2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
czwartek, 29 marca 2018
Tracja. Dziennik

 

będę bił brawo odmierzoną porcją
uśmiechał się na uncje marszczył brwi dyskretnie
(Zbigniew Herbert, Powrót prokonsula)

 

25.

Okienko

Zewsząd nadciągają szare blokowiska. Samolot coraz niżej. Ktoś z wielkich płyt ułożył domino. Nagle pośrodku klub FANTASTIKO.

Z zapisków prokonsula (1)

Prowincje zmieniają się jak w kalejdoskopie. Zaraz, kiedy to było? Szosa jońska - mogłoby być wczoraj. Przez białe góry dzisiaj droga tracka, do owej ponurej prowincji, której stolicą Filipopolis.

Z zapisków prokonsula (2)

Filipopolis ukrywa się pod warstwą asfaltu i kocimi osiedlami. Podrostki na forum odpalają skręty. W restauracji Diana (bogini? księżniczka?) rżnie muzyka ludowa (cztery kanały w hotelowej telewizji na okrągło). Jedzą tu tłusto, cichaczem wymieniają imiona cesarzy.

 

 

26.

Z zapisków prokonsula (3)

To mógłby być lidl pomiędzy blokami dawno pozbawionym jakiejkolwiek fantazji. Melancholia, droga M., jest tu tysiąckroć większa niż w innej prowincji (Lublin poza limesem). Lidl okazuje się być małą bazylika. Na mozaice łania pragnie wody ze strumieni.
Zazdroszczę im w Tracji tylko jednego: że gdzieś pod spodem leży rzymskie miasto.

Zaklinacz kotów

Z samego rana, z mgły i mżawki wyłania się zaklinacz kotów. Otwiera sklepik, w którym litery pisane głagolicą i zaczyna grać na flecie.
Po kamieniach wybiegają oczarowane koty, jak koty - jedynie na chwilę.

Z cerkwi św. Konstantyna i św. Heleny

Po stronie prawej pierwsi ludzie spotykają Boga. Bóg ma na głowie problemy w kształcie wielkiego trójkąta. Oni bez wstydu zupełnie, choć płeć jeszcze znaczy niewiele. Po lewej stronie jest zamknięty ogród. Wówczas nie wiedzą, Adam i Ewa, co utracili na tych trzech ikonach.

 

 

O starych domach na wzgórzu

Stare domy pachną starymi domami. Stare schody trzeszczą starymi schodami. Stare panie z zakurzonych kantorków uchylają drzwi, choć stare domy zamieszkują jedynie stare krzesła. Tylko w jednej łazience udało się schwytać niebo.

Z zapisków prokonsula (4)

Próbuję opisać zapomnianą prowincję. Odnaleźć dla niej jedno obraz albo słowo. I oto bydło z malunków z Lascaux powraca na obrazach Złatju Bojadżiewa. Jakże archaiczne jesteś, Filipopolis!

 

 

Z zapisków prokonsula (5)

Napadali na nas - mówi wiceburmistrz i wymienia długą listę tych, którym się poddali ci z Filipopolis. Nie ma w jego głosie żadnego żalu. Raczej rezygnacja. W owej ponurej prowincji tylko rezygnacja, smutek kałuż.

Gry i zabawy urzędnicze

Pięcioma białymi autokarami uczestnicy konferencji zostają wywiezieni na wielki kwiz. W dusznej sali kinowej rozbawiony konferansjer, który sili się na słaby dowcip, zadaje pytania: ile osób zginęło w katastrofie?
- 262, proszę podnieść żółte karteczki.
- 280, poproszę niebieskie. Brawo!

27.

Okno

Oglądanie sztuki obniża poziom kortyzolu, napomyka prelegent, ale my dziś nie oglądamy sztuki. Wypatrujemy innych szarych wieżowców z szarego wieżowca. Cały dzień. Wszystko tutaj dzieje się w mianowniku.

