2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
piątek, 14 września 2018
Genevieve von Petzinger, Pierwsze znaki. Najstarsze symbole świata, Wyd. UJ 2018

 


(32 symbole z paleolitycznych jaskiń, opr. G. von Petzinger, źródło: https://t.co/PDXEcyi4uQ)

 

Nie lubię takiego stylu książek naukowych: gawęda czytana głosem Krystyny Czubównej. Autorka stawia poważne pytania a potem wpełza do jaskiń i opisuje przygody ze stalaktytami i stalagmitami. Pojawia się więc gatunek zmącony: książka nieco podróżnicza, nieco naukowa. Nie ma w niej klasycznego toku analizy i ze zdziwieniem koło sto pięćdziesiątej strony stwierdzam, że o tytułowych znakach jeszcze w niej nie było.

W końcu znaki pojawiają się, niestety nie pojawia się odpowiedź na postawione na wstępie pytania. Von Petzinger opowiada w sposób fascynujący, ale jednak opowiada.

W zębatych kantabryjskich górach (tutaj) żyli sobie kiedyś, a to kiedyś jest zupełnie niewyobrażalnym kiedyś jacyś ludzie. Uświadamiasz sobie, że mówimy nie o dziesiątkach lata, ale o dziesiątkach tysiącleci. Te dłonie na ścianach: dowód na to, że byli (tutaj).

A najbardziej porusza - po tylu jesieniach i zimach - że każdej Wielkanocy dwa z tych symboli (grzebień jako grabki i drabinkę jako część wiatraczka) wydrapujemy na gotowanych w łupinach cebuli jajkach.

 

środa, 12 września 2018
Dziennik pisany we wrześniu (odc. 2)

 


(Akcja zbierania stonki w 1952 r., fot. PAP/CAF/Stanisław Dąbrowiecki, źródło: onet.pl)

 

11. Stonka

Biegnąc do pana wysokiego funkcjonariusza napotkałem po drodze stonkę. Widać na podwórzec zrzuciła ją wroga wyimaginowana wspólnota, z której niewiele wynika, żeby podgryzła polski korzeń, korzeń naszej tożsamości. Niech nas zostawią w spokoju i pozwolą naprawić Polskę - przypominałem sobie. A potem pogłaskałem ją małym palcem i szepnąłem gryź mała, gryź.

 

Dziennik pisany we wrześniu (odc. 1)

 

1. 

Sprzedawczyni kurczaków w pierwszy wrześniowy ranek cieszy się niewymownie: będę chodziła na flamenco - opowiada.

Ostatnie truskawki, mówimy Dziecku, choć nie znać dziś końca lata.

2.

Lilie powodują złe sny. Tak sobie tłumaczę pośrodku nocy.

3.

Kiedy już oddaliśmy Dziecko Systemowi szliśmy przez osiedle. Dopadł nas zapach pieczonych bułeczek z samu. Nadjechał czarno-biały autobus.

Przyglądać się - tyle zostało, kiedy wieczór coraz szybciej i blisko nowiu (nowy telefon pokazuje obracający się Księżyc, ulubiona funkcja Dziecka).

4.

Odkryłem w moim nowym telefonie również funkcję kategoryzowania życia. Opisując zdjęcia, aparat umieszcza je np. w kategorii "szczęście". Dobrze wiedzieć, gdzie występuje.

 

 

Dziennik podróży na pętlę EC Siekierki. Mamince nie podobały się trzy kominy, ani też mężczyzna z wielkim brzuchem, który spluwał na rogu. drogi, zakręty, domki, zagrody, drzewo-krzaki, ludzie czekają na przystankach (pisał Miron B. równie ciekawski jak Dziecko). Zielsko rosło, mężczyźni brzęczeli butelkami, zbieraliśmy koniczynę, sto osiem w osiemnaście minut przewiozło nas do innego świata.

5.

Zrobił się ciemny wrzesień. Skakaliśmy po kałużach, ale ich też niewiele. Zamówione książki czekały w kiosku, ale skąd czasu, żeby je przeczytać wszystkie.

6.

Dziecko odpowiada Systemowi. Po ciemku Dziecko wstało z łóżka i ruszyło w kierunku łazienki. Chcę się porzygać - oświadczyło.

7.

Nadal doskwiera zmiana geografii. Dajmy na to autobus, którym jeździłem. Przedtem. Nie wiedziałem, że tyle czasu zajmuje droga wzdłuż cmentarzy. - Czy nacisnąć przycisk żeby się zatrzymał? - pyta w szarej sukience. Odpowiadam, że tutaj już nie ma przystanku. Patrzy wzrokiem smutnym, niespokojnym.

8.

Przewodnik po nieistniejącym życiu. Lilie od złych snów i znów ostatnie truskawki. Na sztucznej trawie słońce, ale wieczorem nadciąga jesień. Mam dwadzieścia kilka lat i pachnie deszczem na Racławickich, piszę sobie o Lublinie z M. W przyszłym roku masz trzydzieści dziewięć - stwierdza przed snem A.

