2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
środa, 30 kwietnia 2008
zwykła rodzina w małym miasteczku

(skojarzyło mi się jakoś tamto Braunau z tym Amstetten)

A któż to jest ten mały dzidziuś w kaftaniku? 
Toż to mały Adolfek, syn państwa Hitlerów! 
Może wyrośnie na doktora praw? 
Albo będzie tenorem w operze wiedeńskiej? 
Czyja to rączka, czyja, uszko, oczko, nosek? 
Czyj brzuszek pełen mleka, nie wiadomo jeszcze: 
drukarza, konsyliarza, kupca, księdza? 
Dokąd te śmieszne nóżki zawędrują, dokąd? 
Do ogródka, do szkoły, do biura, na ślub 
może z córką burmistrza? 

Bobo, aniołek, kruszyna, promyczek, 
kiedy rok temu przychodził na świat, 
nie brakło znaków na niebie i ziemi: 
wiosenne słońce, w oknach pelargonie, 
muzyka katarynki na podwórku, 
pomyślna wróżba w bibułce różowej, 
tuż przed porodem proroczy sen matki: 
gołąbka we śnie widzieć - radosna nowina, 
tegoż schwytać - przybędzie gość długo czekany. 
Puk puk, kto tam, to stuka serduszko Adolfka. 

Smoczek, pieluszka, śliniaczek, grzechotka, 
chłopczyna, chwalić Boga i odpukać, zdrów, 
podobny do rodziców, do kotka w koszyku, 
do dzieci z wszystkich innych rodzinnych albumów. 
No, nie będziemy chyba teraz płakać, 
pan fotograf pod czarną płachtą zrobi pstryk. 

Atelier Klinger, Grabenstrasse Braunau, 
a Braunau to niewielkie, ale godne miasto, 
solidne firmy, poczciwi sąsiedzi, 
woń ciasta drożdżowego i szarego mydła. 
Nie słychać wycia psów i kroków przeznaczenia. 
Nauczyciel historii rozluźnia kołnierzyk 
i ziewa nad zeszytami.

(W. Szymborska, Pierwsza fotografia Hitlera)

półksiężyc nad placem wilsona

odechciało mi się kina nie smakował mi deser amaretto od z. grycana tramwaj nam uciekł metro nie chciało przyjechać ani odjechać przed kasą kobieta wymieniała bilety gdy weszliśmy do ciemnej sali arabskie napisy cytat z kierkegaarda czysta poezja film świat odległy a tak samo laptopy komórki (umarł z radości chyba...) jakby się wizje etnografów włączyły płynnie w dwudziesty pierwszy wiek a dyskusje o francuskich malarzach surrealizm czysty (choć to impresjonizm) świat realny staje się nierealny czas ucieka wieczność czeka

(świetne obserwacje antropologiczne cudna muzyka i zdjęcia znowu kierowca uroczy bardziej niż w wycieczkowiczach dużo bardziej)

muzyka tak jak fotografia pokonuje śmierć.

wycieczkowicze w wieczór wiosenny wybitnie wiosnowaty
miało być kino poważne ale za dużo widzów biegiem wzdłuż alei solidarności jeszcze kolejka w barze szybkiej obsługi (autor bloga pragnąl hamburgera za trzy złote) kino było lekkie łatwe i przyjemne ze szczęśliwym zakończeniem z bliźnim się możesz zabliźnić tego wieczoru tego oczekiwałem prawdę mówiąc więc kino femina film czeski podobny do wielu innych filmów czeskich motyw uniwersalny grupa ludzi w drodze (przypomina to jedną z najlepszych inscenizacji teatru telewizji pod tytułem pielgrzymka polacy jeżdżą po sanktuariach czesi na wczasy) odkrywanie swoich kompleksów wad szukanie człowieka w człowieku (film czeski zręcznie łączy dramat istnienia z komizmem codzienności) niektóre sceny taka jak zbiorowy coming-out onanistów na plaży wyborne tudzież scena miłosna (prawie) podwodna a kierowcy cudni kierowcy od razu lepiej jak tabletka na uspokojenie szklanka melisy made in czech republic
poniedziałek, 28 kwietnia 2008
najokrutniejszy z miesięcy. ja.
najbardziej zielonym miejscem za moim oknem jest cmentarz właściwie kilka cmentarzy splątanych w ekumenicznym i międzyreligijnym dialogu kości oprócz zielonych plam cmentarza występuje jedynie beton asfalt stal i szkło z tego składa się mój horyzont trzydziestego szóstego piętra jak się tu znalazłem co robię wklepując monotonne ciągi znaków wpatrując się w miasto wypijając ostygłą kawę gdzie się podział zachwyt którym kiedyś obdarzałem życie wierząc  że z zachwytu jesteśmy stworzeni i w zachwycie istniejemy teraz pustka puste coraz bardziej puste słowa puste pokoje o ścianach w kolorze głebokiej bieli nieżywe i niemogące ożyć co ja robię obserwując dni i nie czując się ich istotną częścią nie mogąc wpłynąć ani na własną ani na cudzą historię brak miejsca w którym się jest ciągła podróż rytuał przestawiania budzika rytuał tłoczenia się w tramwaju rytuał spóźniania się do pracy rytuał nierobienia tego co się chce robić i robienia tysiąca nieważnych rzeczy kolejne dni podobne do siebie drogi koty nawet to całe pisanie jest niczym innym tylko częścią rytuału konfesjonałem przed którym mogę powiedzieć to czego nie mówię zwykle czego nie mam odwagi powiedzieć czego nie chcę mówić tylko milczeć czytać cudze sny znalazłem się na wieży w centrum miasta nie potrafię pisać mówić śnić interpunkcja też wydaje się zbędna jak wiele rzeczy stało się zbędnych z jak wielu trzeba zrezygnować zakopać ukryć na ten moment na zawsze czasem myślę że to grzech najbardziej śmiertelny kroczyć drogą szeroką udawać że się jest zwyczajnie po prostu choć myślało się że jest się inaczej lepiej że do rzeczy wielkich a nie pozmywać usiąść przy stole napić się kawy zasnąć szukać w rzędach literek pocieszenia licząc na wybaczenie na miejsce po prawej stronie w dniu sądu co zrobiłeś ze sobą kim jesteś gdzie zgubiłeś sens nie da się sumienia zagłuszyć szukaniem piękna szukaniem tu i tymczasem miejsca do schronienia domu chleba Boga nieumiejętność pisania wynika naprawdę z nieumiejetności życia pozostaje ci wieża na której każdego dnia chcesz sięgać wzrokiem poza horyzont w dal w przeszłość tylko ta jest prawdziwa tylko ona jedna ukojenie szczęście bzów w parku saskim śniegu w miejscowości p. świerszczy pod a. coraz mniej koi coraz bardziej boli że tamten ja to ten sam człowiek że się zamazują słowa gesty myśli że obrazy pozostają fotografiami zeżartymi przez czas że nic już nie ma że wyjdę z wieży i świat będzie ten sam tramwaj rytuał bez opamiętania bez myślenia amen.
Autor bloga marzy na konferencji naukowej w auli Collegium Novum

śni się sen
co mnie gna ceemka:

między jagiełłą a kopernikiem - ja

(a nade mną rektorów orszak płócienny)


niedziela, 27 kwietnia 2008
a te słowa cóż mogą. ta woda.


ja na falklandach
a ty na kurylach


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5