2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
czwartek, 31 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 5)

 


(Otto Mueller, Trzy akty w lustrze, 1912, Buchheim Museum, Bernried, źródło: pinterest.com)

  

Z Południa

Nadciągają Italiani. Ich wozy, cztery, skręcają do naszego lidla. Dwie pary zamawiają rano cappuccino w mojej kawiarni. Czym ich kusi nieprzyjazna Północ? Czemu ich nie ma w Syrakuzach, gdzie ja bym chciał być? (24.08.2017)

Litery

Przechowała się taka oto prozaiczna notatka poety, opatrzona datą: 9 XI 1902 (...) "Lecz piszę przynajmniej literę T, jako symbol tej chwili". (...) W zapisanej przez poetę tajemniczej literze T jeden z komentatorów dopatrywał się aluzji do tytułu wiersza Mury (...), po grecku Teiche. Najprawdopodobniej jednak jest to inicjał czyjegoś imienia (Z. Kubiak, Kawafis i jego Aleksandria, s. 21).

Ćwiczę skupianie się na jednym punkcie u zbiegu linii. Ale mógłbym również zapisać tu jakąś literę, ba, nawet cały alfabet, i tylko ja bym wiedział, która co oznacza. Przywilej autorów, których ktoś chce czytać, zresztą inicjały od dawna na tym blogu są wieloznaczne: wymienić mogę trzy rozwinięcia litery M.

Maliny

Kiedyś nie myłam malin, bo się rozpadają - opowiada w kolejce jedna pani - ale potem zrozumiałam, że każdą dotykały czyjeś ręce, od tej pory zawsze myję (26.08.2017).

Potop szwedzki

Ile osób zmieści się w Ikei? - rozmyślam usiłując rachować ręce, nogi, całe mnóstwo. Ulewa potrząsa szwedzką flagą. Zły pomysł na niedzielę. Ledwo da się znaleźć stolik. Hans Memling z klopsikami (27.08.2017).

Sklep niemiecki

- Co to? - zapytało Dziecko, wskazując na pozostałości wczorajszego wieczoru, rozrywki, kiedy już zasnęło.
-To jest butelka wina -
wyjaśniłem grzecznie, oblizując się na myśl.
- Ydla -
oceniło zadowolone Dziecko, które do lidla lubi jeździć prawie tak samo jak ja (tutaj).

(28.08.2017)

Na koniec sierpnia (I)

Baletnice czekają w kolejce po tajskie lody, ale nic ona wobec tłumów z lipca.
Nikt nie wie, co zostało zobaczone, a co przywidziane: nie tylko lato przemija (29.08.2017).

Na koniec sierpnia (II)

Dzień się robi coraz krótszy: zawsze pod koniec sierpnia ten ton elegijny.
Próbuję się podzielić swoim niedosytem (30.08.2017).

Pieczywo francuskie

Z powodu upokorzeń, które znosić musimy od Francuzów, postanowiłem nie kupować Dziecku croissanta a zamiast niego wybrać staropolską grahamkę. Dziecko zaprotestowało głośno. Kupiłem więc dwa, jeden dla siebie. (Szczęśliwie udało mi się omijać w tym, co piszę, sprawy publiczne).

Na koniec sierpnia (III)

A. wyciąga z doniczek marcinki, które uschły w słońcu. Dziecko goni bańki mydlane: jeszcze nie pojęło, że Ninka (tutaj) idzie do przedszkola, co oznacza bezpowrotną stratę.

(31.08.2017)

 

poniedziałek, 28 sierpnia 2017
Konstandinos Kawafis, Wiersze zebrane, PIW 1981

 


(Twarz przypisywana Ptolemeuszowi II, 285-246 p.n.e., Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork, źródło: metmuseum.org)

 

Auden i tamto lato prowadzą mnie ku Kawafisowi, którego tomu w tłumaczeniu Kubiaka nie ma już w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Szczytnie. Tamtego lata pisałem o Kawafisowym oku (tutaj) i Mieście (tutaj). Tego lata zmysłowość Kawafisa jest mi obca, pomijając te nieliczne przejaśnienia, w których objawia się znienacka. Mógłbym przecież jak tamtego lata pisać ody o pępku, porównując go - dajmy na to - ze słońcem (tutaj), ale nie potrafię.

