2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
środa, 19 lipca 2017
Dziennik pisany w lipcu (odc. 2)

 

 

Pomarańczowa furgonetka

Staruszek-sprzedawca losów na loterie odwrócił się i spytał po portugalsku: samochód? Właściwie to domyśliliśmy się, że spytał właśnie o to, bo staliśmy we trójkę przed witryną pełną kolorowych aut a on wyciągnął klucz i ruszył w naszym kierunku. Otworzył szybkę. Dziecko wskazało na volkswagena (model T2 z 1962 roku), a on sięgnął po niego, ujął delikatnie w palce i gładząc pokazał otwierane drzwi i klapę bagażnika. Byliśmy zachwyceni, najbardziej Dziecko. Zapłaciliśmy a staruszek zamknął witrynę i poczłapał za kotarę.

Tak bardzo niewiele zostaje z podróży, ot, uchwycony fragment: sprzedawca losów w swoim sklepiku (bez daty).

Banał

Wieczór ciepły, co tego roku było wyjątkiem, siedzieliśmy na Chłodnej, jedząc węgierskie naleśniki. Dziecko biegało, zaglądając do środka beczki. Zatrzymał się koło nas mężczyzna z yorkiem i spytał, czy chcesz pogłaskać, ale Dziecko nie miało odwagi, jedynie uśmiechnęło się, on odwzajemnił i poszedł. Potem spotkaliśmy P. na randce, stygły mi naleśniki, i biegaliśmy koło piekarni, i zobaczyliśmy, że album Franceski Woodman jest na przecenie. Piękny wieczór, a jednak tego wieczoru - nie martw się problemami świata, powiada A., nic na to nie poradzisz - krążył wokół mnie wiersz. Wiecie jak bardzo unikałem patosu, starałem się być stonowany i flegmatyczny, ale tego wieczoru poczułem, że to już teraz, że ze swoją obojętnością, mieszczę się już w rubryce pierwszej, tak tej szerszej. Bo nie było wielkiego bum ani wielkiego ach, niepostrzeżenie i banalnie coś się z nami stało (14.07.2017).

Wiktor Woroszylski, Państwa faszystowskie (1970)

Niedługo po wojnie 1914–1918 w Europie powstały pierwsze
państwa faszystowskie W tych państwach
słońce wschodziło i zachodziło o normalnej porze opromieniając
dachy domostw i wzgórz zieloną spadzistość W oborach
łagodnie ryczało bydło Matki o świcie
budziły dzieci całując je w czoło Ojcowie wracając z pracy
ze znużeniem radosnym w kościach wdychali
dym domowego ogniska zaś po obiedzie
zasypiali w fotelu bądź też majsterkowali wytrwale bądź też
muzykowali z zapałem Dzieci
bawiły się w klipę w klasy i w chowanego Małym
dziewczynkom rosły piersi i dziewczynki z dnia na dzień
zamieniały się w duże dziewczyny wypełnione szeptem
szmerem jak drzewa w lesie chichotem nagłym na którego
dźwięk chłopcom zasychało w gardle W letnie wieczory
na firankach podświetlonych od wewnątrz schodziły się cienie
rozchodziły i znów schodziły miłośnie Zaś zimą
kochankowie łowili ustami parę z ust w ośnieżonych ogrodach I jeszcze
można wspomnieć o kotach wyginających się w kabłąk o wróblach
wzlatujących nad jezdnią o staruszkach na przyzbie o kwiatach
ciętych i doniczkowych o pielęgniarkach
podających chorym termometr o ludziach z miotłą
zamiatających ulice O drewnie
rozsychającym się bruździe w polu wilgotnej wietrze w zaroślach I jeszcze można
wiele wymienić zjawisk świadczących że

Albowiem nie było znaków na niebie komet żałobnych
wody w krew zamienionej krzaków płonących albowiem
życie biegło zwyczajnie więc naprawdę w państwach tych wielu było
ludzi zwyczajnych i ludzi dobrych i takich którzy
nie wiedzieli o niczym i którym
nie przychodziło na myśl i którzy
nie czuli się współwinowajcami i którzy
nie mieli z tym nic wspólnego i którzy nawet
nie czytali gazet lub też czytali niedbale zajęci
myślami o tym że trzeba naprawić
przeciekający dach oddać
buty do szewca oświadczyć się wypić
kufel piwa wymieszać farby zapalić świeczkę i którzy
naprawdę nie dostrzegali strachu w oczach sąsiada nie
słyszeli drżenia w głosie pytającego o drogę nie
dostrzegali różnicy nie słyszeli
głosu w sobie albo skoro
domyślali się czegoś nie mogli nic zrobić i pocieszali się
mówiąc My przynajmniej
nie robimy nic złego żyjemy jak żyliśmy zawsze Co było prawdą

