2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
poniedziałek, 30 listopada 2015
100/XX. Antologia, Czarne 2015. Notatki z tomu trzeciego (2)

 

Autor bloga wsiada do autobusu. Ma w ręku ważącą prawie dwa kilo papierową torbę. Kiedy się usadowi już na kole (czy tak nazywa się w Wa. to miejsce w przegubowcu? nie wiem), łapie równowagę i wyciąga tom. Łatwo nie jest. Ciężki jest los staromodnego konserwatysty, który nie uznaje e-booków.

Oba reportaże wojenne: Petersowej i J. Pytlakowskiego są strukturalnie podobne. Oba nie nadają się do prowadzenia polityki historycznej, bo poprzez zapis bezpośredni dekonstruują mity. Petersowa pokazuje jak żałośnie kończy się wielka przedwojenna Polska, na której Niemcy mieli połamać sobie zęby. Kiedy owe heroiczne władze mocarstwa uciekają jak szczury, autorka w piwnicy zapisuje: Niechże ci, co przyjdą po nas, zobaczą na przykładzie nas wszystkich (...), do czego doprowadzono Polskę nieładem, przekupstwem, protekcją, ignorancją, zarozumialstwem, pychą i elitarnością (s. 331). A potem ten opis szabru i linczu na żydowskim chłopcu. Nie to się nie nadaje do nowych podręczników. O ile Petersowa jest przy upadku mitu, Pytlakowski jest świadkiem narodzin mitu powstania warszawskiego: poczęto wysnuwać legendę z nieprzebrzmiałych jeszcze wydarzeń. Odwracano oczy od rzeczywistości. Budowano legendę (s. 359). A autor, mokotowski powstaniec, stara się - ostatecznie, wiemy to, zupełnie mu się nie uda - prawdę uchronić przed legendą: pokazać chaos, szaber (znowu!) i anarchię. Nie ma w tym wszystkim tylko pastos. Dziwne, po wielu latach pozostanie jedynie on.

Auerbach. Odtąd będę już inaczej patrzył na pola łubinu.

Koźniewski. Gęstość długich słów i zdań złożonych, jakby samym językiem miał oddawać współzawodnictwo, zawyżając normę liter na stronie.

Dziewanowski. O bierności wobec życia, która może życie zmarnować. Historia L. to gotowy scenariusz na dramat w stylu skandynawskim: o człowieku, który bał się zejść ze strychu.

Gnot. Mgła na Lubelszczyźnie zawsze mnie urzeka, nawet jeśli rozważania o repertuarze domów kultury brzmią zupełnie archaicznie.

Przykład Krzyżagórskiego pokazuje, że polityka historyczna (nawet dotycząca renesansowego Księstwa Legnickiego) prowadzi autorów na manowce jak nie hurapatriotyzmu, to nudy.

Ambroziewicz. Wszystkie katastrofy, kataklizmy i zarazy są niezwykle reportażogeniczne. Może to widok cudzego nieszczęścia, a może wartki bieg zdarzeń i zmienność akcji? Potem znowu żal, że w antologii tylko wycinki a nie na przykład całość "Zarazy".

Budrewicz. Polowanie na wrażenia podróżne.

Warneńska. Nie wiem czemu, ale jestem przekonany, że ten fragment z listem jest wyssany z palca.

Brycht. Typowy Janusz, tutaj o imieniu Andrzej, jedzie do Niemiec. Jest chamem i prostakiem, chleje, chce kupić auto, wszystkim dookoła wypomina drugą wojnę i obozy. Zachowuje się jak świnia i perfekcyjnie to opisuje. (Pomyśleć, pięćdziesiąt lat później mógłby dostać wysokie stanowisko w dyplomacji).

Osiadacz. Wszystko się na świecie zmienia, a Michnik jak był szwarccharakterem, tak nim pozostaje. (Tekst koszmarny pod każdym względem).

Szczygieł. Gdy studiowałem, krążyły legendy o rywalizacji polskich etnografów, gdzieś na zapadłych wsiach w latach sześćdziesiątych, o artefakty sztuki ludowej: prawdziwe Matki Boskie i Frasobliwych. Wersja afrykańska (u Bogdana Szczygła) jest bardziej krwawa, ale opisywany problem ten sam: jakim prawem ktoś (etnograf, kolekcjoner) przedmiot kultu zamienia w eksponat? I w którym momencie (czy w ogóle) taki eksponat traci w sobie sacrum? (Na przykład złocone relikwiarze wypełnione kością w muzeach: czemu nie klękam przed gablotą, choć zrobiłbym to przy ołtarzu?)

