2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
środa, 16 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 3)

 


(Antanas Sutkus, Irena, 1959, źródło: pinterest.com)

 

Światło

Zatrzymuję się w oknie nad tym ostatnim zdaniem z Knausgarda o świetle, które jest wymiarem czasu. Bo przecież ten sam związek między czasem, światłem a okiem znajdowałem wcześniej w wierszach Kawafisa, w jego łapczywym spojrzeniu na aleksandryjskich młodzieńców albo w obrazach Muellera, kąpiących się w słońcu. Światło jako dotknięcie czasu. Światło moich oczu – wzywa w inwokacji Nabokov tę, która już dorosła i z dzieckiem przy boku pali papierosa w domu na przedmieściach, tę, w której nie da się rozpoznać tamtej zamkniętej we wspomnieniu. Światło moich oczu oznacza ni mniej, ni więcej pamięć chwili, zatrzymanie wzroku na jeden moment, który przebłyśnie i nigdy więcej nie powróci tak jak ujrzane ciało nigdy więcej nie będzie takim samym ciałem. Bo kiedy dany wieczór, ranek, rozmowa, przebywanie z drugim minie i pozostanie wspomnieniem, będzie tak samo niewyraźne jak obraz pokoju, do którego już przestały wpadać słoneczne promienie (11.08.2017).

Drzewa

Drzewa służą do pomiaru czasu. Bardzo abstrakcyjne wydawało mi się to całe przecinanie pni i sprawdzanie na słojach, kiedy co się stało. O, tu wybuchła pierwsza wojna, tu – druga, tu pierwszy człowiek stanął na Księżycu, a tu – narodził się autor bloga. Z czytaniem słojów to jednak za dużo zachodu, ale teraz wjeżdżam na znajome osiedle i spoglądam na drzewa. Większość z nich znam: ich cienkie pnie ledwie trzymały się prosto, przyczepione tasiemką do deszczułek. Teraz wchodzi się w ich cień, spacerując jak po parku. W ten sposób drzewa same liczą twój czas (12.08.2017).

Słoń, czyli opowiastka z ulicy Bieruta

Doświadczeniem kształtującym moje lubelskie pokolenie był słoń. Musiało się to dziać w osiemdziesiątym szóstym albo osiemdziesiątym siódmym. Jednego z wieczorów podczas przedstawienia cyrkowego stała się rzecz niespodziewana: na środku areny słoń zrobił kupę. Następnego ranka w przedszkolu pożerały nas zazdrość i ciekawość. Słoń zrobił kupę – opowiadali jedni, zapewne z każdą opowieścią dorysowując do zdarzenia nowe szczegóły i co tam jeszcze im przyszło do głowy. Ach! – nie mogli wyjść z podziwu drudzy (wśród nich przyszły autor bloga) i prawdę powiedziawszy mogli jedynie słuchać z zazdrością, bo słoniowej kupie nic, ale to zupełnie nic, nie mogło dorównać.

Namiot cyrkowy stał w wąwozie u zbiegu Bieruta i Lenina. Jeszcze za pierwszej dekomunizacji Bieruta zamieniła się w Lwowską. I byłem tam chyba ostatni raz na weselu z dziewczyną, którą znałem dosyć pobieżnie, to musiało być co najmniej siedemnaście lat temu, w moim okresie maniakalno-klerykalnym, więc raczej nie bawiła się ze mną setnie. Od tej pory Bieruta (czy Lwowska) pozostawała ulicą nieobecną. I teraz kiedy przyjechaliśmy do Lublina, i mieliśmy nacieszyć się tym miastem, teraz właśnie zaczęło padać i padało rzęsiście i nieprzyjemnie, i z nacieszenia się wyszły nici, więc korzystając z tej niemożliwości pojechałem na wycieczkę ulicą Bieruta. Wycieraczki pracowały a ja myślałem o kupie słonia i o tym, że przez tyle lat nie stworzyłem żadnej opowieści, która mogłaby dorównać tamtej (13.08.2017).

