2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
czwartek, 17 stycznia 2019
Tomasz Mann, Niemieccy słuchacze!, Ossolineum 2018

 


(Hamburg w czasie operacji Gomora, 1943-1945, kol. Imperial War Museum, https://www.iwm.org.uk/collections/item/object/205023601) 

 

W pewnych ustach mianowicie nawet prawda staje się kłamstwem, narzędziem oszustwa, a w rzeczy samej nie można ohydniej kłamać, niż posługując się prawdą (s. 122).

Powyższe słowa wypowiadane w eter opisywać mają nazistowską propagandę, ale równie dobrze pasują też do tego, co nazywamy dziś post-prawdą. Czytam Manna w dziwnych dniach, kiedy okazało się, że zdolni jesteśmy do przemieniania brudnych słów w bestialskie czyny. W pewnych ustach nawet opis tego, co się zdarzyło, staje się narzędziem oszustwa.

Budzi nas algorytm. Podpowiada nam, co warto przeżyć tego dnia. Inny algorytm dla tych z prawej, inny dla tych z lewej strony. Odrębne opowieści z dwóch Polsk. Tylko rzeka pośrodku ta sama, mętna.

Tomasz Mann wybiera rolę inną niż Jarosław. Nawet nie to, że sprzeciwia się totalitarnej władzy jest istotne, ale to, że stawia się poza czy też ponad narodem. Przyjmuje amerykańskie obywatelstwo i zza oceanu udziela się w wojennej propagandzie przeciw reżimowi. Nie żyć w kłamstwie - tutaj prowadzi do radykalnego kroku, niezrozumiałego nawet dzisiaj, w Polsce, w której rzekomy patriotyzm oślepia i zaślepia.

Stanąć naprzeciw swojego narodu i powiedzieć wprost prawdę.

  

środa, 16 stycznia 2019
Dziennik. Opisy pogody przestają wystarczać

 


(Agrykola, a.b.)

 

11.

Opisy pogody przestają wystarczać - to jak chwyta mróz, a potem nadpływa odwilż, przemoczone buty: to zupełnie przyziemne. Najchętniej pisałbym o czymś innym, najchętniej ręcznie. Kolekcjonuję dotyki, słowa, przywidoki, które nie powracają. Poprzednia sobota trwa cały tydzień. Nigdy nie wiesz kiedy zaskoczy cię przeszłość tym, że już nadeszła (myśli sobie autor bloga przy świeczniku na ulicy Brackiej, kiedy chyba nadeszła).

12.

Tkliwość. Dziecko po szczepionce - przeczytaliśmy w ulotce - zapadło na ciężką tkliwość. Jako hipochondryk natychmiast przypisuję sobie cudze przypadłości.

13.

Nieklasycy. Ciąganie Dziecka po awangardach, ekspresjonistach, pikasach i modiljanich opłacało się. Te obrazy, nie lubię - recenzuje Dziecko klasyczne różowe policzki z Pałacu na Wyspie.

"Blask orderów". W starej encyklopedii powszechnej (lata sześćdziesiąte dwudziestego wieku) kolorowa wkładka przedstawiała ordery i odznaczenia. Wystawa "Blask orderów" w trzech łazienkowskich budynkach (wystawa jest zimą, a więc trzy razy szatnia i dwa razy szpitalne pokrowce) jest właśnie taką - naturalnej wielkości - kolorową wkładką. Poza diamentami i rubinami najmniej udanych polsko-saskich królów, nic w niej ciekawego. Zawsze wolałem kolorową wkładkę z flagami.

 

(Nagle wieczorem spada na nas Polska)

 

14.

Wspomnienie. Poznałem go na tej wystawie jesienią. Jaki wysoki - mówię następnego ranka K. w ciastkarni. To już było po tej całej ohydzie, którą urządzała publiczna telewizja. Dlatego byłem ja, bo główny nie chciał mu podać ręki. Już nie będzie musiał, pewno w pierwszym rzędzie stanie na pogrzebie. Tak myślę, że skończyła się wczoraj ta Polska po osiemdziesiątym dziewiątym. 

(Dużo dzisiaj klnę.)

Legenda. Kiedyś jacyś Prapolacy musieli wyrżnąć w pień inne praplemię (z grubsza o tym mówi legenda o Popielu, zwierzęta winne, my nie, bo dobrzy, on, oni - źli). Ale wówczas jakiś praplemienny szaman zdołał jeszcze na naszych przodków rzucić klątwę. Tak sobie to tłumaczę: klątwa, karma. Przecież niemożliwe, żeby w sumie normalny naród co kilkadziesiąt lat sam siebie, własnymi siłami, jak tylko zrobi się lepiej, wpędzał w nieszczęście. 

15.