9.

Budzimy się we mgle. Jesiennej, nie londyńskiej, ale i tak myślę o chwilach, które mój wewnętrzny aparat umieścił w kategorii "szczęście". Dzięki Bogu, że istnieje messendżer. (A. mi proponuje łotsapa).

10.

Po schodach od carrefoura człapie człowiek-legenda. Bardzo przyziemne są spotkania z połową historii Polski. Ciemno już się porobiło. Podlaliśmy pelargonie. Dziecko wymija historię zygzakiem.

 

niedziela, 09 września 2018
Frank Dikötter, Rewolucja kulturalna, Czarne 2018

 


(Czerwonogwardziści z Czerwonymi Książeczkami w Pekinie w 1966 roku, ChinaFotoPress/Getty Images, żródło: wsj.com; zdjęcie wykorzystane na okładce)

 

Potrzebny jest więc paranoiczny przywódca, gromada przerażonych klakierów, propaganda, która usprawiedliwi każdą woltę władzy oraz zaślepiony ideologią tłum skandujący ukochane imię. I już biegnie urzędniczka wojewody policzkować kogoś, kto się sprzeciwia. I już rzucają się uczniowie pekińskiej szkoły torturować swoich nauczycieli. Oczywiście, możecie powiedzieć, że przesadzam. Owszem: hiperbola, ale mechanizm działa dokładnie ten sam - zmienia się przywódca, ideologia, ofiary i zasięg. Należy wzmóc nienawiść, a potem już się potoczy: tak działa to u naczelnych.

Gdyby nie wydarzyło się to naprawdę, uznałbym, że Rewolucja Kulturalna to doskonały kawał literatury. Szczególnie ta dystopijna opowieść o dzieciach, które przejmują władzę nad szkołami, by niszczyć i zabijać stary porządek reprezentowany przez belfrów. Król Maciuś Pierwszy w krainie Wielkiego Muru.

Jeden z pseudointelektualistów rządzącej w Polsce partii pisał niegdyś o rozwibrowaniu czy też rozedrganiu układu. Opisywana przez Diköttera rewolucja może być właśnie traktowana jako takie działanie na ogromną skalę. Trudno zrozumieć, choć autor pisze w sposób wyjątkowo przystępny, kolejne etapy tego procesu, w którym wczorajsi bohaterowie dzisiaj stają się zdrajcami. Jedna decyzja Przewodniczącego wystarcza, aby odwrócić bieg rzeczywistości o sto osiemdziesiąt stopni.

Przeraża masowość i ogrom rewolucji, która oznacza chaos. Zniszczyć nawet własne państwo, aby umocnić swoją władzę (marzenie, które spełnia się na różne sposoby).

 

czwartek, 06 września 2018
Marta Madejska, Aleja Włókniarek, Czarne 2018

 


(Jack Delano, Tkalnia pracująca całą noc w New Bedford, Massachusetts, styczeń 1941, źródło: www.flashbak.com).



Gdzieś na samym początku książki, autorka przyznaje, że o łódzkich włókniarkach chciała napisać doktorat. I rzeczywiście zamiast prostego reportażu (który jest albo nie jest literaturą), otrzymujemy usystematyzowaną i podzieloną na zgodne z chronologią rozdziały pracę, która zaopatrzona jest w dodatkowy słowniczek wyjaśniający terminologię włókienniczą (niestety nie ma mapy, a przydałaby się, żeby lepiej zrozumieć miejsce: Łódź). Sporo jest wywiadów etnograficznych, są też materiały z przepastnych archiwów, w tym takie, które po 1989 r. zostały wyrzucone z obiegu. No i jest to herstoria wbrew dominującej opowieści o mężczyznach, którzy są motorem dziejów: to też od razu zaskakuje - przez Łódź biegnie Aleja Włókniarzy, nie Włókniarek.

Do rozdziału przedostatniego włącznie "Aleja Włókniarek" opowiada o ciężkiej pracy. Najbardziej ponura jest w tej części opowieść z XIX wieku o milczącej masie kobiet, po których nie pozostał żaden ślad, żadne Mauzoleum Poznańskiego, żaden grobowiec Grohmana. Ot, urodziły się i przeżyły, pracowały od dzieciństwa w tkalniach i przędzalniach ponad swoje siły, a jedyny odpoczynek, którego doczekały, był odpoczynkiem wiecznym. Kobiety, o których nikt nie pamięta. Więcej, cała - także ich - trwająca kilka pokoleń praca, po 1989 roku okazuje się iść na marne.