Z zapisków prokonsula (6)

Postanowiłem pisać do Rzymu, pierwszego albo drugiego, skarżąc się na tutejszą kawę. Cóż za barbarzyństwo, w tym Filipopolis, że podają tylko z automatu nescafe,
taką, jakiej smakoszem byłem sam będąc studentem.

Ton elegijny

Do późna w nocy przeglądam wiadomości. Kemerowo. Jak wyjaśnić Dziecku, że Maszka nie żyje?

28.

Z zapisków prokonsula (7)

W białych korytarzach lotniska Sofia (co oznacza Mądrość) nawiedzają mnie nieczyste mocarstwowe myśli. Jest w nich potęgą moja daleka prowincja o drogach prostych biegnących po wielkiej nizinie. Miasto stołeczne o lśniących wieżycach, do którego wracam z ulgą,

nie porzucając wszakże tęsknoty za Rzymem.

 

 

środa, 28 marca 2018
Dziennik pisany w marcu

 

1. Ranek

Taniec sikorek. Powietrze błyszczy.

(...)

4.-11. Kalabria (por. tutaj i tutaj)

(...)

15. Urodziny Czechowicza

Spokój prowincji. Kiedy z Lu. pisze M., zaczynam bardzo tęsknić za miastem, które można włożyć do kieszeni i nie trzeba się spieszyć. W którym nawet śnieg ma kolor bardziej biały a w maju kwitną elesemy. Ale potem M. wraca do Warszawy a ja spokojnie udaję, że przywykłem.

(...)

17. Tło

Niebo niebieskie jak ściany ikei. Na śniegu cwałują traktory. Fotografuję Dziecko przy śniadaniu, ale bez tego nieba i bez tych traktorów, scena okazuje się być niepełna. Ciągle umyka nam tło, nie ma go na zdjęciach.

18. O tym jak nie zostałem pisarzem

Przegapiłem moment, w którym mógłbym zostać pisarzem. Podobnie jak przegapiłem wiele innych momentów, ale ten jest ważny. W końcu po szufladach i folderach mam poukrywane notatki, zeszyty, kolejne nieukończone fragmenty prozy. Na przykład o upadku Atlantydy (okolice ósmej klasy, materiał źródłowy: Däniken, dużo go czytałem; powieść kończy się na drugim zeszycie - Atlantyda upada) albo o życiu biurowym (lepiej biurwowym): na jej potrzeby notowałem złotouste słowa byłej przełożonej, ta nie wyszła poza jedną stronę Worda. Ale ostatnio pisało się dobrze, zdania same się układały, nie mogłem przestać pisać. Przegapiłem ten moment. I dzisiaj z trudem klecę jakieś zapiski, z bólem blog.

19. Pan Poraška

Nie będę pisarzem, nie będę też majsterkowiczem. Czym jeszcze nie będę? - zastanawiam się przed urodzinami, w które będę o dwa lata starszy od Modiglianiego.

20. Pan Złota Rączka

Pan przyniósł wiertarkę i wkręty. Wyciągnął bormaszynę i brum brum urządził Dziecku pokój. Kiedy przyjdzie znowu pan? - zapytało Dziecko.

21. Nie głaskać!

Kolekcjonujesz głaski, a ukryłeś swoje urodziny? - dziwi się A. Taki to jest właśnie ten marzec, choć miał być lepszy niż styczeń i luty (pomijając prześwity, wyspy przyjemności jak L.)

22.  Rekolekcje

 


(Kadry z filmu "Ewangelia według Mateusza" Pier Paolo Pasoliniego, 1964)

 

23. O tym jak zrusyfikowaliśmy Dziecko

С днем Рождения! - zaśpiewało mi Dziecko, które doskonale wie, co się śpiewa przy torciku (nauczyło się od Maszki. Ulubiony kolor: różowy).

24. O życiu codziennym

Nie ma smaku.

(Drobne przebłyski smaku, kiedy jemy pizzę z widokiem na Pałac Kultury albo przychodzi wieczorem M.)

