2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
środa, 31 stycznia 2018
Coś na kształt dziennika ze stycznia 2018 roku

 


(Zima w Central Parku, październik 2017, źródło: www.facebook.com/SnappingNewYork)

 

1. Dziwna euforia u autora bloga utrzymuje się do zmierzchu. Dopiero potem nowy rok, stare rytuały. 2. Łatwiej ci było z peruką - mówi W. - łatwiej udawać, że to nie ty, taki zadowolony. W miejscu fontanny trzy ponure choinki. 3. Zaczyna padać, intensywnie i grząsko. Zachmurzenie całkowite. Pod drzwiami sanki czekają na jakąkolwiek zimę. Zima ponoć w Nowej Anglii. 4. Stare rytuały. Popołudniu znów deszcz. Zima w Nowej Anglii trwa. 5. Bardzo trudno jest nadawać znaczenie poszczególnym dniom, żeby nie uciekły. Policz do pięciu. Uspokój się. 6. Dzień jednego wiersza. W tym roku wyjątkowo - nieprzeczytanego i nieprzytoczonego. 7. Dzieciństwo w czasie dojrzałego neoliberalizmu - po pytaniu czemu? weszliśmy w okres pytania: gdzie kupione? (...) To co nam się wydawało małym życiem było chyba właśnie życiem wielkim. A w każdym razie życiem właściwym, po prostu życiem (J.I., s. 108) (...) nikt nie zauważa twojej cyfrowej nieobecności. po prostu cię nie ma: tej zimy, kiedy nie ma śniegu - poza Nową Anglią - i ciemność rano, ciemność wieczorem. (...) nikt cię nie szuka a więc nie będziesz odnaleziony (z żali nastoletniego autora bloga) (...) W sensie relacji erotycznej była to miłość podwójnie zakazana i nieakceptowana nawet przez otoczenie (Wiesio i Jarosław, s. 276) (...) Obydwoje byli w gruncie rzeczy szczęśliwi. Mieli swoje kino w jesienne wieczory, wracali razem przez wietnamską restaurację w pawilonach (golonka w słodkim sosie - on jadł), on czytał książki w haemie, gdy ona buszowała. Tak byli szczęśliwi, wtedy, dawno. 12. Dż. opowiada o szczęśliwych kobietach z Podkarpacia, które rozmawiają o kanapkach z domowego chleba, które szykują dla swoich mężów. (...) skoro w zapisywaniu życia chodziło o coś niezwykłego, a ono jest aż do porzygania zwyczajne, pełne pustych rytuałów, to po co jeszcze cokolwiek zapisywać. 14. pojedziemy szukać śniegu - obiecuję Dziecku - daleko, daleko. Nawet do Nowej Anglii. 15. Rzeczy, które robimy razem: spadł na nas człowiek w metrze, na schodach ruchomych. Kolejny początek powieści albo zawał - pomyślałem sobie - jak tu udzielić pierwszej pomocy? Ale on pijany. Wstał, odwrócił się do A. - mnie nie zauważył - szarmancko przeprosił za brak równowagi./ pierwszy raz ciemnoniebieskie popołudnie, dłuższy dzień. 16. Opowieść o cudzie: modlili się o samochód, był im potrzebny. I oto ktoś im podarował chryslera voyagera (ksiądz opowiedział u kolegi, któremu Bóg buduje dom) / śnieg spadł Dziecku na rzęsy, kiedy jadło obwarzanka. Znaleźliśmy śnieg - mówię - pójdziemy na sanki. Dziecko nigdzie nie chce iść / Niki - to znaczy w słowniku Dziecka nikt albo żaden. Dziennik nikiego - obmyślam podtytuł do tych notatek. 17. Podróż do Olsztyna: na białych polach kolorowe ule. / J. pisze o gilach na śniegu. Tęsknota za nieosiągalnym obrazem. (...) znów dziesięć dni bez zapisywania. był śnieg, nie ma śniegu. dwa seriale. małe wygodne życie, uporządkowane do granic (...) W. pisze do mnie o reklamach kontekstowych na fejsbuku: każdemu pokazują to, na co zasługuje. Dla mnie tępe, plastikowe k..iszony z dmuchanymi cycami, a dla Ciebie wariatkowo (...) w czwartek intensyfikacja ptasiego świergotu: pierwsza oznaka przedwiośnia. jedna z kawek pod piekarnią rano ma białe pióro w ogonie (...) im dłużej mnie tu nie ma, tym bardziej rozumiem, że ten cały zapis, dwanaście lat prawie dzień po dniu był zbędny (...) 27. Pavlova i fioletowe tulipany. 28. To, co było piękne w tej niepięknej zimie - myślę, skacząc po lodowych kałużach pod kościołem - jest oddalone i nierzeczywiste, i mogę za tym tęsknić, ale to tęsknota za życiem urojonym, innym od tego tu i teraz. Fantazjuję więc z pasją równej tej, z jaką niegdyś pisałem bloga (A. miała rację z tym moim uciekaniem do własnego świata!) Ale powiem Wam, że kiedy chcę raptownie pomyśleć o tym, co było piękne w tej niepięknej zimie, to zaraz pojawia mi się jeden obraz: wieczór przed wigilią, wilgoć, orlen w Rykach i kierowcy - w tym ówczesny autor bloga - sikający po krzakach, bo na stacji kolejka pań z autobusu z wycieczką. 29. Tak wiele pudru, opowiadania, że jesteśmy największym drzewem, a w ciągu kilku godzin wszystko wykipiało. To, co skrzętnie ukrywane, wylazło na wierzch z upiorną gębą Ziemkiewicza i Wolskiego, luminarzy współczesnej kultury narodowej, Chominowa spojrzała zza zasłony. Na którymś z obrzydliwych portali, czołowej gazety obecnej władzy, przeczytałem, że są narodem przeklętym, bo ukrzyżowali Jezusa. Polaka. (...)