Autor bloga myśli o tym samym, co Kawafis: chciałby zatrzymać upływ czasu. Zresztą cała literatura i niby-literatura (taka jak blogi) jest temu poświęcona. Wydawać by się mogło, że Kawafisowi nawet się udaje - oto tak samo ponętni są młodzieńcy przed naszą erą, jak i w wąskich zaułkach Aleksandrii lat dziesiątych ubiegłego wieku, z taką samą czułością o nich mówi:

Ale utraciliśmy rzec cenniejszą: piękność jego,
która była apollińskim objawieniem ("Grób Euriona")

Tyle, że umierają. Coraz ich mniej, odjeżdżają do Smyrny, z której nie ma powrotu. Wie o tym dobrze urzędnik z wydziału nawadniania, któremu przyglądam się na zdjęciach. A może, znów budzi się we mnie to samo pytanie, a może owa łapczywość tego urzędnika jest jedynie wstydliwą przypadłością niedojrzałego wieku dojrzałego? 

Najbliższy Kawafisowi wydaje mi się Jarosław (zawsze wydaje mi się Jarosław) ze swoją pewnością przemijania, i równocześnie ze swoim wzrokiem wyszukującym zachwyconych młodzieńców, takich, którzy nie przeminą (mrzonka!) I ta miłość, której nie da się ukryć, a którą ukryć należy, żeby nie dojrzały jej nierozumne oczy. Szukałem Kawafisa w indeksach dzienników Jarosława: nie ma. 

Zapisuje urzędnik innego wydziału sto lat później, dwa i pół tysiąca kilometrów od Aleksandrii.

 

W. H. Auden, Starożytni i my, Kronos 2017

 


(Tiziana Loiacono, Konstantyn, rzeźba w Pałacu Konserwatorów, Rzym, 2014 (c), źródło: tittiloi.tumblr.com)

 

Skoro: wszyscy jesteśmy wystawieni na pokusę czytania więcej poezji i prozy, oglądania więcej obrazów, słuchania więcej muzyki, niż jesteśmy w stanie przyswoić i wejść z nimi w stosowny dialog. W rezultacie takiego rozpasania nie otrzymujemy człowieka kulturalnego, lecz konsumenta: to, co czyta, na co patrzy, czego słucha, jest przez niego natychmiast zapomniane (s. 181), to czy autor bloga, przeskakując z tramwaju u podnóża świętej Anny, powinien starać się zapamiętać więcej?

Greków, którzy byli radykalnie od nas różni i dla których życie było tu i teraz, a pokój był czymś równie egzotycznym jak dla nas wojna. Rzymian, którzy od czasów Augusta nie stworzyli niczego wielkiego - zachodzi obawa, że społeczeństwo, zaślepione obfitością powstałą w wyniku wzrastającej płodności i pochwycone w pułapkę gładkiego przebiegu niekończącego się procesu, może już nie umieć rozpoznać własnej ulotności i daremności (s. 88, za "Kondycją ludzką" Arendt) - i na dodatek czytali na głos (wyobraźcie sobie te mamroczące fora). Chrześcijan, którzy w pewnym momencie - jak twierdzi Auden - prawie oszaleli ze swoimi herezjami i kontrherezjami.

Zapisywanie bloga jest być może formą zapamiętywania. Nie zmienia to faktu, że i my będziemy jak ci anonimowi Grecy, tak radykalnie odmienni od tych, którzy nas nazwą starożytnymi Europejczykami lub prehistorycznym Zachodem. Oczywiście jeśli tacy będą, zważywszy nasz potencjał do autodestrukcji. Jak zauważa Auden: wielu z nas prześladuje poczucie, że nasza cywilizacja (...) rozleci się na drobne kawałki, na co zresztą prawdopodobnie zasługuje (s. 122).

  

piątek, 25 sierpnia 2017
Konfucjusz, Lun Yu. Rozmowy, Aletheia 2017

 


(Xidi, Anhui, wrzesień 2012 r., źródło: a.b.)

  

Czy kiedy głupiec komentuje mędrca, może to być mądre? 

Konfucjusza czytam jako urzędnik średniego szczebla, którego administracja publiczna odstręcza, ale równocześnie nieco fascynuje. Już dawno sugerowałem, że należałoby ją badać metodami etnograficznymi podobnie jak egzotyczne plemiona: jej przedziwne obrzędy, jej skomplikowane rytuały. Niestety prowadząc obserwację uczestniczącą, autor bloga w pewnym momencie zatracił obiektywizm i z obserwatora stał się obiektem obserwacji.