 

wtorek, 20 marca 2018
Kalabria. Dziennik (2)

 

7. El Castella - Scolaricum - Reggio Calabria

Nawet dla weteranów siedemnastki, droga krajowa SS 106 nazywana Jońską jest nie lada wyzwaniem. Z zaplanowanych trzech godzin jazdy, wychodzi bez mała siedem. Miasta są brzydkie, po lewej za oknem linia kolejowa (przez czas jazdy nic nią nie przejeżdża), za nią Morze Jońskie. Trzeba nauczyć się - podobnie jak na Wyspie - hamować nagle, bo ktoś poszedł po ciastka, przejeżdżać mostami z jednym pasem ruchu, wymijać stare fiaty pandy, które w swoim tempie jadą pomiędzy kolejnymi miejscowościami, z których każda miała niegdyś grecką nazwę. Podróż po Wielkiej Grecji. Najprościej opisać drogę mówiąc, że jedziemy po podeszwie włoskiego buta. Stąd, gdy dojeżdżamy do palców pojawia się w nas jakaś dziwna radość. Przed nami morze, i zaraz, zaraz pojawi się Wyspa króla Rogera.

 


(Scolaricum)

Geometria gajów oliwnych naprzeciw gramatyki napisów nagrobnych. Pozbawione popiołów urny w gablotach i dziewięć szczeniąt labradora na podwórku za muzeum, gdzie pracownicy i studenci wychodzą palić. Tyle po drodze jest historii, a my dalej do carrefoura.

Lubię miasta - powiedziała A. - kiedy znaleźliśmy się w Reggio, z którym - jak się już połapało w zasadach ruchu drogowego - wszystko było w porządku. Deptak, te same sklepy co wszędzie, pizza na kawałki czynna do późna. (Dzień, w którym pomyślałem, że i tak chcę już wracać, albowiem:

Piosenka ze Stilo: Dotarliśmy do ruiny: ruiny naszych płonnych nadziei, podróżnych zamierzeń i chęci odpoczynku. Nie wysiedliśmy w Stilo).

 

 
(Wota Persefony)

 

8. Reggio Calabria - Scilla

O poranku całe Reggio wypełniło się całującymi parami. Wszyscy z widokiem na morze, bo każda ulica była tu z widokiem na morze, ach jakie to romantyczne miasto (dopóki nie spróbujesz wyjechać z niego w południe i nie zrozumiesz, że Południe oznacza całkowitą dowolność jazdy wąskimi uliczkami pod górę, a potem ulicą świętej Anny do autostrady, skręt w lewo).

Z muzeów archeologicznych to jest - może poza Agrygentem - najpiękniejsze w całych południowych Włoszech. Można oczywiście za radą przewodnika podziwiać na parterze wyłącznie brązy z Riace (zobacz jaką pan ma pupę - pokazujemy Dziecku starożytne pośladki), ale na górnych piętrach obfitość. To tutaj przywołują wota Persefonę (tę samą, co ją po Wyspie razem z jej matką goniliśmy).

Pensjonat prowadzi staruszka (długo zajmuje mi rozszyfrowanie wykaligrafowanego hasła wi-fi). Zresztą całe miasto jest stare, wąskie i słone, morze wylewa się na nie co jakiś czas. Na nasz balkon też. Nasz balkon wisi nad falami i może udawać łódź. Niebieską łódź, taką jak w małym rybackim porcie, do którego chadzają koty.

Pani była Polką (za dużo tych kotów - mówi, a tam siedzi akurat taki rudy z rudymi oczami i zapewne chciałby coś opowiedzieć), ale podawała gęsty krupnik z soczewicą, taki jak jedliśmy dawno temu w Modice na Wyspie (Wyspę widać z zamku): zupę ubogich prowincji Południa. Śpiewał Fabrizio De André. Rudy z rudymi oczami przypatrywał się podejrzliwie.

Trudno uwierzyć, że Scylla była potworem.

