2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
czwartek, 28 marca 2013
Sara Shilo, Krasnoludki nie przyjdą, Czarne 2013

 

Moje książki o Izraelu zwykle były aszkenazyjskie, a nie sefardyjskie. "Krasnoludki nie przyjdą", którą przyniosły mi krasnoludki w prezencie (dziękuję raz jeszcze!), okazało się opowieścią całkiem odmienną od dotychczasowych. Wiał pustynny wiatr i pachniało falafelem, trudno było odróżnić bohaterów od Arabów z sąsiedniej wioski. Nawet imiona na dwoje babka wróżyła.

Chyba najbliżej tej książce do Kereta, ale pustynny wiatr to nie to samo, co szklane wieżowce Tel Awiwu. Wyobrażałem sobie miasto z powieści jako jakiś zagubiony pegeer w okolicy pozbawionej drzew (oprócz jednego, które pojawia się w narracji). Blok w kolorze piasku na tle piasku. Ten Izrael nie jest szczęśliwy: jest zlepkiem ludzi, których z jednej pustyni przeniesiono na inną i którym, w zagrzybionych mieszkankach, kazano żyć w ciągłym strachu.

Sama opowieść jest przygnębiająca (choć czasami to mało powiedziane). Nieszczęście (złe oko jak mówi bohaterka), które spadło na rodzinę powoduje, że wszyscy zaczynają uciekać w swoje własne wyimaginowane światy. Ale jak można uciekać skoro wokół pustynia i lecą katiusze? Rzeczywistość jest tak tragiczna, że aż się wydaje absurdalna (pewnie stąd Keret w moim skojarzeniu).

Jeśli książki miałyby kolory, to książka Sary Shilo ma odcień - pomijając kolor pustynny - głębokiej szarości. Tak głębokiej, że przecierasz oczy.

środa, 27 marca 2013
Kozmo.blox.pl Pictures presents "Polowanie"

 

Okoliczności: Lucas (Mads Mikkelsen z "Jabłek Adama") patrzy na mnie od dwóch tygodni. Ilekroć wchodzę do urzędu spogląda wzrokiem smutnym i pobitym. Ten wzrok utwierdza mnie w przekonaniu, że A. nie zgodzi się na pójście do kina na kolejny duński dramat. Całe szczęście wymyśliła to K., więc A. nie protestowała.

Film: Dramat dziejący się wokół Lucasa, przedszkolnego wychowawcy z małego duńskiego miasteczka, gdzie wszyscy są znajomymi albo przyjaciółmi jest współczesną wersją "Procesu" Kafki. Jest na tyle pełen emocji, że mój żołądek zamienił się na miejsca z krtanią i oskrzelami.

"Polowanie" porusza temat, który - pisałem już o tym wcześniej - stał się w ostatnim dziesięcioleciu jednym z najważniejszych dyskursów w sferze publicznej. Film odtwarza mechanizm eliminowania jednostek przy użyciu oskarżeń o pedofilię, pokazuje procedurę, która w trosce o dziecko zupełnie pomija jakąkolwiek weryfikację (dzieci zawsze mówią prawdę) oraz przedstawia obraz histerii (bliski nam, bo pojawia się w brukowcach, ilekroć na kogoś rzucą podejrzenia). Każdy, kto twierdzi, że to film o jakiejśtam małej społeczności jest w błędzie. To film o społeczeństwie, które w przypadku wykorzystywania seksualnego działa jak myśliwi w czasie polowania (doskonały pomysł na ujęcie tematu poprzez tę metaforę), nie chce dowodów (dzieci zawsze mówią prawdę, a jak nie mówią to pewnie się wstydzą, chcą wyprzeć), chce krwi (por. sprawa Andrzeja S., żywcem rozszarpanego przez wszystkich Polaków razem). Zauważmy jakim tabu jest pytanie o sprawcę, pozbawiamy go przecież cech ludzkich, czynimy zwierzęciem. "Polowanie" wstrząsająco to pokazuje, gdy nagle Lucas staje się odczłowieczony. Ba, stawanie w obronie oskarżonego, czyni cię współwinnym, zamieszanym, równie nieludzkim (bo dzieci zawsze mówią prawdę).