Grochola. Wszystko, co można napisać o tym człowieku, naznaczone jest nie tylko ckliwym odorkiem sentymentalizmu, ale także znamieniem jakiejś półprawdy, ćwierćprawdy, słowem: nieprawdy (s. 603). Chyba o każdym.

Kowalik. O bierności wobec życia, bo Bóg dał, Bóg wziął. Odruchowo kupiłem na allegro "Wiesz pan, skąd ja jestem" (bo było we wstępie).

Szumańska. Jej brak to był dla mnie największy brak w tomie drugim, bo jej "Bizary" to był pierwszy tom reportaży, który przeczytałem w życiu. I teraz, po tym fragmencie, wiem dlaczego Szumańska. Dlatego, że jej fraza, jej melodia i jej melancholia do złudzenia przypominają mi frazę, melodię i melancholię Tove Jansson, taką z "Listopada" i opowiadań.

Osiatyński. Marcos (...) zapisał siebie, wszystkich członków gabinetu oraz dyrektorów departamentów, agencji i biur rządowych na kursy twórczego rozwoju, godnego życia, psychocybernetyki, pozytywnego myślenia, jogi i samorealizacji. Potem zaś przymusowo wysłał na podobne szkolenie wszystkich urzędników państwowych włącznie do najniższego szczebla (s. 653). #SprawnePaństwo

Kopeć. W czystej fikcji wałbrzyski taksówkarz, cichy bohater reportażu, okazałby się co najmniej aniołem.

Adamiecki. Całkiem na serio: ten reportaż z Jaskini Zimnej powinien być lekturą szkolną.

Karaś. O Lubelszczyźnie: to jest moja ziemia, zawsze za nią będę tęsknił (s. 736).

Nie jestem pewien, czy to o czym pisze Siedlecka, czyli umieszczanie za wynagrodzeniem pacjentów szpitala psychiatrycznego na wsiach, wyglądało tak dobrze jak w reportażu. Moje wątpliwości wynikają ze szwajcarskiego filmu, który opowiadał o podobnym eksperymencie z sierotami i nosił oryginalny tytuł "Rzeź".

U Snopkiewicza wyczuwam perwersyjną przyjemność z tego, że wciela się w świniowatego urzędnika. Wallraff robił to bardziej etycznie.

Zawsze ogarnia mnie przerażenie, że tyle bym jeszcze przeczytał, poszukał, poszedł śladami wydeptanymi w antologii. Ale jak mogę, skoro jeszcze nieprzeczytane nowe książki, świeże reportaże. Tyle słów, a tak niewiele czasu.

 

sobota, 28 listopada 2015
Dziennik. Wariacje na temat Jana Brzechwy

 

Na straganie

- Proszę nie bawić się sałatami. Proszę nie podszczypywać szczypiorków. Proszę nie molestować melonów. Nie podniecać pomidorów. Nie szeptać sprośności szpinakowi. Nie bulwersować z porno buraków. Nie masować mandarynek. Nie grzebać w granatach.

- A to feler - westchnął seler.

Zoo

A teraz pokażemy państwu numer wyjątkowy: tresurę tygrysa.
A teraz pokażemy państwu numer niemożliwy: usypianie dziecka.

Sum

Ciągle pani zabiera reklamówki. Proszę przestać. One są płatne. Ja tylko jedną. Ciągle jedną, a żadnej nie ma.

Teraz nie ma leszczy, to w słoiku to sum. Za dychę będzie.

(28.11.2015, pierwszy śnieg jak proszek na Chłodnej)

 

piątek, 27 listopada 2015
Dziennik. Popołudnie na Krakowskim Przedmieściu

 

(Edvard Munch, Wieczór na Karl Johans gate, 1892, Muzem Sztuki w Bregen, źródło: wikipedia.org)

 

Delikatna biała mgła oblepia latarnie, na których już zwisa Boże Narodzenie. Szkolne wycieczki planują czas wolny, zwiedziły zamek a wieczorem pójdą do teatru. Nawet białogłowa w kawiarni wie, że ze mną coś nie tak w listopadzie: a pan dzisiaj espresso, macchiato czy latte? Gdzie te czasy, gdy wszystko było jasne?

Nawet w zapisywaniu wahanie: wybierać należy do zdjęć i opisów rzeczy ważne, nieustannie sobie powtarzam, ale, po chwili powątpiewam, cóż po nich, kiedy później nie potrafisz przypomnieć sobie tła: wyglądu miejskich autobusów w Ljubljanie, neonu nad Domem Sportu, drzew na siedemnastce jesienią przeprowadzki. Opisywać i fotografować należy więc niezauważalne, to znaczy tło. Bo w tym tle ty. (Mogłem podpisać ten fragment jako uwagi nad antologią Szczygła).