  

niedziela, 28 stycznia 2018
Radosław Romaniuk, Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza, tom 2, Iskry 2017

 


(Jarosław Iwaszkiewicz, TVP/PAP/Zygmunt Januszewski, źródło: polskieradio.pl)

 

28 stycznia:

Jest w monumentalnej biografii autorstwa Radosława Romaniuka wielu Jarosławów. Ten, który w środku wojny stara się budować własną arkę na Stawisku. Ten, który pisze wiersz o świeczkach na trotuarze po węgierskim październiku 1956 roku. Ten, który w chwilach trudnych wsiada w samolot i ucieka do Rzymu. Ten, który - protestując - wychodzi z sali z innymi pisarzami, a następnie pisze wiernopoddańczy list. Ten, który pragnie miłości i lepi się do kierowców, asystentów, sekretarzy, ogrodników. Jarosław-pomnik i Jarosław-człowiek.

Ale najbardziej brakuje mi w tej biografii jednej głównej myśli, tezy postawionej o Iwaszkiewiczu, jakakolwiek by nie była, wokół której uporządkować można by ten ogromny materiał. Autor wybiera układ chronologiczny, co jakiś czas zakłócając go rozdziałem przekrojowym. Portret, który powstaje, wciąż rodzi więcej pytań niż odpowiedzi. (Czytam "Inne życie" jako czytelnik listów i dzienników, wierszy i opowiadań. Mam osobistego Jarosława, zapewne różnego od rzeczywistej postaci, pisuję o nim czasem na blogu, ale zastanawiam się, co - po tej biografii - ż życia Iwaszkiewicza zapamięta ktoś, kto o nim nigdy nie słyszał. Proszę się nie dziwić: nie ma go w lekturze szkolnej).

Praca musiała być tytaniczna. Romaniuk sięga do listów z archiwum Stawiska, analizuje krok po kroku prozę i poezję. Stworzyć syntezę z tego mnóstwa - to już jest sztuka. Nie ma jednak w bibliografii wielu dokumentów z Archiwum Akt Nowych ani z Ipeenu - tak jakby prywatny Jarosław wymagał innych źródeł od tego publicznego. Czy go obserwowali? Co pisali o nim w gmachu KC? Czy oportunizm miał uzasadnienie?

(tom 1: tutaj)

  

Friedrich Kellner, Dziennik sprzeciwu. Tajne zapiski obywatela III Rzeszy 1939-1942, Karta 2015

 


(kadr z filmu "Kabaret", reż. Bob Fosse, 1972, źródło: YouTube.com. Dlaczego chłopcy-narodowcy bez względu na narodowość zawsze wyglądają tak samo?) 

 

27 stycznia:

Zapiski Friedricha Kellnera budzą moją irytację. Oto praworządny i uczciwy człowiek z coraz większym obrzydzeniem przychodzi do pracy, spoglądając na to, co dzieje się z jego państwem. Po cichu więc wylewa swoje frustracje: na swój naród, na rządzących, na mieszkańców swojego miasteczka, na Anglię, Francję, Stany. Irytację, nie dlatego, że mam Kellnera za idealistę albo naiwniaka, ale dlatego, że - bywa - niegdysiejszy autor bloga odczuwa podobną bezsilność. Od razu zaznaczę, że wszelkie porównywanie dzisiejszej władzy z totalitaryzmem jest błędne. Jest - niezaprzeczalna - różnica między Salazarem czy sanacyjnymi pułkownikami a przywódcą III Rzeszy.

