2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
czwartek, 31 marca 2016
Dziennik. Wtorek, po świętach

 

Co się ruszyliśmy po mieście, natrafialiśmy na jakichś kryminalistów, co wypełzli poświątecznie i teraz puszczali oczka kropkami pod okiem. Na przystanku tramwajowym, w tramwaju, więc już z ulgą wysiedliśmy, kiedy koło hali zastał nas grad. Udało nam się potem wreszcie usiąść w kawiarni, która rok temu w soboty była nasza, i tak siedzieliśmy pod regałem, niebo było raczej ciemne.

To dokąd znowu wyjedziemy, zapytała A. a ja chciałem odpowiedzieć, że daleko stąd (29.03.2016).

 

Robert Krasowski, Czas Kaczyńskiego, Czerwone i Czarne 2016

 

Krasowski pisze książki tak uwodzicielsko, że nawet, gdyby kłamał, mamił i mataczył, przekona cię do swej narracji. Tak było w przypadku "Po południu" (recenzja tutaj), choć nie potrafiłem pojąć jego zachwytu Wałęsą, tak było w "Czasie gniewu" (recenzja tutaj), i tak jest przy "Czasie Kaczyńskiego". Wbrew pozorem o samym Kaczyńskim wiele nowego się nie dowiaduję, zresztą ta opowieść wciąż trwa, natomiast jest drugi bohater, obecny Przewodniczący Rady Europejskiej. Fragmenty o nim dają do myślenia.

Wielokrotnie zastanawialiśmy się, dlaczego przez poprzednie lata wpadliśmy w ten obrzydliwy marazm, w trwanie, nieustającą kąpiel w ciepłej wodzie. Obserwowaliśmy ze środka urzędu jak państwo gniło. Te Ele, ci Zbyszkowie i Sławkowie, wszystko zanurzone w gazetowych narracjach o rozkwicie, wspaniałościach, a potem te podsłuchane rozmowy, które poziomem nie odbiegały od gimnazjalnych kibli.

Krasowski podsuwa odpowiedź, że to nie był jakiś zbieg okoliczności, ale świadome działanie: antypolityka Donalda Tuska.

Tusk nie chciał ambitnych ministrów, którzy mają swoje plany i swoje ambicje, bał się ich porażek, bał się również sukcesów, po których zanadto wyrosną. Większości swoich ministrów nie cenił, o nich również mówił "idioci", często w ich obecności, ale nie zamierzał szukać lepszych. Jego ocena urzędników była tyleż opisem, co samospełniającą się dyrektywą kadrową. Do rządu wprowadził tylko trzy osoby, których kompetencje szanował, reszta miała utknąć w ministerstwach i zatonąć w bieżących sprawach (...) Po kilku miesiącach tresury ekipa zrozumiała reguły, nikt nie pragnął niczego poza świętym spokojem, nikt nie miał własnych ambicji, nie robił niczego bez zgody premiera. Tusk w pełni zapanował nad swoją drużyną. To, że nie był to zespół orłów, nie umniejsza sukcesu, bo u nielotów ambicje bywają większe (s. 193-194).

Do czego doprowadziło osiem lat antypolityki, widzimy dzisiaj, kiedy w siłę rosną radykałowie namawiający do wysadzenia państwa. Wbrew temu, co może się wydawać, są oni spadkobiercami Tuskowej antypolityki, którzy zbuntowali się przeciwko rządom bez wizji i ambicji.

Jeśli więc ostatnio krytykowałem Federicę Mogherini za to, że jest nietrafionym wyborem na swoim stanowisku, to jeszcze bardziej obawiałbym się antypolityki Donalda Tuska, która - podobnie jak w przypadku Polski - może okazać się zabójczą dla przyszłości projektu europejskiego.

(Dopisane: doskonałą glosą do książki Krasowskiego jest wywiad z Michałem Bonim "Byliśmy głusi" z sobotniej "Gazety Wyborczej", który objaśnia jak antypolityka działała od środka. A mówi to jedyny wizjoner w tamtym rządzie, przyznający się, że został zagłuszony).