Nauka rozczarowań

Czemu kupujesz mi ciągle książki? – spytała A. pięcioletnia kuzynka. Byłem współodpowiedzialny za to rozczarowanie, ale pomyślałem sobie, że to dopiero początek całej serii rozczarowań, którą potocznie nazywa się życiem. I że trzeba się do tych rozczarowań przyzwyczajać od małego, na długo przedtem zanim pojmie się, że cechą najpiękniejszych (najbardziej świetlistych) momentów jest ich nieosiągalność, ba nawet niewypowiadalność (czy metafora światła nie jest znowuż doskonałym sposobem opisu niewypowiadalnego?) A wówczas, kiedy człowiek zadaje sobie pytanie, czy zmarnowało się komuś życie, czy na szczęście tylko sobie, to te drobne małe rozczarowania wydają się być co najwyżej radosnymi wprawkami. Tego uczą właśnie książki (14.08.2017).

Melancholia

Rysowaliśmy wczoraj z Dzieckiem na trawie. Kiedy nie widziało, narysowałem najpiękniejszy koniec świata, ten z Larsa von Triera: z kosmicznym baletem do „Tristana i Izoldy” Wagnera, gdy oceany rozpryskują się ogniście razem z całą ludzkością i uciekającą Kirsten Dunst. I wyobraźcie sobie, że dzisiaj, jedząc obiad, Dziecko wzięło mój rysunek i tę nieszczęsną rozpadającą się na kawałki Ziemię na dodatek zbombardowało ziemniakami z masełkiem, bach, bach. Nie hukiem, ale ziemniaczkami (15.08.2017).

 

czwartek, 10 sierpnia 2017
Karl Ove Knausgard, Lato, Wyd. Literackie 2017

 


(Marius Borgeaud, Biały pokój, 1924, kol. pryw., źródło: pinterest.com. Poszukiwałem ilustracji do cytatu, który wynotowałem: Ulotność światła, to, że ciągle się zmienia i nigdy nie nieruchomieje ani nie skupia się na niczym, wiąże je z czasem, jest niemal jego wizualizacją (s. 400). Tamtego lata też pisałem o świetle.)

 

W zeszłym roku ósmego sierpnia obaj zauważaliśmy owoce:

Powrót z dzieckiem wieczorem, ciepłym jak nad południowym morzem. Opadamy z sił i zwijamy się na ławce na Miodowej. Całe szczęście w tamtejszym sklepie sprzedają dobro w tubkach. Dziecko łapczywe jest na dobro o smaku jabłka i gruszki (autor bloga, 08.08.2016).

Dzisiaj jest ósmy sierpnia i na starej śliwie w środku ogrodu, której odstające na boki gałęzie są podtrzymywane podporami, prawie wszystkie śliwki rosnące po południowej lub zachodniej stronie są dojrzałe (s. 405).

Powiem dość nieskromnie: w lekturze "Lata" zauważam to samo co w swoich zapiskach. Oczekiwanie na Dziecko, a potem te pierwsze świąteczne miesiące, kiedy życie po prostu JEST, były niezwykle intensywne i świetliste (tomy „Jesień” i „Zima”). Nic dziwnego, że za ilustrację do recenzji "Zimy" wybrałem ową fotografię Roberta Franka (tutaj).

„Lato”, tom, w którym najmłodsza córka autora jest nieco starsza od naszego Dziecka, przestaje być taką manną-hosanną. Nie ma w nim już tego świeżego zachwytu, tego światła. Słownik spisywany dla córki okazuje się w nim ucieczką w formę. Być może zabrakło dla niego haseł, być może literatura nazbyt oddzieliła się od życia. Powyższą tezę potwierdzają fragmenty dziennika, w którym nieoczekiwanie zmienia się narrator.

Tylko małe perełki: te zapiski z dziennika, kiedy ojciec pisze o dwulatce a wówczas ja bezwiednie zaczynam myśleć o Dziecku. Albo jeszcze te fragmenty o ośmioletnim synku, kiedy wyobrażam sobie jak to będzie za kilka lat.

 

Dziennik pisany w sierpniu (odc. 2)

 


(Eustachy Kossakowski, Koncert morski (Panoramiczny happening morski) Tadeusza Kantora, 1967, źródło: culture.pl)

 

Upał

Tamtego lata też było upalnie. Fala znad Sahary, jedliśmy czereśnie (tutaj): ciągle do tego wracam, do tamtej intensywności wszystkich zmysłów. Upał teraz podstępny, ten na Południu, ma na imię Lucyfer.

