2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
środa, 28 sierpnia 2013
Lista filmów pozostałych

 

(poza kinem)

"Broken Flowers" jest filmem, dla którego chce się jechać do Ameryki. Cały sposób filmowania, cała narracja o amerykańskiej prownicji, cała świetna introwertyczna rola Billa Murraya wołają, aby pisać do US Embassy. Opowiastki o przeszłości i o tym, co nam z niej dzisiaj pozostało ulubionymi są fabułami dla autora bloga. Tu opowieść poprowadzona jest z wirtuozerią od pierwszej sceny. Każde spotkanie jest jakimś innym fragmentem amerykańskiej rzeczywistości, chociaż widzom w pamięci zapada najbardziej pierwsza wizyta, tudzież Lolita.(3,5/4,5)

"The Ring" Po obejrzeniu zacząłem szukać wyspy Oshima i stare etnograficzne zdjęcia w internecie pokazały mi długowłose (po-kolana-włose) dziewczynki. Dreszcz przez to jeszcze przyjemniejszy, że historia się uprawdopodobnia. Horror, ale akcja nie toczy się wartko, jest teatralna, pełna powagi ujęć jak w japońskim kinie serio. Aktorzy grają całym sobą, każda poza ma znaczenie. Konwencja, ale konwencja, która urzeka swoją japońskością. I ma ten film to coś: wzbudza pierwotny, drzemiący w nas lęk, ograbia z bezpieczeństwa. Bo przecież włączający się nocą telewizor i w nim jakiś tajemniczy film to jeden z moich - od dzieciństwa pielęgnowanych - strachów. Dobrze, że nie mamy telewizora i format VHS wyszedł z użycia.  (4,0/4,0)

"Skrzat" Odkąd pamiętam Jo. zachwycała się tym filmem, wymieniając go wśród największych osiągnięć czeskiej kinematografii. Nie, stanowczo nie. Jest to z pewnością odważny formalny eksperyment, ale raczej nie do oglądania. Można parę minut przejrzeć na jutjubie, ale żeby całość zmęczyć wieczorem, to chyba tylko dzięki robionej przez Jo. reklamie. Inaczej się nie da. (1,5/1,5)

"Poważny Człowiek" A. mówi, że gdyby wierzyć w spiski, to oscar (tu pewno się powinno postawić znak zastrzeżony) dla tego czegoś jest jawnym egzemplum działania wiadomo jakich lobby. Innego uzasadnienia nagród rzeczywiście nie widać. Dupowaty bohater porównywany jest w recenzjach do współczesnego Hioba, ale to porównanie może paść chyba tylko z ust osoby nieznającej losów biblijnej postaci (czyli bez wykształcenia rabinicznego jak większość bohaterów). Dupowaty bohater traci wszystko, bo jest dupowaty. Nudna całość okraszona jest obrazkami z życia codziennego amerykańskich ortodoksów, równie fałszywego jak życie prawdziwych katolików. Po tym śpi się głęboko, dobrze. (2,0/2,5)

"Inwazja Barbarzyńców" Planowałem nawet oddzielny wpis poświęcony proroczemu filmowi. Barbarzyńcy, którzy się zbliżali, obecnie najechali nasze miasta i przysiółki. Nie czytają, nie myślą, nie zastanawiają się, rzucają sloganami i nie rozumieją nic. Na przykład nie potrafią zrozumieć gorzkiego sarkazmu, jaki zawiera ta opowieść o umieraniu. Ze wszystkich -izmów, uniknęłiśmy tylko kretynizmu. Nasza epoka nie boi się o inne -izmy, nasza kretynizm już wybrała. Wcale nie jest tak, że film krytykuje chrześcijańskie wartości. Nie, on dzieje się w czasie, kiedy nad tymi wartościami już nikt się nie zastanawia: święci czekają w piwnicach na antykwariusza. Z pełnych biblioteczek głównego bohatera też już nikt nie skorzysta. (Oczywiście jest to też opowieść o państwowej służbie zdrowia w Quebecu, która bliźniaczo podobna do służby zdrowia w Polsce: wyborne fragmenty z łapówkami i ze związkami zawodowymi). "Inwazja Barbarzyńców" mówi o śmierci a nastraja do życia, pełna jest wiary w drugiego człowieka, że to on się najbardziej liczy. Piszcie, co chcecie, ale to lewicowa wiara. (3,0/4,0)

