2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
piątek, 28 lutego 2014
Dziennik (28/02/14)

 

Wszyscy stamtąd cierpimy na pewien rodzaj choroby, nieuleczalnego smutku, pojawiającego się z nagła i bez przyczyny. A. chyba najmniej albo najlepiej udaje (może najmniej, bo w końcu do Lu. tylko dojeżdżała, więc nie wdychała bez przerwy tego zapowietrzonego powietrza). Po całkiem pięknym dniu, nagle przestajemy widzieć barwy: plamy zasłaniają nam słońce. I wcale z czasem nie przechodzi, zmniejsza się tylko częstotliwość ataków. Takim mnie Lu. wychowałoś.

Zazdroszczę Alice Munro tego dystansu z jakim pisze o przeszłości. To chyba zresztą mi się w jej opowiadaniach najbardziej podoba: umiejętność oddzielenia siebie dzisiaj od siebie tamtej. Nie jest ciągle zanurzona w tamtych przedmiotach, miejscach i ludziach, umiejętnie pozwala światu przemijać po swojemu.

Nigdy nie umiałem pisać prozą. Zawsze coś pomiędzy, taka literatura być-może-faktu, chroniąca się za pastiszem, żeby nie pokazać emocji. Blog zresztą nie jest literaturą, jest formą przemijalną, już bardziej listy, nawet jeśli przestały być pisane ręką. Pociąga w nim, podobnie jak w nich, to, że nie jesteś sam. Dziennik pod tym względem nie obiecuje tak dużo. 

Niemniej proza, którą ostatnio czytam, ciągle wydaje się pełnić funkcję podobną do mojego bloga: zachowywanie rzeczywistości, której już nie ma, tak jak nie ma domu, w którym wychowuje się bohaterka Munro. Ćwiczenia z pamięci.

Może ten trawiący smutek stamtąd też można byłoby pokonać tekstem?

(Dzisiaj nie będzie nic o rewolucji).

 

Alice Munro, Widok z Castle Rock, Wyd. Literackie 2013

 

Do zagubionej między wzgórzami wioski przyjeżdża narratorka, poszukując rodzinnych korzeni. Jest szaro i ziąb, gdy jedzie na oddalony wiejski cmentarzyk i zaczyna odszyfrowywać zatarte nazwiska przodków na nagrobkach.

W tym momencie umysł autora bloga już dopowiada, co powinno być dalej. Lovecraft nauczył mnie, że zaraz pojawi się zamierzchła potworność. Z trudem się więc oswajam, że u Munro jest inaczej.

Munro zbiera (tworzy?) proste rodzinne opowiastki, fragmenty narracji o ludziach wyciągniętych z drzewa genealogicznego, którym pozwala być kimś więcej niż imieniem i nazwiskiem na kawałku kamienia. Każdy zna takie opowiastki o dziadkach i pradziadkach, tylko nie każdy ma taki narracyjny talent  jak Munro. Jej krótka forma (bo to nie saga, te opowiastki) po raz kolejny zadziwia mnie swoją pełnią (nic do niej dodać, nic ująć).

-

Przy przedostatniej opowieści siadam do mapy i śledzę południowe Ontario. Zadziwia mnie równoległość i prostopadłość dróg, prawie kompletny brak zaznaczonych lasów. Wpisuję w wyszukiwarkę kolejne miejscowości i zamiast wyobrażonych przeze mnie sielskich krajobrazów pojawiają się jakieś skrzyżowania, odległe przedmieścia większych miast. Nagle na całą opowieść zaczyna mi się nakładać ta kratownica dróg. Potem czytam, że domu też już nie ma, jest złomowisko i robi mi się smutno. Ta cała książka jest o czasie przeszłym.

(W tym rozdziale załamuje się również perfekcyjna dotąd praca tłumaczki, wówczas gdy Munro zaczyna opisywać - jak czule! - krajobraz glacjalny. Morena końcowa zamiast moreny czołowej traci bardzo wiele ze swej poetyckości).

czwartek, 27 lutego 2014
Dziennik (27/02/14)

 

Ogarnął go optymizm. Sam się zdziwił. Z pewnością nie był to wiatr wschodni. Głosy sikor w drzewach, prześwitujące światło, gdy jadł z R. obiad. 

Pączki były tłuste i oblane nieświeżym lukrem, ale on myślał już o kawie w pięciu smakach czekającej w domu. Tyle było dookoła piękna, że przymykał oczy na niedoskonałości. - Barcelona jest po prostu piękna - podsłuchał na przystanku.

Słupki endorfin wędrujące wzwyż.

 

Tagi: ja
14:22, kozmo1 , DZIENNIK
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 lutego 2014
Barbara Demick, W oblężeniu, Czarne 2014

 

I

Kiedy A. spytała o ulubione podróże, a akurat segregowałem zbierane w czasie podróży szpargały (kolejny pomysł przywieziony z Krakowa), bez wahania powiedziałem "Sarajewo". Tęskni mi się za tym miastem pomiędzy wzgórzami, oglądanym z Białej Twierdzy i czuję jeszcze smak kawy z miedzianego kociołka. Już sama jego nazwa zawiera i sekret, i poezję. W Sarajewie zaczął się i skończył dwudziesty wiek. (Piątego lutego minęła dwudziesta rocznica masakry ludności cywilnej na Merkale, tam, gdzie wiele lat później kupowaliśmy dojrzałe figi.)

