2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
czwartek, 01 listopada 2018
Dziennik pisany w październiku (odc. 3)

 

24.

Pasowanie. Białe rajstopki i czarne spodenki. Tak uroczyście, że dzieci milczą. Oddajemy je dziś smokowi (którego zowią też Lewiatanem), smok rozdaje małe pieski i czekoladowy tort.

25.

Wierny towarzysz. Pan od zbierania tłuczonych skorup - nazwałbym go archeologiem, ale jest nieprzyjemnym typem z lawetą i kabiną wypełnioną wieloletnim dymem - zabiera coś, co było naszym samochodem, ale teraz nie jest ani naszym, ani samochodem. A przecież inaczej traktujemy samochód, a inaczej widelec albo poduszkę: auto mniej ma z narzędzia, a więcej z podmiotu, stając się machiną wspomnień.

Kiedy odwoziłem M. na lotnisko (tutaj).
Kiedy utkwili w śnieżycy na Wielkanoc (tutaj).
Kiedy się niepokoili, a potem byli szczęśliwi (tutaj).
Kiedy się jechało i wracało w sierpniu do szpitala.

26.

Znaki. Przez stoliki kawiarni przebiegł biało-rudy kot z niebieską obróżką. Wybiegłem za nim z kawą, ale zniknął. Przywidział się?

 


(Sofia Nalepińska-Bojczuk, Pacyfikacja Zachodniej Ukrainy (fragm.), 1930, Narodowe Muzeum Sztuk Pięknych Ukrainy w Kijowie)

 

Awangarda i państwo. Muzeum Sztuki w Łodzi. Należy się cieszyć, że można znaleźć jeszcze ekspozycje opowiadające o Drugiej Rzeczypospolitej, których nie dotknęli propagandyści Instytutu lub miłośnicy historii patetycznej. Dla uczczenia stulecia do muzeum najlepiej wybrać się do Łodzi, bo dość odważnie opowiada się w niej o rządach pułkowników, prześladowaniu mniejszości narodowych czy więźniach politycznych. Wszystko to zilustrowane jest dobrą sztuką, czasem wygrzebywaną przez kuratorkę z litewskich i ukraińskich zakamarków. Część eksponatów to prawdziwe - dla mnie - odkrycia. Świetne są chociażby grafiki czy polski ekspresjonizm grupy "Bunt". Trochę inaczej na drugim piętrze opowiada się o sztuce powojennej, ale i tu znaleźć można miejsca przykuwające uwagę (choćby slajdy z akcji artystycznej z Lu. z 1977 r., bardzo dużo ujęć mieszkańców trzy lata przed moją erą).

Sztuka powinna być krytyczna wobec rzeczywistości - twierdzi autor bloga. Sztuka pochlebców bardzo szybko staje się własną karykaturą (spójrzcie na Jana Pietrzaka). I jeśli o Polsce coś nowego można powiedzieć po tej wystawie, to to, że opisuje ją najlepiej historia pomnika Mickiewicza w Wilnie:

Pronaszko podjął nieudaną próbę stworzenia monumentalnego pomnika poety w Wilnie. Zrealizowany z pomocą wojska w 1922 roku w postaci wielometrowej drewnianej makiety [na zdjęciu widzimy po prawicy wojskowych, po lewicy - cywili a u podnóża makiety - marszałka], nie doczekał się realizacji i spłynął do Wilii podczas powodzi w 1938 roku.

Wernisaż. Przeżyłam śmierć we śnie - mówi emerytowana artystka emerytowanemu artyście nad czerwonym winem, do którego trudno się dopchać.

27.

Przypadek. Spodziewał się wydrążonych dyń, rydzów się spodziewał, nawet ostatnich - zawsze są jakieś ostatnie - malin i pierwszych pomarańczy, ale nie S. z dziećmi. Przecież prawdopodobieństwo spotkania w Warszawie kogoś, kto był ważny w Lublinie, jakieś dwadzieścia lat temu (sprawdzić dla pewności dziennik) jest bliskie zeru.

28.

Czego uczą nas ptaki? Jestem bardzo głodny - powiedziało Dziecko, po tym jak zobaczyło, że sikorka i wróbel urządziły sobie śniadanie w świeżo wystawionym karmniku na Dziecka parapecie.