 


(Morze wylewa się na Scillę co jakiś czas)

 

9. Scilla - Tropea

Nie należy wierzyć Włochom, jeśli mówią o odległościach na piechotę. Maszerowaliśmy do Tropei już trochę czasu i wciąż nie było pewne, czy dwadzieścia minut jest za nami, czy przed nami. Wokół rozciągały się pola czerwonej cebuli i pachniało szczypiorkiem. Kiedy wreszcie dotarliśmy, wspięliśmy się po nieskończoności schodków, zdarzył się nam mit. Ten o Midasie. Pragnęliśmy makaronu, ale za każdym razem, gdy znajdowaliśmy jakiś bar okazywało się, że możemy zjeść w nim jedynie trufle. Wszystko zamieniało się w słodycz, ciągle słodycz, aż w końcu jakaś pani za kontuarem spojrzała na Dziecko i na nas, i powiedziała bolognese.

Ciche miasteczko. Góruje nad nim zamknięty na cztery spusty sierociniec. W piekarni Any mieszkańcy rozmawiają o karetce, która zabrała kogoś z zawałem. Ciasto Any jest pulchne, drożdżowe, pachnące, przypomina dzieciństwo. Słychać morze.

10. Tropea

Widać morze. W piniach śpiewają ptaki (napisałbym słowiki, ale pewności żadnej). Słońce wpada do willi pana Aleksandra, który grywa w golfa. Ze ścian spoglądają przodkowie.

Na plaży pięć Amerykanek. Spędzą tu cały dzień a przyszły przed nami. Ich kolorowe stroje widać będzie z tarasu, gdzie właśnie para młoda ma samotną sesję. Czekamy na obiad. Dzisiaj po zimie otworzyli restaurację. Pojawiają się dzieci i mówią po polsku (tutaj pani też była Polką i podawała kalmary).

11. Tropea - Lamezia Terme

W wyjazdach cenię wanny i sny. Ten jest o zlinczowanej dziewczynce, która miałaby mieszkać w Lu. i śpiewać o Czasie. Nazywano ją Zegarynka i nie wiedziano, skąd się wzięła. Źli mieszkańcy zaciągnęli ją na świeżo zaorane pola i zabili, a nikt nie pomógł: po prostu zniknęła z miasta. Dwa razy mi się śni, więc za drugim razem budzę się i zapisuję przykładnie jak Nabokov.

Na plaży pięć Amerykanek. Wiszą nad nimi kolorowe domy. Kalabria jak z folderu.

 

niedziela, 18 marca 2018
Kalabria. Dziennik (1)

 

4. Lamezia Terme 

Postanowiłem poważnie opisywać podróże, nie jakieś pojedyncze wrażenia, ale - owszem - prawdziwy dziennik. Zwłaszcza, że w tutejszych księgarniach można nabyć dzienniki z Kalabrii Aleksandra Dumasa (pięć dziewięćdziesiąt euro) i Edwarda Leara (dziesięć euro, drożej, co zrozumiałe, zważywszy, że Kalabrię zwiedzał na piechotę). Samolot przylatuje wieczorem, rzuca nim, kiedy schodzi znad morza na ląd (pull up, pull up - szepcę ze strachem). Nazwa lotniska nic nie mówi. Pani w wypożyczalni samochodów łatwo ulega urokowi Dziecka.

Wieczór, w którym znowu wygrywa Silvio Berlusconi

Hotel był naprzeciw stacji kolejowej.
Wiatr wiał, aż palmy się chyliły.
Właściciel zrobił herbatę w pokoju z lamperią
a A. rzuciła się rozpakowywać jakby świat nie istniał.

 


(San Giovanni in Fiore)

 

5. Lamezia Terme - San Giovanni in Fiore

Wjeżdżaliśmy coraz wyżej w Apeniny, koniec Apeninów przyciągający jak wszystkie końce, śnieg na poboczach. Patrz, mówi A., jakie monumentalne drzewa. Aż wyjechaliśmy na płaskowyż Sila, gęsty deszcz na szybach. Miasto wyglądało jak umarłe. Szybko pogubiliśmy się pomiędzy kamiennymi domami i zamkniętymi restauracjami z napisem "sprzedam lokal". 

