2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
czwartek, 31 lipca 2014
Dziennik. Lato

 

Wszyscy w Wa. są dziś powstańcami i nikt nie przegrywa naszych powstań. Wszyscy w Wa. są waleczni. Wszystkim rozdać karabiny. Nie ma nowych powstań, trzeba sobie radzić.

Nowym Światem jechał z ananasem, ten rowerzysta, intelektualista pi....lony w okularkach. Zajeżdża mu drogę taksówka, patrzę z autobusu, Ordynacka. Wysiada wytatuowany, w podkoszulku, kierowca waleczny, wyzywa, daje w twarz rowerzyście, chwieje się ananas. W takim okamgnieniu wszyscy wryci. Patriotyczny nastrój: nie poniósł klęski, wsiada i odjeżdża, jutro założy chorągiewki w wycieraczki, zanuci "Pałacyk Michla".

Wejdźmy wszyscy do fontanny, jak ta wycieczka szkolna, dziś w południe, może nam trochę ochłodzi głowy przegrzane Polską, wielkim uniesieniem. 

 

Wakacje z Jarosławem (odc. 1)

 

Zastanawia mnie czasem ilość uczuć i myśli, które zapadają się w nicość i nie pozostawiają żadnych śladów. Opadają one jak liście na drzewach, ale nie zawsze przetwarzają się w dobroczynny ferment, na którym naprawdę powstają nowe myśli i nowe uczucia (s. 66).

O potrójnym Jarosławie: nie mam okazji przyglądać się pisarzom, zdejmować z ich narracji kolejne warstwy. Czytanie wspomnień Jarosława przypomina badania archeologiczne albo profile stratygraficzne. Pierwsza warstwa to dzienniki i listy: zapis odczuć, emocji, intymności, surowych ocen z dnia na dzień. Na pierwszym miejscu jest ego. Druga warstwa to wspomnienia, autobiografia, to co teraz czytam: zapis jest wygładzony, ego jest mniej widoczne, uporządkowanie faktów, wszelka intymność zostaje odseparowana od narracji lub w narrację wpleciona w sposób literacki. Warstwa trzecia to powieść. Realne osoby z dzienników i wspomnień stają się bohaterami literackimi "Sławy i chwały", Jarosław wybiera i układa jak puzzle obrazy, zdarzenia, sceny, wplatając je w schemat narracji, zmieniając ich czas i miejsce, utrwala.

Zdaję sobie sprawę, że żadne słowo, tak samo jak żaden pędzel, jak żaden aparat fotograficzny, nie potrafi oddać tego, czym jest nastrój pewnych pejzaży, pól, pewnych dni i pogód (s. 310)

(Jarosław Iwaszkiewicz, Książka moich wspomnień, Zysk i S-ka 2010)

 

Kozmo.blox.pl Pictures presents "Chińczyk na wynos"

 

(Było zdjęcie, ale na dłuższą metę oglądanie
zdjęcia z tego filmu, też mnie męczy.)

 

Najkrótsza recenzja A.: Film totalnie od czapy, pod każdym możliwym względem.

Bohater jest mizantropem i egzystencjalistą (Życie jest absurdem), co może wynikać z przeżytych traum (matka zmarła przy jego urodzeniu i całe życie nosi winę; walczył w wojnie o Falklandy, która w filmie przypomina okopy Verdun, chyba nieco na wyrost). Posiada także kilka manii (kolekcjonuje różne rzeczy, kładzie się spać dokładnie o dwudziestej trzeciej). To wszystko, zwłaszcza ta mizantropia, sprawia, że jest bohaterem interesującym dla autora bloga. Niemniej na dłuższą metę męczy. 

Nie wiem zresztą co mnie męczy: czy przypadkiem nie słaba rozdzielczość w kinie "Praha" i piksele na ekranie. ("Chińczyka" udało nam się zobaczyć po dwóch latach, prowadzonych przez A., repertuarowych poszukiwań).

Jest w filmie oczywiście Chińczyk, jest wątek romansowy (nie powala), a komizm przeradza się w kilku momentach w niepotrzebny patos, co wpływa negatywnie na ocenę filmu jako komedii. Po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że mnie nie śmieszy, ba, nudzi i jest przewidywalny. Ale przynajmniej się nie zawiodłem, bo nie miałem wobec niego żadnych oczekiwań. Wobec kolejnego filmu, który chcę obejrzeć, mam oczekiwania (uwaga! buduję suspens, który sprawi, że Czytelniczki i Czytelnicy będą wyczekiwać kolejnej recenzji i zastanawiać się na jaki film wybierają się autor i autorowa bloga). Oczekiwania niosą ze sobą ryzyko zawodu.