Zdjęcia

Z tego popołudnia, kiedy kończyło dwa lata, będą setki zdjęć. Nawet nie wiem, czy wszystkie obejrzymy, różne ujęcia: sekunda po sekundzie. Zapamiętuję najbardziej to, co obyło się bez zdjęć: zapach wieczoru pod kościołem.

Wiek

- Jak się czujesz z tym, że ma dwa lata? – pyta P. Siedzę na miękkiej pufie i jedyne, co mi przychodzi do głowy, to napisać, że czuję się staro. (Następnego dnia pyta mnie o to samo Dż. i nie silę się na inną odpowiedź).

Brzoskwinia

Ciepły poranek: latte z białą brzoskwinią. Wymknęliśmy się z P. i W. na kawę. Fontanna jeszcze pusta. Z najbliższej kawiarni odeszła N., sami nowi - nie wiedzą, czego potrzebuje człowiek w biurowy poranek. Rozmawiamy o Polsce. Polska ma urlop.

Napis (I)

Na ścianie urzędowej łazienki ktoś wypisał mazakiem ciągle brak papieru. Było to stwierdzenie faktu, który dla wszystkich urzędników jasny był od tygodnia, ale wciąż umykał serwisowi sprzątającemu. Niemniej było to kłamstwo, no przecież żyliśmy pośród papieru, długich zdań, służebnych pism, patriotycznych uniesień. Nie, papieru nie brakowało, skarżyć się można było na ciągły brak rozumu.

Napis (II)

Malinki, morelki – stragan ze zdrobnieniami na Sadybie.

Życie

Tylko to, co się dzieje, dzieje się naprawdę. Żyje się tylko tym życiem, którym się żyje. Chyba nigdy nie napisałem nic bardziej oczywistego, a jednak trudno to zrozumieć, ponieważ dokonujemy tak wielu wyborów i każdy wybór wyklucza tak wiele możliwości, które nadal istnieją w cieniu naszych jaźni (...). "Pogodzić się z własnym losem", a chodzi w tym właśnie o to, by zrozumieć, że życie staje się takie, jakie się staje, że niczego nie da się zmienić, że nie można podążać innymi śladami, tylko tym jednym, który kończy się, kiedy człowiek umiera (Knausgard, "Lato", s. 333-334).

Błogość

Wieczór znowu pachniał. Tęskni się długo do takich wieczorów, pewnych, ciepłych, gdzie zza bloków wschodzi księżyc, gdzie pije się lemoniadę na leżakach i rzuca piłką po trawie, i chce się, żeby trwał. K. wróciła z wojny. Dziecko chciało rysować kredą po chodniku a ja chciałem zapamiętać każdy szczegół.

Wojna (I)

Stanęliśmy przy płocie z policjantów i zaczęliśmy rozmawiać o Polsce z pieśni patriotycznych:

- I cisawego konika dadzą – powiedziała M.

- I ostrą szabelkę… - dopowiedziałem – tylko co z moim rozmarynem?

- Kupi się w lidlu – rzuciła M. Na wojnę bez lidla ani rusz.

Wojna (II)

Ulica była absurdalnie pusta, geometrycznie pogrodzona metalowymi barierkami. Z góry musiało to wyglądać jak przygotowania do powitania dänikenowskich kosmitów. Co kilka metrów przy płocie stali przemoknięci policjanci, ci co mieli więcej szczęścia kryli się w bramach. Na ulicę właśnie spadało niebo mrugające jak ekran telewizora w oknie u sąsiada. Snajper na dachu poprawiał płaszcz przeciwdeszczowy.

(Ta cała absurdalna scena z tym małym człowieczkiem na podeście, to wszystko przywodzi mi na myśl koncert morski Kantora, skąd zdjęcie powyżej)

(06-10.08.2017)

 

niedziela, 06 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 1)

 


(Jeanne Moreau i Miles Davis podczas nagrywania muzyki do filmu "Windą na szafot", 1957, Getty Images, źródło: tumblr.com)

 

Życie (I)

Pani wypisuje czerwonym flamastrem kopertę. Imię, nazwisko, data urodzenia, pesel. Pesel zachodzi nieco na puste pole: data zgonu (wypełnić na końcu). Życie to jest taka mała kopertka, jedna z tysięcy w regale.

Nie ma prostszej definicji.

Przed siedemnastą (I)

Harcerki przed wybuchem biegną po lody tajskie. Inne morowe panny z opaskami stoją po lemoniadę. Dwoje z kotwicami spożywa kotlety w restauracji na dole. 