"Pozwól mi wejść" Podróż pewnego roku do Sztokholmu obejmowała właśnie takie osiedla ze stacjami Tunnelbany w śniegu. Tutaj filmowane z niezwykłym wyczuciem, jakby autor zdjęć lubował się w modernizmie. A. wytrzymała szwedzkie krajobrazy miejskie, ale nie mogła znieść podrzynania gardła i spuszczania krwi lejkiem do plastikowego kanisterka. Wbrew pozorom to też film o dzieciństwie, o pierwszej miłości, ale mało w nim ckliwości, a więcej posoki. Rozłożyliśmy wobec tego oglądanie na dwa wieczory. Warto było, bo końcówka wyborna. Co nie zmienia faktu, że z punktu widzenia kryminalnego, fabuła nijak nie trzymała się kupy. Gdzie się podziali ci wszyscy skandynawscy detektywi? (2,5/4,0)

 

(źródło: flickr.com (c) Okinawa Soba)

Dziennik (27/08/13)

Zgubiłem Cię? Nerwowo obmacuję
kieszenie jedną, drugą. Wtykam palce.

Niezapamiętane pozostaną więc zapiski o wilgotnym, babioletnim powiewie od strony Kampinosu i - w rannym ciepłym kolorze - o kawce, która woła zdenerwowana dookoła przystanku. Zapiski o długich nogach, udach uciekających w sprośność, powstałe jeszcze kiedy lato. O pomidorach dojrzewających na balkonie obserwacje zgoła rolnicze.

Kto mi Ciebie ukradł? Pod kinem Wisła
zawracam biegiem do sto szesnaście pełen niepokoju.

O snach już nie mam więcej zapisków. Śni mi się bowiem Portugalia, co poznaję po kolorowych kafelkach. Budzę się i spokojnie zapominam. Wystukuję w samie zasłyszaną opowieść o samochodzie chłodni, którym na pogrzeb ciało. Czytanie dziennika nudzi czytelników a chciałbym zachować Was chociaż garstkę.

Zabrali Ciebie? Kolorowy ekranik, klawiatura QWERTY, której
nie używam. Bez Ciebie nawet nie mogę skupić się czytaniu Brodskiego.

Tak nagle odzyskana niepodległość od elektroniki okazuje się być złudną, skoro jestem dla telefonu jak nadopiekuńcza matka. Bardziej boję się, że stracę mój elektroniczny zapis życia (w nim przyjaciół, słowa, fotografie) niż cieszę się, że mnie nie kontroluje wreszcie przez tych kilka minut, kiedy pędzę pomiędzy Żoliborzem a Skwerem Hoovera. Pochylam się nad telefonem i nie czuję niewidzialnych łap, które swoje elektroniczne pazury wbijają w moje dłonie.

Odnalazłem Cię. Jak mógłbym Cię porzucić.

 

(Autor bloga telefon zostawił wychodząc z pracy.)

Tagi: ja
09:38, kozmo1 , DZIENNIK
Link Komentarze (2) »
Wiktor Woroszylski, Moi Moskale, Biuro Literackie 2007

 

Antologia poezji rosyjskiej stworzona przez starego poetę jest zbiorkiem bardzo osobistym. Jej celem nie jest prezentacja poezji dla poezji, lecz opowieść o sobie samym poprzez wybór tłumaczonych wierszy. Pewnie dlatego tak łapczywie czyta się zbiór not o autorach na ostatnich stronach.

Sama poezja w tym tomie dzieli się dla mnie na dwa działy. Przed Majakowskim nic mnie nie zachwyciło. Oczywiście im wcześniej, tym bardziej asnykowo. Po Majakowskim czyta się z zapartym tchem. Sam Majakowski, Borys Pasternak, Marina Cwietajewa i wielu innych.

Dawid Samojłow patrzący z drugiego brzegu na umierającą Wa. - wiersz niesamowicie porusza, tak, że można poczuć zapach Wisły i ciepły powiew od płonącego miasta. W ogóle rosyjskie wiersze z czasów wojny powinny być szerzej czytane nad tą rzeką (ale kto czyta dzisiaj wiersze, jeśli nawet takie tomy trafiają na wyprzedaże?)

 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Krystyna Rodowska, Umocz wargi w kamieniu, Biuro Literackie 2011

 

Poeci latynoamerykańscy mają pecha. Przekład wiersza to nie tylko ekwilibrystyka językowa: wybór odpowiednich słów w innym języku. Wiersze przecież są miękkie lub twarde, mają różną melodię, ton, światło. Czasem oddanie znaczenia i nastroju wymaga zmiany słów. Tego wszystkiego brakuje mi w tej antologii, pozostaje siermiężna praca w słowie.

Wybór subiektywny, ale czemu już na wstępie wyłączyć kobiety? Zwłaszcza, że jedyna, która pozostała jest świetnym argumentem na rzecz włączania poezji kobiecej do takich zbiorów.

Zaczyna się niedobrze. Vicente Huidobro. Dla mnie Jan Kasprowicz realizujący miasto, masę, maszynę. Ciężko czytany.