A jednak były to
państwa faszystowskie

Moje życie z Julią Hartwig

Rano we wpisie dalekiej znajomej znajduję dwie daty. W wiadomościach napiszą o niej za godzinę. Sięgam do regału i odszukuję autograf. Julia Hartwig z Lublina pojawia się rok w rok w tle.

Luty 2007: W kawiarni na rogu ciastka po 9,5 złotego i Julia Hartwig. Maj 2011: Julia Hartwig przechodzi przez jezdnię/ warkocz ma zupełnie jak mojej prababci./ większy jej cień niż markizy na przystanku foksal. Październik 2014: Na śniadaniu pachnie sterylnie i parówkowo. Niezauważenie przy stoliku po przekątnej siada Julia Hartwig.

Zauważyłem, że tamtego cudownego lata, nagle zamilkła. Potem pojawił się ów gęsty wiersz ("Kwartalnik Artystyczny", 1/2016).

CISZA SPOKÓJ i zastygłe istnienie
zapomniałam kształtów i barw
wszystko było i niczego nie szkoda
bo tyle wiem że czas to zawsze czas
I tak właśnie kończy się świat
Nie hukiem ale skomleniem
a miejsce miejscem jest i niczym więcej
a co się dzieje dzieje się tylko raz

I jeszcze kartka z Pensylwanii - w której jak na całym Wschodnim Wybrzeżu - szalały śnieżyce ("Kwartalnik Artystyczny", 1/2017): Piękny widok z okna, cisza jeszcze głębsza, śnieg przykrył okolice domu. Julia Hartwig z Lublina znika teraz w bieli, mały punkcik na nieboskłonie.

Listopad 2014: Na tych targach to było tak. Ja nie mam śmiałości do poetów, ale patrzę, że jeszcze przy stoisku a5 siedzi Julia Hartwig i podpisuje. Więc kupiłem tomik raz, dwa (...) i podbiegłem do stolika. Ale tak nieśmiało, że nawet nie zdążyłem czegoś więcej powiedzieć. Potem patrzę a w "Dzienniku", często ocenia spotkania autorskie i wyławia ludzi ciekawych z ogonków do podpisu. Więc mogłem i ja, ale nie potrafiłem, a może trafiłaby nawet tu na bloga, bliżej. 

(15.07.2017)

Wosk

Nie poszliśmy, bo Dziecko usnęło a jak się obudziło pilnie chciało jajecznicę, ale już mieliśmy gotowe świece z Fatimy, bo jak bronić sądu najwyższego przed złymi mocami, to największym kalibrem. W ogóle - myślę teraz, co mogłoby pomóc - należałoby Polskę ulepić z wosku i wrzucić do pieca na Placu Modlitewnym (16.07.2017).

Księżniczka

Pewnej jesieni (bezskutecznie) wypatrywałem w oknach hotelu "Bristol" nieszczęśliwej monegaskiej księżniczki (tutaj). Ci tutaj wyglądają na szczęśliwych. Czy ich ręce leczą jeszcze skrofuły? (17.07.2017)

Żółta ciężarówka

Zapamiętaj to z tego dnia, na długo zapamiętaj: szczęk rozkładanych barierek. Robotnicy zdejmują je z żółtej ciężarówki i składają w płot. W tle na Krakowskim rzewny Elvis Can't help falling in love with you (18.07.2017; siedzę przed komputerem, zamiast walczyć o wolność).

 

czwartek, 13 lipca 2017
Dziennik pisany w lipcu

 


(Monica Bellucci w filmie "Malena", reż. G. Tornatore, 2000, źródło: tumblr.com)

 

Odcięcie

Zapytałem żartem, czy jeszcze pracuję. Tak, oczywiście - odpowiedzieli informatycy, dodając, że sieć nie rozpoznaje mojego komputera i nie wiedzą czemu. Najpierw był jeden, potem przyszedł kolejny - odbywali konsylium wpisując magiczne formuły. Nie działało. Odcięli mnie od codzienności: i tak nie chciałem wracać (05.07.2017).