Barwy narodowe. Bez samochodu, w plusze, podróż do arkadii (szczęście, że dziś czynna) jest prawdziwym wyzwaniem, a jeszcze wieczór zapada rychło (siedemnasta już noc). Stoimy teraz w kałuży pod wielką biało-czerwoną flagą. Pada. Czerwona jest od pomidorka, a biała od twarożku.

29.

Liść. Jesień spadła gwałtownie na miasto, które we mgle (smogu?), ciemności i deszczu skurczyło się do postaci wymiętego liścia.

30.

Pożegnanie cioci Angeli. Otóż całe świadome życie autora bloga - okazuje się - można opisać za pomocą trojga niemieckich kanclerzy. Tych z CDU lubiłem bardziej. Najpierw Kohl - dzieciństwo, pani G. z NRF przywozi mi pomarańczowego resoraka i kalendarz adwentowy, który zjadam w całości, bo nie wiem o co chodzi z tymi czekoladkami - trzyma Mazowieckiego za drobną dłoń (każda dłoń jest drobna w porównaniu z dłonią Kohla), później Schröder, a potem dorosłość, czyli Merkel.

31.

O diable i warzywach. Owszem wydrążyliśmy. Trudno się bać, w epoce po Holokauście, Gułagu i Rwandzie, diabła co tkwi w dyni.

O śmierci i cukierkach. Dwie śmierci, czarnoksiężnik i chłopiec z plastikowym workiem zapukali po cukierki koło dwudziestej. Znam go - powiedziała młodsza śmierć - chodzi do maluszków w naszym przedszkolu.

  

Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Karakter 2017

 

 
(Félix Vallotton, Martwa natura z czerwonymi paprykami na białym obrusie, 1915, Muzeum Sztuki w Solurze, źródło: pinterest.com)

 

O "Rzeczach, których nie wyrzuciłem" powstało już tyle laudacji, recenzji i mów, że przez pół miesiąca nie zdołałem napisać o nich niczego więcej. 

Martwa natura wydawała mi się zawsze najmniej ciekawym rodzajem malarstwa, ćwiczeniem precyzji, niemającym znaczenia dla widza, którego nie bawi technika i porównywanie talentów. Przedmioty są jedynie przedmiotami, geometrycznymi figurami, matematyką. 

Długo dorastałem do myślenia o przedmiotach w inny sposób. Odkrywałem, że rzeczy są pomimo. Targ staroci w Brukseli, dziesiątki porzuconych slajdów w Berlinie, trwały dłużej niż ich właściciele. Martwa natura okazała się mówić o życiu, które przeminęło lub dzieje się obok, poza obrazem. Przedmioty opowiadają historię ludzi, do których należą albo należały. Wszystko jest na miejscu w martwej naturze: nie ma jedynie ręki, która układa, ust, do których powinno trafić jabłko, oka, które podziwia kwiaty. Obraz przedstawia nieobecność.

Martwa natura z książkami zdejmowanymi z półek - tym wydaje się być esej Marcina Wichy. 

 

środa, 31 października 2018
Ilona Wiśniewska, Lud. Z grenlandzkiej wyspy, Czarne 2018

 


(fot. Ilona Wiśniewska, źródło: vogue.pl)

  

W moim pokoiku wisiała polityczna mapa świata. Domalowywałem na niej dodatkowe państwa, które tworzyłem w wolnym czasie: królestwa i republiki, kapitalistyczne i socjalistyczne (ba, Vatina była komunistyczna). Mapa była na siatce Mercatora, przez co największy był Związek Radziecki i Grenlandia. Ogromna biała wyspa. Pojechać tam i utworzyć dodatkowe państwo - nie trzeba byłoby się ograniczać jak w przypadku Lidosinu (kapitalistyczny niedaleko Vatiny).

Ilona Wiśniewska jedzie na Grenlandię. Reportaż nie jest tutaj formą podróżną, nie opowiada o całym białym - jak zafałszowuje nam Mercator - kontynencie. Wyspa Uummannaq jest u Mercatora małą kropką, o tym miniaturowym wyspiarskim świecie opowiada autorka.

Nie ma mapy (musi wystarczyć więc Mercator), są za to fascynujące zdjęcia autorstwa Wiśniewskiej, dokumentujące ludzi i ich historie opowiedziane w tekście. Wyspa jest bardzo mała, ściska ją mróz a noc chwyta w długie wielotygodniowe kleszcze. Mieszkańcy wydają się predestynowani do depresji i samobójczej śmierci.

