2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
czwartek, 16 listopada 2017
Dziennik pisany w listopadzie (odc. 2)

 


("Czego nie mogliśmy wykrzyczeć światu", wystawa w Żydowskim Instytucie Historycznym, listopad 2017)

 

Motyl 

Tego motyla, co zapomniał o lecie, co trzepotał uparty w lampie, musiałem wyprosić. Za okno, w jesień. Okazało się, że A. nie lubi gości.

Naczelne

Mieliśmy pójść do zoo, ale Dziecko nie chciało, a chodzenie do zoo, gdy Dziecko nie chce, jest zupełnie bez sensu, bo nas podglądanie zwierząt, pomijając ptaki, niezbyt interesuje. Zresztą w porze kawy, ulice zapełniły się stadami naczelnych z opaskami na rękach (obrączkowanie?) i nie trzeba wcale było iść do zoo. 

Bóg przychodzi w racach

My chcemy Boga: jednak mają mniej wiary niż ich zachodni koledzy, którzy na klamerkach wyrażali pewność, że Bóg jest z nimi. Zamiast Boga przemawia Roberto Fiore, lej na dworcu w Bolonii, nasza podróż poślubna, osiemdziesiąt ofiar na liście w poczekalni.

Bóg przychodzi w racach. Tłum. Takiego go hodowali biskupi (tutaj: pouczająca lektura kazań), rząd głaskał po głowie: lęk pozwala utrzymywać się przy władzy, podsuwał bohaterów instytut od fałszowania historii, nie ma się co dziwić, gdy krzyczy wieloma gardłami.

Ostatnie są liście dębu, złote. Ale już coraz głębiej w zimę, w ziemię.

*

Brzydota poranków głębokiej jesieni, kiedy nie możesz czytać, bo strony zwijają się od wilgoci.

Baśń dalekowschodnia

Czytając do tramwaju. Ziendobry! - zagląda mi w twarz twarz Chińczyka. Idziesz do placy? - kiedy wsiadam, tylko zdołam tak. Tramwaj odjeżdża. Co za historia.

Radość soboty (we wtorek)

Ten ceglany mur przypomina zdjęcia z kostnicy w Tuzli. Nigdy więcej wojny - notuję z wystąpień - to zawsze ocierało się o banał. Warszawskie getto, Srebrenica, Morze Śródziemne.

*

Żywopłot puchaty od wróbli na Bielańskiej.

Baśń francuska

Stoimy na przystanku Stare Miasto. Gdzie jest Stare Miasto? - pyta po angielsku stary Francuz. Tam, piechotą dwieście metrów. - A autobusem? Bo ona nie chce iść - wskazuje na maksymalnie wkurzoną francuską żonę. Potrafię sobie wyobrazić jego rozpacz.

Kwiaty umierają o poranku

Rano w środę szedłem Ogrodem Saskim. Jechały na śmieciarce biało-czerwone wieńce od nieznanego żołnierza. Każde święta kiedyś się kończą.

(11-15.11.2017)

 

sobota, 11 listopada 2017
Dziennik pisany w listopadzie (odc. 1)

 


(Pablo Picasso, talerz ze zbiorów Muzeum w Antibes)

  

Proza jeden

Dusze wchodziły nieraz w czarne psy - zapamiętałem to z lektury u doktora Baraniuka - a pewnej zadusznej nocy, wychodząc na pierwszy poranny autobus z Lublina do Wa., ujrzałem dużego czarnego psa. Stał na osiedlu jak gdyby nigdy nic. Lubiłem ten poranny autobus, budziłem się w Rykach, a po paru minutach snów już na Stadionie w mokry, śmierdzący chińszczyzną poranek. Nie było wówczas żadnych obwodnic i budów, więc - nocą zaduszną - coraz to mijało się oświetlone pola cmentarzy. Piszę to w Zaduszki, roku od zamieszkania w Warszawie osiemnastego, kolega z pokoju wzywa mnie do odpustu (osiem dni, osiem odpustów, doktorze Marcinie). Przez te osiemnaście lat Zaduszki przestały być świętem (02.11.2017).

Proza dwa

Życie nie przestaje mnie zadziwiać, pomyślałem sobie w knajpie, gdzie kelner o wyglądzie Freddiego Mercury'ego z wczesnych siedemdziesiątych od razu się spoufalał, podając wegańskie burgery i wino. Otóż rozmawialiśmy sobie nad tym winem i wtedy się okazało, że Dż. nigdy nie jadła w Ikei (O! Utracone klopsiki!). 

