2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
niedziela, 18 lutego 2018
Emilios Solomou, Dziennik zdrady, Książkowe Klimaty 2015

 


(Fresk z pałacu w Knossos, źródło: en.wikimedia.org)

 

Z "Dziennikiem zdrady" autor bloga ma pewien kłopot. Czasami - może to wrażenie po dwóch mocnych kawałkach amerykańskiej prozy o fenomenalnym języku i nieoczywistej fabule - wydawał się on romansidłem ubranym w pseudonaukowy anturaż. Oto na samotną wyspę w Archipelagu Cykladzkim przybywa starzejący się archeolog. Pierwsze akapity są kuszące: łatwo wyobrazić sobie białą wioskę z niebieskimi dachami i rybackimi kawiarniami na nabrzeżu, ale zaraz potem pojawiają się retrospekcje, emocjonalne rozchwiania i wybory zupełnie jak w melodramacie o niezbyt wciągającej fabule. Niemniej pewien zakręt w kompozycji powieści (zdrada na czym polega, byłaby tutaj najgorszą ze zdrad), czyni ową opowieść możliwą do zniesienia.

Z drugiej strony momentami (nie wiem, czy nie zależą one od nastroju autora bloga) aż chce się stwierdzić, że jest to świetne studium o ludzkich uczuciach. To te fragmenty, kiedy chce się powiedzieć: ale to prawdziwe! Któż jednak po - wspominanym w "Dzienniku" - Prouście powie coś więcej o zapamiętywaniu uczuć i ich zapominaniu? Bohater Emiliosa Solomou nie jest wyjątkowy.

Może dlatego fragment, który wynotowuję nie mówi wcale o uczuciach ani nawet o Morzu Śródziemnym, ale o dzisiejszej Polsce. Polska też nie jest wyjątkowa:

Potem nastąpiło bogoojczyźniane kazanie na temat roli szkoły, właściwego wychowania, prawosławia, korzeni i patriotycznych wartości, ojczyny, którą "trzeba ustrzec przed hańbą i ateizmem komunizmu, przed czerwonym potworem, dla którego nie istnieje żadna świętość" (s. 271).

  

środa, 14 lutego 2018
Colson Whitehead, Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki, Albatros 2017

 


(Sally Mann, Deep South, 2005, źródło: sallymann.com)

 

9 lutego:

Te wykrzywione zwierzęco twarze na obraz Goyi w zakrystii katedry w Toledo na co dzień należały do najzwyklejszych obywateli. Nie jesteśmy bowiem stadem naczelnych dwadzieścia cztery godziny na dobę. To okoliczności, język, poczucie własnej wielkości albo cudzej słabości pozwala nam zapomnieć o byciu człowiekiem.

Najbardziej uniwersalnym fragmentem „Kolei podziemnej” jest rozdział rozgrywający się w Karolinie Północnej. Stan, który wygnał wszystkich czarnoskórych i w którym trwa polowanie na tych, co nie zdołali zbiec, a także na tych, którzy im pomagają. Owszem trafiają się nadchodzący z południa tropiciele zbiegłych niewolników, ale to sąsiedzi są tymi, którzy donoszą, którzy w miejskim parku, ku uciesze gawiedzi, wieszają własnych sąsiadów i katują przyłapanych uciekinierów. Ba, w historii Cory (docenić należy, że podziemiami z piekła ucieka Cora, to jest Persefona), jeden z tropicieli ratuje ją przed linczem na miejscu.

Czy Karolina Północna nie przypomina jakichś obrazków z Polski, tych, o których, pod groźbą więzienia, mamy zapomnieć? Pięknych słonecznych dni, sąsiadów wydających sąsiadów za kilogram cukru i piszących Szanowny panie Gistapo?

„Kolej podziemna” napisana jest na przekór opowieściom o Wielkiej Ameryce i jej chwalebnej historii, którą miliarder karmi masy. Bo, czy tego chcemy, czy nie, ludzie i narody nie mają kryształowych historii. Nawet te, które zasługują na największe drzewo.