Smutek małych narodów na samotnych wyspach. Podobnie jak antwerpscy Żydzi zamiast flamandzkiego, tak i Grenlandczycy zamiast duńskiego, wolą uczyć się angielskiego. Bo daje większe szanse by przeżyć, doczytujemy między wierszami, w cieplejszych krajach (byle nie Danii).

(Spojler) A jednak smutek - doczytuję na ostatnich stronach.

 

J. S. Margot, Mazel tow, Czarne 2018

 


(Dzielnica żydowska w Antwerpii, (c) Rovenko Photography, http://www.rovenko.com/2011/12/04/jewish-quarter-of-antwerp-belgium/)

 

Oprócz tego, że trafiła mi się kolejna belgijska lektura (Antwerpię także lubię i pamiętam jak - swego czasu - zagubiłem się szukając diamentów w ortodoksyjnej dzielnicy, z której małe dziewczynki w granatowych spódniczkach i sweterkach maszerowały do szkół, a ich ojcowie w ciemnych kapeluszach spieszyli się do synagogi. W ceglanych domkach mieszały się nazwiska żydowskie i polskie - tam właśnie dzieje się "Mazel tow") i że czyta się ją z dużą przyjemnością, reportaż J.S. Margot jest bardzo pouczającą - i na czasie - książką o inności.

Inność ma w "Mazel tow" dwa wymiary. Po pierwsze, na innego spoglądamy z zewnątrz, uwikłani w stereotypy i kulturowe przekonania o tym, jakim inny jest. Na naszą wizję innego składają się również własne i cudze doświadczenia. Z drugiej strony, świat innego okazuje się być zupełnie odmienny od pozytywnych i negatywnych oczekiwań, radykalnie odmienny: właśnie inny. Inność jest chroniona od wewnątrz poprzez podtrzymywanie swojej odrębności, zamknięcie na świat zewnętrzny, który też postrzegany jest przez pryzmat stereotypów i przekonań. Bohaterka reportażu udowadnia, że ani my nie jesteśmy do końca zamknięci na innych, ani inni nie są do końca otwarci na nas.

Jedna z pierwszych scen. Ojciec ortodoksyjnej rodziny spotyka korepetytorkę i po powitaniu poucza ją: my, ortodoksyjni Żydzi, nie podajemy ręki kobiecie, ma to związek z czystością. Przypominają się od razu informacje o ostatnich wyrokach sądów, gdzie niepodanie ręki staje się przyczyną odmowy przyznania obywatelstwa.

"Mazel tow" dotyczy bowiem kultury oswojonej, jakkolwiek to brzmi po doświadczeniach XX wieku, czyli flamandzkich Żydów. Pojawia się w niej jednak postać innego ze świata islamu, tego innego, którym rządząca partia straszy mieszkańców kraju nad Wisłą i z którego nieoswojeniem nie może poradzić sobie chociażby Belgia (czego przykładem Molenbeek). Wyszukuję zdjęć do tego wpisu i co rusz trafiam na fotografię policjantów z ostrą bronią chroniących dzielnicę żydowską w Antwerpii. Inność, która nie uznaje prawa do niebycia innym.

W poruszającej rozmowie (s. 152) tenże, wspomniany wyżej, ojciec rodziny wyznaje, że być może będzie głosował na skrajną prawicę. Tutaj nie ma - jak chcą obie strony sporu o inność - prostych rozwiązań i nie ma prostych odpowiedzi. 

 

sobota, 27 października 2018
Dziennik podróży do Włoch Północnych

 

 

Bergamo

Żółte ciasta - polentiny o smaku nad wyraz słodkim - pływają po szklanych krainach w mieście na górze, gdzie katedra, wieża i dwa tresowane od średniowiecza lwy. Byłem tu kiedyś ciemną zimą i bardzo chciałem wrócić, choćby na chwilę.

Szkolna wycieczka w puchowych kurtkach omija nasze północne dzieci, kiedy się ochlapują na placu przy katedrze. (Trochę jak z gawronami, co przylatują się nagrzać w zimnie naszej jesieni).

Podtrzymują sklepienie bazyliki anioły o fałdkach z marmuru.

 

Brescia

Zielone okiennice, uliczki o zapachu kawy, tutaj renesans wychyla się zza rogu, tutaj pozostawili Rzymianie kamień z napisem dla Cezara Augusta. Na placu przypominającym plażę Dziecko zbiera ogromne kasztany (tutaj jeszcze sezon). Jak można nie kochać północnych Włoch?