Ale zaraz jest Pablo Neruda. Orle kosmiczny, winnico z mgły./ Postradany bastionie, ślepy jataganie,/ Przepasko gwiezdna, chlebie uroczysty (...) Ma się ochotę sięgnąć po Stachurę. Jakby odkryć nagle tajemnicę jego poezji. Z Nerudy on, z latynoamerykańskiej poezji.

Wreszcie, moje odkrycie (nie zachwyt, bo tłumaczenie na zachwyt nie pozwala), Ernesto Cardenal, sandinistowski ksiądz - minister.  Bardzo dużo dobra w poezji:

Panie,
przyjmij do siebie tę dziewczynę znaną na całym świecie jako Marylin Monroe,
chociaż naprawdę nazywała się inaczej
(ale Ty znasz jej prawdziwe nazwisko sierotki zgwałconej w wieku 9 lat
i ekspedientki która mając 16 lat chciała się zabić)
i która staje przed Tobą bez żadnego makijażu,
bez rzecznika prasowego,
bez fotografów, bez wpisywania autografów,
samotna jak astronauta wobec kosmicznej nocy.

Señor
recibe a esta muchacha conocida en toda la Tierra con el nombre de Marilyn Monroe,
aunque ése no era su verdadero nombre
(pero Tú conoces su verdadero nombre, el de la huerfanita violada a los 9 años
y la empleadita de tienda que a los 16 se había querido matar)
y que ahora se presenta ante Ti sin ningún maquillaje
sin su Agente de Prensa
sin fotógrafos y sin firmar autógrafos
sola como un astronauta frente a la noche espacial. 

 

(Ciekawe, że pani tłumacz błędnie, podobnie jak kiedyś ja, tłumaczy Marylin a nie Marilyn).

czwartek, 22 sierpnia 2013
Dziennik (22/08/13)

 

Obudziłem się o drugiej trzydzieści i nie mogłem zasnąć. Postanowiłem wymyślać wiersze, coś na kształt heaneyów i larkinów. Zorientowałem się po kilkunastu minutach, że nie mają wnętrza. Jeden był o Mary, która się utopiła i jej ręce kurczowo trzymały się nieobecnych trzcin. Drugi dotyczył nawet sympatycznego chłopaka, którego ciało wyginało się w rozmaite strony w miejskim autobusie. Zarówno z Mary, jak i z anonimowym chłopakiem nic mnie - prócz formy - nie łączyło. Już wolę liczyć barany.

Po Larkinie naprawdę ciężko się śpi.

 

Tagi: ja
13:57, kozmo1 , DZIENNIK
Link Dodaj komentarz »
Autor bloga i szał wyprzedaży

 

Takiej okazji nie mogłem przepuścić. To kolega zaczął. Siedzi obok, w pokoju i to jego wina.
Ale wyprzedawać poetów po pięć złotych, to przecież nie wypada przejść obojętnie. Jak można się nie zachłysnąć Heaneyem, jak mógłby mi się omsknąć Larkin?

Heaney w tłumaczeniu Sommera to był mój pierwszy Heaney. Zanim jeszcze dostał Nobla, wygrzebałem jego "Człowieka z Tollund" w którymś z numerów "Literatury na Świecie" sprzed mojego urodzenia (te kolorowe rządki z cyferkami - można się było zakochać w ich systematyczności). Wszystkie cztery wiersze o umarłych z bagien równie piękne. Przyroda i wieś opisywane tak soczyście, że czujesz swoją tam, w starej Irlandii, obecność. Proza poetycka z dzieciństwa: coś pomiędzy Issą Miłosza a "Dziećmi z Bullerbyn".

Z kolei Larkin w przekładzie Dehnela bardziej pasuje do mnie ze swoją posępnością i pesymizmem, z tą pewnością marności i nieuchronności. Nie tylko widzi nadciągającą otchłań w sobie i dla siebie, ale też rozpoznaje ją w pustych kościołach, ginącym krajobrazie i poczuciu, że wszystko wolno. Opowiada w sumie o tym samym, co Jan Patocka, ale łatwiej jest go odczytać. (Bliżej autorowi bloga do poetów niż do filozofów).

Larkin kazał spalić swoje dzienniki, prowadzone przez całe życie.

Larkina nie lubił Miłosz. Z jednej strony pochwała smaku życia i smaku dżemu truskawkowego, z drugiej ciągłe przeczucie śmierci.

Larkin do deszczu pasuje.

 

(Seamus Heaney, Kolejowe dzieci, tłum. Piotr Sommer, Biuro Literackie 2010; Philip Larkin, Zebrane, tłum. Jacek Dehnel, Biuro Literackie 2008)

 
1 , 2 , 3 , 4