2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
wtorek, 31 lipca 2012
Ostatni dzień lipca. Polska

 

Przez pół roku o polityce nie pisałem nic. Dzisiaj jest dzień szczególny, bo aż dwa wydarzenia, które upamiętnienia wymagają. A początek sierpnia to nie jest dobra na upamiętnienia pora, bo kalendarz zajęty. Czcić cywilne ofiary jednego z najbardziej nieprzemyślanych manewrów militarnych naszych czasów, rozpamiętywać kunktatorstwo przywódców, którzy na zgubę wydają stołeczne miasto i naiwnie każą wierzyć, że entuzjazm wystarczy przeciwko czołgom.

Dziś jest ważny dzień, bo przyjechał kandydat w wyborach. Kandydat mówił piękne słowa a podniecenie sięgało zenitu. Jak mówi, jak chwali, jak delikatnie dotyka, jak czule gładzi, jaki jest męski, jaki sprężysty, jaki mocny. Kolejny, który kocha Polskę i najchętniej by tę Polskę widział na roponośnych polach Iranu. (Ale fala podniecenia już ogarnia a on mówi: "papież" a na to słowo w polskiej delegacji już tylko słychać jęki. Jak dobrze.) Kiss my ass, this is a holy site.

Dziś jest też ważny dzień, bo pojawia się nowy minister. Nowy minister ze starymi zwyczajami. A ma być na bezrobociu? Nie twierdzę, że ostatnie dni coś pokazały. Co miały pokazać, jeśli o tym już dawno wiadomo? Wszyscy protestują, ale w gruncie rzeczy dobrze nam w tej Rzeczpospolitej Pociotków, jeśli tylko nasi pracują w urzędzie gminy, pracy, opeesie albo podstawówce. Nie dorośliśmy do wolności, nie dorośliśmy do własnego państwa.

Tagi: Polacy
22:25, kozmo1 , TEKSTY
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 lipca 2012
I taki autor bloga

 

(Nie wiedzieć czemu ostatnio przypadła mi do gustu metafora pływania po mieście. Dzisiejsza wyprawa komunikacją miejską po plecak (Wrzeciono) i kartę pamięci (Wola) na myśl od razu nasunęła mi "Odyseję". Ach, gdybym miał talent.)

 

I

Tutaj młodzieńcy tatuują sobie na rękach odległe archipelagi.

II

Dobiłem do dzielnicy chińskich barów i automatów z grami. W tym miejscu stał dom i komunistyczna partia, a teraz jest bielizna i akumulatory. Przepraszam, czy jest tu gdzieś bankomat?

III

"Buty z koziej skóry", "Naprawa wózków", "Pracownia cukiernicza".

IV

Kobieta z córką (czarna, wypukła) i z rasowym psem (grzywacz chiński, zaniedbany jak jasna cholera) wiesza na przystanku ogłoszenie: "Znaleziono rasowego psa". Pies obsikuje latarnię. Taśma nie trzyma się latarni. Wiatr zrywa ogłoszenie. Autobus nadjeżdża.

V

Mężczyzna na siedzeniu z przodu pachnie świeżym moczem i świeżą wódką. Sto trzy skręca w Marymoncką a on rozpoczyna monolog: Jeszcze raz powiem, wybierajcie Tuska. Będziecie wodę pić, chleba nie będzie, wodę z kranu. Wszystko, k...a, obiecuje je...y. Czka znacząco.

 

(Tak jakby w tym mieście, w którym żyję, istniało jeszcze jedno miasto, zupełnie inne, zupełnie inne ulice. A może jest więcej tych miast. Jak w matrioszkach, jedno wyrasta z drugiego, jedno w drugim się kryje.)

Autor bloga i główka od szpilki

 

Nie odmawiam sobie zimnego Nussbeissera: najlepszy jest na ocieplenie na poddaszu (najlepszy oryginalny z okienkiem, nie taki z polskimi napisami). Za to odmawiam egzorcyzmy, które mnie chronić mają przed Madonną. Moje poddasze (jak pół miasta) przecież w zasięgu widoku stadionu. Od żarliwych modlitw liczne omdlenia, lecz nic to. Uczeni teolodzy orzekli, że diabeł jest kobietą (jak zwykle).

Pozostaje wierzyć, że elektryczny Bóg Polaków wyłączy mu korki nim pokaże pierś.

WB

 

Ilekroć przejeżdżamy przez Bemowo, A. wypowiada sakramentalne: jak tu brzydko. Mnie się oczywiście podoba, ale ja jestem turpistą. Jedyne, na co mam uczulenie, to nieprzewidywalne auta z rejestracją WB, które posługują się innym kodeksem drogowym niż reszta Wa. Nas zresztą od Bemowa dzieli tylko domek z psem. Stoimy na granicy, wyciągamy ręce. O poranku wpadł mi w nie cytat z Macieja Nowaka, ale tak doskonale streszczający ideę Bemowa, że ciężko nie przepisać.