Tragedia zamieniona w niegroźny teatrzyk. Pokazujcie, proszę, wyprute flaki, śmierdzące ciała w letnim ukropie, krew i odchody, pokazujcie nim będzie za późno. Nim z radością pobiegniemy na śmierć.

Głosy

Tego roku dochodzą do głosu nowi powstańczy poeci. Oprócz chłopców, nabuzowanych hormonami, pojawia się kobieta, Anna Świrszczyńska, która nie opowiada pięknych rzeczy:

Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki/ niech policzą teraz nasze trupy.

O ojczyźnie

Kolega z pokoju upiera się, że ojczyzna ziemska jest obrazem ojczyzny niebieskiej, że trzeba ją za każdą cenę, że życie to nic. Dyskutujemy zaciekle, co można z ojczyzną ziemską, a czego nie można.

Papież Grzegorz XVI przychodzi na pomoc, gdy pisze tak pięknie o ojczyźnie naszej ziemskiej, Królestwie Polskim: Równocześnie, gdy pierwsze informacje o niepokojach, które poważnie zniszczyły wasze kwitnące królestwo, dotarły do naszych uszu, dowiedzieliśmy się, że wywołali je kłamcy i oszuści. Pod pretekstem religijnym, buntując się przeciw prawowitej władzy książęcej i sprowadzając ojczyznę z drogi posłuszeństwa tejże władzy, napełnili ją żałobą (Grzegorz XVI, Cum Primum, O obywatelskim posłuszeństwie).

Przed siedemnastą (II)

Cała na biało. Prawie wpada pod czerwony autobus. Przezroczysta.

Przed siedemnastą (III)

Na godzinę W jadę z hulajnogą dla Dziecka pod pachą.

(01.08.2017)

Krytyka łapczywości

Ta Jarosławowa łapczywość, podobnie jak sięgająca śniadych ud łapczywość Humberta H. z powieści Nabokova, czyż one - gdy przyglądamy się z boku - nie są wstydliwymi przypadłościami niedojrzałego wieku dojrzałego? (Na marginesie upałów i starszego mężczyzny (tego tutaj), posła partii rządzącej).

(02.08.2017; zapis pod wpływem "Lata" Knausgarda)

Po siedemnastej

Na stacji Ratusz Arsenał turyści: czarnoskóra para z dwoma dziewczynkami, oboje niscy, pani potężne afro, pan wyglądający na urzędnika gabońskiego ministerstwa kultury. Pierwszy raz pomyślałem, że to dla nich niebezpieczne: samemu znaleźć się w tłumie Polaków.

(03.08.2017)

Życie (II)

To, co artykułujemy, co wyrażamy, czy to my sami? Określona obecność w określonym miejscu w określonym czasie? Coraz częściej skłaniam się ku przekonaniu, że myśli są jedynie czymś, co przeze mnie przepływa, i że równie dobrze mógłbym być kimś innym; że nie jest istotne to, kim jestem, lecz to, że jestem (Knausgard, "Lato", s. 13).

Próbując odnaleźć sposób pisania, to znaczy sposób życia. 

(04.08.2017)

Muzyka wieczorem 

Od czasu Wariacji Goldbergowskich w wykonaniu Glenna Goulda aż do dzisiaj, żaden inny dźwięk nie dotarł, wibrując w moim ciele, z uszu do końcówkek nerwów. Milesa Davisa "Kind of Blue" słucham trzustką, kośćmi śródstopia oraz naczyniami włosowatymi. - Pomyślałem o Bachu - mówię A. po trzecim słuchaniu. - Ja też - odpowiada - ale myślałam, że to głupie skojarzenie.

(05.08.2017)

 

czwartek, 03 sierpnia 2017
Robert Walenciak, Modzelewski - Werblan. Polska Ludowa, Iskry 2017

 


(Wojciech Stan/PAP/CAF; Wiec poparcia dla PZPR w Radomiu, czerwiec 1976 r., źródło: odkrywcy.pl; Podobnie jak język propagandy ze stanu wojennego łatwo porównać z językiem obecnej telewizji, tak zdjęcie z tego wiecu trudno odróżnić od demonstracji poparcia ministra Żołędzia urządzonej miesiąc temu w Krakowie).