 

Paul Beatty, Sprzedawczyk, Sonia Draga 2018

 


("Gang urwisów", lata 30. XX wieku, źródło: http://www.cbc.ca/radio/q/schedule-for-tuesday-january-26-2015-1.3419899/the-complex-racial-history-of-the-little-rascals-1.3419904; Jeden z kluczowych wątków w powieści) 

 

7 lutego, samolot do Warszawy:

Na próżno (?) spieszę się, by zdążyć zapisać coś o "Sprzedawczyku" jeszcze w karnawale, bo jest to powieść na wskroś karnawałowa. Nie, nie w znaczeniu, że jest krotochwilna bądź rozrywkowa: jest karnawałowa w najgłębszych warstwach, w których karnawał oznacza odwrócenie porządku, postawienie świata do góry nogami: błazen staje się królem,

miasto, które zniknęło, wraca na mapę; dziecięca gwiazda na starość zostaje niewolnikiem; a przywrócona segregacja rasowa uzdrawia dość podrzędną szkołę.

Poprzez wyolbrzymienie i odwrócenie (to, co określam jako karnawałowość) Beatty prowadzi czytelnika przez czarną Amerykę kalifornijskich przedmieść sześćdziesiąt lat po tym, jak Rosa Parks odmówiła wstania w autobusie (powieść naszpikowana jest faktami, nazwiskami i aluzjami do afroamerykańskiej kultury i polityki. Autor bloga nieprzypadkowo wspomina Rosę Parks, bo była to jedna z nielicznych postaci, której nazwisko coś mu mówiło). Wcale nie jest to piękny obrazek.

"Sprzedawczyk" jest powieścią językową. Właściwie przez dłuższy czas nie zwracałem uwagi na samą fabułę. To język - w kongenialnym przekładzie Piotra Tarczyńskiego - stanowi o sile powieści. To on, tak gęsty i nasycony, przydusza czytelnika, nakazuje mu zapomnieć o bożym świecie i pojawić się w Dickens, mieście, którego nie ma. Ten język, wulgarny, obcesowy, uliczny i trudny czasami do rozszyfrowania, jest istotą "Sprzedawczyka". Trudno się nim delektować, ale nie sposób przejść obojętnie.

  

poniedziałek, 12 lutego 2018
Dziennik z Kastylii i La Manchy

 

Niebo 

Snowfall in Madrid zapowiada kapitan. Krążymy więc w chmurach ujęci tym paradoksem.

Kolej podmiejska

Zimno powoduje, że jeszcze gęściej zbijają się w hałaśliwe stadka.

 


(Balthus, Piękne dni, 1944-1946, Hirshhorn Museum and Sculpture Garden, Smithsonian Institution, Waszyngton, źródło: mydailyartdisplay.wordpress.com)



Łaska

Znane mi w literaturze opisy tego typu zjawiska dotyczą Kaplicy Sykstyńskiej (nic z tego), Mona Lizy (w ogóle), ewentualnie mistrzów trecento (lekko przy Giotto). Oto przybyłem, stoję przed "Pokojem" i czuję jak po płatach mózgu przechodzą mi ciarki. Nie spodziewałem się z każdym włoskiem takiej doskonałości; gry światła i cienia na udach Teresy; tego, jak dziewczyna w bieli odsłania lub nie odsłania piersi. Chłonąć płótno (Derain, Balthus, Giacometti. Una amistad entre artistas, Fundacja MAPFRE).

O mnie

Pewnego lata De Chirico objawił mi upalną pustkę. Nikt nie potrafił namalować jej lepiej, więc teraz biegnę - choć trudno się było oderwać - od Balthusa i Deraina do niego. Patrzę na nich - spoglądają na mnie: pustka i manekiny (El Mundo de Giorgio de Chirico, Caixa Forum).

Dworzec

W dworcowej kawiarni ciągle mnie pytają o pięćdziesiąt centów.

Taksówka

Tego wieczoru, w Toledo, z Niemcem przebiegałem przez ulicę do taksówki. Kiedy wsiadaliśmy, taksówkarz wskazał ręką na taksometr i spytał: no falta ticket? Nie trzeba, odpowiedzieliśmy z Niemcem, który podwójnie wymknął się własnej definicji.

Katedra w Toledo

Ci, co nie pójdą do ognia wcale nie są zadowoleni. Wołają do nich ci z czyśćca, przeszkadzają w modlitwie. W welonie są bowiem bezcieleśni i bezpłciowi, ale nie głusi. Zwłaszcza kiedy pół lew, pół dzik rozprawia się z jakąś niewiastą na pierwszym planie, tuż pod Bogiem (Kapitularz).

