2016: 6 filmów, 47 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | TEKSTY
RSS
sobota, 27 sierpnia 2016
Co przynosi przyszłość?

 

 

We francuskich szkołach piszą jeszcze rozprawki filozoficzne, gatunek, który zniknął z polskiej szkoły wraz z nadchodzącą epoką testów, którymi tak bardzo podniecili się ministerialni macherzy i ich eksperci. Od śmierci rozprawek wszystko się zaczyna: brak krytycznego myślenia, odzież patriotyczna, nacjonalizm. Oczywiście to temat poboczny, chociaż "Co przynosi przyszłość?" jest również rodzajem rozprawki filozoficznej. Temat?

Myślę, że jedna z myśli Pascala, którą główna bohaterka odczytuje na pogrzebie, brzmiąca mniej więcej tak: ani nie mamy pewności, ani nie możemy zaprzeczyć, nasza kondycja jest więc żałosna (Por. Pascal, "Myśli", 229).

W tym filmie nie widać specjalnego wysiłku scenografów, nie ma spektakularnych zdjęć, po prostu zwykła codzienność, taka jak u nas, zwykłe mieszkanie, przeciętna rodzina (no dobrze, intelektualiści). Tak wygląda scena drobnych dramatów, które sprawiają, że wali się wszystko, co do tej pory znamy. Innego końca świata nie będzie - wiemy to, pisarze rozprawek, z Miłosza.

(Wybór tematu rozprawki, którą oglądaliśmy, wcale nie jest rzeczą łatwą. Może nim być równie dobrze pytanie o prawdę, o relacje między matką a dziećmi, o znaczenie filozofii w życiu codziennym. o miłość, o to, po co dziadkom wnuki).

Słowa klucze: okładki książek, czarna kotka Pandora, spółdzielnia anarchistów

(3,5/4,0)

 

(źródło: kinozorza.pl)

piątek, 26 sierpnia 2016
Leni Riefenstahl na festiwalu w Gdyni

 

(Leni Riefenstahl, kadr z filmu "Olympia", 1936, źródło: pinterest.com)

 

Sztuka, która gestami pełnymi gniewu lub uznania towarzyszy błahym i mało znaczącym wydarzeniom dnia - niezależnie od tego, jak bardzo byłaby  p a t r i o t y c z n a  - jest rymowanym lub malowanym dziennikarstwem, któremu nie można z pewnością odmówić wartości wychowawczej czy kulturalnej - ale nie jest sztuką (Rainer Maria Rilke, Poezja nowoczesna, podkr. a.b.) 

 

Nie lubię pisania o dobrej i złej sztuce, uważam, że niepotrzebnie miesza się w tym pisaniu estetyka z etyką. Najchętniej napisałbym, że sztuka jest rzeczą subiektywną i podałbym swój przykład, jak od zachwytu nad secesją przeszedłem do fascynacji modernizmem, czy wręcz brutalizmem, jak zniknął dla mnie w większości czar impresjonizmu a objawił się w Be. z całą swoją mocą, erotyką i pięknem ekspresjonizm. Ale jednak to nie do końca prawda: im więcej oglądam, tym łatwiej mi podzielić sztukę - są jej jakieś obiektywne wskaźniki, dajmy na to złoty podział, jej historia, coś, co sprawia, że wchodząc do muzealnej sali pełnej obrazów, twój wzrok zatrzymuje się na tym, a nie innym.

Prawdę powiedziawszy miało być o kinie, a nie o malarstwie, chociaż ostatnio bardziej jestem malarski niż kinowy.

Władza kocha sztukę, podobnie jak kocha dzieci, to znaczy niebezinteresownie. Marzenie o sztuce własnej to marzenie o rządzie dusz. Już na paru spotkaniach usłyszałem przykład jak wspaniale działał przedwojenny Instytut Propagandy Sztuki, nazywany przez dzisiejszych urzędników Propagandy Propaństwowej. Władza dzieli sztukę inaczej: na zdegenerowaną i czystą. Ta czysta jest oczywista, przedstawia to, co chce widzieć państwo, miłość ojczyzny, złote pola zbóż, porządne kobiety i porządnych mężczyzn. Nie ma w niej dylematów, bo odpowiedź jest z góry podana.

Kłopot z tym, że nie każdy jest Leni Riefenstahl i ma tyle talentu co ona. Niestety w przypadku polskim podział dobra i zła sztuka nakłada się na podział zdegenerowana (w niewypowiedzianej opinii władzy) i czysta. Władza chce tej ostatniej, otrzymuje zaś poetę Węgrzyna (tutaj), łuk triumfalny Pietrzaka i filmy, na które chętnie chodzą jedynie uczniowie (bo każdy film jest lepszy niż matematyka). Zgubne skutki nieczytania Rilkego.

 

czwartek, 25 sierpnia 2016
Kwiat wiśni i czerwona fasola

 

(Mój stan po filmie i to, że nie było na kim oka zawiesić przez prawie dwie godziny, prowadzi do tego, że z fotosów filmowych wybieram właśnie ten. Być może to jest koniec końców główna bohaterka filmu).