Mandarynki

Siedzieliśmy w gabinecie przed telewizorem. Aktor, pomyślałem, gdy zaczął z emfazą i ekscytacją. Słowa mówił gładkie, pochlebne, tłum wiwatował. Bóg, Polska, cywilizacja - tak niewiele trzeba w tym kraju, żeby stać się prorokiem. Aktor, przysłuchiwałem mu się uważnie, choć w gabinecie sam jeden byłem sceptyczny. On grał, a myśmy się z każdą minutą na jego grę nabierali.

Tego dnia zrozumiałem jak bardzo jest naiwny ten naród żyjący nad Wisłą, jak łatwo go kupić, jak niewiele trzeba, żeby go zmanipulować. Zrozumiałem historię i teraźniejszość: wiara w cuda, zamachy w Smoleńsku, Jezusa, który jest Polakiem, własne wybranie i dziejową misję, strach przed obcymi, ucieczka od wolności i rozumu: małe niedojrzałe narody są jak małe niedojrzałe mandarynki, nie nadają się do niczego.

Prawicowy propagandyści dochodzili na wizji, z ekranów lały się peany ku czci człowieka, którego reputacja jest bądź co bądź nie najlepsza. To było jak Zjazd Gnieźnieński, Jan Paweł II zmartwychwstał - odpytywali otumanionych ludzi, którym do głowy nie przyszło, żeby sprawdzić kim naprawdę jest Donald Trump. Ten ostatni spieszył się na spotkanie z Wołodią, oni pobiegli machać flagami (06.07.2017).

Niewypowiadalne

Było mnie w dwóch fontannach.
Było mnie w czterech kawiarniach.
Nie było mnie u mnie.

Wybiegłem a potem wróciłem, zamknąłem się w pokoju i odczyniłem uroki (07.07.2017).

Malena

Pod halą młoda dziewczyna w krótkiej białej sukience w granatowe pasy pakuje do reklamówek wysmukłe ostróżki: bardzo jej z nimi do twarzy. Za sprzedawców tego ranka robi dwóch chłopców, lat najwyżej dwanaście, ojciec przysypia w furgonetce. Gdy dziewczyna przykuca i nachyla się, a oni podają jej w słońcu zielone łodygi, ich ciekawskie twarze oblewa rumieniec.

Przypominam sobie Monicę Bellucci, która spaceruje - ta scena na zdjęciu - po najpiękniejszych Syrakuzach (08.07.2017).

Plac

Tatusiowie w galeriach handlowych obsiadają place zabaw. Przyglądają się przechodzącym, zapisują w komórkach bloga. Dziecko akurat zasnęło, więc nie trzeba biegać. Jeśli to przywidok, to ja też już śnię (09.07.2017).

Czekolada

To, co pójdziesz po czekoladę? - zapytała A. Właśnie zamierzałem - pośpiesznie nakładałem buty. Od lat zdarza się to samo. Pamiętam, kiedyś przeczesywałem późnym wieczorem okolice w poszukiwaniu draży, ale dawno nie jemy już draży. Teraz tylko z okienkiem. Szybko do kerfura. Mijam sąsiada, który wraca z wódką (10.07.2017).

Sushi

(O, Portugalio!) Któregoś dnia po powrocie kupiliśmy z sąsiadami (innymi, nie tymi od wódki) na spółkę sushi. Potem trzeba było oddać pieniądze i jakoś tak zleciało. Poszedłem wieczorem. Otwierają drzwi. W salonie leci - znaczy oni to oglądają - gadzinowa telewizja a w niej gość o oczach świra, który - dam sobie uciąć palca - jest agentem Wołodii, oskarża o zdradę Wałęsę. Więcej sushi raczej nie będzie (11.07.2017).

Południe

Przyszedłem cię zobaczyć, ale ciebie nie ma. Albo cię wymyśliłem, albo zbyt daleko. Wezmę flat white na wynos i obejrzę zdjęcia. Oglądanie to nic innego jak udawanie, że naprawdę (12.07.2017). 

