedii. Wieczorem do lidla - to nie może być przypadek - w dziale warzywa i owoce sprzedają nieszpułki. (Nieszpułki mają grubą skórkę i smak niedojrzałych brzoskwiń).

(28.04.2017)

 

Tagi: ja
12:33, kozmo1 , DZIENNIK
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 kwietnia 2017
Giovanni Verga, Rodzina Malavogliów, Czytelnik 1955

 

(Jerzy Jaworowski, ilustracja z okładki "Rodziny Malavogliów", 1955)

 

O Acitrezzy pisałem już bez mała miesiąc temu, o tym jak płynęliśmy wąskimi uliczkami miasteczek, gdzie wszyscy zatrzymywali się i rozmawiali ze sobą albo wychodzili po bułkę albo stawali po prostu, żeby odpocząć (SS 114), aż znaleźliśmy się w rybackim miasteczku z łodziami, kościołem, skałami, które ciskał Polifem i pasażem turystycznych restauracji (i jedliśmy z Dzieckiem oczywiście makaron normę, a obok siedziała rodzina na jakiejś uroczystości i w milczeniu zabierała się za kolejne dania, co jakiś czas interesując się naszym Dzieckiem).

Dopiero po powrocie z Wyspy trafiłem na Giovanniego Vergę opisującego Acitrezzę z połowy dziewiętnastego wieku, małą biedną, rybacką wioskę. Ta lektura przede wszystkim oczyszcza z poczucia, że kiedyś to naprawdę było pięknie. Wyspa Vergi jest pełna nędzy, w niektórych miejscowościach szaleje malaria, a Favignana jest miejscem zesłania. Religijność - jak w dzisiejszej Polsce - stanowi rodzaj maski, pod którą skrywa się zabobon i ludzkie przywary: chciwość, zazdrość, zawiść. I wcale to nie jest Wyspa szczęśliwa. Nie dziwię się teraz, że von Gloeden tak łatwo znajdował modeli i modelki do swoich łapczywych zdjęć. Podobnie jak nie budzi zdziwienia fakt, że mieszkańcy Wyspy masowo migrowali, nie tylko za ocean, ale również - co wydaje się absurdalne - przez Morze do Afryki Północnej, pokonując je w przeciwnym kierunku niż dzisiejsze łodzie.

Ten włoski realizm nie jest przyjemny w lekturze, choć myślę, że przede wszystkim winę ponosi przedwcześnie zestarzałe się tłumaczenie. Zwłaszcza nie mogę pojąć przyczyny dla której tłumaczka zdecydowała się na przekład nazwisk i przydomków mieszkańców (dajmy na to kuma Strąkojadka). Niemniej naprawdę długo zatrzymuję się w jednym miejscu, nad jednym przypisem, na stronie 16. Przyglądam się i po raz kolejny czytam: pizze - rodzaj ciastek, wypiekanych zwłaszcza w Neapolu.

 

(Dopisane:

(Luchino Visconti, Ziemia drży, 1948, na motywach powieści G. Vergi, źródło:http://www.actingoutpolitics.com)

 

Wstyd mi, że jedyne, co potrafię zapisać z tej powieści, to wspomnienia podróżne i zdziwienie nad pizzą. Tylko tyle z opowieści o nieszczęściu i o beznadziejności losu. Tylko o sobie.

Ten kadr za to mówi więcej niż cały mój blog).

 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017
Dziennik. Niebieski

 

 

(Franz Marc, Wielkie niebieskie konie, 1911, Walker Art. Center, Minneapolis; źródło: wikimedia.org)

 

Niebieskie nogi niebieskich koni - od ponad tygodnia powtarzam ten incipit, nie mając pojęcia, co będzie w następnym wersie. Może nigdy nie będzie następnego wersu, a może autor bloga domyśla się, co powinno w nim być, ale nie chce go zapisać, żeby się nie wydało? Cała jego łapczywość mogła skryć się za tym incipitem, jego ucieleśniona potrzeba piękna, przywidoków, starych fotografów, ekspresjonistów, prerafaelitów albo gorzej - zupełna pustka i nic tam nie ma, prócz tej jednej jedynej frazy, tętentu po nieboskłonie.

A może chodzi tylko o sny? (24.04.2017)

 

Tagi: ja
21:54, kozmo1 , DZIENNIK
Link Dodaj komentarz »
Liao Yiwu, Za jeden wiersz. Cztery lata w chińskim więzieniu, Czarne 2017

 

Zwykle nie czytam literatury więziennej ani łagierniczej. Podobnie zresztą jest z filmami. Lubię wierzyć, że zło jest jedynie brakiem dobra. W moim naiwnym świecie daję każdemu szansę. Ale oto zjawia sią Liao Yiwu, ten sam, dzięki któremu pojechaliśmy do Chin (tutaj), i opowiada o tym, jak sprzedawcy brzoskwiń dokonują linczu, opowiada brutalnie i wyciąga z tej opowieści straszne wnioski: kilka miesięcy temu ulegliśmy zbiorowemu złudzeniu, że Chińczycy są nieustraszeni - widok brutalności tego małomiasteczkowego motłochu uświadomił mi jednak, że uczestnicy protestów zdolni są do okrutnego poniżania własnych rodaków (s. 66).

Zło jest jedynie brakiem dobra: kiedy zamykam oczy, bardzo chcę w to wierzyć. Zaciskam powieki tak mocno, że litery ledwo do mnie docierają. Powoli, dzień za dniem odczytuję opowieść o innym świecie, opowieść cuchnącą fekaliami, spermą i potem. Opowieść o napotykaniu żywych umarłych oczekujących egzekucji, o poniżeniu, wobec którego eksperyment Zimbardo jest tylko niewinną igraszką. Wstrząsający i - po raz kolejny - dogłębnie ekshibicjonistyczny zapis.

