2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
poniedziałek, 27 lutego 2017
Andrzej Leder, Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej, Krytyka Polityczna 2014

 

Dla dwóch Polaków największą przeszkodą są otwarte drzwi
(La Rochefoucald, za: s. 99)

Jest dosłownie kilka książek, które sprzeciwiają się sakralno-demaskatorskiej wizji polskiej historii. Wizji, którą produkuje specjalny instytut i pracujący w nim mali cenckiewicze, i która sprawia, że politycy wespół w zespół z brunatnymi chłopcami czczą pamięć watażków. Wizji, w którą z rosnącym obrzydzeniem, wpisuje się autor bloga, świadomy swojej własnej hipokryzji.

Bo autor bloga za dużo czyta i rozumie, że wizja sakralno-demaskatorska jest rodzajem bajki, która usypia czujność i pozwala zahipnotyzowanym nią słuchaczom wmówić rzeczy wielkie, ale też rzeczy straszne. Z tych bajek potem wojny.

Wśród tych kilku książek jest Marcin Zaremba i "Wielka trwoga" (tutaj), jest doskonała analiza Jana Sowy w "Fantomowym ciele króla" (tutaj), i jest Andrzej Leder, który usiłuje pokazać dwa fakty, których nie ma w świadomości społecznej: zajęcie miejsca ludności żydowskiej miast przez Polaków i zaniknięcie całej, dominującej przez wieki, także w drugiej republice, klasy szlachecko-urzędniczej. Posługuje się przy tym, podobnie jak dwaj poprzedni autorzy, instrumentarium spoza tradycyjnej historii, sięgając do psychoanalizy.

Okazuje się, że po paru latach ta analiza nabiera jeszcze większej wagi. Im bardziej jutro należy do mnie a pogarda rozlewa się po społeczeństwie, tym bardziej tezy Ledera wydają się mieć znaczenie dla zrozumienia rzeczywistości.

(Moje zastrzeżenia do książki dotyczą słabości źródeł: dla opisu dwudziestolecia jedynym odnośnikiem jest Miłosz, dla historii powojennej - dwie monografie. Cała masa źródeł, choćby biograficznych czy epistolograficznych, pozostaje poza zainteresowaniami autora).

 

Szwedzka teoria miłości

 

 

1.

Grupy młodych Szwedów ukrywają się po lasach, aby móc swobodnie okazywać sobie uczucia i dotykać się nawzajem, próbując uciec od przymusu niezależności - kiedy oglądam tę scenę mam poczucie absurdu, jakby ten fragment reżyser żywcem wyjął, z któregoś ze skeczy "Latającego cyrku", ale nie, to jest dokument. To chyba ta scena czyni mnie nieprzekonanym.

2.

Szwedzka rodzina kojarzy mi się momentalnie z pastelowymi obrazkami Carla Larssona albo z sielankową opowieścią o Bullerbyn. Zresztą przebitka na czarno-białe filmiki o tym, jak było dawniej, opowiada właśnie o tym: o poważnych rodzicach i gromadce blond dziatek nad poranną owsianką. Podejrzenia, że coś jest nie tak rozbudzały już wcześniejsze lektury: "Polski hydraulik" Zaremby (tutaj) czy "W Lesie Wiedeńskim..." Asbrink (tutaj).

3.

Nie wiem, czemu nie podchwyciły tego prawicowe media. Zresztą może podchwyciły, ale nie doczytałem: to prawdziwa udręka usiłować przeczytać coś w tej mieszaninie jadu i manipulacji (a o Szwecji akurat piszą dużo i źle). "Szwedzka teoria miłości" opowiada o socjaldemokratycznej utopii, wśród której twórców jest sam Olof Palme. Jak każda utopia, ta też chciała zmienić społeczeństwo. Daleko jej do krwawych utopii komunistów, założenie było proste: dajmy ludziom niezależność, zupełną wolność od innych, autonomię. Jakiś głos w filmie co pewien czas powtarza złowieszczo te słowa klucze.

4.