Czytam więc Konfucjusza, urzędnika wysokiego szczebla, który odkrył metodę stworzenia idealnego państwa i idealnej administracji, niemniej - jak to zwykle bywa - teoria nie dała się ot tak wprowadzić w życie, co nie przeszkodziło w tym, aby Konfucjusz został ubóstwiony. Najpiękniejsze idee zabija się przecież, stawiając im pomniki.

Czytam go w roku siódmym po wypadku lotniczym, roku drugim rosnącej nienawiści i on, te dwadzieścia cztery wieki temu, ostrzega: wspaniała pozycja bez świetności, praktykowanie religii bez czci, przestrzeganie zwyczajów pogrzebowych bez żałoby serca: takich rzeczy nie mogę poważać (III, 26). Jakby przejrzał na wylot Polaków w latach dobrej zmiany.

Ale najbardziej zadziwia mnie w Konfucjuszu to, że kiedyś - jak twierdzi - było lepiej. Przez całą historię było lepiej jest - zdaje się - najczęściej powtarzanym zdaniem. Ciągle nam się wydaje, że było lepiej i ciągle nie możemy się pogodzić z tym jak jest. Czy pogodzenie jest przegraną, czy zwycięstwem? - tego głupiec nie wie.

   

środa, 23 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 4)

 

(Edward Hopper, rysunek dziewięcioletniego Edwarda na świadectwie z trzeciej klasy, 23.10.1891; źródło: https://davidkanigan.com/2017/08/08/edward-hopper-third-grade-report-card) 

 

Jajo

Z łatwością przejmuję cudze style pisania. Na przykład teraz po Knausgardzie, mam podświadomą ochotę pisać Knausgardem. Zapisywać mój osobisty słownik: drzewa, jajo. Tęsknię za słowami, całe dnie brakuje mi rozmowy, czegoś, co wyrasta ponad proste komunikaty:

- Chcesz coś zjeść? – pytam Dziecka.
- Tato, jajo! – odpowiada.
- Na pewno? – dociekam.
- Jajo! – powtarza.

(Knausgardem: Lubię ten moment, kiedy rozbijam je i spada na rozgrzane masło. Białko ścina się prawie natychmiast. Pilnuję żółtka. Nauczyłem się w domu pod Pizą, żeby jajecznicę smażyć właśnie w ten sposób: dopiero ścięte mieszać, nie wcześniej, nie w kubeczku zanim na patelnię. Lubię ich żółty kolor, którego nie ma w żadnym zestawie kredek Dziecka, ale po cichu przyznam: wolałbym zjeść je na miękko). (16.08.2017)

Na skróty

Skrócenie dnia, przykurcz mięśni, zmrużone oczy. W drugiej połowie sierpnia wszystkiego ubywa. Żal jest miast odległych, nieodbytych podróży, książek, które się miało przeczytać. Ruch autobusów rytmicznie wyznacza każdy dzień. Porządek panuje w Warszawie: sejmikują w niej siwe wrony, a nie gawrony jak w Lu. (17.08.2017)

Moje życie z Edwardem Stachurą

Doprawdy nie wyobrażam sobie siebie wtedy: owej wiosennej pielgrzymki, którą odbyłem na Grochów, aby szukać śladów, bez przerwy słuchania nagrań i powtarzania wersów o trzęsieniu ziemi w Peru i o tym, że z nim będziesz szczęśliwsza. Kiedy opuszczałem Lublin, patronował mi Edward, ten sam, który kiedyś opuścił Lublin, rozczarowany i niechętny. Wybór poety jest tak naprawdę wyborem języka, który potrafisz przyswoić. Z wiekiem otwiera się przed tobą zupełnie odmienny wybór metafor: zaczynasz rozumieć nowe języki, zapominasz starych.

Nieprawda, że się zestarzał, osiemdziesięcioletni Edward Stachura, choć go zaniedbałem, ciągle uczy, że wszystko przemija (lekcja z "Listów do Danuty Pawłowskiej" czytanych jeszcze naiwnie). 

(18.08.2017)

O przemianach pór roku

Letniość sukienek niech cię nie oszuka. Truskawki przecież już jesienne.

Niemniej tamtego lata, wiele lat temu, tego dnia, kiedy byliśmy szczęśliwi, był środek lata. Jesień przychodzi teraz dużo wcześniej. Pory roku są jedynie naszymi uczuciami (19.08.2017).