Chciałem u miejscowego jubilera zrealizować swoje marzenie: sprzedawał złote korony - do wyboru: otwarte, zamknięte, potrójne papieskie. Poza tym jego sklep wydawał się - pomijając przystanek autobusowy - najżywszym miejscem w San Giovanni in Fiore. Przestań chodzić z głową w chmurach - pomyślałem sobie, ale było to trudne, zważywszy na to, że miasto chowało się w deszczowych obłokach i trudno było rozróżnić, co było miastem, a co chmurą.

Trójca: trzy okrągłe okna w absydzie kościoła. Zastanawiam się, co było pierwsze: one czy teza tutejszego opata Joachima o trzech epokach w historii ludzkości?

 


(Willa Pani Lopez, San Giovanni in Fiore)

 

W willi ukrytej za młynem, nieopodal miasteczka, mieszkała pani Lopez. W pierwszej chwili stwierdziliśmy, że posiada - oprócz dziwnej willi - dziwne hiszpańskie nazwisko, ale w San Giovanni znajdował się pałac Lopezów a na owej willi tabliczka informująca, że została wybudowana dla pradziadka Lopeza w 1904 roku. Druga tabliczka, świeżo wydrukowana na drzwiach, stwierdzała, że obcym nie wolno wchodzić. Wbrew naszym obawom willa nie była nawiedzona a jedyne kroki za drzwiami były krokami pani Lopez przechadzającej się wśród rycin przedstawiających konie, zabytkowej porcelany i rodzinnych zdjęć.

Jestem ciekawa świata, pani Lopez pyta o Polskę, byłam jedynie w Rumunii, no i w Słowenii i Chorwacji, ale Słowenia i Chorwacja to przecież też Włochy.

Ludzie z Sila

Nie są piękni, tajemnicze plemię żyjące na płaskowyżu (jedno z wielu: zapuszczając się głębiej można napotkać Arboreszów oraz mówiących językiem griko). Miejscowy fotograf, Saverio Marra, przez pięćdziesiąt lat ustawiał ich do zdjęć na pamiątkę (do zawieszenia w domu, do wysłania dla ojca w Etiopii albo do syna w Nowym Jorku). Przyglądamy się im w albumie w szafce u pani Lopez (Lopezowie są też oczywiście na zdjęciach).

 


(źródło:  Saverio Marra fotografo: immagini del mondo popolare silano nei primi decenni del secolo, Electa, Mediolan 1984)

 

6. San Giovanni in Fiore - Santa Severina - Capo Colonna - El Castella

Zjazd z Sila w kierunku Morza Jońskiego oznacza zmianę pory roku. Ilekroć (a robimy to trzy razy) tego dnia przyjeżdżamy do muzeum, powtarza się ten sam rytuał. Dziwią się, zapalają światło, następnie: we czwórkę usiłują po włosku opowiadać, co widać (San Giovanni in Fiore); dają po sobie poznać, że spieszą się na obiad i jak tylko wyjdziemy przekręcą klucz w zamku i przemkną do miasta (Santa Severina); przyglądają się nam, bo z Dzieckiem jesteśmy ciekawsi niż greckie urny (Capo Colonna).

 


(Capo Colonna)

 

Hery nie lubiłem nigdy: pewnie przez Parandowskiego, Herkulesa i jego niemiłe przygody. Na miejsce jej świątyni przypłynęła potem cudowna Matka Boska. Dla której ze świętych kwitną więc dzisiaj jaskry, pytam sam siebie w ruinach?

Drobnica morska. Lampy oliwne. Głowy nieznanych wschodnich bogów. Lwy na ścianę. Dużo monet. Tyle zostaje.