Dyskurs wykorzystywania seksualnego wiąże się z ewolucją pojęcia "dzieciństwa" (pojęcia świeżego, bo stworzonego w okolicach XIX wieku). Wokół niego zbudowano społeczny system represji, którego jednym z kluczowych elementów stało się zaszczucie i odczłowieczenie sprawcy lub podejrzanego (Lucas przecież nic nie zrobił!) Daje on przyzwolenie na lincz (od linczu symbolicznego po zupełnie rzeczywisty), ale też uzasadnia wzmożoną kontrolę państwa nad jednostkami (zakusy na wolność internetu pięknie są w ten sposób uzasadnianie, podobnie jak wprowadzanie nadzoru i monitoringu relacji dzieci i dorosłych w instytucjach pedagogicznych, ale także w rodzinie). Zachowanie dyrekcji przedszkola, w którym pracuje Lucas, świetnie pokazuje działanie systemu (por. wywiad psychologiczny z sugerującymi pytaniami, ulotki z objawami, które można znaleźć u każdego.)

"Polowanie" jest filmem doskonale poprowadzonym. Po wyjściu z kina, rozmawiając, dostrzegasz szczególiki, które mogły umknąć. Drobne mrugnięcia oka, szczekający pies. Lucas patrzy z plakatu i za każdym razem, gdy mijasz ten wzrok, czujesz jego wyrzut.

(Skupiłem się na głównym wątku filmu, ale być może bardziej nieoczywisty, ale równie ciekawy jest wątek przyjaźni. Wśród serdecznych przyjaciół, psy zajączka zjadły - zostając przy myśliwskich porównaniach).

Słowa klucze: nienadeptywanie na linie, dwa kawałki schabu, piwnica

Ocena: 4,5/4,5

wtorek, 26 marca 2013
Publicystyka (26/03/13)

 

Z Papieżem Franciszkiem wszyscy mają kłopot.

Nie będę pisał, że zawiodłem się na Ewie Wójciak. Przez lata wykształciłem w sobie mechanizm odpornościowy, jeśli chodzi o upadki autorytetów. Podmiot liryczny nie równa się poeta. Niemniej ciężko zrozumieć, że osoba, która tak bardzo sprzeciwiała się koszmarnym ipeenowskim pomysłom grzebania w teczkach (dając temu wyraz w doskonałym spektaklu), tak łatwo szafuje ocenami, tylko dlatego, że teczki nie z ipeenu. Inna rzecz to kwestia smaku: używając ch..a, wpisuje się w narrację niskich lotów, narrację poniżającą (której Teatr Ósmego Dnia zawsze był obcy). Kwestia obrony Ewy Wójciak jest najbardziej komiczna. Wyobraźcie sobie, Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy, że Arcyterlikowski określa posła Biedronia "ch..em", a Magdalenę Środę "pi..ą". Wyobraźcie sobie te tytuły czerwonymi literami, Piotra Pacewicza żądającego ukarania i wołającego, że obrażono już nie ich, ale nas wszystkich. Policzek nam wymierzono w nasze tęczowe pośladki. (Ostrzegam więc przed nadmierną hipokryzją obrońców.)

Ale z Papieżem kłopot ma też polski Kościół. Bardzo jego nauczanie nie pasuje do umysłowości polskich biskupów, a już chyba najbardziej polskich arcykatolików. Wpisy raczej bez entuzjazmu: tu dialog z niewierzącymi, tu wezwanie do radości, list do rabina Rzymu, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie nałożył mucetu na błogosławieństwo. Dla polskiego faryzeizmu ten pontyfikat może być bardzo ciężki. (Autor bloga już o tym wspominał: abdykacja Benedykta podważyła średniowieczne postrzeganie roli papieża, przywróciła go naszym czasom). Jest jeszcze jeden powód do niepokoju: okazuje się, że "nasz" Papież nie był najbardziej doskonałą formą papieża. Nikt o tym głośno nie wspomina, ale z trzech ostatnich pontyfikatów, ten "nasz" wydaje się być najbardziej bizantyjski.

 

poniedziałek, 25 marca 2013
Dziennik (25/03/13)

 

Poezja Iwaszkiewicza nie jest poezją wykwintną. Owszem, gdy wykorzystuje klasyczne formy: ody, sonety i stara się zachowywać klasyczne miary ma coś w sobie jońskiego albo - dajmy na to - doryckiego. Ale zwykle pisze nie cyzelując słów, jest oszczędny. Przyrody w nim dużo. Dopiero po dziennikach i listach można dostrzec jak wielkie w tym namiętności. Jak wiele męskich ciał wspomina, za iloma ukochanymi, platonicznymi lub nie, płacze. Podobne motywy wracają z wiersza na wiersz. Cały zbiór pokazuje, że poezja stała się dla niego inną formą dziennika. (Nawet jego socrealizm jest taki pozorny, tak jakby nie chciał się nim umniejszyć.)