To, co jest najbardziej poruszające u Kellnera to opis znajomych mechanizmów, działających bez względu na system. Tego w jaki sposób spokojni obywatele małych miasteczek stają się członkami plutonów egzekucyjnych, sąsiadami podpalającymi stodoły albo - toutes proportions gardées - piszącymi komentarze o topieniu uchodźców.

A jeśli możliwe jest jakiekolwiek porównaniu między naszą sytuacją a tym, co pisze Kellner to dotyczy to dwóch spraw: psucia języka i chwalebnej, militarnej historii. W obu tych kwestiach, obecnie rządzący sieją wiatr.

Opinia narodu! Nie rodzi się ona dziś w mózgach jednostek - wytwarza się ją odgórnie i wszczepia ludziom  (23 czerwca 1941 r. s. 207) Przyzwolenie na przemoc nie pojawia się samo z siebie. Rodzi się w języku, w odrzuceniu - przywołując prawicowych publicystów - języka politycznej poprawności (który powstał właśnie po doświadczeniach propagandy wojennej, po eksperymentach Zimbardo i Milgrama) i zgodzie na język nienawiści. To zepsucie języka wiąże się z pobudzaniem lęków (tutaj), którego to mistrzem był zawsze ów rzekomy ksiądz z Torunia (dla mnie casus podobny do Marciala Maciela Degollado), a którego obecnie rządzący są wiernymi uczniami.

Laboratorium, w którym najlepiej widać jak władza eksperymentuje z historią jest Muzeum II Wojny Światowej (tutaj). Pisze Kellner: Ów duch, który stoi na drodze pokojowego rozwoju człowieczeństwa, lęgnie się z nacjonalizmu i militaryzmu. Zaczyna się od ołowianych żołnierzyków. A w ostatniej scenie tego dramatu widać już tylko masowe groby. Po każdej wojnie, na skutek przeżyć, narasta tęsknota za pokojem. Zaraz jednak pierzcha. "Pełne chwały" czyny zbrojne plenią się i zagłuszają rachityczny kwiatek pokoju (...). Od czasu do czasu odbywają się festyny z pełną werwy muzyką wojskową, ożywają wspomnienia "pięknych" dni, opiewa się chwalebne czyny i pilnuje, by duch wojny nie przysypiał. O odwrotnej stronie wojny młodzież nigdy się nie dowiaduje, wie tylko o chwale, o zwycięskich bitwach, bohaterskich czynach, zdobnych w wawrzyny dowódcach i nieudolnych, pobitych przeciwnikach (1 listopada 1941 r., s. 258).

Muzeum miało pokazywać grozę wojny, całą prawdę o okrucieństwie i niemoralności jaka jest z nią związana. Dla nowej władzy stać się za to miało muzeum chwały - opowieści o jedynym narodzie, który z wojny wyszedł nieskazitelny. Służy temu powierzenie go w ręce osób o jasnych poglądach na wielkość narodu. Historia wojny przestaje ostrzegać, zaczyna zachęcać.

Podobnie rzecz ma się z gloryfikowaniem żołnierzy wyklętych (bez próby krytycznej refleksji nad ich działalnością i zbrodniami), Narodowych Sił Zbrojnych (cały sejm za) czy próbą uznania, że Judenjagdu w Polsce nie było. Nie da się mówić o historii, opowiadając jedynie o Ulmach, a pomijając Chominową (tutaj). 

Wszystko to powoduje, że przy lekturze zapisków Kellnera, w czytelniku zbierają się kasandryczne przeczucia. Prawicowi publicyści zaklinają rzeczywistość - starając się ośmieszać ostrzegawcze głosy - ale coraz bardziej widać przecież, że Polacy stają się gotowi na przemoc. Zresztą, jesteśmy świadkami w ostatnich dniach, sam minister spraw wewnętrznych z trybuny sejmowej stara się minimalizować obawy, zrzucając winę na innych i odwracając kota ogonem.

Co na to Opatrzność i kolega za biurkiem, jej samozwańczy rzecznik? Kellner pisze z ironią wbrew wszystkim szukającym w dziejach zewnętrznego sensu:

W każdym razie "opatrzność" była w stu procentach po stronie Hitlera. Jak wierni na całym świecie to sobie wytłumaczą, to już ich sprawa. Osobliwy to Pan Bóg, co błogosławieństwem i łaską obdarza tego, który z rozmysłem planował to ludobójstwo (14 czerwca 1940 r., s. 92)