Wykreśliłem dziś ze szkiców cały jeden wpis: nie, nie będzie o Polsce (27.11.2015).

 

Dziennik. Najgłębszy listopad

 

Po co tak siedzimy, nic nie wiedząc? Oczekujemy komunikatów, choćby o niżu barycznym albo że od dzisiaj wszyscy wypi....lać z urzędu. Nic. Kafka, nie kawka.

Po co tak siedzimy? Poszli na dół, na kawę. W. rozpakował świeżą paczkę papierosów, zaklął, że nie ma ognia, po czym niechcąco, z tego wkurzenia, cisnął ją do kosza. Teraz grzebie. O dno (26.11.2015).

 

czwartek, 26 listopada 2015
Dziennik. Głębszy listopad

 

Rano: wyraźne słońce, mróz. Wieczorem: pełnia nad Cytadelą. Jedynie meteorologia chroni przed monotonią. O Polsce nadal nic (25.11.2015).

 

Tagi: ja
14:18, kozmo1 , DZIENNIK
Link Dodaj komentarz »
Żołnierki wyklęte

 

(Żołnierki PKK, źródło: warincontext.org)

 

1.

Po strąceniu rosyjskiego samolotu przez Turcję, w serca Polaków wstąpiło to, co zawsze (serca Polacy mają z dala od rozumu): radość, że Ruskim (specjalnie używam takiej formy, bo jest ona w pół drogi) nie wyszło. Ze wszelkich nor i biur wyszli na żer eksperci oświadczając, że Putin ginie i że jeszcze Turcja nie zginęła.

Obserwuję to z politowaniem i powtarzam po raz kolejny, głos na puszczy, na tamtym froncie Rosja jest naszym sojusznikiem, a Turcja - wrogiem.

Jest to o tyle ciekawe, bo liczni komentatorzy spod hasła: Ankara - Warszawa, wspólna sprawa nie dostrzegają, że Turcja regularnie narusza przestrzeń powietrzną innych krajów, na przykład bombardując, walczących z Państwem Islamskim, heroicznych Kurdów z Iraku.

2.

Właśnie o Kurdach, w kolejnym odcinku blogowego serialu na temat nieznanych w Polsce bohaterów (tutaj: odc. 1, odc. 2). Pisał o nich Herbert: ci których dotknęło nieszczęście są zawsze samotni, chociaż wydaje mi się, że pisał o nich nie tylko wtedy, gdy jak w "Raporcie z oblężonego miasta" wspominał o nich literalnie. Może nawet precyzyjniej pasują do nich słowa z "Przesłania Pana Cogito": bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny/ w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy. W tej Trzeciej Wojnie Światowej, która trwa na Bliskim Wschodzie, oni jedni postawili od początku zdecydowany opór, nie posiadając bombowców, myśliwców ani pięknych toyot, które Stany Zjednoczone fundnęły "umiarkowanej opozycji", a na których wiszą teraz czarne flagi islamistów (co za przypadek!)

Jeśli za jakieś pięćset lat, ktoś będzie uczył w szkole o tej wojnie, na pewno wspomni o Kobane. Słyszeliście w wiadomościach o Kobane?

3.

(Uwaga, patos!) Drodzy Rodacy! Kiedy my tu zajmujemy się sobą i okazujemy bohaterstwo wołając o BHO, tudzież paląc na placach kukły, naszych zacnych czterech liter bronią, gdzieś w górach Syrii i Iraku, kobiety. Żołnierki wyklęte, małe powstanki. Bo wojna Kurdów to jest wojna kobiet, stanowiących trzydzieści procent kurdyjskiej armii. Na kurdyjskich stronach można znaleźć ich imiona i portrety, na nich patrzą z nadzieją (słońce tak ładnie świeci) i ładują karabiny: zawsze się zastanawiam dla ilu z nich to portrety ostatnie. (Kiedy opowiadają po co tam są, zwróćcie uwagę na tę z lusterkiem, mówią o prawach kobiet).

Więc kiedy, Drogi Rodaku, zacierasz ręce, że Turcy biją Ruskich, to obejrzyj fotografie kurdyjskich żołnierek i pamiętaj, że "bohaterstwo" tureckiej armii polega na bombardowaniu ich oddziałów.

4.

Najgorsza jest ta pewność, że Kurdów oszukają. Że jeśli ta wojna skończy się któregoś dnia, to zarówno Zachód, jak i Rosja bez mrugnięcia okiem sprzeda Kurdów. To oni zapłacą najwyższą cenę za nasz pokój. Oni, zapomniani bohaterowie pod flagami z czerwoną gwiazdą (tak, my przecież mamy pewność, że red is bad).

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8