---

Jakiego ememesa, esemesa dostała,
że tak się nagle roześmiała
ta zaczytana biało-głowa
zawsze poważna i surowa?

(zawsze a przynajmniej odkąd jeździ porannym sto osiemdziesiąt, tym samym co autor bloga).

---

Pod kolumną zbiegają się Rosjanie. Tu pięknie, tam pięknie powtarza przewodnik tonem wytartym i przemęczonym. Chwytają aparatami kawałki tego, po czym biegnę. Jestem teraz egzotycznym tubylcem w drodze na przerwę obiadową. Panny rosyjskie, panny hiszpańskie w katedrach, spodniach i na zamkach. Wszystko jak radził tripadvisor.

---

Kałuże rano za szkłem
w akwariach tkwią pety:
znak, że autobus nadjeżdża - przystanek blisko.

---

W przeciwieństwie do niektórych rozmów na koniec wieku, "Letnie rozmyślania" Havla, pisane w roku dziewięćdziesiątym pierwszym ubiegłego wieku zaskakują aktualnością. (Nie ma wprawdzie Czechosłowacji, ale poza tym wszystko takie, jak myślał, że być nie powinno.) Polityka jako praktyczna moralność: ile by człowiek dał, żeby tak postępowali ci mężczyźni w nudnych garniturach o wyglądzie nadgorliwych studentów, którzy spożywają obiady w części VIP stołówki z racji bycia członkami-asystentami-doradcami.

Vaclava Havla wydanego przez Krytykę Polityczną (zwracam honor!) czytałem wprawdzie w samolocie, ale dopiero dziś doszedłem do wniosku, że mogę coś - niezbyt odkrywczego - napisać.

---

Kupiłem seler naciowy,
bo znalazłem przepis na gulasz na długie zimowe wieczory.

 

niedziela, 24 marca 2013
Dziennik (24/03/13)

 

Moja mama pracowała kiedyś naprzeciwko zakładów mięsnych (były to te same zakłady mięsne, z terenu których nasi żydowscy współmieszkańcy w roku czterdziestym drugim wyruszali w swoją ostatnią podróż). Dzisiaj A. gotowała galaretkę pomarańczową. Ten sam zapach, o którym wtedy tata mówił "klej kościany" a ja miałem ciarki. Cały zestaw skojarzeń nad tężejącą galaretką.

Każdy ma własne magdalenki.

---

To I. pilnowała terminów urodzin i imienin. Były wynotowane w kalendarzu i na wszelki wypadek, jeszcze raz, koło telefonu. Zawsze więc telefon dzwonił w imieniny i urodziny. Pojawienie się A. w rodzinie oznaczało po prostu dopisanie nowych świąt w kalendarzu. Ale teraz nie było już I. i H. zadzwonił nazajutrz zdenerwowany, że nie pamiętał. Była ósma rano.

Od razu pomyślałem o winie, które dostaliśmy w czasach, kiedy żyli długo i szczęśliwie, więc dziś wieczorem piliśmy to wino - robione przez H. - z przyjaciółmi.

(Powstał refren do trzech wpisów.)

 

sobota, 23 marca 2013
Dziennik (22/03/13)

 

Nagle nadeszła Wielkanoc. Zaskoczyła nas w naszych zaspach. Pługosolarki w drodze do Jerozolimy migają pomarańczowym światłem.

Piliśmy wino z przyjaciółmi i pewnie dlatego, gdy w metrze (okolice stacji Ratusz-Arsenał) otworzyłem coraz mniej pachnący papierosami tom Iwaszkiewicza (wszystko, co znajdowało się dawniej w biblioteczce I. i H. pachniało od pięćdziesięciu lat papierosami i ten zapach połączył się w moim mózgu z namiętnością do książek) doznałem zachwytu. Czytałem i powtarzałem Ody olimpijskie: lirykę wielką, lirykę umieszczoną w klasycznej formie, ale buzującą emocjami. Tak jak się powtarza miłosne wyznania. Jak się powtarza ojczenasze i zdrowaśmarie.

Następnego dnia skończyłem kolejny rok życia.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5