Słowa klucze: szklane figurki; wycinki prasowe mówiące o absurdalnych sytuacjach (takich jak krowa spadająca z nieba i zabijająca chińską narzeczoną); bułka, z której wyjada się środek; śrubki i gwoździe (Skąd pan wie, że to sto gram gwoździ?)

(2,0/2,0)

 

Dziennik. Lato

 

Chiński mędrzec maszyną czyści posadzkę metra. Mam kilka ważnych pytań, ale zagłusza froterka.

-

Wyszła od fryzjera, jeszcze ma sreberka w głowie i pali papierosa. Patrzę spode łba i znad kawy, zbliża się do fontanny. Kilka chwil jeszcze nim stanie się bóstwem. Tyle się dzieje przy fontannie, że właściwie moja pierwsza powieść, gdyby kiedykolwiek powstała, mogłaby nosić tytuł "Kroniki fontanny".

-

Mógłbym też pisać o sobie. Ale tak publicznie nie potrafię nazwać smutku smutkiem a radości - radością. Wybaczcie więc: nadal będę się wysługiwał cudzymi życiorysami.

 

Tagi: ja
00:06, kozmo1 , DZIENNIK
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 lipca 2014
Dziennik. Lato

 

Upał utrzymywał się już od kilku dni. W autobusach panie wachlowały się czym popadnie. Na trotuarach i trawnikach miasta panował negliż, Sodoma i Gomora. Autor bloga, który stracił wenę i pogrążał się w refleksji nad bezsensem wszystkiego, zwykł teraz siadać przy fontannie i popijając kawę zanurzać się w lekturze. (Po co mu to? I tak nie zdoła przeczytać tych setek książek, które chciałby albo powinien. Czy czytanie przypadkiem nie jest zajęciem dla nieudaczników, którzy zamiast stwarzać własne światy chowają się w cudzych?) O poranku marzył by nie wysiadać z autobusu, popołudniami nie chciał wychodzić ze sztucznego, zimnego powietrza. Poza tym intensywnie notował i równie intensywnie skreślał swoje notatki. Dlatego nie starczy tutaj miejsca na dziewczynkę w czarnym swetrze kupującą soczyste wiśnie, na trzech elegancików z biurowca, poruszających się geometrycznie z telefonami przy uszach (skojarzenie z "Gracjami" Rubensa), na kobiety przebrane za weselne druhny jadące na Chomiczówkę, na opalające się na trawniku przy Dzielnej.

 

wtorek, 29 lipca 2014
Kozmo.blox.pl Pictures presents "Mandarynki"

 

 

Miało być dziś o wojnie, tej Wielkiej, ale nie powstało. Za to wieczorem, zachwalany przez R., film pacyfistyczny. Tłum się kłębił, mimo deszczu, pod kinem, bo bilety były po osiem złotych. Czy to znaczy, że gdyby obniżyć ceny biletów kinowych, to sale znowu by się zapełniły (jak dzisiaj w "Lunie")? 

Zacznę od morału. Jeśli w dolinie, którą zamieszkujesz, wybucha wojna i nagle pojawiają się jacyś dziwni ludzie z kałachami, to nie zastanawiaj się, nie zajmuj się sadem, choćby był tego roku urodzaj na mandarynki, tylko pakuj najpotrzebniejsze rzeczy i uciekaj, gdzie pieprz rośnie. Nieważne, że jesteś Estończykiem a biją się Gruzini z Abchazami. Pociski moździerzowe i te z karabinu nie rozróżniają narodowości. "Mandarynki" są filmem o dwóch takich, co nie uciekli. Dolina wydawała się jak w Beskidach, z tym, że przed domem rosła palma.

Takich filmów o bezsensie i absurdzie wojny bardzo wiele powstało na Bałkanach. W gruncie rzeczy estońsko-gruziński obraz powtarza, tyle że w innych okolicznościach, te same spostrzeżenia, co np. "Ziemia niczyja". Kiedy ludzie nagle zaczną się zabijać, to nic już nie potrafi zatrzymać spirali nienawiści. No chyba, że na chwilę uczyni to dobrotliwy Ivo, zajmujący się w dolinie ciesiołką.

Ale wojna i tak zawsze dopada. Happy endy w tego typu filmach, jeśli już się zdarzają, są zwykle połowiczne. Logika watażków jest jednak nieubłagana.

Słowa klucze: żółta kaseta magnetofonowa, szaszłyki, zdjęcie wnuczki

(3,5/3,5)

 

(źródło: filmijutt.blogspot.com)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7