Depresyjny magister bloger i jego przepiękna szoperka
sobota, 12 maja 2012
Koniec księgarni w Lu. (2)

 

Spis księgarni mojego dzieciństwa:

1) Na Szopena; 2) Na Erdeemie; 3) Na Leonarda; 4) Na Wajdeloty; 5) Samoobsługowa na Braci Wieniawskich; 6) Ruska na Krakowskim Przedmieściu; 7) Techniczna tamże; 8) Rolnicza na Lubartowskiej; 9) Św. Wojciecha na Królewskiej; 10) ORPAN; 11) Muzyczna w bramie na Krakowskim; 12) Na osiedlu Szopena; 13) Na Bieruta; 14) Na Radości; 15) Na Pekawuenie;

Spis późniejszych księgarni:

16) Empik przy Saskim; 17) Św. Pawła na Krakowskim; 18) Na Narutowicza;

 

Koniec księgarni w Lu.

 

Teraz ciągle wracam do swojego miasta z wyrzutem. Koniec kina, koniec księgarni. Nie dość, że lubiłem Lu. w czasie przeszłym, to ono w ten czas przeszły jeszcze się zapada.

Księgarnia na RDM była od zawsze, to znaczy od kiedy był RDM (dla niewtajemniczonych RDM to Racławicka Dzielnica Mieszkaniowa. O niej można by odrębną historię: o przychodni na Weteranów, o skwerku nr 2, o sklepie z tkaninami, gdzie w drewnianej kabince repasowano rajstopy, o parasolach i neonie w "Tip-Top", knajpie, która odkąd pamiętam była speluną, ale przedtem musiała nią nie być).

Do księgarni na RDM moi rodzice chodzili na randki (tata znał wszystkie księgarnie Lu. i panie we wszystkich księgarniach, które odkładały mu co smaczniejsze wydania). Miała drewniane regały i drewniany zapach (rzecz charakterystyczna dla starych księgarni z Lu.), szyby jak w kredensie u babci. Po latach na zapleczu zrobiono drugą brzydką salkę, gdzie znalazły się podręczniki i słowniki. To było już w czasach, gdy ja - w drodze do szkoły i ze szkoły - przyglądałem się jej witrynom (zamiłowanie do księgarń i i książek odziedziczyłem po tacie.)

A więc "Księgarnia współczesna" dołącza do grona księgarni niegdysiejszych, tych drewnianych (a są wśród nich już księgarnia św. Wojciecha na Królewskiej i księgarnia na Szopena, a także niedrewniania księgarnia na Leonarda, nieustające źródło "Kajków i Kokoszów") i tych późniejszych (słynny empik przy Saskim i św. Paweł u kapucynów).

W Lu. widać, że nadciąga epoka cyfrowa.

Piątek, środek maja

 

Kupię ci, najmilsza, belgijskie frytki z ostrym tajskim sosem w bzem pachnący wieczór w piątek na Muranowie.

Kupię ci, najdroższa, frappe, truskawkową bezę. Nawet czosnek kwitnie dzisiaj na Placu Grzybowskim.

Kupię ci, najlepsza, cudne manowce. Cały ja z tych manowców i ciągle manowce. Gubię się na nich i nigdzie drogi nie ma.

 

piątek, 11 maja 2012
Wieczny

 

Zdjęcie ma dwanaście lat, tyle co my oboje razem. Bo to jest tamten lipiec, gdy wszystko się zaczyna a nam się zdaje, że już każdy lipiec tylko lepszy. Na tym dwunastoletnim zdjęciu on jest w niebieskiej bluzie, a teraz już go nie ma.

Przecież jesteśmy w wieku, gdy jeszcze żyje się wiecznie.

 

Kozmo.blox.pl Pictures presents "Drapacz chmur"

 Autor bloga potrzebował kina. Kino daje pozorną ucieczkę od siebie. Dzieje się na niby i to niby cię nie martwi a od kilku dni autor bloga podejrzewa, że on też żyje na niby. Na nibynóżkach chodzi na spacery, ogląda niby krajobrazy, ale w środku jakiś jest wydrążony.

Duński dramat, nawet jeśli plakaciki kłamliwie zapewniały, że jest "uroczy" i "optymistyczny" pozostaje filmem melancholijnym. Oczywiście, można by zażartować, że to dramat urologiczny, ale marny z tego żart. A "Drapacz chmur" zasługuje na więcej uwagi.