Mgławica

Mgławicowy oznacza bardziej niż mglisty. Niepewność kryje się w tym dniu. Roi się nam rzeczywistość: babeczka z borówkami, tramwaje w deszczu wzdłuż hali, błogosławieństwo na koniec - albowiem rozkoszować się należy dniami bez wyjątku, nie wiedząc ile ich jeszcze (20.08.2017).

Deszcz

Dzień był lekki. Jasna ciocia uśmiechnęła się i podała Dziecko, Dziecko uśmiechnęło się i pozwoliło usadzić w wózku. Okryłem je kurtką. Padało, ale to był dobry deszcz: drobny i pachniał chmurami. Na przystanku jakiś facet jadł śledzie, które kupiłem mu przed chwilą. Poszliśmy z Dzieckiem do piekarni spytać o ciepłą herbatę dla niego. Była (21.08.2017).

Narada

Cóż mogę ja prosty urzędnik wiedzieć o zepsuciu władzą?
Siedzieliśmy, dziesięciu mężczyzn, za stołem zdobnym w motywy klasyczne i koreczki z rzodkiewką. Wśród nas wielu walczyło kiedyś, ale nikomu nie dało się przeskoczyć płotu. Zastygliśmy w śmiesznych pozach obok, na pośmiewisko historii, która znowu zapragnęła zabawić się nami. Bolały nas niespełnione sny o krwawych rewolucjach: teraz w gabinecie zależało od nas niewiele, ale jednak trochę. Popijaliśmy więc herbatę i wypowiadaliśmy dramatyczne kwestie: powinien zniknąć, potrzeba przesilenia. Och, jak brzydziły nas: polityczna poprawność, uchodźcy i prezydent Słupska. Najbardziej za to podniecała nas możliwość napisania na nowo naszych życiorysów. Żeby zakończyć taniec żałosnych figur, żebyśmy byli wielcy (b.d.)

Rzeczy ważne

Tutaj nie ma sensu - orzekła A., wychodząc. Szukaliśmy sensu (i kaloszków) w sklepie obuwniczym (21.08.2017).

Nadaremno

Powinienem się zdziwić, kiedy kolega-mormon powiedział mi, że nie kupuje w Ikei, bo ona wspiera eldżibiti. Ale nie zdziwiłem, bo działo się to w tygodniu, w którym katolicki ksiądz w państwowej telewizji oświadczył, że zamach w Barcelonie jest boską karą za rozwiązłość a pewien gwiazdor odkrył, że wichura pustoszyła domy grzeszników, omijając te z kapliczkami.

Napisałem do kolegi z krainy zameczków i księżniczek, że mam poważny kłopot z byciem katolikiem w Polsce. Nie lubię form, w których dawno nie ma treści (22.08.2017).

Środa

Trzeci dzień łapie nas deszcz zenitalny około czwartej popołudniu. Zaczyna na Krakowskim i mija, kiedy wsiadam do autobusu, potem z nową siłą uderza, gdy wysiadam z metra. Aż A. kupiła wczoraj parasolkę.

Pocztą przyszedł Kawafis. Chciałbym zacząć pisać nim a nie Knausgardem. Kawafis miał pokreślone pieczątki z biblioteki w Szczytnie. Sprawdziłem, że tam już go nie ma w żadnym katalogu.

Piękne kurki miała kobieta na Wilsonie. Nieziemski z nich zrobiłem sos.

(23.08.2017)

  

środa, 16 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 3)

 


(Antanas Sutkus, Irena, 1959, źródło: pinterest.com)

 

Światło

Zatrzymuję się w oknie nad tym ostatnim zdaniem z Knausgarda o świetle, które jest wymiarem czasu. Bo przecież ten sam związek między czasem, światłem a okiem znajdowałem wcześniej w wierszach Kawafisa, w jego łapczywym spojrzeniu na aleksandryjskich młodzieńców albo w obrazach Muellera, kąpiących się w słońcu. Światło jako dotknięcie czasu. Światło moich oczu – wzywa w inwokacji Nabokov tę, która już dorosła i z dzieckiem przy boku pali papierosa w domu na przedmieściach, tę, w której nie da się rozpoznać tamtej zamkniętej we wspomnieniu. Światło moich oczu oznacza ni mniej, ni więcej pamięć chwili, zatrzymanie wzroku na jeden moment, który przebłyśnie i nigdy więcej nie powróci tak jak ujrzane ciało nigdy więcej nie będzie takim samym ciałem. Bo kiedy dany wieczór, ranek, rozmowa, przebywanie z drugim minie i pozostanie wspomnieniem, będzie tak samo niewyraźne jak obraz pokoju, do którego już przestały wpadać słoneczne promienie (11.08.2017).