A potem wychodziliśmy - straszny tłok przy stolikach, uwijał się kelner o wyglądzie F. M. z wczesnych siedemdziesiątych - popatrz, powiedziałem do R., nic sobie z tego nie robią, że nadciąga dyktatura. (Opowieści z czasów sprzed). (03.11.2017)

Fragment jeden

W Lublinie piękna złota jesień, nie moja, zobacz - powiedziałem do A. - to znak. Żaden znak - odpowiedziała - fronty atmosferyczne i tyle (04.11.2017).

*

W Ś. pokazuję Dziecku jak szpak wydziobuje jagody z żywopłotu

Fragment dwa

Spośród rzeczy pokazywanych na - świetnie zaaranżowanej - wystawie Picassa (ekspresjonisty, a nie kubisty!) w Lublinie, najbardziej zachwyca mnie talerz z bogiem-krabem-słońcem. Ma w sobie niespotykaną ilość Morza Śródziemnego, biorąc pod uwagę, gdzie się znajdujemy. Ceramika di Simone - mówi A. i myślimy o Syrakuzach. W poniedziałek zacznę planować Południe (05.11.2017, "Pablo Picasso - wizerunek wielokrotny").

*

Pozmywałam w sensie - pisze mi A.

Proza trzy

Tamtej jesieni, kiedy pomieszkiwała u nas M. - wymyśliłem sobie refren, może incipit do nostalgii za parę lat. M. pisząca długie elektroniczne listy, M. jadąca do Macedonii, a teraz M. wracająca późno do naszego domu. Dom staje się domem, jeśli po kolacji rozmawia się w nim długo w kuchni (kolejne próby definicji): najważniejsze jest ciepłe światło domu.

Osiemnaście lat temu mieszkałem na Śniardwach, nieopodal budowali Galerię Mokotów, która doczeka się w dwa lata później nawet powieści. Wtedy też miałem refren: W te noce, w które wracamy.

Dziś M. wyprowadziła się na Mokotów. Jej mieszkanie ma białe ściany i pachnie inaczej. Trochę nawet przypomina Śniardwy. Wysyłam jej właśnie czytany fragment z Maxa Frischa: Jeszcze przedwczoraj mówiliśmy: Idę teraz do mieszkania. Dziś mówimy: Idę teraz do domu. Właściwie już mieszkamy. Kartonowe pudła wyglądają jak meble. (06.11.2017)

*

W ostatniej chwili tam byliśmy, w Muzeum, nim wszystko rozpieprzą - napotkany towarzysz podróży do Gdańska.

Fragment trzy

(O kuszeniu. Juliusz, Jep i Jarosław) W każdej fascynacji drugą osobą zawiera się jakiś pierwiastek erotyczny. Tego uczy Jarosław, ta jego łapczywość., bo choć Afrodyty są dwie, to obie jak siostry bliźniaczki (o poranku jeździmy z bliźniaczkami-manekinami, o poważnych papierowych twarzach, Dziecko się ich boi). Piszę o Jarosławie wpijającym się w usta, tym, który dzisiaj byłby wśród oskarżonych (07.11.2017).

Fragment cztery

Tamtej jesieni, kiedy czytałem dużo, nawet bez przyjemności, właściwie to kompulsywnie, żeby zająć czas. A. i Dziecko usypiali, a ja wymykałem się do pokoju i czytałem. Trafiłem na zapiski "Z dziennika berlińskiego" Frischa. Precyzja języka, ale jednak bardzo osobiste notatki. Z kim się spotyka, co sądzi o ludziach. Redaktorzy napracowali się tnąc. Pokusa, żeby przenieść się z bloga na zwykłe arkusze tekstu, jeszcze bardziej o sobie. Tymczasem czytanie (08.11.2017)

Fragment pięć

Tamtej jesieni, kiedy wszystko wydawało się takie same. Lato zresztą też. Sztuka z przyspieszaniem czasu polega głównie na tym, że dni się nie różnią. To nawet nie rytuały, to już bardziej niż rutyna, zwykłość. Dzień jak każdy inny z kompletu tych, co zostały. Chciałbym pokazać A. Południe, dokąd wyjedziemy, ale zawsze zasypia nim zdołam cokolwiek powiedzieć (09.11.2017).