Już bardziej doszukiwałbym się w nim odniesień mitycznych: Uranos (pierwsze skojarzenie). Naprawdę jednak to smutna opowieść o małym zapyziałym duńskim zadupiu, gdzie nadziei mniej niż w Lu. a bezradni (a może okrutni?) rodzice obwiniają dzieci o swoje życiowe niepowodzenie (całkiem zresztą realne, zarówno w przypadku Jona, jak i Edith.) Ponoszenie winy i od niej się uwalnianie to lejtmotyw całej fabuły.

Ładnie sfilmowana opowieść: w kolorach, w deszczu, w całej atmosferze, wyczuwasz, że coś nie w porządku, że tu dramat.

(3,5/3,0)

 

czwartek, 10 maja 2012
Wypisy z historii (3)

 

W dzisiejszym odcinku Szach Reza Pahlavi uczy o demokracji:

Możecie ją sobie zatrzymać tę waszą cudowną demokrację. Przekonacie się za kilka lat, dokąd was zaprowadzi ta wasza cudowna demokracja. Wolność myśli, wolność myśli! Demokracja, demokracja! Z pięcioletnimi dzieciakami, które organizują strajki i manifestacje na ulicach. Ile w ostatnich czasach nauczyliście się na waszych uniwersytetach? A jeśli nie uczycie się na waszych uniwersytetach, jak możecie dotrzymać kroku postępowi technologicznemu? (s. 441)

Ku refleksji. (Książka uświadamia, że w XX wieku żyli jeszcze cesarze z baśni Andersena, dla których rozstrzeliwanie i wieszanie było równie normalne jak polo dla księcia Karola).

 

Objazd

 

Upał wrócił. Ach! Błąd to był w sto szesnaście wsiadać. Musiał autor bloga jednak, bo trasą dziś niecodzienną wracał. A tu ani szpilki. Nawet czytać chciał a nie mógł. Jakieś łapska obłapiały jego książkę, marynarkę, torbę.

Spojrzał na rozkład, a tu zmiana trasy: Pot-urzyńska, Pot-argana, Poci-eszna, Pot-rzebna, Pot-ulna.

 

wtorek, 08 maja 2012
Kozmo.blox.pl Pictures presents "Skowyt"

A. się rozczarowała. Większość widzów (gdyby ich więcej było) zapewne też by uległa rozczarowaniu.

"Skowyt" może być polecany jedynie osobom, które z tekstem Ginsberga odczuwają jakąś więź. Autor bloga odnalazł go kiedyś w "Literaturze na świecie", odkrywając, że doskonale opisuje konsumpcyjną rzeczywistość przełomu wieków. Wyobraźcie sobie jakim grafomanem był (jest?) autor bloga, że fragment "Skowytu" o Molochu przepisał w dniu otwarcia pierwszego hipermarketu w Lu., próbując oddać to, co czuł między półkami Leclerca na Zana (nawet nie przewidział, że tutaj z A. się będą za kilka lat spotykali). Innymi słowy Ginsberga poznał zanim jeszcze się Edwardem S. zachwycił.

A. twierdzi, że po trzydziestu minutach już się znudziła. Ja wprost przeciwnie. Tylko nie wiem czy wciągał mnie film (w sumie w fabule bardzo prosty jak dokument), czy narracja poematu.

(Ciekawe byłoby skonfrontowanie na jednym filmowym seansie "Skowytu" i "Półtora pokoju"). Wydaje mi się, że ocena A. jest bliższa rzeczywistości.

 

(2,0/4,0)

Wypisy z historii (2)

(Dwa pierwsze akapity dedykowane H., żeby było o czym dyskutować.)

Golda Meir o feministkach: To znaczy wariatkom, które palą staniki, chodzą rozmemłane i nienawidzą mężczyzn? To wariatki. Jak można akceptować podobne wariatki, dla których zajście w ciążę to nieszczęście, a wydanie na świat dzieci to katastrofa? [Bycie kobietą jest] trudniejsze, bardziej męczące, bardziej uciążliwe. Ale niekoniecznie z winy mężczyzn, powiedziałabym z  przyczyn biologicznych (ss. 140-141).

