2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
środa, 30 września 2015
Młodość

 

(Informacje praktyczne: Jak obejrzeć film, gdy ma się małe dziecko? Zadanie jest - przyznam - trudne, zwłaszcza jeśli przez lata wypracowaliśmy zasady głoszące, że oglądamy razem i w kinie, a nie na przykład na komputerze. Z czegoś trzeba było zrezygnować, więc z żalem zrezygnowaliśmy z "razem". Nie da się też obejrzeć wszystkiego, więc konieczna jest selekcja, a potem już tylko logistyczna ekwilibrystyka. Niestety seanse nie są zgrane z porami karmienia. A. obejrzała film w poniedziałek, gdy ja z wózkiem czuwałem w pobliskim parku, dzisiaj była moja kolej. W sumie więc "Młodość" obejrzeliśmy razem. Razem możemy o niej dyskutować i wspólnie pisać recenzję (jak zaśnie)).

 

 

"Młodość" nie jest zwykłym filmem. Przypomina raczej renesansowe malarstwo, klasyczną rzeźbę, powieść. Sanatorium w Szwajcarii szybko nasuwa skojarzenie z "Czarodziejską górą", ale to nie jest jakaś wariacja na jej temat. Jeśli już, to Paolo Sorrentino pisze autorską wersję powieści Manna z początku dwudziestego pierwszego wieku. Ta synteza sztuk zachwyca, w sposób niedający się opisać. Bo to nie jest zachwyt, który da się wyjaśnić, to siła wielkiego piękna.

Różni się od "Wielkiego piękna". Tamta fabuła była liniowa, obudowana wokół głównego bohatera. Tutaj wyznacznikiem jest miejsce: fabuła łączy różne sanatoryjne epizody. Podobnie jak u Manna chodzimy po gabinetach lekarskich, jadalni, zaglądamy do pokojów, spotykamy się na wieczornych rozrywkach. Spotykamy galerię postaci, łącznie z niezapomnianym Diego Maradoną i Miss Universe (ta scena z plakatu to przecież "Zuzanna i starcy").

Jednocześnie obie historie łączy temat: przemijanie. W filmie pod tytułem "Młodość", dla głównych bohaterów młodość jest już nieosiągalna, nie można jej sobie nawet przypomnieć, jak przez odwróconą lornetkę widać tylko malutkie postaci w dali. Wszyscy ludzie, rośliny, zwierzęta... w końcu umierają. W tym uzdrowisku nie szuka się uleczenia, ale zrozumienia. 

Słowa klucze: łabędzie z ręczników, królowa brytyjska, "Proste pieśni", cmentarz w Wenecji, Hitler

(5,0/5,0)

 

(źródło: filmweb.pl) 

O dyktatorach i demokratach

 

(Autor bloga nie jest praktykującym ekspertem. Światem zajmuje się więc jedynie hobbystycznie. Zarzuty ignorancji i arogancji przyjmuje z godnością, ale uprasza w dyskusji, jeśli takowa się pojawi, o konkrety). 

1. 

Gdy wybuchł konflikt na Ukrainie pisałem na blogu, że jesteśmy tak zafiksowani na działaniach Rosji na Wschodzie, że nie bierzemy pod uwagę globalnej gry Rosji (sierpień 2014 r.: niedocenienie pozycji międzynarodowej i zaangażowania Rosji, której rola powinna być rozpatrywana globalnie (Chiny, Syria), a nie lokalnie, co prowadziło do deprecjonowania jej potencjału (hasło: Majdan na Placu Czerwonym). Nawet dzisiaj nam się wydaje, że dla Rosji większe znaczenie ma Donbas niż Damaszek. Czołowy ekspert mówi w wywiadzie, że w interesie Moskwy jest, by wojna domowa w Syrii trwała nadal. Założenie jest oczywiście fałszywe: interesem Moskwy jest uzyskanie pozycji dominującego gracza na Bliskim Wschodzie, co nie jest celem nowym (por. historię dziewiętnastowiecznych zmagań carskiej Rosji z Osmanami). Nie możemy być jednak pewni, że to, by wojna domowa trwała nadal, nie jest interesem naszego partnera z Waszyngtonu.

2.

To zafiksowanie nie pozwala racjonalnie spojrzeć nam na Syrię. Wciąż widzimy ją cudzymi oczyma, nie przyjmując do wiadomości, że nam zagraża najbardziej Państwo Islamskie a nie Asad, którego rękami bojowników islamskich Zachód usiłował obalić (co stało się casus belli wojny domowej). Znowu się będę powtarzał: realistycznie Europie nie zagrażają dyktatorzy, którzy umieją grać w pokera, tyle, że czasem używają znaczonych kart, zagrażają nam zbrodniarze, którzy w pokera nie chcą grać (zabrania im religia), a stolik chcą wywrócić i połamać. To, co stało się z Libią jest tego dobitnym przykładem. Upór Europejczyków i Amerykanów w chęci pozbycia się Asada prowadzi do tego samego (po latach Putin będzie mógł powiedzieć: ostrzegałem!).

3.