Wstręt. To, co robię. Ciągłe próby udowadniania, że tu się dobrze żyje, że my Polacy raczej razem niż osobno, tyle nas łączy, jak cholerna agencja piarowa. Nie przyjmuję dowodów, że jest inaczej, dla pewności nie oglądam telewizji. Ciężko byłoby z dowodami iść do pracy, a jednak dzisiaj przejrzałem, co mówiła. (przerwa na wymioty) Dzisiaj przychodzę z obrzydzeniem, bo nie potrafię uciec. Nie żyć w kłamstwie. Jarosław, książę oportunistów, uciekał do Włoch. Też mam już bilety.

Pustka. Blog przestaje wystarczać. Przestał być rozmową. Oderwany od życia zapis, marne naśladowanie literatury. Bez talentu, jedynie pozostała tkliwość.

  

poniedziałek, 14 stycznia 2019
Timothy Snyder, O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku, Znak 2017

 

 

Po niedzieli, trzynastego stycznia, lektura małej książeczki Snydera nabiera zupełnie nowych odcieni. Brykczyński pisał o gotowych na przemoc i wydaje się oto, że znów jesteśmy gotowi. Szczucie w państwowej telewizji, antysemickie filmiki z lalkami tamże, neofaszysta jako minister rządu i zezwolenie na agresję słowną, ale jak się okazało, również i tę prawdziwą.

Po kilku latach nie tylko jesteśmy gotowi do wewnętrznej jatki, ale także znaleźliśmy się na marginesie światowej polityki. Zepchnięci przez nieracjonalnych przywódców do roli europejskiej zawalidrogi, znaleźliśmy się wśród klientów jednego z mocarstw, w statusie podobni do Panamy, gdzie amerykański ambasador może rugać rząd i wykorzystywać nas jako swoją tarczę do własnych rozgrywek (jak teraz wobec Iranu). Właśnie o tym naszym szalonym mocodawcy powstała książka Snydera. Ale pasuje jak ulał również do klienta, upadającej demokracji znad Wisły.

I to jest w niej smutne, że czytam ją jako poradnik, o tym jak godnie żyć, a jeszcze kilka lat temu potraktowałbym ją jako historyczną ciekawostkę. I dzisiaj, w poniedziałek, czternastego stycznia, odkrywam, że dłużej nie można w lisiej norze.

Pierwszym zjawiskiem jest otwarta wrogość wobec sprawdzalnej rzeczywistości, która przejawia się przedstawianiem wymysłów i kłamstw tak, jak gdyby były one faktami (...).

Drugim (...) są szamańskie zaklęcia. Jak zauważył Klemperer styl faszystowski opiera się na "niekończących się powtórzeniach", mających na celu uczynienie wiarygodnym tego, co fikcyjne i pożądanym tego, co zbrodnicze. (s. 67-68).

To teraz przypomnijcie sobie pomyje rządowej telewizji wylewane na zabitego. Już tutaj jesteśmy. Stało się.

 

Mordechaj Canin, Przez ruiny i zgliszcza, Nisza 2018

 


(Miasto R. jako sztetl, źródło: https://www.jewishgen.org/yizkor/radzyn/rad360.html)

 

Pamięć zbiorowa działa podobnie jak pamięć indywidualna. Nieprzyjemne, niepasujące do własnego obrazu siebie wspomnienia stara się wypchnąć albo zastąpić nowymi lukrowanymi wyobrażeniami, które powtarzana i rozwijane, zastępują to, co było niewygodne.

Lepiej się żyje bez złych snów. Momenty, w których zaspanym społeczeństwom, ktoś lub coś przypomina o rzeczach wstydliwych, można porównać - trzymając się sennych przenośni - do bolesnego upadku z wygodnej kanapy.

Po 1989 roku publicyści głównego nurtu zaczęli powracać do tematów unikanych w Polsce przez dziesięciolecia. Tego, co Polacy robili w czasie drugiej wojny, tego, co robili także po niej. Jedwabne i Kielce - dwie nazwy miejscowości symbolizujące rzeczy wyparte, wydarzenia zastąpione innymi historiami, gdzie winni to nie my. Historii Polaków zabierano połysk.

Prawica określiła ten proces pejoratywnie "pedagogiką wstydu". Owszem: może się wydarzało, ale jako wyjątek, owszem: niemniej regułą było bezwarunkowe bohaterstwo. Historię należy przedstawiać jako ciąg heroicznych polskich czynów. Myślenie takie stoi w zgodzie z ciszą, która panuje w dawnych sztetlach: ciszą miasta R. i ciszą miasta K., gdzie istnienie Żydów zostało wymazane z polskiej i katolickiej historii, a opowieści o złocie znajdowanym w porzuconych domach traktowano jako znaki bożej opatrzności czuwającej nad odkrywcą. 