 

O trudnościach z myciem nóg

 

Krzyżu Chrystusa, widzimy cię także dzisiaj w naszych morzach, Śródziemnym i Egejskim, które stały się nienasyconymi cmentarzyskami, obrazem naszego niewrażliwego i odurzonego sumienia (Franciszek, modlitwa na zakończenie Drogi Krzyżowej, 2016)

Z roku na rok Wielkanoc ukazuje, że chrześcijaństwo dla chrześcijan staje się rzeczą wstydliwą. Bo jeśli nie traktuje się go jako pustych obrzędów lub niezrozumiałych symboli, ale jako religię praktyczną, okazuje się być ono nieludzko wymagające, ba paradoksalne. Szczególnie w takim kraju jak Polska, gdzie w wyznawaniu swej religijności prześcigają się wszyscy, przejście od teorii do praktyki napotyka na przedziwne przeszkody.

Święcenie jajek - tak, adoracja krzyża - tak, wykonywanie gestów miłości w stosunku do bliźnich - stanowczo nie.

Pojawił się papież, Franciszek było mu na imię. I poszedł on umyć stopy uchodźcom. Tym samym uchodźcom, których pobożni chrześcijanie nazywają swołocząciapatymi, tudzież życzą potopienia się w wodach najpiękniejszego z mórz. Tych, od których odgradzamy się drutami kolczastymi, których boimy się i nienawidzimy zarazem. I ów papież pochylił się nad ich nogami, i umył, nie patrząc czy były to nogi katolickie, muzułmańskie, czy hinduistyczne.

Polscy katolicy wpadli w takie (święte!) oburzenie, że chcieli odchodzić od Kościoła. Ktoś nam każe kochać bliźnich! Tysiąc pięćdziesiąt lat jesteśmy polskimi katolikami, a ten papież będzie nas pouczał, co to niby znaczy. Zakipiały portale internetowe, prześcigając się w oskarżeniach papieża o herezję. Ci sami, co modlą się w pierwszych rzędach i na facebooku opisują swoje mistyczne przeżycia, ruszyli do ataku: krucjatę polskich katolików przeciw chrześcijańskiej miłości. Jezu, pomyślałem, co by się w Polsce działo, jakbyś tutaj zstąpił.

Chociaż niby specjalizujemy się w odczytywaniu znaków, tego nie chcemy dostrzec. Trafił się naszej epoce papież-prorok (i nie mówię tutaj o "naszym" papieżu): sama myśl o tym dla części polskich katolików wydaje się bluźniercza. Całe szczęście odnajdą spokój w kazaniach, takich jak zwykle, które wygłoszą polscy biskupi, pojątrzą, popiszą się intelektualną mizerią i brakiem duszpasterskiej odwagi. (Mielizna Michalika - czy nie przyjemnie byłoby uczcić, w tysiąc pięćdziesiątą rocznicę, arcypasterza jakimś fragmentem Bałtyku?)

 

środa, 30 marca 2016
Justyna Kopińska, Polska odwraca oczy, Świat Książki 2016

 

Justyna Kopińska jest godną spadkobierczynią zeszycików "Ekspresu Reporterów" z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Tam też, w krótkich formach obyczajowo-kryminalnych czaiło się, pod różnymi postaciami, zło. To nie jest literatura, w której można zachwycać się melodią zdań, to reportaż praktyczny: komunikatywny, bezpośredni, pozbawiony skrupułów.

Czytelnik ma do wyboru jego dwie interpretacje. Po pierwsze, może przyjąć, że zło jest uniwersalne i w odpowiednich warunkach (jak w więzieniu Zimbardo) każdy z nas staje się okrutną małpą. To wizja w sumie pocieszająca, bo odejmuje nam wyjątkowość. Siostra Bernadetta w innych okolicznościach mordowałaby Tutsi, a Kim Ir Sen ze Zduńskiej Woli zostałby kapo w obozie.

Po drugie, to wersja bardziej bolesna, chodzi o Polskę. Jeśli zastanawialiście się dlaczego wyniki wyborów są takie, a nie inne, to zamiast mamić się sukcesami w "Diagnozie społecznej" Czapińskiego, lepiej sięgnąć po ten tom. W reportażach Justyny Kopińskiej wszystkie chlubne osiągnięcia Trzeciej Rzeczpospolitej takie jak niezawisłe sądy, czy - tak fetowany niedawno - samorząd terytorialny okazują się być niesprawnymi atrapami. Państwo chorowało, tylko tę chorobę ciężko było dojrzeć spod reklamowych płacht. Coś tylko, jakieś przebłyski, ale jednak za późno: opowieści Springera o koszmarze reprywatyzacji, trzeźwiące uwagi Marcina Króla.

