2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
poniedziałek, 31 marca 2014
Kozmo.blox.pl Pictures presents "Shirley - wizje rzeczywistości"

 

 

Najkrótsza recenzja A.: To było tak straszne, że nie mogę zapiąć płaszcza.

Co jakiś czas reżyserom marzy się zmiana zawodu i postanawiają filmować obrazy. Przykład Lecha Majewskiego i artystowskiego koszmaru pod tytułem "Młyn i krzyż" powinien nas odstraszyć, ale jednak - po moich długich namowach - wybraliśmy się na filmowanego Edwarda Hoppera.

Wizualnie film jest przepiękny. Obrazy zamienione w kadry. Dwuwymiarowe postacie z płócien stają się trójwymiarowe (tutaj przegląd). Na oglądanie Hoppera w dużych ilościach nabiera się ochoty (kiedyś w Rzymie już to robiliśmy). Zresztą życie składa się z fragmentów życia (sam siebie cytuję!) i taki jest ten film: dziesięć fragmentów życia w dziesięciu ożywionych obrazach. Mnie się powinno podobać, ale...

Scenariusz filmu opiera się głównie na przemyśleniach Shirley, czasem, bardzo rzadko, na krótkich fragmentach rozmów i cudzych myśli. W pauzach między kadrami pojawiają się wiadomości z kolejnych lat. Niestety to, czego słuchamy w tle obrazów to czysta grafomania: pseudofilozoficzne rozważania o pamięci, teatrze, śmierci, przemijaniu, komunizmie, Vietcongu. Intelektualny bełkot łączący czytanie Platona, wzruszenia nad ubogim sąsiadem i wiersze Emily Dickinson (znowu mnie się powinno podobać, ale...) Nie da się wytrzymać. A. zasypiała a ja się irytowałem: żeby tak w kinie móc wyłączyć fonię!

Reżyser i scenarzysta jest jedną osobą. Nie da się więc na kogoś innego zrzucić odpowiedzialności za klęskę. Myślę, że Shirley w swoich wewnętrznych monologach o sztuce, chętnie umieściłaby też takie, pachnące komunizmem, hasło: malarze do obrazów, reżyserzy do filmów. 

Bo jak zaczną filmować Balthusa to będzie dopiero skandal.

Słowa klucze: buty, stopy, łydki

(2,0/3,0)

 

(źródło: cityweekend.com.cn)

Jarosław Iwaszkiewicz, Teresa Jeleńska, Konstanty A. Jeleński, Korespondencja, Biblioteka "Więzi" 2008

 

(Zdecydowanie bliższe Herbertowi recenzje książkowe pisze autor bloga o reportażach, ale spróbujmy.)

Wydany przed sześcioma laty zbiór korespondencji Jarosława Iwaszkiewicza oraz Konstantego (Kota) i Teresy (jego matki) Jeleńskich zaskakuje dokładnością opracowania. Umieszczone bezpośrednio pod każdym z listów bogate przypisy nie tylko odwołują się do innych dokumentów źródłowych jak "Dziennik" Iwaszkiewicza czy listy Jeleńskich do siebie, ale obszernie je cytują. Jak rzadko, tym razem nie ma potrzeby, poszukiwania odnośników w innych tomach, żeby zrozumieć o czym piszą bohaterowie listów. Cenne jest wyjaśnienie w przypisach poruszanych w listach kwestii, które nie są znane czytelnikowi, jak choćby sprawa wizyty Iwaszkiewicza u Benedykta Croce i jej reperkusji. Również przypisy dotyczące występujących w listach osób są bardzo rzetelnie opracowane, pozwalając umieścić swoich bohaterów w kosmosie Iwaszkiewicza (Iwaszkiewiczów) i Jeleńskich. Wszystko to sprawia, że redaktor Radosław Romaniuk powinien być traktowany jako "czwarty do brydża" na okładce książki.

Stronę estetyczną wydania również cechuje uporządkowanie (odpowiedni dobór czcionek, pozwalający ładnie odróżnić tekst korespondencji od dodatków do niego). Okładka jest prosta, taka w jakiej widzielibyśmy zbiór listów. Książkę uzupełniają ilustracje pozwalające przyjrzeć się bohaterom twarzą w twarz.

(Nie potrafię. Nie potrafię tak pisać recenzji.)

Trochę zimny prysznic dla mnie, ta książka. Jawi mi się teraz Jarosław jako Jep Gambardella z "Wielkiego piękna". Też spaceruje pysznie po ulicach Rzymu, zachwyca się sobą i miastem a wieczorami zabawia rozmową przedwojenne hrabiny.