Selfie dla potomnych: ów mężczyzna patrzy z lekką dumą. Szata skazańca odbija się w nieskazitelnie wypolerowanej zbroi. Pochwała dobrze wykonanej roboty (El Greco, Obnażenie z szat).

Ci, co będą prowadzić na egzekucję przypominają zwierzęta: ich wykrzywione twarze w każdym motłochu świata. Chrystus jest bardzo zmęczony. W różowych szatach jak w nocnej koszuli (Francisco Goya, Pojmanie Chrystusa).

Wszystko jest jak powinno być: zasmucone anioły, opłakujące niewiasty, oddany Jan. Tylko setnik zauważył, wskazuje zdziwiony. Krzyż jest pusty (wystawa w katedrze)

 


(źródło: a.b.)

 

Podglądanie

Chińczycy jęczą na znak przewodnika. Razem oglądamy grę palców na pogrzebie hrabiego Orgaza.

Sklep 

Zakonnica ma sto lat i szalik. Wyobrażam sobie, że jest ostatnią siostrą od świętego Antoniego: sama jedna została pośród słodyczy.

Miasto śpi

Punktualnie o szóstej zatrzaskują się okiennice sklepów z mieczami i marcepanem. Toledo milknie. Zanurzając się w wąskie uliczki, przechodzień przemyka niezauważony. Może dowoli gubić się w górę i w dół. Przebiega kot. Nikt go tu nie odnajdzie.

Śniadanie

Wiedenka mówi: rano piję kawę i jakieś ciastko. Nagryza we wzorki tosty z nutellą.

 


(źródło: a.b.)

 

Widok

W słońcu poranka teren staje się Derainem.

Stupor

Babka w kolejce przed nami doznała ataku dziwnej apatii, jak zając, co nieruchomieje w światłach samochodu. Nie ruszała się. Cała kolejka z lewej za nią. Obsługa naziemna powtarzała siguiente, ale ruszali tylko ci z prawej. Ona nic. Wykręciłem walizkę i poszedłem na koniec prawej. Kiedy mijałem ową kobietę, pani od sprawdzania i odrywania powiedziała siguiente. Zgodnie z przewidywaniami tamta nie ruszyła się z miejsca. Wszedłem w rękaw.

Lotnisko

Sądząc po rozmiarach lotniska w Madrycie, Imperium Hiszpańskie istnieje i ma się dobrze. To stąd Krzysztof Kolumb odlatywałby do Nowego Świata: Isabel - arcykatolickie linie lotnicze. Kiedy kołujemy, nie zachodzi nad nami słońce.

(5-7.02.2018)

  

niedziela, 11 lutego 2018
Paweł Brykczyński, Gotowi na przemoc, Krytyka Polityczna 2017

 

(Zdzisław Mrożewski w roli prezydenta Gabriela Narutowicza, "Śmierć prezydenta", 1977, reż. Jerzy Kawalerowicz, źródło: nina.gov.pl)

 

5 lutego, samolot do Madrytu:

To nie jest Europa (...) Ci ludzie lepiej się czuli pod tymi, kto karki im deptał i bił po pysku (Piłsudski o polskiej prawicy, s. 92).

Analiza Brykczyńskiego właśnie dzisiaj wydaje się być fundamentalną. Lepiej niż odniesienia do Marca 1968 r. pozwala dokonać wiwisekcji umysłów rozmaitych ziemkiewiczów, księży zielińskich, tudzież setek anonimowych komentatorów ostatnich wydarzeń.

Oficjalnie sposób myślenia polityków umiarkowanej prawicy odnosi się bowiem do narodu politycznego. To owa mityczna Polska jagiellońska, w której każdy, kto do niej się poczuwa, ma równe prawa. Jest to koncepcja Piłsudskiego stojąca w sprzeczności z tradycyjnym sposobem myślenia prawicowego Polaka, który - za Dmowskim - naród postrzega w kategoriach czysto etnicznych. U samego początku analizy tego, co się dzieje, mamy więc paradoks.

Być może retoryka rządzących była do pewnego momentu ograniczana - znienawidzoną przez sieci i do rzeczy - polityczną poprawnością, traktowaną na sposób pragmatyczny. Ba, być może część polityków, ta bardziej konserwatywna niż narodowa, koncept narodu państwowego uznała za swój.

