2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
czwartek, 30 kwietnia 2015
Dionisios Sturis, Gdziekolwiek mnie rzucisz, WAB 2015

 

Mam słabość do wysp, wiecie już zapewne. Zwłaszcza takich, co mają w godle trzy połączone nogi. W przypadku wyspy Man nazywa się ono triskelion, w przypadku wyspy, która na tym blogu jest po prostu Wyspą - trinacria.

Reportaż Dionisiosa Sturisa czyta się miękko i bez problemów. Może nie zachwycam się wykwintnością stylu, ale jest to książka ciekawa, dająca dużo wiedzy, a równocześnie osobista. Już pierwsze akapity są dla mnie, miłośnika owoców morza (pochwal się, hedonisto!) odkryciem. Miałem dotąd dosyć proste wyobrażenie, że małże - hop, hop - wpadają do rosołku albo białego wina. Obawiam się, że jeśli A. przeczyta ten rozdział, to długo małży nie zjemy.

Tam, gdzie książka robi się najbardziej osobista, staje się piękna. Rozdział trzynasty jest elegią prozą. Czytany był w radiu i tam go usłyszałem, ale czytany samemu wzrusza chyba nawet bardziej tym dojmującym poczuciem straty. Autor książki dobrze wie: czasem nie trzeba wielu słów, czasem wystarczy niedomówienie.

 

środa, 29 kwietnia 2015
Dziennik. Podwójne życie autora bloga

 

To było tego dnia, kiedy poszedłem rano na kawę i spotkałem cztery strażaczki w galowych mundurach. Pamiętam, bo trochę się zdziwiłem, zamawiając to, co zwykle.

Tego dnia mój blog rozpoczął intensywne życie poza mną. Patrzyłem na to z zachwytem w pierwszej chwili, potem z niepokojem, wieczorem z niedowierzaniem. Można było pisać o setce książek i filmów, o papieżach i ministrach, ale dopiero, gdy napisałem o mieście R. zapanowała hossa. Słupki zaskoczyły.

Prawdę powiedziawszy to schowałem się pod kołdrę i boję się dotknąć klawiatury. Kiedy jesteś w prawie intymnej relacji z każdym Czytelnikiem lub Czytelniczką, pisanie jest jak pisanie listów do przyjaciół. A teraz musisz nauczyć się odróżniać siebie od tekstu (29.04.2015).

 

Tagi: blog ja
22:53, kozmo1 , DZIENNIK
Link Komentarze (2) »
Dziennik. Twardowska

 

Bez ma już pączki. Magnolia opada. Forsycja ledwo, ledwo. Z jabłonek płatki. 
I długo trzeba będzie czekać, aż odkwitną - podśpiewuje Iwaszkiewicz. 

Po czterech tygodniach spaceru po tej samej ulicy, zdaję raport z prognozy przyrody.

(28.04.2015, Stare Bielany)

 

Radzyń Podlaski. Sekcja zwłok sztetlu

 

Jatki, Rynek II, Radzyń Podlaski 2009

(Jatki, Rynek II, Radzyń Podlaski, lipiec 2009 r.)

 

Jednym z upadłych sztetli w środkowej Polsce, która po paru wojnach stała się Polską wschodnią, był R. W mojej prywatnej geografii, a może nawet kosmologii, R. wyróżniał się tym, że był środkiem świata. Miasto święte, gdzie stał wigilijny stół, gdzie pojawiała się pierwsza gwiazdka, gdzie dzieliliśmy się jajkiem w słoneczny poranek niedzieli, a rytm życia wyznaczały bijące dzwony. Taka prywatna Jerozolima nad rzeką Białką. Wszystko w R. było dawniejsze. Nawet jeśli rozmawiano tam o mieszkańcach R., to zwykle podawano zawiłe genealogie. Wiecie, nie że Ozjasz był ojcem Joatama, Joatam ojcem Achaza, ale że on był za tamtą, co miała sklep za "ogrodniczą" a jej siostra nie żyła z mężem (do dziś pamiętam swoje zdziwienie, że oprócz zwykłego nieżycia istnieje jeszcze nieżycie z kimś).

R., który pamiętam ma jeszcze pewne cechy małego, chociaż już nieżydowskiego, miasteczka. W każdą środę rano wspinałem się na kuchenny parapet: ulice za oknem zastawione były furmankami. Przyjechali na rynek - patrzyłem jak po koniec ulicy pomarańczowych domów na Ostrowieckiej - konie przeżuwają owies z worków zawieszonych na szyjach. Ludzie byli jakoś uroczystsi wtedy, ale to i tak nic w porównaniu z Anną. Anna była odpustem i to dość dziwnym: odpustem obchodzonym na cmentarzu. Był to dzień, zawsze upalny i lipcowy, lepki od tłustej sadzy z robionych w domu zniczy w kamionkowych miseczkach (miseczki z resztkami wosku należało potem zebrać, żeby nadały się na następne święto). Tego dnia obok nieżycia w najlepsze rozkwitało życie, aż strzelało kapiszonami. Do cmentarza z miasteczka było daleko, ale i tak najlepiej było iść wtedy na piechotę, bo wozy, konie, czasem trafiały się ursusy, zastawiały każdy metr pobocza. Suma odpustowa to zresztą była poważna suma, nie jakaś godzinka na odwal, ale bite dwie godziny z porządnym, krzyczącym na kazaniach proboszczem.