Bo jest próżny. W swym egocentryzmie nie potrafi (a może nie chce) odczytać odczuć innych. Chce być wielki, tak wielki, że poza sobą świata nie widzi. Może stąd te małości?

Ale fałsz tonu listów Reny do Jarosława Ściskam Ciebie i Hanię bardzo serdecznie w porównaniu z jej listami do syna Lubiłam ich, ale przy bliższym poznaniu bardzo tracą (cytaty w przypisach) też na myśl przywodzi sceny z "Wielkiego piękna".

Wiemy czyja była racja na końcu, ale wyłaniający się z listów Kota obraz polskiej emigracji - porównując go nawet z obrazem Jarosława - nie jest wcale pozytywny. Tu małość, tam zawiść. A może takie wojny literatów to coś zupełnie zwyczajnego?

Próbuję go usprawiedliwiać, bo ta małość boli. Długo się jeszcze będę zastanawiał.

Via Dandolo 16. Zobaczyć następnym razem.

 

Kozmo.blox.pl Pictures presents "Grand Budapest Hotel"

 

 

To jest film, którego uroczysta premiera z premierem i prezydentem, nie mówiąc już o ministrze kultury wraz z entouragem, powinna mieć miejsce w Teatrze Wielkim. W końcu państwo Zubrovka musi kojarzyć się nam, megalomanom, jednoznacznie a barwna fabuła bardziej zachęca do przyjazdu w tę część Europy niż taki na przykład "Wałęsa" Wajdy.

Wes Anderson nie zaskakuje. Po "Kochankach z Księżyca" właśnie tego się spodziewałem: żywych kolorów, zapadających w pamięć ujęć (np. to powyższe prawie żywcem wycięte z "Kochanków"), bez liku szczegółów, sekwencji zdarzeń, które przypominają slapstickowe komedie oraz mocno przerysowanych postaci. Chciałem to dostałem. Obrazy, szczególnie krajobrazy, ciągle kojarzyły mi się z animacjami Terry'ego Gilliama. Humor zresztą też miał w sobie coś z Monty Pythona (czy nie skojarzy się Wam ta brawurowa ucieczka ze skeczem o "Wycieczce rowerowej"?)

"Grand Budapest Hotel" jest amerykańską baśnią o Europie Środkowej, krainie za ośnieżonymi górami, gdzie dzieją się dziwne wojny. Bo przecież tytułowy hotel leży w Polsko-Rosjo-Austro-Węgro-Czecho-Słowacji, po której biegają żołnierze w cesarsko-królewskich mundurach, je się torciki - prawie Sachera - w ślicznych pudełeczkach, Dmitri przypomina psychopatycznego fuehrera a pruska grypa zabija dwa lata po wojnie. To my żyjemy w tej baśniowej krainie i nawet nie zdajemy sobie sprawy, że może być baśniowa. (A wyszukiwanie w filmie szczegółów z naszej części kontynentu sprawia bardzo dużo radości). Lutz Blitz!

Chciałem pójść na jakiś dramat, chociaż pogoda była komediowa, więc może trochę byłem niechętny akurat "Grand Budapest Hotelowi", ale baśnie zazwyczaj - ta nie jest wyjątkiem - są wciągające a wieczorem, po ich wysłuchaniu, zasypia się spokojnie.

Słowa klucze: kot, Egon Schiele, klucz, L'Air de Panache

(3,5/4,0)

 

(źródło: collider.com)

sobota, 29 marca 2014
Sixto Rodriguez

 

Sala Kongresowa pełna, wyprzedana trzy razy, bo piątkowy koncert miał być jedynym a stał się pierwszym z trzech. Wydarzenie raczej towarzyskie niż muzyczne, toteż na widowni znaleźć można rodziny z dziećmi, które zasną w trakcie, ludzi fotografujących z zachwytem samą salę oraz towarzystwo dość pospolite jak ci obok, którzy znali piosenkę "I Wonder", a gdy wybrzmiała, zajęli się głośną rozmową, zupełnie niezainteresowani tym, że koncert trwa. Na sali harmider, chodzenie i zajmowanie miejsc będzie trwało przez cały support (zresztą zaproszony zespół nie wniósł wiele, przypominając raczej amatorów z okolic Seattle), przydługą przerwę i skończy się już, gdy zgaśnie światło. W końcu większość, my też, przyszliśmy dla bajki: na własne oczy zobaczyć, że Sixto Rodriguez żyje i film miał szczęśliwe zakończenie. 