Duje wiatr. W zimowe miesiące Morze Jońskie wcina się w cypel. Na ulicy Katedralnej jest tylko mały kościółek oraz ośrodek wczasowy, który mruga "San Francisco". Jesteśmy jedynymi gośćmi w hotelu "Hannibal" (nikt po Zamie nie myślał tutaj o dehannibalizacji), który chlubi się słoniem w herbie (czy słonie pływały okrętami?). Rodzin tutaj niewiele (sprawdzam dopiero w Reggio), pamiątek nie sprzedają o tej porze roku, pani piecze dla nas rogaliki.

 

niedziela, 04 marca 2018
Olga Gitkiewicz, Nie hańbi, Dowody na Istnienie 2017

 


(Lewis Hine, Rhodes Mfg. Co. Spinner. Chwila spojrzenia na zewnątrz. Mówiła, że ma 11 lat i od ponad roku pracuje, Lincolnton, N.C., 1908, źródło: wikimedia.org)

 

3 marca:

Wbrew pojawiającym się recenzjom, tudzież nominacji do nagrody Kapuścińskiego, największą wartością tej książki nie jest wcale opowieść o dzisiejszym rynku pracy. Ba, historia o Mordorze, nadużywająca korporacyjnego żargonu, wydaje się naciągana, a znowuż fragment o Szydłowcu jakiś niedokończony.

Za to to, co "Nie hańbi" opowiada o pracy w żyrardowskich tkalniach jest bardzo ciekawe. W tych fragmentach (nitkach) autorka wyraźnie podąża śladami autora "13 pięter", śledząc losy kolejnych pokoleń robotników (i kolejnych pokoleń fabrykantów). W dobie zachwytów nad dwudziestoleciem warto pamiętać opisy żyrardowskiej nędzy i niesprawiedliwości. Owszem, świat można widzieć z perspektywy "Ziemiańskiej", ale będzie to tylko ćwierć, a może i mniej prawdy.

Brakuje na stronach tej książki przypomnienia, że rolę Żyrardowów przejęły dzisiaj fabryki Bangladeszu, które są na tyle od nas odległe, że udajemy, że ich nie ma.

Dawno temu ksiądz Tischner pisał, że polska praca jest chora. Po lekturze żyrardowskiej części książki Gitkiewicz rodzi się we mnie pytanie, czy pracę da się w ogóle uzdrowić? Jak wiecie jestem pesymistą.

 

sobota, 03 marca 2018
Dziennik pisany w lutym

 

Luty to taki miesiąc, dla którego nawet nie mogę odnaleźć obrazów (za wyjątkiem podróży oczywiście)

 

1. Cukiernia

- Nie lubię ciastek tu - powiedziała A., kiedy poszliśmy do cukierni, żeby luty zacząć lepiej niż skończył się styczeń, to znaczy nie wielokropkiem w nawiasie. Każde ciastko miało karteczkę ze składem, w każdym był alkohol. - Wybornie - pomyślał autor bloga i zamówił tiramisu. Przedzierał się przez nie widelcem, ale nie odnalazł ani śladu amaretto.

2. Wieżowiec

Żeby zaznaczyć swoją obecność, autor bloga postanowił w każdym dniu odnajdywać coś wyjątkowego, coś, co mógłby zapisać: osobę, miejsce albo wydarzenie. I już drugiego lutego był w kropce. Żadnej opowieści:

kiedy wyszedł od fryzjerki, łagodnie pod jego stopami wylądował tlący się papieros, zrzucony z balkonu wieżowca.

3. Podróże

Próbuję oswajać dręczącą mnie rajzefibrę. Jarosław - pisze Romaniuk w "Innym życiu" - aby tworzyć, musiał wyjeżdżać. Choćby niedaleko, ale po prostu nie w tym samym miejscu. Autor bloga w tym szarym styczniu i takim samym lutym, krąży po tanich liniach i bookingach, ogląda, wybiera, chce się stąd zabrać.

Nawet Dziecko z kanapy i foteli buduje samolot, układa zabawki na poduszkach, każe nam siadać i mówi, że do Luny, do Potugalii. Siadamy więc, zapinamy wyimaginowane pasy i odlatujemy. Każdego dnia na nowo.