Autorka ma rację: najłatwiej było ciągle odwracać oczy.

 

wtorek, 29 marca 2016
Fragmenty nieba nad Brukselą

 

(Bernar Yslaire, Niebo nad Brukselą, 2009 (fragment), źródło: http://www.familietroch.be/)

 

Początek nr 1 albo o przewidywaniu przyszłości

Powyższy komiks dzieje się w mieście na literkę B., pisałem o nim w grudniu. Wydany przed dziesięciu laty opisywał w sposób precyzyjny to, na co belgijskie służby bezpieczeństwa nie wpadły aż do ubiegłego wtorku. Ignorowały bowiem zarówno ostrzeżenia zaprzyjaźnionych wywiadów, jak i głosy rozsądku należące do wszystkich, którzy choć trochę dokładniej przyjrzeli się temu przedziwnemu miastu i przedziwnemu krajowi.

Początek nr 2 albo o nauczkach z przeszłości

Siedzieliśmy w poczekalni dworcowej. W posadzce była dziura po leju, a nad nią tablica z osiemdziesięcioma pięcioma nazwiskami. Byliśmy wówczas w podróży poślubnej, więc ta rozpiska mężczyzn, kobiet i dzieci w tym właśnie miejscu robiła na nas duże wrażenie. To nieprawda, że zamachy to najnowszy wynalazek w Europie, który nagle pojawił się w zeszłym roku. Owszem, mieliśmy chwilę spokoju, oddechu i dobrobytu, ale może trzeba na nowo przyzwyczajać się do izraelskiego modelu życia: ciągłego braku pewności, czy ten autobus na pewno dojedzie?

Dygresja o umysłach prawicowych publicystów

Umysł prawicowego publicysty to umysł zalękniony. Obserwuję to od dłuższego czasu i bez przerwy dochodzę do wniosku, że różnimy się poziomem lęku. Bomba podłożona w mieście na literkę B. pod takim umysłem eksploduje z wielką siłą. Zalękniony umysł popada w patos. Różnimy się jeszcze jednym: umysł prawicowego publicysty nie widzi osób, widzi zbiorowości, wszyscy w ich wnętrzu stanowią jednakowe zagrożenie. Nie ma indywidualnych sprawców, są oni, ludzie nie posiadają wolnej woli, są niewolnikami procesów, struktur i czasów. Wszyscy. (Dlatego lepiej przeczytać komiks Bernara Yslaire'a).

Kartografia sakralna

W wolnym czasie przy użyciu openstreetmap oglądam Belgię z góry. Jeszcze w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku budowano w niej kościoły i czczono w nich Onze-Lieve-Vrouw. Potem religia zniknęła, zostawiając puste budynki i sytych ludzi. Mój umysł zamienia się teraz w umysł prawicowego publicysty i zaczyna się zastanawiać, czym są właściwie wartości, którymi żyje taka Belgia? Co jest po przeciwnej - w stosunku do radykalnego islamu - stronie barykady? Jaką duchowość oferuje dzisiejsza Europa?

Fragment z dziedziny politologii

Państwo belgijskie istnieje tylko teoretycznie. Od paru lat fascynuję się jego fenomenem. Napisałem nawet o tym dwa, wciąż niewydrukowane, artykuły. Zaplanowane jest fantastycznie, nie wiem czy ktokolwiek stworzył coś równie skomplikowanego: regiony, wspólnoty, komisje wspólne, gminy z ułatwieniami, podział szkół według granic języka, konsultacje rządów na kilku poziomach. Sen zbzikowanego politologa. Co łatwo przewidzieć, na poziomie operacyjnym okazuje się całkowicie niesterowalnym. W końcu światowy rekord rządzenia bez rządu należy do Belgii. Przy zupełnym chaosie kompetencyjnym, trudno się dziwić, że Państwo Islamskie rośnie w jednej z dzielnic, która naprawdę jest gminą w regionie, który należy do dwóch wspólnot, będąc stolicą innego regionu. 