 

Wrócić do kina po takim czasie, to powinny być fajerwerki, a nie są. Wiśnie kwitną rzeczywiście ładnie, ale tak ładnie to też kwitną na pocztówkach z Bonn. Sam film za to dzieli się na dwie części.

Pierwsza z nich to opowieść o gotowaniu. Mam podejrzenie, że "Jiro śni o sushi" mógł wywołać w Japonii falę kina kulinarnego, które opiewa narodowe potrawy. Niestety, o ile sushi jest mi dosyć bliskie, o tyle dorayaki, małe słodkie naleśniczki z pastą z czerwonej fasoli, już nie. Zresztą główny bohater nie lubi słodyczy, więc nie wkłada w dorayaki zbyt dużo serca. Wprost przeciwnie do swojej pracowniczki, Tokue, która z fasolą rozmawia.

Potem, sprawdzam na zegarku, bo się niecierpliwię, po jakichś pięćdziesięciu minutach, robi się gorzej. Film zmienia się w sentymentalną i patetyczną opowiastką o wykluczeniu i dyskryminacji. Główny bohater co jakiś czas ociera łzy, całość jest okraszona frazesami o życiu w stylu Paulo Coelho, np. wierzę, że wszystko na świecie ma swoją historię do opowiedzenia.

(Spojler): W "Naszej młodszej siostrze" było tak samo. Właścicielka przepisu na smażoną makrelę/dorayaki (niepotrzebne skreślić) umiera, ale jej przepis przetrwa. Główny bohater przekonuje się do słodyczy i podczas święta kwitnącej wiśni otwiera coś w rodzaju foodtrucka. Napisy końcowe (długie).

Słowa klucze: choroba Hansena, kanarek, Księżyc

(3,0/2,0)

 

(źródło: filmpl.pl)

Dziennik. Notatki z lata w mieście (9)

 

(Henri Matisse, Kąpiące się z żółwiem, 1907-1908, Muzeum Sztuki w St. Louis, źródło: en.wikipedia.org.

Opora (...) obejmuje około pięćdziesięciu dni - od drugiej połowy lipca aż do połowy września, kiedy to położenie Oriona pośrodku nieba oraz poranne wzejście Arktura dawały, podług Hezjoda, sygnał do rozpoczęcia winobrania. Prawa Platona wspominają o dwojakim darze tego okresu: skarbach, które można przechowywać, czyli owocach, i czymś subtelniejszym, co nie tak łatwo było ustrzec (athesauriston) - dionizyjskiej radości. Czymś dionizyjskim (...) jest czysty blask pełni lata (Karl Kerenyi, Dionizos, s. 78-79)).

 

Niedziela. Ledwie minutę po tym jak weszliśmy do domu (a na placu zabaw pogoda była całkowicie rozpinana), zaczął padać deszcz, równiusieńki jak spod linijki (o tym jak pada latem, pisałem tutaj). Dom wydał się nagle najbardziej przytulnym miejscem na świecie. Wziąłem Dziecko na ręce i poszliśmy się upewnić: Dżordż na klatce nie zmókł (21.08.2016).

Poniedziałek. Dziwna sprawa z tym bączkiem - mówi A. Tak to go gryzie i dotyka, ale jak go nakręcę, to ucieka, chowa się za mną i płacze. Nic w tym dziwnego, mimo zmęczenia jestem nieznośny i zaczynam się wymądrzać: to tylko pokazuje, że Rudolf Otto miał rację, jeśli chodzi o doświadczenia religijne (22.08.2016).

Wtorek. Zapomniałem, że jest wtorek (23.08.2016).

Środa. Niech pan sobie usiądzie, zje spokojnie - powiedziała staruszka pod kawiarnią, kiedy biegłem ratować Polskę. Przestałem pisać bloga, przestałem czytać książki. Kładę się o dwudziestej pierwszej. Włochy, o których ostatnio czytałem w gruzach (24.08.2016).

Czwartek. Ociepla się i rozpina. Słucham się starszej pani i siadam w kawiarni z W. i z babeczką z borówkami. Ma być przyjemnie, ale mam pięć minut (25.08.2016).

Piątek to jest prezent w kręgu. Jakie śliczne ciepło. Przywidok, pośrodku zaś gwiazda (26.08.2016).

  

poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Paolo Rumiz, Legenda żeglujących gór, Czarne 2016. Apeniny

 

6. 

Włochy nie istnieją, są tylko wyobrażeniem. W ogóle nie istnieją państwa jako takie. To wielkie opowieści, które rozpychają się tak, że zapominamy o małych opowiastkach: historiach z apenińskich dolin. Wszystko jest we fragmentach, jeśli przyjrzeć się bliżej (tak przyglądałem się swego czasu, będąc badaczem terenowym i odpytując ludzi o ich miejsce, i dopiero wtedy Gdynia wydawała się egzotyczna). Jeśli się przygląda i rozmawia, to okazuje się, że czczą kogoś innego, co innego jedzą i opowiadają niestworzone rzeczy. Są inni, kamienni - jak mówił jeden z moich rozmówców, a nie tak jak pozostali - drewniani.