Fallaci o kobietach u władzy: Będąc u władzy, nawet poczciwa gospodyni domowa bez skłonności do okrucieństwa może nakazać rzeź tysięcy i tysięcy oszalałych dzieci (s. 257).

Po wywiadach z włoskimi politykami spodziewałem się nudy. Tu odkrycie: Włochy lat siedemdziesiątych przypominają Polskę dziś. Upadek jakości edukacji na rzecz ilości, Kościół powołujący się na zapisy Konkordatu, by wtrącać się np. w kwestie rozwodów, do tego żenujący poziom klasy politycznje. Wypowiedź Leone świetnie opisuje polską rzeczywistość.

 

poniedziałek, 07 maja 2012
Wypisy z historii (1)

 

Fallaci jest dla rozmówców okrutna. Jej didaskalia do wywiadów precyzyjnie uderzają w sedno. Maski, które przywdziewają wobec niej nie są nic warte.

Miejsce kobiet - ten temat przewija się w rozmowach. Kissinger: Dla mnie kobiety są wyłącznie rozrywką, hobby.

Książę Sihanouk rozpaczający nad brakiem świeżego foie gras.

Przepiękne (s. 144) słowa Goldy Meir o swoim mężu. Meir zresztą, w porównaniu z mężczyznami (Arafatem!), promieniuje jakąś mądrością.

Habbasz, który z doktora Judyma stał się terrorystą, bez mrugnięcia okiem rozkazującym mordować cywilów. Jak to możliwe?

(Seria "Sfery" świetna. Do tego piękny jej grzbiet okładki.)

 

niedziela, 06 maja 2012
Kozmo.blox.pl Pictures presents "Przerwane pocałunki"

Wczorajsze blokowiska w Moskwie i dzisiejsze na Sycylii łudząco podobne, ale to tylko pozory. A. zwraca uwagę, że na Sycylii kolory cieplejsze i architekt miał kiedyś zamysł, żeby było ładnie.

Na środku tego osiedla Matka Boska taka w naszym narodowym stylu, jak świebodziński Jezus i rozliczni papieże. Fenomenalne, z jej perspektywy, pierwsze ujęcia, gdy spogląda na proboszcza, burmistrza, pobożne panie i Manuelę w zabawnym kasku z różowymi uszkami.

Gdy zdarza się cud, nagle Manuela staje się bardzo ważna. Trochę za bardzo jak na trzynastolatkę: ksiądz wyrzuca jej zbyt kuse ubrania, mama urządza małe sanktuarium a sąsiedzi zaczynają powierzać jej swoje problemy, życzenia i marzenia, takie jak występ w "Big Brotherze" albo praca w hipermarkecie na zmianie od 15 do 20. Skupia się w tych scenach cała magiczna pobożność, traktowanie Matki Boskiej jak dobrej wróżki (coś w tym filmie jest zresztą z "Kopciuszka"), szukanie w religii usprawiedliwienia dla własnego nieróbstwa. (Ten film zresztą mógłby dziać się też w Polsce, bo mówi o religii wykorzystywanej do pozareligijnych celów).

"Przerwane pocałunki" (pretensjonalny tytuł, ale proszę się nim nie zrażać!) nie daje odpowiedzi prostych i nawet trudno stwierdzić: był cud czy go nie było?

Wizualnie bardzo przyjemny! Ponadto pozwala odkryć Ericę Mou i jej fantastyczny głos.

(3,0/3,5)

sobota, 05 maja 2012
Kozmo.blox.pl Pictures presents "Elena"

"Elena" jest doskonale sfilmowana. Estetyczna. Długie, piękne ujęcia wnętrz, operowanie światłem, zmiany ostrości, do tego dobrane dźwięki (krakanie!) i muzyka, ale nie o tym chciałem napisać.

"Elena" jest filmem bardzo prawicowym (tak bardzo, że zapewne spodobałaby się R. a oburzyłaby H.), pokazując, że mrzonką jest wizja świata autorstwa Robin Hooda: zabieramy bogatym, którzy zapracowali i oddajemy biednym, którzy piją piwko, plują z balkonu i oczekują wszelakiego wsparcia, bo przecież im się należy, z tym, że bogactwo w tym wypadku nie oznacza tylko majątku, ale też pewien poziom ogłady i kultury. Ostatnia scena filmu jest pod tym względem wstrząsająca: barbarzyńcy stoją u bram, barbarzyńcy wykarmieni przez nasze podatki i państwowe transfery.