Diabeł i brzytwa

Padało od rana. Kolega mormon zdradził mi w sekrecie, że przez papieża Franciszka przemawia diabeł. Zresztą sam diabeł o tym zaświadczył w Brazylii. (W Brazylii mówią po portugalsku!) Zastanawiam się, czy z tego dziennika będzie się kiedyś dało odczytać świadectwo tego jak kraj przechodził od demokracji do autorytaryzmu (bez metafor, że my z demokracją to jak małpa z brzytwą). Autor bloga, oportunista, jawny współpracownik, przyglądał się milcząco, co oznacza zgodę. Było to tego lata, w którym rządzący uznali, że Monteskiusz się mylił i narodziła się nad Wisłą mała Turcja (a może Salazaria?). Być może autor bloga nawet znacząco chrząkał w proteście (13.07.2017).

 

niedziela, 09 lipca 2017
Dziennik portugalski trzeci

 


(Piec krematoryjny w Fatimie, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Scenki. Tomar

Piękniejsza od waszych rozkoszy geometrów, od zachwycających sklepień i od gęstych od światła krużganków jest stacja benzynowa - mówi Dziecko, które nie zna tylu słów, więc powtarza jedynie bija, bija (od pija - pić, gdzie zmiana głoski p na oznacza benzynę).

Dziennik z Fatimy. Magia sympatyczna (wg Frazera)

Podobnie jak na polach Majdanka, w Fatimie jest ciągle zimno: do pieca krematoryjnego wjeżdżają małe dzieci, nogi oraz wątroby. - Nie mam macicy – mówi pątniczka z Polski, więc cóż mogę od siebie wrzucić w ogień?

Dziennik z Fatimy. Drzewo

Pisałem wiersze o Fatimie, szczery ortodoks, ale teraz stoję na niekończących się schodach. Straszne zimno bije od ognia. Jedynie drzewo mogłoby zdradzić trzy tajemnice, ale ogrodzili je szczelnie, oddzielili od tłumów.

Dziennik z Fatimy. Wieś

Autokary jeden za drugim wjeżdżają do kamiennej wsi. W dwóch domach, na dwóch łóżkach umarł mały święty Franciszek. Znowu wyszukuję drzew, bo pamiętają i owieczek, bo Dziecko chce pogłaskać.

Dziennik z Fatimy. Cuda

Na początku Bóg opiekował się całymi narodami. Matka Boska otaczała wielkim gwiaździstym płaszczem armie, żeby wyrzynały się nawzajem. Potem było trzęsienie ziemi w Lizbonie i parę innych nieszczęść spadło na świat. Obrazili się filozofowie na Boga, co wrzucał w czyśćcowe płomienie i nie odzywał się, gdy płonęło bogobojne miasto. Od tej pory cuda stały się zindywidualizowane, a Opatrzność jeszcze bardziej wybiórcza. Z Matką Boską rozmawiają tylko małe dzieci.

 


(Śmierć Matki Boskiej, fragment reprodukcji witrażu z wystawy czasowej w klasztorze w Batalha, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Scenki. Batalha

Makatka ze sceną wiekopomnej bitwy - która miejscowości użyczyła nazwy a o której nic nie wiem - wita nas na schodach restauracji, takiej ceratowo-plastikowej - aż dziw bierze, że nie ma w niej wycieczek szkolnych. Podają tam do dań na raz frytki, ryż oraz purée z gałką.

Proszę się pospieszyć, o drugiej będzie zmiana warty - mówi kustosz. O tak, ja bardzo zmiany warty, krok marszu, tyle chwały. Na ekspozycji czasowej można sobie obejrzeć uśmiechniętego martwego króla, naturalnej wielkości z piaskowca.

Scenki. Porto

1.
Pierwszego dnia w Porto oglądałem pogrzeb Helmuta Kohla. A. wychodziła spod prysznica. Dziecko jeździło trabantami po poduszkach. Kiedy w deszczu w Spirze zagrały puzony, odwróciło się i uśmiechnęło.

2.
Mewy o krwi na dziobach okazały się niczym nadzwyczajnym, jednym z gatunków mew. Ale przez parę chwil – nieświadomi ornitologii - żyliśmy ich drapieżnym wyobrażeniem.

3.
Przyszliśmy na plażę starych ludzi. Ich kończyny były tak nieelastyczne jakby zrobione z fatimskiego wosku. Słońce robiło za piec.