Nad nami gwiaździste niebo. Po środku Jowisz. Kto jest na Jowiszu? To Pan Bóg. Pan Bóg stworzył gwiaździste niebo i Jowisza też (Museo di Santa Giulia)

Na placu z dwoma katedrami (gdy okazała się za mała ta wcześniejsza, wierni mieszkańcy wznieśli dużo większą obok, ale bez uroku) dzieci zbierają małe srebrne serduszka z minionego wesela. Zamawiamy na chybił-trafił i oto kelner przynosi łagodną dobroć surowej wołowiny.

 

Garda, Malcesine, Limone

Tam nie jedźcie, tutaj jest naprawdę - Erica zaznacza kółeczkiem nazwy na mapie jeziora.

Flota jeziora Garda nosi dumny herb Republiki z lwem i ewangelią. Po podbojach wybrzeży Adriatyku, po złupieniu Konstantynopola, pozostają wspomnienia: statki wycieczkowe do obserwowania zachodów słońca.

Wycieczek rzeczywiście jest pełno. Kaczki i łabędzie dobrze wiedzą o tym: gromadzą się przy bulwarze, wyczekując aż nostalgiczny Bawarczyk albo Brandenburczyk rzuci im chleba (za który zapłacił coperto).

Sad cytrynowy widziany ze statku wydawał się nam cmentarzem nad miastem, które wciśnięte w skały. Upór życia: czytam w Wikipedii, że chorują tutaj na długowieczność.

Cytrynowe są ciastka, cukierki, mydła, alkohole. Co było pierwsze Limone czy limone?

 

Rovereto

Tych zamków nie zobaczymy, także tych klasztorów zawieszonych na górze, tego muzeum i tamtego widoku. Podróż oznacza bezustanny wybór. Ciągle nie u siebie, ciągle nienasycony, żeby można więcej z krótkiego pobytu na ziemi.

Dolina Adygi. Ślady końskich kopyt. Autostrada zagłusza tętent. Pokolenia mundurów, wrogie armie spływają z Alp, kupcy z miast cesarskich, solone ryby z południa. Nad miastem góruje kopuła mauzoleum ku czci wielkiej wojny, A. w restauracji pod ziemią podaje dzieciom makaron z drobno siekaną koninką. 

Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Współczesnej Trydentu jest największą niespodzianką tej podróży: oprócz de Chirico i Morandiego sztuka włoska dwudziestego wieku - w przeciwieństwie do wieków poprzednich - pozostaje nieznana. Są tutaj z Północy wszyscy: od naśladowców wiedeńskiej secesji, poprzez artystów Novecento usiłujących sztukę powiązać z faszyzmem (pamiętacie marzenia Emila Noldego?) aż po powojenne abstrakcje. Wstydliwie wzrok odwraca dziewczynka z Pavarolo (Felice Casorati).

 


Trydent

Ironiczne bywa oko Opatrzności - myślę wpatrując się w cielsko katedry - miałem trafić do Wittenbergi, piję kawę w Trydencie.

Wystawa, którą reklamują w witrynach sklepów odzieżowych. Temat: mundury, osiem mundurów ze zgubionymi ciałami, które odmarzły z lodowca. Stoją na baczność, w gablotach zapasy ziarnistej kawy, łyżka za nogawką ocieplanych spodni. Opowiedzieć o wojnie tylko milcząc. To smutne? - pyta Dziecko, które przeczuwa.

Granica pieczonych kasztanów sprzedawanych na ulicy pokrywa się mniej więcej z limesem. Barbarzyńcy zbierają kasztany niejadalne, Rzymianie ogrzewają dłonie spękanymi skorupkami. Na autostradzie biegnącej od przełęczy Brenner jesteśmy Rzymianami. (Mała porcja, trzy pięćdziesiąt denara z Augustem).

 

Werona

W samo południe stoimy na środku mostu nad rwącą Adygą. Anioł Pański rozlega się z prawego i lewego brzegu. Gdzieś daleko zapewne brzmi Zenon - znów nie uda się do niego dotrzeć i pozostaniemy z Fermusem, Anastazją i Bożą Rodzicielką. Na moście wszyscy święci są stereofoniczni.

O uczuciach nie rozmawiamy w Weronie. Trudno się wśród ludzi przekrzyczeć: tyle sprzecznych uczuć. Lepiej je sobie mieć schowane głęboko. Na inną okazję, kolejną podróż, jeśli się zdarzy.