 


(Antoni Suchanek, Łódź - miasto kominów, 1948, źródło: www.sklep.ryneksztuki.eu)

 

Rozdział ostatni nosi tytuł "Skrawki". Faktycznie, rwie się, rozpada, pozostawia z niepokojem. Tym samym uczuciem, które tak doskonale wyraziło Dziecko, kiedy w maju nocowaliśmy w czymś, co dawniej było wielką tkalnią. Dlaczego nie ma pociągów? Dlaczego nie ma fabryk? - i przyznam, że tak jak wtedy nie potrafiłem na te pytania odpowiedzieć, tak samo i teraz, po lekturze "Alei Włókniarek", nie znam odpowiedzi.

Niemniej teraz w krajobraz bocznic porośniętych komosą i opustoszałych ceglanych budowli wkradają się głosy.

 

piątek, 31 sierpnia 2018
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 3)

 

21. Dziennik podróży na Rondo Wiatraczna

Nie Londyn (!), nie Kadyks, nawet nie Sochaczew, najważniejszą wyprawą wakacji okazała się ta na Rondo Wiatraczna. Tramwaj trząsł się godzinę, pasażerowie się zmieniali, oglądaliśmy przez okno: sklep z ciasteczkami, starą fabrykę, kawiarnię z torami w środku, muzeum kolejnictwa, pałac, rossmana oraz Wisłę. Prowiant był: suszone banany i woda. Wysiedliśmy po drugiej stronie rzeki. Gofry tam mieli tańsze, kupiliśmy rurki z bitą śmietaną.

Wróciliśmy do siebie. Tu, nie tam.

22. Księżyce Marsa

Fobos i Deimos nabożnie powtarza Dziecko w kąpieli. Wpływ książeczki o astronomii, którą czytamy rano i wieczorem (wieczór ciepły, Mars z niewidocznymi dziećmi wisi pod Księżycem) jest przemożny.

 

(Vladimir Nabokov, Szczegółowy rysunek skrzydła/ Genitalia samca nieznanego gatunku z Labradoru, Archiwum Vladimira Nabokova w Berg Collection/ New York Public Library/ The Wylie Agency LLC; żródło: newyorker.com)

 

23. Precyzja

Podchodzenia z precyzją do świata uczyć może Vladimir N. Opisywania z dokładnością własnych uczuć.

24. Fazy Księżyca

Poznawszy Fobosa i Deimosa czekaliśmy na pełnię naszego Księżyca. Każdego dnia w oknie o kawałek więcej. Odliczaliśmy. Tego wieczora gęste chmury. Odliczamy na nowo. Do nowiu.

25. Ochłodzenie

Hiszpanie ciepłe swetry naciągają na letnie sukienki. Nowy Świat w szare puste rano. W kawiarniach szukają śniadań, chcą się ogrzać kawą. 

26. Burze Jowisza

Mały był armageddon w ikei, ale Dziecko chciało na frytki i kotleciki, nic, że deszcz, nic, że korek. Całe szczęście w domu czekał Jowisz: Atmosfera Jowisza jest przecinana błyskawicami wywołanymi przez panujące tu intensywne burze. Największa z jowiszowych burz to Wielka Czerwona Plama - wyrozumiały głos A. ("Profesor Astrokot odkrywa kosmos")

27. Ocieplenie

Tłumy w metrze. Niedługo spadną liście. Przepowiada południca w czerwieni.

28. Dziennik podróży na pętlę Okęcie

Pętli Okęcie nie ma. Zapomniałem wyjaśnić Dziecku, że nazywa się inaczej. Zwykle w grudniu przyjeżdżam tu po choinkę, więc nie spodziewałem się zieleni. Chciałem pokazywać tramwaje, autobusy i brzuchy samolotów, ale Dziecko wolało krwawnik i różową koniczynę. 

29. Dużo cukru

Słońce późnego sierpnia jest zupełnie inne. Melancholia zapada nad łąkami, gdybyż były tu łąki. Ciepłe nie ostre (zimny z dużo cukru - mówi Dziecko o pączkach). Znowu jest łapczywie, znowu chce się tęsknić. 

30. Geografia

Każda (auto)biografia powinna być atlasem. Nic tak dokładnie nie opisuje zmian w życiu jak osobista geografia, mapy szlaków pokonywanych co dzień, linii autobusowych i tramwajowych (było już o tym), ulic: siatka punktów łączących wspomnienia.

Ten ranek jest po dwóch latach przedostatni, kiedy z Dzieckiem idę do klubiku. Wszystko jak od dwóch lat jest znajome i ustalone. Geografia bywa silniejsza niż rytuał. Fontany, Lisowska, Hajoty - wymieniamy zaklęcia, na których uczył się mówić. Krajobrazy słoneczne, krajobrazy deszczowe, ciemno, jasno.

I niczym się bardziej nie martwię niż nową mapą.

31. Królestwo

Koniec sierpnia przynosi rozstrzygnięcie niektórych letnich dylematów:

astronomia nie jest dyscypliną naukową, teologia - owszem.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 737