4.
Nie warto więcej pisać, nie warto robić zdjęć – podszeptuje mi w kościele na wzgórzu święty Ildefons, bądź co bądź patron poetów. A może to tylko realistka A. leczy mnie z ułudy (tutaj).

 


(On, jasny chłopiec Jarosława, lipiec 2017, Porto, źródło: a.b.)

 

5.
W tym białym słońcu pod filarem mostu, on jasny chłopiec Jarosława. Widziałaś? – spytałem A., ale nie zwróciła uwagi. A przecież ja też, podglądacz straconego czasu, nigdy bym nie spojrzał, gdyby nie to nagłe światło.

6.
W łodzi monotonny głos każe spoglądać w lewo albo w prawo, i tak nie rozróżniam. Na przekór rozglądam się wkoło (nie będzie mi jakiś głos mówił, co mam robić). Turyści zmęczeni upałem przysypiają przy ławach. Biała Rosjanka omdlewa.

7.
Opisywanie zachodów słońca na cudzoziemskich plażach bądź co bądź nie jest zajęciem, które przystoi. Ciała oblewa ciepłe światło, światło stało się refrenem. Módl się za nami, Panno Wodna, kiedy nadchodzą Flamandowie i powtarzają, chichocząc, ku..a mać!

Powrót

Polska. Dziś międzynarodowy dzień hot-doga, kawa będzie w niższej cenie. Pytamy Dziecka, kosmopolityczni manipulanci, podoba ci się tutaj?
Nie.

(30.06-04.07.2017)

 

Dziennik portugalski drugi

 

Scenki. Arrifana

Ocean zabiera nasze budowle, A. zabiera koc i przenosi wyżej. Przypływ. Suszą się panny wodne o piaskowej barwie, co przed chwilą wyszły z fal. Przypływ.

Scenki. Portimão

Kiedy przechodzi A. i poprawia włosy, starzy mężczyźni podnoszą głowy znad sportowych dzienników głowy w kawiarni i wydmuchują serca z papierosowego dymu.

 


(Olhão: jeszcze jeden labirynt Minotaura, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Fragment opowieści M.

Zanim pewnego południa przyjedziemy do Olhão, zostaje ono dokładnie opowiedziane przez M., wygląda więc zupełnie znajomo. Znikające wyspy majaczą niczym fatamorgana, po hali targowej spacerują kraby, a uliczki zamieniają się w labirynt. Olhão - zauważa A. - jest tak śródziemnomorskie jak powinno być: jak Splantzia (tutaj) albo Trapani. Jeszcze jeden labirynt Minotaura.

Z notatek. Legenda o ptakach

Ten niewielki zbiornik jest niezwykle potrzebny, bo lądują w nim ptaki lecące z Afryki - tłumaczy M. sprzedawca rejsów znad ogrodzonej sadzawki, w której mętna woda.

Z Nabokova

Czarowały szyldziki na drzwiach szaletów - Chłopcy-Dziewczęta, John-Jane, Jaś-Małgosia, a nawet Koziołek-Kózka (V. N., "Lolita", s. 196). Tutaj przy plaży: Syrenki-Piraci.

Dziennik z Lizbony. Katastrofa

Do tamtego dnia wszystko było jasne. Król właśnie stał się królem najwierniejszym. Okręty przywoziły pieprz i niewolników. Opatrzność czuwała i odmierzała cuda. Wszyscy święci patronowali zgodnie z właściwością.

W swoim genialnym "Terremoto" (tutaj) Jarosław Mikołajewski naprowadza mnie na Woltera i jego poemat o trzęsieniu ziemi w Lizbonie w dniu Wszystkich Świętych 1755 roku (tutaj).

Kiedy nie ma już Lizbony, nie ma już pewności. Niebo zaczyna się chwiać: wszystko, co jest dalej, zaczyna się tutaj - pytania, które stawiamy, niewysłuchane modlitwy (Religia wydaje się być czyhaniem na cud, próbą zmuszania Boga do wysiłku. Taka religia - placebo, powtarzanie uśmierzających rytuałów.)

Ruina kościoła karmelitów w tle, gdy pijemy porto ze śpiącym Dzieckiem w wózku.

Dziennik z Lizbony. Szelest

Brodzimy w złotych liściach platanów pod kościołem Rocha. Tłumaczę Dziecku, że lato to przedwczesna jesień.