Wbrew plakatowi Elena raczej nie jest Matką Boską.

Ale autor bloga oglądając doszedł do własnej metafory. Doskonale film ten streszcza na czym polega Europejski Fundusz Społeczny. Jest Wołodia czyli europejski, dajmy na to, niemiecki podatnik. Jest Elena - Unia Europejska, która ochoczo korzysta z pieniędzy Wołodii, wreszcie jest Sieroża z rodziną - odpowiednik polskich województw, które wiedzą, że fundusze i tak przyjdą, więc nie trzeba podejmować jakichkolwiek zbędnych wysiłków.

(4,0/4,0)

piątek, 04 maja 2012
Ania

Ania pisze dzisiaj maturę. (Skoro od ponad dziesięciu lat nie utrzymujemy żadnego kontaktu, nie muszę ukrywać jej pod inicjałem.) Kiedy się urodziła (może jednak było to rok później?) Podzamcze ściął śliczny mróz. Jechałem na ferie do babci i słońce było takie, w oczy, nie do odtworzenia. Właśnie wyszedł pierwszy numer "Tele Tygodnia" (co było pewnym wydarzeniem, wziąwszy pod uwagę, że wkraczaliśmy w epokę niemieckich telewizji satelitarnych). Jechaliśmy do R. pekaesem i ten mróz piękny na Podzamczu, i cerkiew, i Czwartek.

Zupełnie inaczej pamiętam urodziny P., jej starszego o parę lat (ale też całą epokę w historii Polski) brata. Rodzice poszli do kościoła, gdy odebrałem telefon w mieszkaniu na Czechowie. Wtedy się urodził.

Zdjęcia z chrztu Ani są w tonacji rudo-brązowej. Zresztą mylą mi się ze zdjęciami z komunii P. Ten sam kościół, który rósł na horyzoncie w oknie babci. Dziwne, ale tym razem nie pamiętam żadnego smaku. Na komunię Ani przyjechałem już z Wa. pociągiem przez Łuków. Zaraz potem kompletnie zniknęła z mojego życiorysu.

czwartek, 03 maja 2012
Kozmo.blox.pl Pictures presents "Lady"

 

Z filmowymi biografiami jest tak, że albo skupiają się na jakimś wycinku, temacie, wątku i drążą go udanie lub nie albo też starają się namalować fresk: w dwóch godzinach zmieścić czyjeś życie. W przypadku "Lady" przez pierwsze pół godziny wybór tego drugiego rozwiązania uważałem za wadę, przez resztę czasu - już się nie zastanawiałem, po prostu podziwiając bohaterkę. Gdy porównuje się zdjęcia dokumentalne i filmowe sceny (np. z wręczenia pokojowego Nobla), widać jak bardzo precyzyjnie obraz odtwarza rzeczywistość.

O Aung Sang Suu Kyi wiedziałem nieco, mimo że wciąż nie mogłem zapamiętać jej imienia (polecam artykuł w angielskiej Wikipedii szerzej omawiający tę kwestię), natomiast Michael Aris był dla mnie postacią kompletnie nieznaną, więc już w pierwszych scenach zdziwienie mnie naszło.

Jest "Lady" filmem miłosnym: o tragicznym wyborze między miłością swojego życia a miłością do ojczyzny, opowieścią o powinności. W gruncie rzeczy to też bardzo patriotyczny film.

(A jakby tak z kina wyjść na Krakowskie i zapytać ludzi, czy słyszeli o Birmie. Obawiam się, że nie wiedzą, nie słyszeli. Nie tu giną.)

(3,5/3,5)

środa, 02 maja 2012
Wata

 

Biało-czerwona wata cukrowa na Krakowskim z okazji narodowego święta zmienia w ustach i dłoniach kolor na różowy.

Ostatnia barwa, która mogłaby się kojarzyć z Polską.

 

Opowieść o chciwości, terrorze i bohaterstwie

 

Chodząc po mieście na literkę B. niełatwo nie zarazić się Kongiem.