Niemniej dla większości wyborców, dla sporej części "elit pamięci", którym powierzono rolę mitopisarzy, wreszcie dla wspomnianej powyżej prawicowej prasy, idea katolickiego narodu polskiego w jasny sposób jest ideą etniczną. Ustawa o IPN stała się sposobnością, aby ten język narodowej ekskluzywności odczarować. Wrócił, a właściwie ujawnił się, on według tych samych wzorców, które funkcjonowały sto lat temu, gdy prawicowa nagonka doprowadziła do zabójstwa pierwszego prezydenta niepodległej Polski (ach, i ten endecki działacz krzyczący z sejmowej widowni, w dniu zaprzysiężenia Król żydowski! - lekkość stosunku do własnej rzekomej religii nie przestaje mnie u tych ludzi zdumiewać), jak i pięćdziesiąt lat temu.

Jest w tej dusznej atmosferze Lutego 2018 jednak coś oczyszczającego. Stanęliśmy przed lustrem - wydawało się nam, że ujrzymy w nim najpiękniejszą na świecie twarz (tak sobie lubimy wmawiać, zapamiętajcie: brakuje jednego drzewa!) - a dostrzegliśmy znajomą twarz ze starych zdjęć, o których ciągle chcemy zapomnieć. Nie musimy już dłużej udawać.

  

niedziela, 04 lutego 2018
Sally Mann, Hold Still. A Memoir with Photographs, Back Bay Books 2015

 


(Sally Mann, z albumu "Deep South", 2005, źródło: https://www.vanityfair.com/culture/2015/05/sally-mann-hold-still-interview; ledwo, co się powstrzymałem przed którąś z fotografii z "Immediate Family")

 

4 lutego: 

Usiłuję przypomnieć sobie, jakie słowa wypowiada fotografujący do fotografowanego, w języku polskim. Uśmiech! - ale to dotyczy familijnych fotografii albo takich, które w mieście R. robiła mi po komunii pani Kanarkowa (mniejsza o nazwisko), ustawiając z różańcem w ręku koło stolika ze sztucznym bluszczem i obdrapanym świętym obrazkiem. Więc, nie uśmiech. 

Nie ruszaj się! - jest w tym wykrzykniku jakieś ostrzeżenie. Jakby fotografia mogła zabić. Ale nie ruszaj się dotyczy miejsca, i nie ma w tych słowach próby zatrzymania czasu, takiej jak w angielskim hold still. Trwać, choć przez jedną chwilę.

Rzadko - jak teraz - zastanawiam się nad tytułem, ale skoro autobiografia (czy na pewno?) Sally Mann nie doczekała się jeszcze polskiego tłumaczenia (a powinna - w serii amerykańskiej "Czarnego", zaraz obok Patti Smith), to mam pole do popisu.

Sally Mann poznałem dzięki zachwytowi, dodajmy każdorazowemu zachwytowi, jaki ogrania mnie, gdy oglądam "Immediate Family". Temu zachwytowi zresztą poświęciłem już kawałek wpisu tutaj. I oczywiście o "Immediate Family", o reakcjach jakie wywołała, o nadinterpretacjach i oskarżeniach, jest też w "Hold Still". Ale opowieść Mann to też fascynująca historia o amerykańskim Południu (które - jak twierdzi autorka - w melancholii bliskie jest Europie) i wstrząsający esej o fotografowaniu. Esej, który stara się odpowiedzieć na te same pytania, które raz po raz zadaje autor bloga, na przykład dyskutując z Jo. o sensie fotografii. 

Cokolwiek sfotografujesz, bez względu na to, że widziałeś to naprawdę, nigdy już na to nie spojrzysz oczyma pamięci. Już zawsze będzie wycięte z kontinuum bytu, zaledwie okruch, drobina, przejrzyście obrane z cielistego życia w czasie; elegijne, jednowymiarowe, natychmiast żółknące od nostalgii: momentalne memento mori (s. XIII).

Tak ulotne jak nasze ślady na nadrzecznej plaży były owe chwile dzieciństwa uchwycone na zdjęciach. I taka będzie nasza rodzina, nasze małżeństwo, nasze dzieci, które ją ubogaciły i nasza miłość, która pomogła nam przetrwać. Wszystko odejdzie. Pozostaną te zdjęcia opowiadające naszą krótką historię, taką mamy nadzieję (s. 165).

Kiedy oddajemy naszą pamięć aparatowi, umniejsza się nasza zdolność zapamiętywania i bledną nasze wspomnienia (s. 301).

  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 728