W Mandrogne, miasteczku złomiarzy pod Alessandrią, ludzie mają ciemne twarze i twierdzą, że pochodzą od arabskich piratów uciekających przed Genueńczykami (...). W Barbagelata nad Chiavari średni wzrost mieszkańców wynosi około metra osiemdziesiąt, co jest pamiątką po manipule lancknechtów (...). W Teruzzi nad Piacenzą fizjonomie są azjatyckie, a w pobliskiej Rabbini, na dawnych terenach żydowskich, spotkasz nosy i brody rodem z Bliskiego Wschodu (s. 334-335).

Sam mógłbym dopisywać. W Ennie ludzie są uprzejmi i jasnowłosi. Piazza Armerina z kolei zamieszkują wystraszeni milczkowie, którzy wolą nie spotykać obcych (pominąwszy rozgadaną właścicielkę hotelu).

7.

Alpy nie były poetyckie. Apeniny są. Więcej, fragmentami bywają, a wiecie, że na to jestem uczulony, egzaltowane. Widać jak krajobraz wpływa na autora. Co gorsza, autor ciągle, jak ja, mówi o sobie. I dostrzegam w tym coś nieznośnego. (Oczywiście, gdy to ja mówię o sobie nie dostrzegam takiego znużenia).

Gorzej, jednym z głównych bohaterów, sam się do tego przyznaje, czyni samochód. Fiat topolino, sprawdzam w sieci jak wygląda. Ostatnio ledwo zniosłem fragment w "100/XX", w którym reporter Kleszczyński opisywał przedwojenną Polskę z perspektywy austro-daimlera. Zdania jakby przepisane: stan dróg, problemy z biegami, kurz na drodze.

8.

Bóg nie istnieje na południu. W tych stronach Bóg jest pojęciem zbyt abstrakcyjnym. Istnieje wiele bóstw, świętych energii związanych z konkretnymi miejscami lub cudownymi obrazami. Jeśli chodzi o Chrystusa, to owszem, istnieje, ale całe swoje znaczenie zawdzięcza temu, że jest synem Maryi. To ona jest wszystkim: płodnością, rodziną, porządkiem. Jest ciałem, a tu świętość objawia się właśnie w ciele. Ciała są odpryskami Boga. (...) Wiesz co powiedział mi jeden braciszek w Neapolu? Że Chrystus był niedobry dla swojej mamy i umarł na krzyżu także z tego powodu (s. 529-530).

 

niedziela, 21 sierpnia 2016
Dziennik. Dżordż

 

- Poproszę Peppę, a tu jeszcze jest ten drugi... - Dżordż. - To ja Dżordża.

Jedną z moich cichych fantazji od zawsze było kupienie balonika na Krakowskim. Nigdy nie było okazji, a Dziecko, chociaż śpi, jest doskonałym pretekstem. A. poszła do kina, ja na Krakowskie, które jest nieco jak primark w Be., taki Babel, tyle że zaraz wszyscy wyjadą, bo tanie loty odlatują do Hiszpanii i Włoch, i pozostanie smutna polska cisza. Za to teraz jest kakofonia. Dźwięk zmienia się mniej więcej co dziesięć metrów. 

To jest Dżordż, twój pierwszy balonik.

Poszukuję A. na Placu Zbawiciela. Stoję pod kościołem - czytam, tyle, że pod kościołem A. nie ma. Na przekór kartografom, A. woli iść na południe, a nie na północ, ale odnajdujemy się. Dżordż teraz faluje między nami (pojawiają się też babeczki z borówkami). Tymczasem obudziło się Dziecko, które od balonika woli tramwaje. Wreszcie gdzieś koło Hożej zapoznają się. Dżordż uśmiecha się, Dziecko nawzajem.

Peppa jest. Jeszcze Dżordż by się przydał

- słyszę głos na przejściu. Nie sądziłem, że balonik może tak poruszać. Swoją drogą dziwne, że ktoś pomylił Dżordża z Peppą, wszakże ona to chodzący (latający, jeśli mowa o baloniku) hołd złożony kubistom. (Sam przyznam, że pomyliłem ostatnio lato ze schyłkiem lata i rozpinanie guzików z ich zapinaniem).

- To Świnka Peppa. - Nie, to Świnka Dżordż. - Chyba Świnka Peppa.

Sto osiemdziesiąt jak z czasów, kiedy nie było telefonów i rozmowy prowadziło się po prostu. Dżordż obserwuje: starszą panią, która dużo mówi i jej psa z rakiem kości; młodszą, która tej starszej niesie pudła po humusie z lidla; dwie dziewczynki, którym oczy się kleją, wracające z gry na skrzypcach jak z lekcji gitary; ich matkę; chłopca, który się cieszy, bo wpatruje się w niego Dziecko; Dziecko, które się nudzi a kiedy się nudzi, chowam się za Dżordżem i udaje, że mnie nie ma. Tylko Dżordż jest.

(20.08.2016)

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 673