Wciąż obecne w sklepach z antykami, w masie pocztówek na targu staroci, w ozdobach budynków: czarne półnagie kobiety trzymają nad głowami latarnie.

W jakimś małym, pustawym osiedlowym kościółku na Ixelles niedzielną mszę odprawiał czarnoskóry ksiądz. Proboszcz przedstawił go jako Kongijczyka. Po mszy każdy dopytywał się skąd dokładnie. Tak jakby Kongo to były sąsiedzkie ulice w B.

Nie wiem jak jest w innych dawnych metropoliach, ale mówiąc o Kongu, Belgowie rozmawiają tak jak Polacy o Lwowie a Węgrzy o Pozsony. Mit arkadyjski.

Hochschild w "Duchu króla Leopolda" (wyrazy uznania dla tłumacza) ten mit dekonstruuje. Wyciąga zza kotary poobcinane dłonie kongijskich niewolników króla Belgów, zasuszone głowy nabite na płoty belgijskich zarządców kolonii, dokumentuje cały podstęp Leopolda, grającego poczciwego i dobrotliwego opiekuna ludzkości.

Miasto na literkę B. z tego kłamstwa.

wtorek, 01 maja 2012
Fragmenty. Upał

 

Jest strażnikiem fontanny, dlatego ma prawo patrzeć, gdy w jej strumieniach tańczą letnie i nieletnie. Kąpiące się z Metropolitan. Wyprostowuje palce rąk skrzyżowanych za plecami i bacznie obserwuje światło we włosach i wilgotność tkanin. Gorąc: w bezruchu powietrza, on też nieruchomy. W jego umyśle anioł przegrał już dawno z demonem.

(Kiedy wsiadam do autobusu, on już od pięciu minut zdrętwiały.)

 

Sierpc

 

Widziałem wiele weselszych miast także na Nizinie Mazowieckiej.

Niby na wzgórzu Matka Boska od dobrej nadziei, schowana za obrazem i cudowne źródełko, ale ulice szare z melancholii. Łysy facet w oknie rzuca niedopałek i spluwa na wszystko. Termometr w samochodzie wskazuje dwadzieścia osiem. Alarm włącza się w muzeum, gdy nieproszeni przychodzą goście. W sklepie odzieżowym rozliczają stypendia socjalne, ale dzisiaj zamknięte. Obserwują nas spod drewnianego domu trzy pary nieprzyjaznych oczu.

Przygnębin.

 

Kozmo.blox.pl Pictures presents "Dokąd teraz?"

 

Zjawiskowa (w roli Amale) Nadine Labaki już drugi raz usiłuje rozgryźć co się stało z jej Libanem, że zniknął. Tak zresztą jak zniknęła Bośnia-Hercegowina i parę innych przyjemnych miejsc.

"Dokąd teraz?" filmowane jest w ten sam błogi sposób jak "Karmel": kolory są ciepłe a całość - mimo tematu - bajkowa. Kobiety powstrzymują wojnę chwytając się podstępów. Dzięki nim małe, zagubione na uboczu miasteczko nie pogrąża się w rzezi.

Główną oskarżoną za wywołanie wojny czyni Labaki religię. Być może jest to atak (personalnie skierowany do Matki Boskiej w miejscowym kościółku) niesprawiedliwy, bo jeśli nie religia, to zawsze znajdzie się inny powód, aby zabijać: klasa społeczna, narodowość, pochodzenie, poglądy. Niemniej - przyglądając się głębiej - można odkryć, że film mówi o dojrzewaniu do religii. Od fanatycznej pobożności, która nie przekłada się na działanie (rytuałów równie wiele, co nienawiści) do religii, która jest działaniem nastawionym na dobro człowieka i która już nie potrzebuje nawet kapłanów (dwaj ostatni odjeżdżają - prześmieszna scena - z ukraińskimi tancerkami erotycznymi). Ten pierwszy typ religii lepiej, zdaje się mówić Labaki, zastąpić opium.

Są w "Dokąd teraz?" sceny tak śmieszne, że w małej sali nr 8 rozległy się oklaski, są niesamowicie wzruszające. Jest coś, co czasem w kinie umyka: piękno.