Pierwsze igrzyska olimpijskie, które pamiętam. Sarajewo brzmi od początku w moich uszach.

II

Demick cytuje Primo Leviego: Każdy wcześniej czy później w swym życiu odkrywa prawdę, że szczęście doskonałe jest nieosiągalne, lecz mało kto zastanawia się nad odwrotnością tej prawdy: że równie nieosiągalne jest doskonałe nieszczęście [...]. Nie dopuszcza do tego nasza zawsze niewystarczająca znajomość przyszłości, co w jednym przypadku nazywa się nadzieją (s. 26-27).

III

Ostatni raz tak miałem, czytając "Jest taki piękny słoneczny dzień...". Po dwóch, trzech stronach emocje każą odłożyć książkę i się uspokoić. Nie daje mi spokoju banalność zła, to, że nagle stajesz na wzgórzu i celujesz w dzieci, starsze panie, chorych ze szpitala. Bo co? Naród cię opętał?

Znalazłem jakąś recenzję, w której autor twierdzi, że Sarajewo jest uniwersalne. I ta książka to też o Wa. z 1944 roku. Nie jest uniwersalne: to nie jest powstanie, to jest oblężenie, to nie jest czas przed Norymbergą, to się dzieje wtedy, gdy oglądamy w telewizji "Gumisie" a Edyta Górniak śpiewa o Ewie, to się dzieje równolegle, obok. Oenzet obraduje i nie potrafi nic zrobić. Ludzie giną.

Dwadzieścia lat później Sarajewo nadal nie daje spokoju.

IV

Przeczytałem "W oblężeniu". Narracja kończy się na dwa miesiące przed naszym do Sarajewa, krótkim przyjazdem. Próbuje żyć normalnie a jednocześnie cały czas tkwi w nieuleczalnej traumie. (Dwadzieścia lat po wojnie, u nas to byłby 1965 rok i biskupi pisaliby list o pojednaniu).

To książka o tym, jak w imię ideologii, zniszczyć coś pięknego: autorka opisuje jak rozpadają się relacje między ludźmi, jak coraz trudniej o nadzieję. (W tym też jej opis bliski jest książce "Jest taki piękny słoneczny dzień..."). Zniknęło tamto szczęśliwe miasto w Jugosławii, tak jak znikały w dwudziestym wieku inne szczęśliwe miasta.

V

Kiedy wszyscy patrzyli na Kijów, w Sarajewie też się paliło. Nikt o tym u nas nie wspominał. Jak zawsze leżało strasznie daleko.

VI

Jeszcze tam powrócę.

 

wtorek, 25 lutego 2014
Frank Westerman, Czysta biała rasa, Czarne 2014
 
Opisać obok historii ludzkiej historię zwierzęcą. Sam koncept tak dobry, że po paru stronach kupiłem: mapy końskich wędrówek zamiast map wojennych kampanii a zamiast drzew rodu Andegawenów - genealogia rodu Conversano, pochodzącego z królewskich stajni Neapolu (około roku 1580).
 
Drugi klucz do lektury zawiera tytuł. "Czysta biała rasa" - traktowana jako metafora - niestety jest okazją do popisów autora. Czegóż tam nie ma? Rasizm, Darwin, Łysenko, eugenika, austriackie rozliczenia z Hitlerem (a raczej brak rozliczeń), nawet próba opisu wypędzeń z Czechosłowacji. Im dalej jest mu od koni, tym robi się mniej ciekawie (choć chlubnym wyjątkiem jest charakterystyka rządów Tito ze s. 212). Czasem mam poczucie, że ten Holender zupełnie nie rozumie, co się wydarzyło w tej części Europy i rzuca jakieś - dla mnie, czytelnika stąd - dziwne spostrzeżenia o czasach powojennych.
 
Kiedy jednak nie zapuszcza się w dygresje, pisze o lipicanach i jest to warte czytania. Marzę, że może to taki przyczynek do pisania (broń Boże, nie przez Westermana!) historii ludzkości przez pryzmat zwierzyny.
 
 
Dziennik (25/02/14)

 

Wylewa się słońce na przybrudzony chodnik. Chińczyk wręcza barmance dwieście złotych napiwku. Za szyję łapie jeszcze mróz z minionej zimy, ale już słychać świergot.

I chce się czytać Edwarda S.: od dawien dawna znak, że przyszła wiosna.

(No i w końcu wpadł, on też, w patos.)

-

Jest ciemny wieczór. Handlary spod Mirowskiej ciągną swoje wózki dwukółki. Tragarze. Światło czerwone, chłopak jakiś przebiega Jana Pawła. Patrzy za nim przekupa w okularach przeciwsłonecznych i woła opryskliwie: Daltonista pier.....ony!

(Ale pokonał on ów patos.)

 

Tagi: ja
11:34, kozmo1 , DZIENNIK
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7