*

Konszabelant - onomatopeja oddająca brzmienie niemieckich słów "komm' aus Schwabenland" (przybywam ze Szwabii)

Proza cztery

Trzy siwe wrony rozdziobują za plecami ministra kawałek placka. Odczytać by można to jako znak, ale tu nikt się niczego nie uczy. Żadnych znaków w tym przypadkowym kraju, któremu się wydaje, że tworzy historię. Stawiają świeże barierki, nazywają ulice, ciekawostka geograficzna, kaprys Boga: na chwilę są wolni, więc skaczą sobie do gardeł (10.11.2017).

    

środa, 01 listopada 2017
Dziennik Wszystkich Świętych

 


(Cueva de las Manos, Santa Cruz, Argentyna, źródło: wikimedia.org)

 

Pieśń na wejście

Którego niebo objąć nie może - ciągnął organista. No, no, no - zareagowało Dziecko wyczulone na zakazy ogłaszane słowami "nie może".

Agata

Oto jest więc Agata na dziecięcym rysunku. Na tacce trzyma dwa ciasteczka bądź żółte drożdżowe bułeczki.

Patron kosmonautów

3-krotnie pokonał odległość między Ziemią a Księżycem. 29 razy okrążył kulę ziemską. Czytam na tablicy o orbitalnym świętym, nie święty Neill, nie święty Jurij, ale Jan Paweł Drugi.

Bezimienni

Skoro zbawienie jest powszechne i skoro zszedł był On do limbo, gdzie przebywali (ach, ta skłonność do podziemnych korytarzy), to nic nie znaczy, że nie dołączono ich do kanonów i litanii. Muszą zasiadać w chwale, owi święci z Lascaux i Altamiry.

(01.11.2017)

 

Dziennik pisany w październiku (odc. 2)

 


(zaczyna się od mapy siedemnastotysięcznego miasta, Europejskie Centrum Solidarności, październik 2017)

  

Muzea gdańskie. Puste pole

Przyjechaliśmy nocnym pociągiem razem z A., dawno to było, jeszcze sporo budynków, drzewa przy bramie z Leninem, i pomiędzy tymi budynkami miał być koncert Żanamiszelażara, tamże balet żurawi. Wzdłuż ulicy do stoczni stali jej byli pracownicy, usiłując sprzedać spóźnialskim wręczane im za darmo bilety.

Opowieść zaczyna się od mapy siedemnastotysięcznego miasta z własnym szpitalem i liniami autobusowymi. Zaraz potem pojawią się bohaterzy naszej wolności z imionami i nazwiskami, za ich plecami zniknie tych szesnaście tysięcy dziewięćset pozostałych. (A jeśli jest jakieś pragnienie wśród obecnie rządzących to jedynie zastąpić owych bohaterów sobą, wymazać tamtych, tak jakby Pies Pluto mógł kiedykolwiek przysłonić Myszkę Miki).

Wystawa nigdy nie spogląda na puste pole, na łąki, które kiedyś były stocznią. Umyślnie kieruje nas ku Trzem Krzyżom i - gdzieś w oddali - wieżom Głównego Miasta. Nikt nie pyta, co się stało ze stocznią, gdzie się podziali tamci anonimowi strajkujący, czy aby nie przeszkadzają w szczęśliwym zakończeniu, które umieszczono w ostatniej z sal?

Brakuje w romantycznym Europejskim Centrum Solidarności opowieści o tej klęsce lat wolności, brakuje głosu przegranych i bezsilnych, którzy nie mieli wystarczająco siły. 

Motława. Incipit do poematu, który nie powstał nocą w hotelu naprzeciw dworca

Środkiem Motławy płynął łabędź, pozostawiając za sobą trójkąt wody.

 


(Sawiczewowie nie żyją. Wszyscy nie żyją. Została tylko Tania, "Dzienniczek" Tani Sawiczewej, 1941-1942, Muzeum II Wojny Światowej, październik 2017)

 

Muzea gdańskie. Sto dwadzieścia pięć gramów

Zdarza mi się płakać na filmach, choć skrzętnie to ukrywam, bo obawiam się nadmiaru patosu. Jest na patos zresztą przepis wykorzystywany przez reżyserów: podniosła muzyka i spowolnione zdjęcia. W muzeum rzadziej, tutaj - w sali o głodzie w Leningradzie - jak bóbr.