(3,5/4,0)

poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Fragmenty, których nie było

 

Jak to możliwe, że się rozminęliśmy? W końcu skończona liczba skrzyżowań i linii tramwajowych sprzyja spotkaniom. Chyba.

Mówisz, że pisanie bloga to tylko strata czasu. Muszę się z Tobą zgodzić, dlatego powolutku przestaję. Chociaż nie wiem, co potrafię robić innego.

U mnie fala upałów przelewa się po poddaszu. Nic nie pomaga zestaw chłodzący i okno z widokiem na ścianę. Czy w Twojej dzielnicy też nie pada?

Musimy się spotkać. Musimy nad tym pracować. Napiszę o tym w czasie przeszłym. Najlepiej pasuje.

 

sobota, 28 kwietnia 2012
Kozmo.blox.pl Pictures presents "Minister"

 

Oglądam film o (prawie) swojej pracy w (prawie) miejscu swojej pracy.

Już to pierwsze zdanie wyjaśnia, że o "Ministrze" (w oryginale tytuł lepiej oddaje sens filmu: "L'Exercice de l'Etat") mógłbym pisać długo. Wniosków też mam wystarczająco dużo, by wpis ten uczynić przydługim i nudnym*.

Chciałbym jednak napisać o Gillesu. Gilles jest wysokim urzędnikiem, absolwentem ENA, osobą wierną państwowemu etosowi. Niesamowicie rzadko spotykana postać: niewychodzący z pracy, powtarzający jak mantrę stare przemówienia, mający w sobie coś z Pana Cogito (Michel Blanc świetnie pasuje do roli). Może wydawać się naiwny (a dzisiaj też niepotrzebny) ze swoją staroświecką godnością i lojalnością nie wobec partyjnych układzików, ale wobec Państwa. To jest ten wymierający gatunek, który w Polsce jest endemitem. Jeśli jest coś, co pociągać może w biurokracji, to właśnie możliwość takiej służby: imperatyw kategoryczny urzędnika. Od razu wyznam, że od polskiego urzędnika taka państwowość raczej nie jest wymagana, ba, może stać się powodem do niezadowolenia lub roztrzęsienia przełożonych.

(4,0/4,0; w skali dla urzędników powinno być 5,0)

 

* Przykładowe wnioski: 1. Aparat państwowy i we Francji, i w Polsce odizolował się od społeczeństwa, stąd kryzys demokracji i refleksja, że "władza nie należy do narodu, więc naród się buntuje"; 2. Polityka w dzisiejszym wydaniu nie jest domeną mężów stanu, ale raczej elastycznych dupków, którzy kierują się wyłącznie własnymi ambicjami a nie dobrem ogółu. Rządzi sondaż, a nie jakaś tam racja stanu; 3. Aparat państwowy we Francji jest, mimo wad, o których sporo w filmie, profesjonalny. Polska administracja przy nim to chaos i amatorszczyzna, co szczególnie widoczne jest przy gabinetach politycznych - w Polsce złożonych z gromady mniej lub bardziej przypadkowych kolesiów, kuzynów i noszących teczki; 4. Mimo wszystko klasa polityczna Francji - silnie zoligarchizowana i związana ze sferą biznesu - odstaje od polskiej tzw. klasy politycznej. Obserwacja poziomu polskich ministrów, sekretarzy i podsekretarzy stanu (w różnych urzędach) jest wyjątkowo przykra.

Ilustracje do księgi wyjść

 

Koniec kina w Lu. (2)

 

 

TU BYŁO KINO. (Dokumentacja z 4 marca br.)

Płockie. Fragmenty

 

 

(One czekały na pulpicie, ale to nie był moment, aby z obrazków ułożyć układankę. Teraz, miesiąc później i wiosna, jest.)

piątek, 27 kwietnia 2012
Stare dobre czasy, czyli autor bloga na współfinansowanym seminarium

 

- A jak wygląda sytuacja z inicjatywą lokalną na marginalizowanych obszarach wiejskich? - zapytałem, połykając nieco francuską, słodkawą babeczkę ze szpinakiem.

- Stopień implementacji powiązany jest z zakresem inkluzji społecznej. - odpowiedział działacz społeczny, dopychając chlebek z bazylią i grillowanym bakłażanem koreczkiem z szynką parmeńską.

Cieszę się, że nie jem już tego wszystkiego na co dzień.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 92