Okazuje się, że człowiek pozbawiony więzi, jednostka samodzielna i autonomiczna, staje się jednostką nieszczęśliwą. Szczęście tkwi w relacjach. Zygmunt Bauman, który komentuje fabułę w ostatnich minutach filmu, podkreśla, że szczęście nie oznacza życia bez problemów. Temu, komu owe spostrzeżenia wydają się banalne, należy podpowiedzieć, że są one wnioskiem z czterdziestu lat inżynierii społecznej, która Szwedów zamieniła w smutnych odludków.

5.

O tym akurat piszą prawicowe media (chciałem napisać szczujnie): o napływie imigrantów do Szwecji. Nie, że jest im zimno, bo klimat. Jest im zimno, bo żyli w świecie, w którym relacje ludzkie wyglądały zupełnie inaczej, tak jak w Szwecji, zanim ktoś wpadł na pomysł uniezależnienia ludzi od siebie. Zresztą pada w tym filmie pytanie o to, kto od kogo ma się uczyć wartości. A odpowiedź na nie wcale nie jest łatwa.

Słowa klucze: milion koron, dzida, plemniki

4,0/3,5

 

(źródło: filmweb.pl)

Philip Larkin, Zimowe królestwo, Biuro Literackie 2017

 

(autor nieznany, Kobieta w śniegu na Uniwersytecie Kentucky, 1940, źródło: tumblr.com)

 

O tym, że "Zimowe królestwo" jest prozą poetycką dużo napisał w posłowiu jego tłumacz, Jacek Dehnel. Natomiast ostatnią osobą, która powinna pisać o jego muzyczności jest autor bloga. Świta mi coś jednak w głowie: trzy części jak w formie sonatowej. Koncert, wieczorny barokowy koncert po lekturze Larkina w samolocie.

"Zimowe królestwo" jest koncertem. Łatwo nawet określić tempo poszczególnych części, skoro pierwsza i trzecia dzieją się w ciągu połowy dnia, a środkowa - przez trzy tygodnie. Symetria: i w ekspozycji, i w repryzie - rozmowa z Ansteyem; Symetria, po raz drugi: rozmowa z panną Green (część pierwsza) - rozmowa z Jane (część druga) - rozmowa z panną Parbury (część trzecia). Dwa tematy - nad określeniem tematów zastanawiam się najdłużej - osamotnienie/obcość w tonacji molowej i pojawiający się nieco później temat miłosny, który najwyraźniej wybrzmiewa w części drugiej. W kodzie, spotkaniu Katherine i Robina, oba tematy splatają się by wyciszyć w harmonii.

Jest więc "Zimowe królestwo" zimowym koncertem. Cichutko nad chmurami, jakby autor bloga w uszy wetknął słuchawki.

 

sobota, 25 lutego 2017
Dziennik z podróży służbowej (5)

 

O tym jak powinien zaczynać się first chapter

Popołudnie, w którym po raz pierwszy przybył do Anglii, było chłodne i wietrzne* -  właściwie to na tyle wietrzne, że samolotem rzucało w górę i w dół, i martwił się, że zaraz pobrudzi swój świeżo kupiony - na specjalne okazje - garnitur. Zdążył popatrzeć za okno: niekończące się monotonne uliczki małych domków, wyjątkowo nudny krajobraz. Bohaterka książki zaczynała podróż od białych klifów Dover: łatwiej jak widać było o dobre pierwsze wrażenie w czasach nielotniczych.

Rzucało w górę i w dół, lecz flegmatyczny pilot beznamiętnym głosem oznajmiał things are improving.

O dzwonieniu i chuchaniu

Pół życia szykował się do tej podróży.
O wszystkim już wiedział. Znał na pamięć mapkę londyńskiego metra, cieszył się na spodziewane słowa mind the gap, powtarzali to bez przerwy w kolejnych czytankach u kolejnych nauczycieli. Zawsze ćwiczyli ten najczystszy akcent, taki jak u Edyty, która przygotowywała go do któregoś z egzaminów. W końcu chodził do klasy angielskiej (o, nieszczęsna G.!) a wieczorami słuchał bim bam bom bom sekcji polskiej BBC. Ale wtedy, gdy był przygotowany, aby od pierwszego wejrzenia zakochać się w Anglii, nie przyjechał tutaj.
Wiedeń, Bruksela, miasta Południa - teraz wszystko pociągało go bardziej niż Londyn. Przegapił po prostu ten moment. Stał pod wieżą, której zegar rzeczywiście dźwięczał bim bam bom bom i przypominał sobie M., która chuchaniem w obiektyw wywoływała na zdjęciach słynną angielską mgłę.