4. Nadal podróże

Nie ma horyzontu. Szare do cna niebo styka się z szarą powierzchnią ziemi. Kiedy lecimy w lutym? - dopytuje Dziecko.

5. 6. 7. por. tutaj (noce w ogrodach Hiszpanii)

8. Powroty

Zupełny brak wniebowzięć w codzienności.

9. Sennik

Nawet snów nie pamiętam.

10. Polska

- Czy mogę zwrócić majtki? - pyta kasjerkę odpychająca kobieta wpychająca się między mnie a Dziecko. Już w piątej kasie pyta - mówi nadchodząca antypatyczna kierowniczka. - Nie może pani - burczy. 

11. Przygotowania do przeprowadzki

Dziecko - tłumaczę A. - ma większe prawo do naszego łóżka, skoro sypia w nim od urodzenia, a my tylko kilka lat.

12. Archeologia

Dno szuflady: test z dwoma kreskami, kartka od K. z Brukseli, rachunek za hotel z podróży poślubnej, tabaka z Chmielna, drobne juany, notes na adresy, w którym wciąż jest W.

13. Pod powiekami

Nie do opisania jest to, co bym chciał opisać, niewypowiadalne jak latem. Rozczesuję pojedyncze obrazy, zapisane słowa. Czułość pamięci albo pamięć czułości. Coraz częściej zamiast: wielokropek w nawiasie.

14. Data 

Zapomnieli, że są.

15. Bateria

Numer milion dwieście piętnaście w kolejce w ikei. Telefon się wyczerpał. Dziecko też.

16. Ponownie o kurierach

Zapowiedziany kurier zadzwonił raz, a potem już nie odbierał. Kolejne zranione serce?

17. Tulipany

Pierwszego roku razem kupowaliśmy co tydzień inny kolor tulipanów. Zostało z niego mnóstwo zdjęć w pokoju na Saskiej Kępie. Teraz tylko zapisuję: fioletowy, czerwony, różowy, czerwony.

18. Szczelina

- Ciągle trzeba się martwić - mówię A., kiedy wracam z kościoła wieczorem. 

W kościele mówili, że nie trzeba - takie świadectwo. Trzeba zostawić szczelinę a Bóg wszystko załatwi. - Skąd się biorą ci beztroscy ludzie?

- Tak, ciągle - czuwa A.

19. Polska

Kiedy minister przyszedł po raz pierwszy na karteczce nad biurkiem sekretarki wykreślił tytuły nie dla niego. Zostały same te, co czytał zawsze, te o Bogu i ojczyźnie. Podejrzewam, że wszyscy zrobili tak samo. 

Nie powinni się teraz dziwić: kilka tych samych nazwisk w kółko, kilka gazet, ich cały czarno-biały świat, który nie istnieje naprawdę.

20. Pieśń na wyjście

in blue

21. Rozmowa nad kubeczkiem

- Poproszę bezkofeinową.
- Badania?
- ...
- Zrobię panu zbożową, jest lepsza.

(Nieprawda.) 

22. Rysunek

Nie zapomnieli, że są. A. namalowała w zeszycie, w którym pisał bloga czerwone. Ale on już dawno nie pisał bloga, znalazł dopiero dzisiaj.

23. Krajobraz z nimi

Odlatując, zostawiali za sobą ruiny i zgliszcza.

24. 25. 26. z A. i J. i M. i Dzieckiem w Londynie (por. tutaj)

27. Podróże znowu

Po powrocie cała codzienność jest jeszcze bardziej codzienna. Utrzymują cię kroplówki ze zdjęć i krótkich zdań. Zasypiasz nadzwyczajnie wcześniej. (Podróżowanie jako sposób na niezmarnowanie do końca). 

28. O czytaniu

Studentka naprzeciw czyta zawzięcie jakąś dużą prozę. Skrywa tytuł za plecami koleżanki (też tak robiłem) a ja jestem niezmiernie ciekawy co to. Niestety nie mogę wyjść z roli nudnego wykładowcy, więc nigdy się nie dowiem.

  

 
1 , 2