Ale na tym dnie człowieczeństwa, podobnie jak na Łubiance w latach czterdziestych ubiegłego wieku, czemu dziwiłem się czytając Marci Shore (tutaj), i tak poziom czytelnictwa jest wyższy niż w Polsce w roku dwa tysiące siedemnastym: Koledzy natychmiast rozdrapali większość książek, które przyniosłem z biblioteki. Ja wziąłem tę, której nikt nie chciał - Rok 1984 George'a Orwella (s. 358).

 

sobota, 22 kwietnia 2017
Dziennik oszczędny w słowach

 

(E. Hartwig, Lublin, ul. Lubartowska, 1964, wyd. Ruch, źródło: https://fotolehardi.wordpress.com/category/pocztowki/lublin/1944-1989. Udowadnia, że wszystko się zmieniło)

 

Śnieg obsypał żółte forsycje.
Zniknął po chwili.

Cięli topole w porannym słońcu.
Padało jemiołą.

Plama po wylanej kawie.
Mój kawałek Krakowskiego Przedmieścia.

Zasiedli za kamiennym stołem.
Patrz, przekwitają już drzewa.

Młode słońce prześwietla okna.
Jakiś ptak usiadł na balkonie.

Promienie, kiedy wyszliśmy.
Deszcz, kiedy wracaliśmy.

(18-23.04.2017)

 

poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Dziennik. Wszystko się zmieniło

 

 

1.

Triduum to jest Kosmos. W końcu wyprowadza cię w święty czas, taki, co tkwi poza czasem i dzieją się w nim rzeczy, których nie pojmiesz na zdrowy rozum. Na przykład jednej nocy na nowo stwarza się świat a innej umiera Bóg. Ale z Dzieckiem to też jest kosmos. A skoro żąda uwagi właśnie tu i teraz, to nie możesz po prostu zniknąć. Nigdy tak daleko nie było mnie od Kosmosu.

2.

Opowieści świąteczne, które pisuję dwa razy do roku zawsze mają ten sam przewidywalny układ. Będzie McDonald w Garwolinie, zachwyt na Wyżyną z jej środka i melancholia w Lu. Zawsze są te trzy: czytanie autora bloga staje się cokolwiek nudne. Teraz też - właśnie w piątek, omijając korki drogami wojewódzkimi i krajowymi, poczułem ochotę na fishmaca, głód po tygodniowym, niedobrowolnym poście. I pojechaliśmy do Garwolina i wyciągnęliśmy Dziecko, i znowu był w środku gwar i szczebiot. I tylko ryba w bułce okazała się nie spełniać moich wyobrażeń. Ale na to było za późno, jeden raz do syta, z frytkami. Zaczynało padać.

3.

- Po co ratować owieczkę z połamanymi wszystkimi nóżkami? - komentowałem A. fragment jakiegoś kazania z wieczornego czuwania.
- Po co Calineczka ratowała jaskółkę? - odpowiedziała pytaniem A.

4.

Może to dlatego, że niebo było ołowiane, a może dlatego, że za dwa dni mieliśmy znowu je opuścić i znowu zapomnieć, Miasto w wielkosobotnie popołudnie popadło w melancholijny nastrój. U kapucynów ludzie tłoczyli się do spowiedzi na ostatni moment, u wizytek i Ducha zamknięte, sprzątali, u Pawła - harcerze przy grobie wyglądali jak siedem nieszczęść, a w dawnym kościele jezuitów Dziecko obudziło się i przeraziło manieryzmem na suficie. Wszystko się zmieniło, chciałem powiedzieć A., ale przypomniałem sobie, że wyjechałem z Miasta prawie dwadzieścia lat temu, więc je akurat spokojnie mogę usprawiedliwić.

5.

Gdy Pan Bóg stwarzał świat, ksiądz kanonik wyciągnął z kieszonki złożony birecik, wygładził brzegi, pogłaskał purpurowy pomponik, nałożył na głowę i powrócił do snu o wielkości.

6.

Przez pewien czas na Wielkanoc nastawiałem Haendla na piątą trzydzieści. Alle-lu-ja - budził cały dom i zrywaliśmy się w słoneczny poranek na rezurekcje. Dziecko dzielnie zastępuje londyński chór, woła buła i zrywamy się, ale przeczekujemy bicie dzwonów. Wszystko się zmieniło - nie chcę zanudzać A. swoimi refleksjami - Wielkanoc też.

(Poza tym my; polne ścieżki, które stały się alejami; babeczki, które zmieniły ciasto; miejsca przy stole inaczej zajęte; potrawy, które zaczęły a które przestały smakować; widoki z okien; wierzchołki drzew, itd., itp.)

7.

Tego dnia powinno się przemykać do kościoła między kałużami, unikając wiader i butelek, nasłuchując wesołego harmideru, krzyków i bieganiny. Jeszcze parę lat temu właśnie tak było, ale teraz zalega cisza: żadnych mokrych ubrań, ociekających włosów, wodnych bitew pomiędzy blokami. W tej ciszy, mimo Zmartwychwstania martwej, opuszczamy Wyżynę. Dopiero jakieś sto kilometrów dalej, na mazowieckiej wsi natrafiamy na pierwszy (i ostatni) tego dnia Śmigus Dyngus. A więc to też już jest inaczej - odzywa się w autorze bloga etnograf i skrupulatnie notuje

8.

Czytanie autora bloga staje się cokolwiek nudne. Bez dziennika, przynajmniej na jakiś czas.

(13-17.04.2017)

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 710