R. był wówczas prowincjonalnym miasteczkiem z ciągłym kompleksem stolicy województwa, która miała zostać w R. a ostatecznie umieszczona została - jak mówiono - u Białorusinów. R. na pocieszenie, ale marne to pocieszenie, zatrzymał archiwum wojewódzkie. Działo się to pod koniec epoki, którą nazywa się komunizmem, ale która z komunizmem w tamtym czasie niewiele miała wspólnego. Gdzieś w tym czasie, w którym akurat wybuchł reaktor, przez co pochód pierwszomajowy w R. musiałem oglądać z okna. Koniec końców, tamten R. był uroczym miasteczkiem z łabędziami na stawach, wierzbami na osiedlu Bulwary i Aniołem Pańskim trzy razy dziennie.

Od dzwonów zaczęły się zmiany. Do pewnego czasu wieszali się na nich ministranci, co szczególnie pogrzebom nadawało ludzki charakter. Trumna kroczyła na ramionach spod dzwonnicy a na górze chłopaki skakali i machali rękoma, żeby dzwony biły jak najlepiej. Wszyscy wiedzieli, kto umarł, bo przejście od życia do nieżycia było rzeczą publiczną, zawsze z eksportacją zwłok z domu żałoby jak odczytywałem na gęsto po mieście rozwieszonych klepsydrach. R. jak to środek świata, miejsce wyjątkowe, zawsze balansował na krawędzi rzeczy ostatecznych. Elektryczny mechanizm był bardziej punktualny, ale nie miał duszy.

Potem wyburzyli synagogę. Właściwie dopiero parę lat później dowiedziałem się, że to synagoga a nie wytwórnia oranżady. Skoro pojawiła się już coca-cola, to nikt nie będzie pił sztucznego napoju w kolorze pomarańczy (nie będzie już woreczków z oranżadą na Anny). Mieszkańcom jakoś umknęło, że ów budynek, na miejscu którego powstał nowy parking, to synagoga. Wiele im umknęło z czasów sztetlu, i tylko co jakiś czas napomykano, że niejaki Karych w swoim piecu znalazł żydowskie złoto. Było to w czasach, gdy inny z mieszkańców złota szukał również w grobowcach rodzinnych miejscowych hrabiów pochowanych pod kościółkiem, tym od odpustu Anny.

Żydowskie było nie tylko złoto, ale też piękne drewniane domy przy wówczas brukowanej Warszawskiej, która może i prowadziła do Wa. (teraz to wiem, że tak właśnie prowadzi, ale wówczas była drogą przede wszystkim do Lu.) Domy były drewniane, postawne, z dubeltowymi oknami i zdobieniami ponad framugami. Przypominały chatkę z "Przygód Kota Filemona", zwłaszcza gdy w okolicach świąt pokrywały się śniegiem. Umierały po kolei. Były lata dziewięćdziesiąte. Na ich miejscu powstało osiedle o ambitnej nazwie Manhattan. Teraz został już tylko jeden, ale prędzej czy później ze smutku, czy starości również się rozpadnie. Manhattan za to - jak wszystko, co z lat dziewięćdziesiątych - wygląda dzisiaj pokracznie i zalepiony jest reklamami solariów i taniej odzieży.

Pod piłę poszły wierzby płaczące. Przez całe lata osiemdziesiąte osłaniały piaskownicę i skromny plac zabaw, ale sąsiedzi denerwowali się z powodu cienia. Łyse podwórko odsłoniło śmietnik, parkingi i zaplecza sklepów, które przestały być RSS Społem, a zaczęły nosić jakieś powabne nazwy. Drzewa w całym R. dzieliły los wierzb. Osiedla odzyskiwały światło, cmentarzowi nie groziły spadające gałęzie, choć teraz mężczyźni na Anny musieli stać na sumie w kaszkietówkach. Szczęście, że lipce zaczęły się robić bardziej deszczowe niż słoneczne.

Drewniane jatki - mówiło się hale - były właściwie od początku nie na miejscu. Póki służyły jako dworzec autobusowy można było je zaakceptować, ale nie pasowały swoją przedwojenną prowincjonalnością do miasta, które stało się stolicą powiatu i którego główną ulicę przemianowano na Jana Pawła. Dworzec wkrótce przeniesiono na oś widokową pałacu (oczywiście nie sadzono przy tym drzew, latem tam też należy używać kaszkietówek) a hale pozostały opuszczone. Któregoś dnia przeczytałem w gazecie, że już ich nie ma. Burmistrz zapowiedział, że teraz będzie fontanna a nie byle co.