Drzewa

Drzewa służą do pomiaru czasu. Bardzo abstrakcyjne wydawało mi się to całe przecinanie pni i sprawdzanie na słojach, kiedy co się stało. O, tu wybuchła pierwsza wojna, tu – druga, tu pierwszy człowiek stanął na Księżycu, a tu – narodził się autor bloga. Z czytaniem słojów to jednak za dużo zachodu, ale teraz wjeżdżam na znajome osiedle i spoglądam na drzewa. Większość z nich znam: ich cienkie pnie ledwie trzymały się prosto, przyczepione tasiemką do deszczułek. Teraz wchodzi się w ich cień, spacerując jak po parku. W ten sposób drzewa same liczą twój czas (12.08.2017).

Słoń, czyli opowiastka z ulicy Bieruta

Doświadczeniem kształtującym moje lubelskie pokolenie był słoń. Musiało się to dziać w osiemdziesiątym szóstym albo osiemdziesiątym siódmym. Jednego z wieczorów podczas przedstawienia cyrkowego stała się rzecz niespodziewana: na środku areny słoń zrobił kupę. Następnego ranka w przedszkolu pożerały nas zazdrość i ciekawość. Słoń zrobił kupę – opowiadali jedni, zapewne z każdą opowieścią dorysowując do zdarzenia nowe szczegóły i co tam jeszcze im przyszło do głowy. Ach! – nie mogli wyjść z podziwu drudzy (wśród nich przyszły autor bloga) i prawdę powiedziawszy mogli jedynie słuchać z zazdrością, bo słoniowej kupie nic, ale to zupełnie nic, nie mogło dorównać.

Namiot cyrkowy stał w wąwozie u zbiegu Bieruta i Lenina. Jeszcze za pierwszej dekomunizacji Bieruta zamieniła się w Lwowską. I byłem tam chyba ostatni raz na weselu z dziewczyną, którą znałem dosyć pobieżnie, to musiało być co najmniej siedemnaście lat temu, w moim okresie maniakalno-klerykalnym, więc raczej nie bawiła się ze mną setnie. Od tej pory Bieruta (czy Lwowska) pozostawała ulicą nieobecną. I teraz kiedy przyjechaliśmy do Lublina, i mieliśmy nacieszyć się tym miastem, teraz właśnie zaczęło padać i padało rzęsiście i nieprzyjemnie, i z nacieszenia się wyszły nici, więc korzystając z tej niemożliwości pojechałem na wycieczkę ulicą Bieruta. Wycieraczki pracowały a ja myślałem o kupie słonia i o tym, że przez tyle lat nie stworzyłem żadnej opowieści, która mogłaby dorównać tamtej (13.08.2017).

Nauka rozczarowań

Czemu kupujesz mi ciągle książki? – spytała A. pięcioletnia kuzynka. Byłem współodpowiedzialny za to rozczarowanie, ale pomyślałem sobie, że to dopiero początek całej serii rozczarowań, którą potocznie nazywa się życiem. I że trzeba się do tych rozczarowań przyzwyczajać od małego, na długo przedtem zanim pojmie się, że cechą najpiękniejszych (najbardziej świetlistych) momentów jest ich nieosiągalność, ba nawet niewypowiadalność (czy metafora światła nie jest znowuż doskonałym sposobem opisu niewypowiadalnego?) A wówczas, kiedy człowiek zadaje sobie pytanie, czy zmarnowało się komuś życie, czy na szczęście tylko sobie, to te drobne małe rozczarowania wydają się być co najwyżej radosnymi wprawkami. Tego uczą właśnie książki (14.08.2017).

Melancholia

Rysowaliśmy wczoraj z Dzieckiem na trawie. Kiedy nie widziało, narysowałem najpiękniejszy koniec świata, ten z Larsa von Triera: z kosmicznym baletem do „Tristana i Izoldy” Wagnera, gdy oceany rozpryskują się ogniście razem z całą ludzkością i uciekającą Kirsten Dunst. I wyobraźcie sobie, że dzisiaj, jedząc obiad, Dziecko wzięło mój rysunek i tę nieszczęsną rozpadającą się na kawałki Ziemię na dodatek zbombardowało ziemniakami z masełkiem, bach, bach. Nie hukiem, ale ziemniaczkami (15.08.2017).

 

 
1 , 2