 


(Ogród tropikalny w Belem, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Dziennik. z Lizbony. Antoni

Pielgrzymka Libańczyków przepycha się w korytarzu i zderza z księżmi stojącymi za potrzebą. Na końcu korytarza, za sklepem z dewocjonaliami i zakrystią, schodki prowadzą do małej celki, tam się urodził. Święty Antoni Padewski, którego tutaj nazywają wyłącznie Lizbońskim.

Dziennik z Lizbony. Katolickie Państwo Narodu Portugalskiego

Siedziba tajnej policji dyktatora (dzisiaj muzeum, nie wejdziemy, bo poniedziałek) mieści się naprzeciw patriarchalnej katedry. Nie ma lepszej lekcji dla zdrajców w porządnym narodowo-katolickim kraju, niż kiedy podczas tortur da się usłyszeć na Anioł Pański dzwony. (Tego ranka włączyłem wiadomości z kraju i przeczytawszy postanowiłem nie wracać).

Sny kolonialne

(piosenka) Kabowerdyjki, Angolijki, Mozambiczanki*, co spoglądają zza firanki, gdy syn Odyna pije mleko ze swojej hotelowej szklanki.

Kabowerdyjki, Angolijki, Mozambiczanki: bramy ogrodu wieńczą głowy według najlepszych wzorców tubylczej urody.

(didaskalia) Po ogrodzie, Jardim Tropical, przechadzają się kury. Salazar też hodował kury - czytam u Klementowskiej (tutaj) - bardzo skromny dyktator. Choć nie miał rozmachu Leopolda, to skłonność do przesady zachowywał dla architektonicznych uniesień (Czy wszyscy dyktatorzy lubują się w monstrualnych posągach?). Pomniki i kury zostają z imperium. Ogród powoli zarasta: trudno znaleźć czarne głowy według najlepszych...

(notatka) Na nabrzeżu Tagu, gdzie pijemy wino, śpiewa Santos Cabral z Zielonego Przylądka. Płyta po piętnaście euro. Zapisuje nam na niej swój numer: gdybyśmy mogli zorganizować koncert, on chętnie znad Tagu nad Wisłę. 

(piosenka) Kabowerdyjki, Angolijki, Mozambiczanki, itd.

Z Nabokova

Doskonały jest opis podróży u Nabokova: to nagromadzenie nazw atrakcji, przelotnych wrażeń, opisów i cen moteli, zmienność widoków i nastrojów. Ten cały utracony, nie do zapamiętania czas, z którego pozostaje jedynie jakiś szczegół - dajmy na to - pomarańczowobrązowy brzuch (V. N., "Lolita, s. 202).

 


(Napis na murze w Alfamie, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Scenki. Alfama

- Oni muszą nas nienawidzić – mówię A. Wchodzimy im prawie do domów, podsłuchujemy ich papużki nierozłączki, wdychamy mydliny z ich prania. Starają się unikać naszego wzroku, zaciskają, pozbawione aparatów, pięści.

(22.06-29.06.2017)

 

*Prawidłowa forma: Mozambijki.

sobota, 08 lipca 2017
Dziennik portugalski pierwszy

 


(Calderaida w jednej z restauracji w Cacilhas, czerwiec 2017, źródło: a.b.) 

 

Przedmowa

Opowieść o Portugalii to cudza opowieść. Nie mam dla niej nawet własnego języka. Próbuję, składa się więc z wrażeń (choć wydaje się pozbawiona zmysłowości), cytatów, fragmentów: przestaję wierzyć w umiejętność zapisu, w jego sens. Może pora w Portugalii zakończyć pisanie bloga?

Skoro niespodziewanie podróż staje się podróżą kuchenną, usiłowanie opowieści o niej przypominać zaczyna açordę ze słów albo calderaidę, do której autor bloga wrzuca notatki z telefonu i żółtego notesika.

Zmysły. Węch

Zapach słonego oceanu na lotniskowym parkingu.
Zapach świerszczących ziół.
Zapach zmęczonego morza.

 


(Świerszczące zioła, Monchique, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Z notatek. Sen

- Did you sleep well?
- Actually I have insomnia.

Początek cudzej opowieści

Na parkingu pod supermarketem zatrzymała się biała furgonetka, wyładowana torbami i deskami. Wysiadła z niej panna wodna w bordowym kostiumie, ostrożnie postawiła stopy na ciepłym asfalcie. Nigdy nie byłam w Kalifornii - powiedziała.