Pojawia się on. Pojawia się to dużo powiedziane, na scenę wprowadzają go pod ręce. Pierwsze wrażenie jest raczej smutne. Myśl, że ktoś wykorzystuje ledwo chodzącego staruszka, bawiąc się z widzami w obwoźne zoo. Nawet wykrzyczane do mikrofonu The Legend! brzmi nieco sarkastycznie. Zgarbiony Sixto zakłada ciemne okulary i cylinder. Na stoliku obok stoi rządek tajemniczych kubeczków. Co w nich jest? - zastanawia się publiczność. Moi towarzysze z prawej są pewni: wóda! We mnie natomiast trochę strach, co będzie, gdy wokalista zemrze na scenie. Niepewność trwa tylko do pierwszego akordu. Dotykając strun gitary Sixto Rodriguez ożywa, nagle znika staruszek, rozbłyskuje legenda.

Pierwsze piosenki nie są jeszcze tak wyraźne i mocne. Więcej jest gitary niż śpiewu. Łatwo wyłapać, że Rodriguez nie wchodzi po intro, tylko raz po raz przeciąga wstęp. W porównaniu z płytą, piosenki tracą też zwrotki. Ale z każdą kolejną jest lepiej. Istnieje tylko on i jego muzyka, widać perfekcyjną koncentrację. Gdy na bis zagra "Blue Suede Shoes" nie możesz uwierzyć, że to ten sam staruszek, o którego niepokoiłeś się przed godziną, bo brawurowo unosi salę. Dziękując powtarza Merci! Widać w Europie mówi się po francusku.

Ostatnia piosenka "I'm gonna live until I die" (zresztą autorstwa Sinatry) porusza. Teraz czujesz, że uczestniczysz w czymś niezwykłym. Wydaje się, że Rodriguez na żywo nie różni się od tego Rodrigueza z filmu: nadal pozostaje skromnym gościem, który w barach, w oparach tytoniu, w Detroit śpiewał ballady, właściwie tylko dla siebie. Zostajemy z jego ostatnim utworem jak z przesłaniem, niesamowicie optymistyczną wskazówką na życie. We're gonna live until we die.

(pisane w stylu recenzji Herberta z lat sześćdziesiątych)

 

piątek, 28 marca 2014
Dziennik (28/03/14)

 

Marzę o Rzymie, glicyniach i takich rzeczach, a tutaj śnieg, wrony i Polska.

(Jarosław Iwaszkiewicz do Kota Jeleńskiego,
17 marca 1957 r.)

środa, 26 marca 2014
Przewodnik po blogu dla początkujących

 

Używam nadmiernie szyku przestawnego.
Wpisuję dziwne słowa, bo lubię się nimi bawić.
Czasem wolę dobrą formę od mizernej treści.
Kursywą zaznaczam cytaty.
Do zdjęć podaję źródła, chyba że moje.
Wulgaryzmy wykropkowuję, chyba że wymaga ich styl albo brzmienie zdania.
Jestem ironiczny, nie zawsze na serio.
Nie jestem obiektywny.
Nie lubię patosu a kiedyś lubiłem.
Tekst ma znaczenie (gdy nie ma interpunkcji to wiem dlaczego).
Nie piszę recenzji, opisuję wrażenia.
Zawsze wrażenia.
Oznaczam osoby i miejsca skrótami.
Nazywam się autor bloga a A. to moja żona, jestem z Lu., mieszkam w Wa.
Lubię miasto na literkę B., stolicę Belgii.
Z upodobaniem naśladuję cudze style pisania.
Z pisarzami, których lubię, jestem po imieniu.
Publicystyka jest albo o polityce albo o religii.
W dzienniku zwykle zgadza się data.
Podsłuchuję rozmowy i zmieniam je zapisując.
Raz jestem narratorem, a raz nim nie jestem.
Raz jestem w pierwszej osobie, a raz nie.
Nie piszę wszystkiego.
Nie zmyślam nadmiernie.
Niemniej licentia poetica.
Filmy oceniamy w skali 1 - 5. Pierwsza ocena jest od A., druga od autora.
Reszty trzeba się domyślać. 

Wierzę, że życie składa się z fragmentów życia, nie pamiętam żadnej całości.
Wierzę, że życie składa się z fragmentów życia, reszty trzeba się domyślać. 

 

Tagi: blog ja
22:52, kozmo1 , TEKSTY
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6