Umieszczone jest tam, obok opowieści o zapiskach dziewczynki, Tani Sawiczewej, której rodzina umarła z głodu, sto dwadzieścia pięć gramów czarnego chleba - dzienna porcja pożywienia w oblężonym mieście. Okruchy, które mówią więcej o wojnie niż niejedno zdjęcie.

To nie jest muzeum o historii wojny, to muzeum egzystencjalne, mówiące o wojnie jako zjawisku, stanie międzyludzkim. Doskonałe w swej opowieści o tym, czym ona jest: udręką, śmiercią, głodem, nienawiścią, która wybucha niepohamowana i całkiem zwyczajna, opanowująca sąsiadów z jednej wsi i kuzynów z jednej rodziny. Bo wojna nie jest bohaterstwem, jak wciska się dzisiaj młodym ludziom, jest największym g..nem, w jakie można wdepnąć.

Muzeum II Wojny Światowej wstrząsa. Tylko teraz biegają tam harcerzyki z Polską walczącą w klapie, tacy, co nic nie zrozumieli z wystawy.

Baśnie wschodnie

Tego wieczora długo siedzieli z M., tak długo, aż do jutra. Opowiadali sobie o miastach, które zostawili na Wschodzie. Nawet jeśli nie zaczynali od dawno, dawno temu, wiedzieli, że to wszystko jest już tylko baśń.

 


(Na hali padało i dyń było niewiele, Hala Mirowska, Warszawa, październik 2017)

 

Dynia czyli encyklopedia zagrożeń duchowych

Tyle zagrożeń duchowych - kolega z pokoju zabrał się za encyklopedię o nich - a autor bloga jednak postanowił kupić dynię, taką wyciętą, żeby postawić na oknie w kuchni. Na hali padało i dyń było niewiele, ale jedną mu się udało za dziesięć złotych.

Wracali ulicą Cmentarną, padało jakby bardziej a kierowcy dostawali białej gorączki: byle szybciej dowieźć znicze. Działo się to w świecie, gdzie duszy zagrażała dynia, ale już nie granice zamknięte przed uciekinierami i wiadro pomyj wylewające się z telewizyjnych ekranów.

Z toporem w głowie

Niamen - modliło się Dziecko, które dobrze czuło się z zaprzeczeniami. Ksiądz zapowiadał bal wszystkich świętych, zamiast osławionej dyni. Wyobraziłem sobie jak każdy święty przychodzi przebrany ze swoimi atrybutami: Agata z tacką, Łucja, Sebastian, Wawrzyniec, Piotr Męczennik.

Szyja

Obserwowałem czyjąś długą szyję w autobusie. Ranek był nieprzyjemny a ona taka wyniosła, ta szyja, bez szalika. Gęsia skórka, łabędź na Motławie, ćwiczenie zawierania emocji w niewielu słowach.

Psikus

Pukanie do drzwi jak przybijanie tez. To dzieci przychodzą po cukierki, o ich dyniowate dusze drżą biskupi.

(25-31.10.2017)

 

piątek, 27 października 2017
Dziennik pisany w październiku (odc. 1)

 


(Ksawery Jan Kaniewski, Portret damy w białej sukni, 1846, Muzeum Narodowe w Warszawie, źródło: a.b.)

 

Czwartek. Bez powrotu

Siedzieliśmy sobie z K. nad bezą pod okrągłym niebem. Dzień był złoto-polsko-jesienny, skąd mogłem wiedzieć wówczas, że ostatni - zdaje się - taki. Do Warszawy przybyliśmy osiemnaście lat temu podobnej jesieni (nie rozmawialiśmy o tym nad bezą - tak tylko zapisuje narrator, gdy jest mu to potrzebne ze względów kompozycji lub logiki wywodu).

Mieszka u nas M., która właśnie z Lublina do Tu. Ta jej jesień to jest tamta moja.

Piątek. Pochodnia

Na Placu Defilad podpalił się wczoraj człowiek, od razu pomyślałem o Pochodni nr 1 z reportażu Mariusza Szczygła. Przeszliśmy obojętnie, tak jak każdego dnia przechodzimy obojętnie nad kolejnymi stadiami zamieniania państwa w zdziczały ogród. Nasza mała stabilizacja, nasza mała mimikra, nasza mała pogarda.

To, co Havel pisał o obojętnych Czechach po Praskiej Wiośnie, to o nas teraz.