O czwartej rano prawie pełny księżyc zachodzi zapewne nad Weroną. Uciekają od niego setki ciężarówek, które nieznana nocna siła pcha w stronę Mediolanu. Wracamy do naszej deszczowej jesieni na północy: na osłodę na lotnisku - rurki z koglem-moglem.

(18-22.10.2018)

  

czwartek, 25 października 2018
Dziennik podróży do Bilbao

 

Sielanka

Nazajutrz po rozbiciu - do spółki z kurierem - samochodu osobowego, lądowałem o wschodzie słońca w Monachium. Mgła rozścielała się romantycznie (Caspar David Friedrich) po polach. Złota bawarska jesień. Sielanka.

 


(Kastylijska pustka, źródło: a.b.)
 

Donikąd

Lotnisko zapasowe znajduje się w kastylijskiej pustce. W telefonach sprawdzamy Valladolid i poprawiamy mapy. Ktoś tu musi być, bo przyciągają schodki. Jakaś pani zapowiada, że przyjadą po nas. Kiedy? Za godzinę, dwie, może dzień, nie wie dokładnie: jest niedziela. Po pół godzinie otwierają bar.

Podróż przez wnętrze Kastylii

Stacje benzynowe Respol świadczą o tym, że tli się jeszcze życie. W kamiennych wioskach już nie. Po horyzont sięga równina w kolorze żółtym. Z okien autokaru raz jest rżyskiem, raz wypalonym przez słońce polem, najczęściej - pustynią.

Opis miasta Bilbao (1)

Wcale nie jest łatwo dostać się do środka. Bronią miasta wielopoziomowe autostrady, zjazdy, wiadukty, tunele. Ktoś nieuważny - przypuszczam, że liczą na roztargnienie - mógłby nie zauważyć, że jest tu miasto. Leży w estuarium - pierwszy raz słyszę, aby tak często używano słówek z lekcji geografii (jakby to było drugie imię miasta).

Architektura

Zanim zajęli się na serio architekturą, przez lata parali się terroryzmem: te wszystkie bomby-niespodzianki. A teraz kwiecisty pies, ogniste fontanny, most o wyglądzie kotka. Zastanawiam się czy przetrwa tak jak trwają wieże katedry w Burgos, mijanej po drodze.

Sztuka dawnych plemion (1)

Klasa licealna siedzi w M jak matka: czysta teoria, biorąc pod uwagę wiek zebranych. Rzeczy ułożono w Muzeum Sztuk Pięknych według alfabetu. W A jak arte sprzed dwunastu tysięcy lat kość z wyrytymi zwierzętami, wzrusza.

Sztuka dawnych plemion (2)

Sztuka chrześcijańska. Uprawiana szeroko w świecie zachodnim do XX wieku (z przewodnika po wystawie). Sztuka katalońska, której autorzy pozostają anonimowi, ta z XII i XIII wieku znajduje się na marginesie przewodników. Nie znalazł się język, aby wyrazić nią zachwyt. Ma w sobie ludową naiwność i teologiczną głębię. Oto śpi umarły Chrystus na sękatym krzyżu: czuwają nad nim Pan Czarne Słońce i Pan Rogaty Księżyc, wychyla się z nieba anioł z kadzidłem.

Most

Powitał nas chór wdów i wdowców. Najpierw melodią smętną, a potem radosną: czarne panie wyciągnęły kolorowe wachlarze. Dyrektor mostu zjechał windą z przęsła, tak powinien zjawiać się dyrektor. Obiecywał bryzę na górze, ledwo słychać było krzyk mew.

Farsz

Giulietta opowiada o Salvinim: chciała bym dostrzegł jego - na tle europejskim - wyjątkowość. Wiesz, co to są pierogi? - pytam. Wie, ravioli. Nasz premier w piątek obgryzał pierogi, zostawiając grzeszny farsz z mięsem. Giuletta już się nie odzywa.

 


(Estuarium, źródło: a.b.)

 

Opis miasta Bilbao (2)

Było czarne albo szare - zależy kto mówi a odpytuję tych, co tu kiedyś byli, dawno temu. Ponuro: syreny statków w estuarium, dym z kominów przysłaniający słońce.

Tante

Ciocia Lufthansa zawozi nas do Monachium, rozdając kanapki i częstując piwem. W Monachium wszystko jest na wysoki połysk. Ani śladu po wojnie. Pierniki mają w środku maleńki opłatek.

(14-16.10.2018)

  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 741