Potem domyślacie się już, co było. Powstały pawilony lidla i biedronki, chyba też żabki, nie wiem czy kauflandu albo tesco nie zbudowali gdzieś na przedmieściach. W miejscu lodziarni, jednej z największych atrakcji świętego miasta, powstały salony telefonii komórkowej. Miasteczko stało się zwyczajne, takie jak setki innych miasteczek rozsianych po Polsce, które dawniej były wyjątkowe, a dziś są jak od jednej sztancy. Nic specjalnego. To, co zwykle.

Uświadomiłem to sobie pewnej soboty, właśnie w R.: przestało już być środkiem świata.

 

Dziennik. Powieść

 

Powieść. Napisanie powieści to byłoby coś, co wepchnęłoby mnie do encyklopedii. Czytałem albo słyszałem o pisarzach, co całe lata męczyli się nad tym, żeby stworzyć dzieło, ale nigdy nie było doskonałe. Pozostało więc niedokończone lub niewydane i nawet nie udało im się zaskarbić pośmiertnej sławy. Nie, nie mam cierpliwości do takiego ogromu narracji. Zresztą powieść to jest na niby, życie - nawet bez encyklopedii - jest na serio.

Opowiem Wam o urzędniku, który całe dwa lata szlifował jeden dokument, wiecie - poprawki, uwagi, akceptacje, dekretacje, ale pod koniec kadencji okazało się, że to już nieważne, nikt tego dokumentu nie przyjmie i nikt go nie potrzebuje. Pani Minister spieszy się.

Rozumiecie teraz: trudno mieć motywację do pisania powieści (27.04.2015).

 

wtorek, 28 kwietnia 2015
Charlie LeDuff, Detroit. Sekcja zwłok Ameryki, Czarne 2015

 

 The Metropolitan Museum of Art: “Children on Fire Escape” by Weegee (Arthur Fellig), gelatin silver print, 32.2 x 40.3 cm. (12 11/16 x 15 7/8 in.), 1938. Accession Number: 1983.1130.35 © Weegee / International Center of Photography.

(Weegee, "Children on Fire Escape", 1938, The Metropolitan Museum of Art.
© Weegee / International Center of Photography,
źródło: http://www.metmuseum.org/collection/the-collection-online/search/263656)

 

LeDuff nie napisał reportażu. Napisał mięsistą i soczystą opowieść rodem z czarno-białego dreszczowca albo komiksu. Motyw wykorzystany już wielokrotnie: do rodzinnego miasta po latach wraca Sprawiedliwy. Zastaje miasto przeżarte korupcją i zbrodnią, jego wywalone bebechy cuchną, Zło czai się w mrocznych zakamarkach. To ponury pamiętnik reportera, który wraca do domu, a ten dom nie przypomina już tego, który kiedyś miał (s. 14). Sprawiedliwy musi stawić czoła Złu. On jeden, nieważne, że jest tylko dziennikarzem z żoną i córeczką. Akurat trafia się sprawa zabójstwa prostytutki Truskaweczki. Po pustych arteriach wyją radiowozy. Jeśli powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. B jak Batman.

Proza LeDuffa zasługuje na ekranizację. Doskonale wpisuje się w ten nurt opisywania dekadencji, który można obserwować już w latach dwudziestych XX wieku. Nieprzypadkowo powyżej zamieszczam zdjęcie Weegee'go. Jego fotoreportaże ze zbrodniczego Nowego Jorku mają w sobie ten sam klimat, co późniejsze o ponad pół wieku historie LeDuffa z upadłego Detroit.

Zdania z książki można wypisywać bez końca. Jedno, dotyczące zawodu dziennikarza, już zrobiło karierę na stronach społecznościowych, bo one są po prostu atrakcyjne - krótkie i celne:

Jestem reporterem. Pijawką. Kupczę nędzą i cierpieniem. Dla nas, reporterów, złe rzeczy są dobre. Jesteśmy jak kolekcjonerzy martwych ciał (s. 28; lubię tę umiejętność spojrzenia z dystansu, tę cechę, której polskim tuzom reportażu czasem nie zbywa). Albo: Była idealnym wcieleniem (...) polityka obecnych czasów. Była przekarmionym błaznem, tuczącym się na koszt państwa, od którego chudnącego ciała coraz bardziej odstają żebra (...). Klauni zapewniają sprzedaż nakładu (s. 75, przyznam się, że wyciąłem słowo amerykańskiego).

Nie jestem przekonany czy - tak jak chce tego autor - z książki o Detroit można wyciągać wnioski dotyczące upadku innych miast, Ameryki, czy całego kapitalizmu. Zamiast podręcznika urbanoapokaliptyki wolę czytać LeDuffa ze smakiem, tak jak się ogląda dobre stare filmy z czasów poprzednich upadków. Spencer Tracy wyciąga właśnie kolta zza pazuchy.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7