Lepiej "pedagogikę wstydu" zastąpić własną heroiczną historią. Morawiecki w styczniu ubiegłego roku nawet stworzył mit o wielkim drzewie dla Polski w ogrodzie Jad Waszem, bo te sześć tysięcy drzewek jest ogromną liczbą tylko jeśli podamy ją w zapisie bezwzględnym, nie jako procent do trzech zagubionych milionów. Ale potem nadszedł luty zeszłego roku i szambo eksplodowało. Wszystkie emocje, które tłumiła "pedagogika wstydu" zjawiły się znowu. I w rzekomo bohaterskim narodzie, nagle zjawił się język jak z hitlerowskich gadzinówek, język szmalcowników i język tych, którzy pomagali w Zagładzie. Najskrytszy i najbardziej wstydliwy z polskich sekretów:

niewypowiedziane historie z małych miasteczek i wiosek, historie o Judenjagdzie, o radości z ostatecznego rozwiązania, o tym, kto wydał zarówno Ulmów, jak i Ginczankę.

To, wszystko, co pojawiało się już w kontekście filmów, takich jak "Ida" czy "Pokłosie" nagle wynurzyło się na powierzchnię. To też - okazało się - jest Polska.

Według tamtego styczniowego prawa, przepychanego kolanem przez parlament i podpisywanego naprędce przez głowę państwa, a potem po cichu wycofywanego, Mordechaj Canin powinien zostać oskarżony. 

Relacja Mordechaja Canina jest bowiem dla Polaków Księgą Wstydu, relacją z powojennej polskiej prowincji, pisaną na żywo i bez cenzury. Reportażem z kraju zdemoralizowanego, w której polski udział w Zagładzie - jeszcze świeży - był właśnie wypierany i usprawiedliwiany. Miałem właściwie cytować zapiski z tych stu miast i miasteczek, z Lublina, z sąsiadującego z R. Międzyrzeca, z lirycznego Kazimierza. Ale wszędzie jest w nich to samo. Ten sam wstyd i to samo bagno jak z zeszłego roku. Nie, nie będzie cytatów: lepiej kupcie i przeczytajcie, i dajcie też dzieciom po szkolnym kursie bohaterskiej miejscowości, i traktujcie jak przewodnik, gdy zajedziecie do opisanych miast i miasteczek, zwłaszcza tych, które zapomniały.

W opisach ludobójstwa, pomija się często aspekt kulturobójstwa, więc ja nie będę pisał o granatowej policji, polskich strażakach i zwykłych sąsiadach, którzy mordowali, wydawali i upokarzali. Chciałbym napisać o losach cmentarzy, tak ponoć ważnych w kraju, gdzie Zaduszki to narodowe święto. Systematyczna, zorganizowana w społecznościach lokalnych praktyka niszczenia kirkutów, pozbawiania ich macew, a następnie zapominania i wznoszenia na ich miejscu placów targowych, budynków albo szkół - to jest właśnie polski udział w kulturobójstwie, w pozbywaniu się materialnych wyrzutów sumienia.

 

czwartek, 10 stycznia 2019
Dziennik. Prószy

 

 

 

Talerze 

- Zobacz, tak jak czytaliśmy przed wojną w domach pomagały służące, zajmując się gotowaniem i dziećmi. W czasach naszych rodziców babcia była instytucją, zawsze mogła pomóc. My jesteśmy pierwszym pokoleniem, które z domem zostało całkiem samo. 

- Tak, możesz dzisiaj nie zmywać.

(8.1.19)

Tyrania

W dniu, w którym Polska otrzymała niezwykle kuszącą propozycję przystąpienia do państw Osi (ach, jak uciesznie podskakują rządzący piłując gałąź, na której - niestety razem z nami - siedzą. Bardziej żal mi Włochów niż Polaków), czytałem lekcje o tyranii Snydera. Kiedy więc w zadymce na sygnale jechał ów Włoch na grób nieznanego żołnierza (groby nieznanych żołnierzy - przypomnę za Junckerem - to jest nasza, jakże nam droga, alternatywa), kupowałem prenumeratę "Więzi" i wpłaciłem na "Guardiana" (porada ze Snydera nr 1), po czym zacząłem myśleć nad paszportem dla Dziecka (porada ze Snydera nr 2).

(9.1.19)

Turpizm

Pod kancelarią premiera wrona brata swego gołębia rozdziobuje na środku ulicy. Bardzo dobre miejsce, świetna metafora.

(10.1.19)

 

wtorek, 08 stycznia 2019
Dziennik. Mróz

 


(Przystanek Stare Miasto, a.b.)

 

Sennik. Kolega z ławki, ten, z którym się nad kawą nie rozpoznawaliśmy, z nagła pojawia się we śnie. Wchodzi po schodach opery (nęka mnie widać to epatowanie Moniuszką). Wita się uprzejmie, a potem - przekręcam się na drugi bok - zjawia się jako kobieta w bordowej garsonce. 

Topola. Do gwiazdek mrozu na oknach (wspomnienie dzieciństwa: gwiazdki w oknach Lu.) nie zajrzy już strzelista topola, kocia mamka, którą mijaliśmy po drodze do przedszkola. Podjeżdżają na sygnale jazgoczący drwale. Ludzie nie lubią drzew - opowiadam Dziecku (podobnie: puszcz, dzików, wróbli: patrz Mao). 

(7.1.19)

 

Tagi: ja
12:55, kozmo1 , DZIENNIK
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 746