Zmysły. Wzrok

Brązowe doliny w wieczornej mgle przy autostradzie A22. Rude włosy czekające na skwerze na miejsce w restauracji w Aljezur. Rudy, wpadający w czerwony: kolor tutejszej ziemi. Niebieska linia na murze. Białe światło słońca.

Scenki. Monchique 

1.
Starsze panie wypatrują w progach domów. Chowają się dopiero kiedy metr, dwa. Dwoje staruszków w pergoli spogląda na Dziecko. Chłopiec czy dziewczynka? - pytają, ale zrozumiemy to daleko na górze.

2.
Strażacy siedzą przy opuszczonej do połowy masztu fladze. Domyślamy się wówczas żałoby narodowej. Czy nieszczęście jest bardziej prawdopodobne, gdy się nie ruszasz z domu, czy gdy wyjeżdżasz?

3.
Pani w markecie: jakie piękne dziecko! Moja córka ma czternaście miesięcy. Wzruszają ją inne dzieci, też tak mam.

 


(Przylądek św. Wincentego, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Z końca Europy 

To jest koniec naszych marzeń, ostatni skrawek, cypel. Dalej na południe i zachód nie ma już nic. Ocean z hukiem spada po skorupie żółwia. Na krańcu Europy: kamyczki, potargane wiatrem krzewinki, lidl. Tam pójdziemy, tak jak chce Dziecko.

Scenki. Sagres

Smutek południa. Szare polskie chmury. Ta sama tęsknota przyjmuje inny przedmiot: Polacy śnią o stepach, Portugalczycy o oceanie. W smażalni ryb na osiedlu takich samych letniskowych domów jedyną kobietą jest A., jeśli nie liczyć leciwej kucharki o złych ustach. Wybieram ryby, których wygląd i nazwy nie mówią mi zupełnie nic. Ryby są złote. Zaraz nadejdą turyści i ich chorobliwy chichot.

Scenki. Lagos

Czarnoskóre kobiety w kapeluszach nad koktajlami w barze przy dawnym targu niewolników.

Z notatek. Liczby

40 mieszkańców w tej wsi tutaj, 50 dni płonie w środku drzewo - opowiada Antonio.

(18-21.06.2017)

 

sobota, 17 czerwca 2017
Dziennik. Kroniki rajzefibry

 

(Pablo Picasso, Gołębie, 1957, Museo Picasso, Barcelona, źródło: tumblr.com)

 

Dzień 1

Bez opuszczania nie ma podróżowania. Być może z tego powodu wielu uważa, że podróże powodują tyle kłopotów, że aż nie mają sensu. Opuścić, czyli porzucić dające pewność rytuały i wyimaginowane światy. Opuścić, czyli trochę umrzeć.

Jest taki fragment w dziennikach, tych czytanych w styczniu (choćby tutaj), gdy ich autor jedzie rejsowym autokarem, hen gdzieś daleko, po alei Tysiąclecia jedzie, i - właśnie się zakochał po raz kolejny albo mu się zdaje, że się zakochał, co na jedno wychodzi - myśli sobie, że wcale nie chce nigdzie wyjeżdżać. Bo ta niewyznana, fantastyczna ułuda bardzo mu odpowiada.

Przypominam sobie o tym, gdy zaczyna się pakowanie.

Dzień 2 

O ryzyku planowania podróży z Dzieckiem pamiętam od czasu - jeszcze Dziecka nie było - kiedy Dż. nie pojechała do Jane Austen a miała już wszystko gotowe, tylko wsiadać. Trochę mnie to powstrzymuje od przygotowań, a nuż jeszcze dostanie temperatury i trzeba będzie się z wielkim żalem rozpakowywać. Biegamy więc za Dzieckiem z niebieskim światełkiem, przekrzykując się co chwila: trzydzieści sześć i pół! trzydzieści sześć i siedem!

Dzień 3

Pakuje A., pacyfikuję ja. Wyobrażam sobie rozgwieżdżone południowe niebo i siebie na leżaku czytającego przy małej lampce na zmianę "Lolitę" oraz "Chorobę na śmierć" (obie spakowane). Oprócz ułudy codzienności (patrz powyżej) istnieje bowiem ułuda planowanych podróży.

(15-17.06.2017)

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 716