Chlipanie jako element polityki europejskiej

Dyskutowałem o tym długo z K.: że jest niedobrze z Europą to poczułem, gdy na wizji rozmazgaiła się pani, co miała być jej ministrem spraw zagranicznych. Gdzie popełniliśmy błąd, że do władzy dopuściliśmy bezradne histeryczki beczące przed kamerą? (O Panu Europie, co był u nas premierem będzie niedługo w odrębnym wpisie, więc to nie mizoginia).

 

Dziennik Wielkanocny

 

(Fra Angelico, Chrystus w Otchłani, 1450 (fragment), źródło: http://blogs.nd.edu/)

 

1. 

Istotą doświadczenia religijnego jest wyjście poza czas. Poszukujemy sekretnego przejścia z tu i teraz do wiecznego Teraz. Mapę daje nam rytuał, dlatego Trzy Święte Dni sięgają najgłębiej, najbardziej naruszają obrządki zwyczajności. Niestety nie da się wychodzić za daleko poza czas, kiedy dziecko i marchewka z kurczakiem. Tego roku rytuał więc przegrywa z rutyną (24.03.2016).

2.

Z mojego punktu obserwacyjnego nadzoruję parking. Pierwsi odjeżdżają koło południa. Ciągną walizki koło pierwszej. Masowo wychodzi dział zagraniczny, ukradkiem administracja. Zbliża się druga: exodus obejmuje coraz większe tłumy. Nadzwyczajny ruch na parkingu. Trzecia: już prawie ostatnie auta. Puka strażnik, proszę wychodzić, w tym korytarzu jest pan ostatni (25.03.2016).

3.

Ponieważ jest zupełnie inaczej (patrz pkt. 1), tego wieczoru leżymy we trójkę w łóżku i rozmawiamy o tym jak było kiedyś. O tym jak w R. mdleli strażacy z toporkami przy Grobie albo jak ognisko było za dnia albo jak się z koszyczkami klęczało wzdłuż chodnika od dzwonnicy po kościół. I świeciło słońce, bo przed zmianą klimatu Wielkanoc zawsze była słoneczna. Wcale nie jest teraz uroczyście, mówi A., nadal leżymy w łóżku (25.03.2016).

4.

Od pewnego czasu Wielka Sobota to moje ulubione święto. Pachnie jajkami, lecz w gruncie rzeczy dzieją się wtedy wydarzenia bardziej dramatyczne niż w Wielki Piątek. Jest albo Go nie ma w zależności od tego jak interpretujesz ciszę. Święto tych, którzy mają wątpliwości (26.03.2016).

5.

Kiedy udało nam się jakoś z wózkiem dotrzeć i wzruszyć się paschałem, i wysłuchać Exsultetu, światła wewnątrz zapaliły się, dwóch lektorów równym krokiem zmierzało nawą główną od ołtarza. Tymi samymi uroczystymi gestami rozdzielali tłum a potem podnosili nóżki obydwu drzwi, zamykając je przed nami i innymi na schodach. Zrobiło się ciemno. Obrzęd zamykania drzwi - pomyślałem, najważniejszy obrzęd polskiego Kościoła (26.03.2016).

6.

Nie ma co fotografować, trzeba przeżywać - mówi A. i nakłada sobie trzecią porcję ciasta. Cóż, nie mam świątecznego apetytu. Może chodzi o to, że jak się wraca zmęczonym z podróży poza czas, to wtedy jest się bardzo głodnym i smakuje lepiej, a tak po prostu, to nie? (27.03.2016)

7.

Właściwie to już ustaliliśmy, że tradycja polewania się wodą wyginęła w sposób naturalny, ale potem skręciliśmy w Kunickiego, a Kunickiego, musicie wiedzieć, nie zmieniła się za bardzo od przeszłego wieku a może nawet jeszcze od wieku zaprzeszłego. I kiedy tam skręciliśmy, zobaczyliśmy trzy mokre panny w dresach uzupełniające wiadra wodą z hydrantu. A to było takie tu i teraz, że aż piękne (28.03.2016).

 

 
1 , 2 , 3 , 4