Sobota. Odgłosy

Puk puk, sroka udaje dzięcioła na modrzewiu przy ulicy Białej. Puk puk, otwiera się drzewo.
Puk puk, we mgle jedziemy z Dzieckiem na basen. Puk puk, rozchyla się wilgoć.

Niedziela. Zachmurzenie duże, nastrój średni

Na wystawie "Biedermaier" w Muzeum Narodowym najbardziej podoba mi się przybliżenie tego momentu tuż przed pojawieniem się fotografii, kiedy to na malarstwo portretowe spada cała odpowiedzialność za ludzką nieśmiertelność. Namalować dzieci tak, żeby nigdy nie dorosły, uchwycić młodą żonę nim twarz pokryją jej zmarszczki. Nie pozwolić umrzeć ludziom i widokom. Zachować dokładnie dziewczęta i chłopców.

Może z powodu owych niespełnionych obietnic, nic nam nie mówią nazwiska malarzy?

Poniedziałek. Taki to

Taki to poniedziałek - powiedziała mama Maksia, gdy Dziecko odmówiło podania mu ręki. Taki to poniedziałek - jaka doskonała wymówka, powtarzałem i słyszałem na schodach, rozmowach kwalifikacyjnych, w metrze. Taki to, acz zupełnie niewyjątkowy.

Wtorek. Szykowanie

Wyjeżdżając na kilka dni z domu, od dziesięcioleci gospodynie domowe przygotowywały z wyprzedzeniem obiad dla reszty rodziny. W czasach ponowoczesnych, gospodynie domowe często stawały się mężczyznami. Także ja, tego wieczoru, pamiętając o pociągu nazajutrz o siódmej, szykowałem kilogram marchewki na zupę, chociaż nie cierpię kroić marchewek.

Zupa z marchwi według przepisu An. oznacza głęboką jesień.

(19-24.10.2017)

 

poniedziałek, 23 października 2017
Paweł Janiszewski, Afrodyta Urania, Sub Lupa 2017

 


(Afrodyta (fragm.), rzeźba z Altes Museum w Berlinie, czerwiec 2016, źródło: a.b.)

  

"Afrodyty są przecież dwie (...) Toż jedna, starsza, nie miała matki, córka Nieba, i dlatego ją niebiańską nazywamy; druga, młodsza, córka Zeusa i Diony, którą też wszeteczną zwiemy (...)"

W ten sposób w przestrzeni literackiej pojawiła się koncepcja dwóch bogiń: Afrodyty Uranii, córki samego tylko Uranosa, oraz Afrodyty Pandemos (...). Pierwsza jest uosobieniem wyższej, "niebiańskiej miłości", druga zaś powszechnego wśród ludzi pociągu seksualnego (s. XII).

Po raz pierwszy o podwójnej Afrodycie przeczytałem w najlepszej z dotychczasowych książek o Jarosławie, u Józefa Majewskiego (tutaj). Od Jarosława wywodzi się moja mitologia, od modlącego się Dionizosa, od sycylijskiej Kore, od podwójnej Afrodyty. I choć Majewski pisze o Uranii, to po lekturze listów Jarosława, ciężko nie odnieść wrażenia, że równie bliska była mu Pandemos o chłopięcym obliczu. Wypożyczyłem sobie na bloga obie boginie, co - wbrew pozorom - bardzo pomaga opisywać codzienność.

Nie, nie czytam o Afrodycie Uranii jako znawca. Omijam przebogate przypisy, nie ślęczę nad filologicznymi zapiskami, porównującymi greckie rdzenie. Czytam z przyjemnością myślenia o czymś innym, oddawania się intelektualnemu odpoczynkowi, podziwiając autora za zgłębianie tajemnicy.

Pisze Janiszewski o swojej metodzie, która dla mnie, laika, zamienia studium w fantastyczną opowieść z zagadkami:

Poza partiami analitycznymi poświęconymi tekstom i autorom, którzy pisali o tym zaskakującym fenomenie, znaczną część książki stanowią zatem różne asocjacje i skojarzenia, które z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem stoją za przekazami naszych źródeł (...). Jest jeszcze jedno (...) źródło inspiracji, coś, co w myśli Carla Gustava Junga nazywa się circumambulatio, czyli dosłownie "chodzeniem wokół czegoś". To interpretacja poprzez opis prowadzony z wielu stron, jakby "po okręgu", nie zaś "prostolinijnie" (s. XX).

I cóż ja, skromny urzędnik, wobec tych fascynujących słów mogę. Czytam, żeby się unieść.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 722