Nie pytajcie mnie, jak tam dojechać. Bemowo to dla mnie okolice, które na dawnych mapach oznaczano na biało z opisem "ubi sunt leones'', czyli tutaj żyją wyłącznie lwy. Jechałem z centrum bardzo długo taksówką, wydawało się, że kilka razy zmieniały się strefy klimatyczne, raz padał lodowaty grad, innym razem skąpały nas tropikalne burze, ludzie wyglądali jak mityczni jednoocy cyklopi i daleko niosło się szczekanie wydobywające się z psich zadów. Nawet dotarcie pod konkretny adres nie było proste, bo tradycja urbanistyczna kultury bemowskiej różni się od tej z centralnej części Warszawy i konkretny numer nosi cała parcela, a nie pojedyncza kamienica.

(źródło: http://cjg.gazeta.pl/CJG_Warszawa/1,104436,12193345,Sepia.html?bo=1)

Dziennik w innych fragmentach (28, 29, 30)

 

Miasto o drugiej trzydzieści jest jeszcze wieczorne (poranne staje się -
parę wpisów wcześniej - około czwartej.) Noc jest ciepła i rozlewają się z barów ciała.

Nad Wisłą nabrzeże zalanych panien. Przypływają taksówki jak krążowniki.
Na stacji tankują ćmy a kasjer zamknął się z parówkami i kawą.

Nagle o trzeciej w nocy pojawia się sąsiadka.
Nie było jej o dwóch lat.

 

Na Anielewicza zatrzymują się samochody
Chińczyk goni kaczkę. Kaczka zatrzymuje się koło nakazu jazdy z prawej strony.
(Oczywiście brzmi to co najmniej niewiarygodnie, niemniej A. mi świadkiem.)

 

Kim właściwie była ta elegancka, w nienagannych obcasach pani,
zawsze o ósmej dziesięć wsiadająca tylnymi drzwiami? Spojrzenie jej kamień i chłód.

 

Tagi: ja
09:38, kozmo1 , TEKSTY
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 lipca 2012
Królestwo Galicji i Lodomerii, Cesarstwo Ameryk

 

Nie umiem czytać pożyczonych książek. Po prostu czuję się nieswojo. One pewnie też. Inaczej pachną. Czytanie książek i kupowanie książek łączą się ze sobą w jeden obrzęd: od powąchania papieru przez stolik przy łóżku po - tym zajmuje się porządkująca A. - odstawienie na półkę.

Właściciel książki i reportażowego bloga słusznie ją zachwalał. "Cesarz Ameryki" pozostawia wrażenie jak byśmy byli na austro-węgierskim posterunku granicznym w Oświęcimiu i mogli obserwować coraz to nowe, pojawiające się postacie. Wielka zasługa autora, że mają nazwiska i imiona, mają wiek, i zawód, i rodzinę, i jakąś historię: nie są statystyczną masą. Wyrwani z zapomnienia.

Jest to też opowieść o mocy plotki. Pozwala sobie uświadomić np. jakim szokiem dla mieszkańców Galicji musiała być samobójcza śmierć arcyksięcia Rudolfa, przewijającego się w późniejszych ludowych legendach i wiecznie żywego jak Elvis. Inne legendy też zresztą są inspirujące jak choćby - opisana na okładce - historia o cesarzu Ameryki, który wydaje migrantom ziemię oraz o strzegącej Nowego Jorku i tamtejszej ziemi obiecanej statui Matki Boskiej z pochodnią w dłoni. A Rozalia zamiast Brazylia, ta Rozalia, święta w kwiatach.

Całkiem na poważnie, "Cesarz Ameryki" stanowi dla mnie, obok "Jest taki piękny, słoneczny dzień" oraz "Wielkiej trwogi", tom trylogii chłopsko - żydowskiej, pozwalając obejrzeć źródła resentymentów, które z takim okrucieństwem objawiły się w czasie drugiej wojny światowej.

(Czytałem na skwerze Hoovera. Kiedy podniosłem wzrok, zobaczyłem żwawo maszerującego starszego pana w hawajskiej, brązowej koszuli. Skąd go znałem? Usiadł na ławce w kierunku Anny. Tak to on, to musiał być on, profesor D., mój promotor w czasach jeszcze niewirtualnych. Co za zbieg okoliczności: zważywszy na jego zainteresowania badawcze i pasje, tytuł "Cesarza Ameryki" (przynajmniej Łacińskiej) pasował mu najzupełniej).

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6