O łapczywości (po raz kolejny)

Metro jest tutaj wspanialsze niż w samym Be.: tyle opowieści we wszystkich językach. Radość przyglądania się pobudza łapczywość chwil. To będzie piękny wieczór: znienacka pójdzie na koncert Jana Sebastiana, wypije kieliszek białego wina, położy się w hotelowej wannie a potem będzie długo skakał po osiemdziesięciu kanałach.

O bohaterach

Na obiad podano chipsy. Chipsy miały kolor pałacowego sufitu. Serbski reżyser przestał obściskiwać swoją asystentkę, zabrał głos i oświadczył, że Gawriło Princip (tutaj) to był bohaterem.

(23-24.02.2017)

 

* Parafraza pierwszego zdania drugiej części "Zimowego królestwa" Philipa Larkina w tłumaczeniu Jacka Dehnela.

Jerzy Vetulani, Piękno neurobiologii, Homini 2014

 

Drugi tom Vetulaniego (pierwszy: tutaj) cieszy mniej. Zapewne dlatego, że oprócz piękna neurobiologii znaleźć w nim można artykuły o sprawach bieżących (Kudrycka? A kimże była Kudrycka?), które starzeją się w zastraszającym tempie.

O ile wcześniej pisałem o antyracjonalności naszych czasów, to przyznam, że Vetulani prezentuje stanowisko tak scjentystyczne, że aż brakuje mi, przy lekturze, przestrzeni na rzeczy niesprawdzalne i niemierzalne. Widać to zwłaszcza w momencie, gdy krytykuje irracjonalność zajmowania się historią sztuki. O duszy nie wspomnę. Każdy determinizm powinien budzić wątpliwości, nawet ten neurobiologiczny.

Najprzyjemniej czyta się rozmowy na końcu, na przykład o tym, że cg25 to takie centrum smutku w mózgu, ale to we wcześniejszej części zbioru odnajduję historyjkę o andaluzyjskich srokach i kukułkach, idealną do opowiadania przy kolacji (zresztą to pierwszy fragment książki, który zaraz po rozpakowaniu przeczytałem):

Hipoteza mafijnego zachowania kukułek została potwierdzona dopiero w badaniach hiszpańskich. W południowej Hiszpanii kukułki składają jaja w gniazdach srok, ale też od czasu do czasu te gniazda niszczą. Obserwacje wykazały, że znacznie częściej niszczone są gniazda srok, które wyrzuciły kukułcze jaja (...). Kukułki nauczyły sroki moresu i te ostatnie uświadomiły sobie, że lepiej się pomęczyć i wychować obce pisklęta obok własnych, niż ryzykować śmierć całego swego potomstwa (s. 135).

 

czwartek, 23 lutego 2017
Dziennik z Niziny na jednej z planet

 

Jest siedem planet, trzy nadają się do życia. Akurat na naszej pada deszcz. Koła wózka zanurzają się w błocie. Żeby za cenę tej marnej pogody, mieć jeszcze dostęp do bryzy od Morza Północnego, ale nie, dusimy się na tej Nizinie.

Duszenie się na Nizinach to musiała być kiedyś główna przyczyna wojen. Ruszyć z tej depresji i - skoro się nie wiedziało, że jest siedem planet a trzy nadają się do życia - zdobyć jakieś południowe królestwo: Cypr albo Jerozolimę, dokonać czynów wielkich w swoim mniemaniu: cudza krew dobrze robi na apatię codzienności.

Oddać się rytuałom albo nałogom. Przelać słodycz na przedmioty, jak ta pani wieczorem w centrum handlowym, co prosi o pączulka. Poodkurzać, pozmywać, ugotować kaszkę.

Jest siedem planet, trzy nadają się do życia. Na naszej mieszkamy my i Dziecko, marzymy tylko o ucieczce z Nizin (22.02.2017).

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6