 

W lipcu czytałem niewiele, trzy książki: "Lolitę", "Boga zagubionego" i "Polskę Ludową" (czy ów wybór lektur coś o mnie mówi?). Zaczynając tę ostatnią żartowałem, a zbliżało się lipcowe przesilenie, że czytam ją po to, żeby wiedzieć czego się spodziewać. Bo obraz Polski Ludowej, który sączy się z oficjalnych komunikatów, brzmi mniej więcej tak:

Okres PRL był monolityczny, komunizm trwał niezmiennie. Polacy od początku masowo z nim walczyli. Tysiące żołnierzy wyklętych bohatersko, latami stawiało mu czoła. Garstka komunistów sterowana była ręcznie z Moskwy. Kościół bez przerwy walczył ramię w ramię z narodem. Wałęsa był agentem, generała Jaruzelskiego należałoby pozbawić stopnia. Jedynie Wolne Związki Zawodowe na Wybrzeżu i Solidarność Walcząca, cieszące się masowym poparciem, zachowywały się krystalicznie. W osiemdziesiątym dziewiątym agenci dogadali się z oficerami prowadzącymi, którzy swoimi mackami przejęli państwo.

Przez pewien czas miałem studentów: troje, w porywach czworo i powtarzałem im na każdych zajęciach: pamiętajcie, to, co jest w podręcznikach i w przemówieniach polityków, ba, to co jest w muzeach, to nie jest historia. To powyżej to nie jest historia, to oficjalny komunikat, dzięki któremu największą klęskę można nazwać zwycięstwem a największą ohydę – nieznaczącym wypadkiem. Sama historia dzieje się w ciele, w pojedynczym człowieku, w tym, który musi wybierać. Historia nie jest monologiem.

Dlatego tak ważny jest ten dialog, który podejmują profesorowie Modzelewski i Werblan, ten który siedział w więzieniu i ten który był członkiem politbiura. I nic z tego, co zapisałem powyżej jako narrację dzisiejszej władzy, nie okazuje się być prawdą. Niestety czytanie książek to w Polsce rzadkość, podobnie jak krytyczne podejście do propagandy - ludzie łatwo uczą się zmyślnie fabrykowanych nie-historii. A kiedy zastanawiam się dzisiaj nad długim trwaniem, to okazuje się, że historia nie tylko jest powtarzalna (boskie przeznaczenie, karma albo los), ale Polacy są jej niezbyt pojętnymi uczniami.

 

środa, 02 sierpnia 2017
Anselm Grün, Tomáš Halík, Bóg zagubiony, WAM 2017

 


(Jim Holland, Niebieska koszula, 2012, (c) Jim Holland, źródło: pinterest.com; szukałem ilustracji o Bogu zagubionym i trafiłem na ten obraz. Nie ma go, wyszedł, zostawiając światło i ślad).

 

Kiedy szaleniec Nietzschego, ten z "Wiedzy radosnej", wyszedł na ulicę, żeby wołać o śmierci Boga, to najpierw byliśmy zadziwieni. Chcieliśmy zaimponować mu pewnością, jaką daje niedojrzała wiara wtłoczona w proste zestawy katechizmowych pytań i odpowiedzi. Przyglądaliśmy mu się wówczas z góry.

Potem próbowaliśmy mu tłumaczyć, że nie ma racji. Wyjaśnialiśmy ze współczuciem, tak jak się tłumaczy małemu dziecku, że się omylił. Jednak im bardziej przekonywaliśmy go, tym bardziej rozumieliśmy jego wątpliwości. W końcu utraciliśmy i my naszą pewność, na której budowaliśmy dotychczas wszystko.

"Bóg zagubiony" zaczyna się od tego fragmentu z Nietzschego. Dopiero bowiem konfrontacja z niewiarą pozwala wyjść poza bezrefleksyjne formułki. Grün i Halík, obaj doświadczeni duszpasterze i psycholodzy, dodają czytelnikowi otuchy.

Miałem nawet zapisany fragment o zachwycie, tak bardzo banalny, że mógłby trafić na widokówkę z zachodem słońca, jakie kiedyś rozprowadzała edycja św. Pawła, a jednocześnie w tej swojej prostocie odkrywczy. Dać się zachwycić - tego lata stwierdzam, że to wcale nie takie łatwe.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 718