To, że nie lubimy Putina, a ostatnio nie lubimy też Rosji w ogóle, nie może przesłaniać nam tego, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. Tam niekoniecznie rację posiadają nasi sojusznicy (pytanie też którzy? Turcja, która w praktyce współdziała z Państwem Islamskim?), zresztą czy to nie oni celowo doprowadzili do rozdygotania Bliskiego Wschodu? Czy Asad jest głównym winnym wojny w Syrii, jak usiłuje się to przedstawić? Czy pomysł na wojnę z Iranem, który dość długo firmowały USA, nie był pomysłem na totalną katastrofę? Czy polityka zachodnia nie wzmacnia najbardziej radykalnego islamu rodem z Arabii Saudyjskiej (tak, mieli obniżać ceny ropy, żeby dopiec Putinowi) kosztem szyityzmu?

Czy władza, która krzyżuje i ścina szesnastolatka za obrazę majestatu, nie jest równie zbrodnicza jak dyktator Asad? (Pytanie pomocnicze: Czy w Polsce musimy mieć takie samo zdanie jak "The Washington Post"?)

4.

Wniosek z tego, co dzieje się na Bliskim Wschodzie jest przykry: demokracja nie jest systemem uniwersalnym. Może potrzebna była ta gorzka nauczka (choć nie wiem na ile uczymy się na błędach) z tzw. Arabskiej Wiosny. Z pięciu krajów, w których dokonać się miały zmiany demokratyczne (Syria, Libia, Egipt, Tunezja, Jemen), w trzech mamy wojnę domową, w jednym chwiejną demokrację, w ostatnim - w sytuacji staczania się ku państwu islamskiemu - twarde rządy wojskowe.

Nie możemy tak do końca umywać rąk. W Syrii, Egipcie i Libii rządy autorytarne, które chcieliśmy obalać były rządami świeckimi ze skłonnością do socjalizmu. To, co pozostało na zgliszczach, to niespokojne upadłe państwa, z których na tratwach ucieka się do Europy.

5.

Rosja toczy całkowicie realistyczną rozgrywkę o wpływy i prestiż. Czy tego chcemy, czy nie, jej interesy bywają sprzeczne z naszymi, ale bywają również zbieżne, jak w przypadku Bliskiego Wschodu. Nie lubmy jej nadal, ale przynajmniej nie zakładajmy, że jej polityka w Syrii jest bardziej błędna i obłędna od naszej (to jest Zachodu).

(Dopisane: W polskich mediach pojawiły się komentarze, że Rosja destabilizuje sytuację w Syrii. Wiele mogę pojąć, ale naprawdę trzeba mieć klapki na oczach, żeby uznać, że w Syrii da się coś jeszcze zdestabilizować).

  

Dziennik. Ćwiczenia z dystansu (7)

 

Ćwiczenie z ciastem

Ogranicz swoje ambicje do dobrej szarlotki. Powtarzaj szarlotkę jak niemowlę podnoszenie główki. Cyzeluj szarlotkę. Marz o szarlotce. Wszystkie ambicje zrealizowane w jednej blaszce. Uszczelnij świat szarlotką.

Wówczas nawet w najlepszym towarzystwie ciasto ze śliwkami w kawiarni nie osiągnie doskonałości twojej szarlotki. (Tylko uważaj: nie przemień bloga w blog kulinarny!)

(29.09.2015)

 

Tagi: ja
08:39, kozmo1 , DZIENNIK
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 września 2015
Filip Springer, 13 pięter, Czarne 2015

 

Informuję, że skończyłem zbieranie zgłoszeń w kategorii "najlepszy reportaż roku", bo nic lepszego od "13 pięter" nie spodziewam się przeczytać. Filip Springer przywraca reportażowi wymiar społecznego zaangażowania. To nie jest literacka zabawa, to pisanie wprost i na serio.

Za jednym zamachem podkłada dynamit pod dwa mity, które porządkują nasze widzenie świata: (1) Dwudziestolecie międzywojenne było polską Belle époque; (2) W dzisiejszej Polsce wszystko jest w najlepszym porządku, a kto się z tym nie zgadza, ten - jak wołały dzieci w moich szkolnych czasach - syf. 

Podejrzenia, że Dwudziestolecie nie było takie piękne, miałem od dawna. W czasach PRL potrzebowaliśmy tamtych lepszych czasów, żeby je jakoś skontrastować z siermiężną rzeczywistością. Wspomnień dostarczali nam literaci, ludzie żyjący w swoim wykwintnym świecie, a temu, co pisała powojenna władza nikt nie dowierzał, podejrzewając propagandę. Zaczęliśmy więc żyć wspomnieniami arystokratów i intelektualistów, którzy za pan brat byli z rządzącą juntą. Wystawa o Dwudziestoleciu w Zachęcie parę lat temu opisywała więc kraj-raj. Springer nie przejmuje się koniecznością mitu. Jego wyprawa w Dwudziestolecie pokazuje Wa. inną od tej pocztówkowej, jaką chcielibyśmy widzieć, inną od pięknych modernistycznych domów Juliusza Żórawskiego. Wa., w której na sześciu metrach kwadratowych mieści się dziesięć osób, a samobójstwa eksmitowanych zdarzają się na tyle masowo, że nie warto o nich wspominać. Wa., w której wzdłuż linii kolejowej przy Powązkowskiej rosną slumsy.

Potem jest przerwa na ten okropny PRL, który biednym kamienicznikom odebrał kamienice i śmiał budować szkoły i przedszkola, co by truć ludzi komunizmem od małego. W dodatku jeszcze tworzył osiedla projektowane dla ludzi z obrzydliwymi zieleńcami i abstrakcyjnymi rzeźbami. Straszna epoka. Na szczęście - jak pokazuje Springer - nie uczymy się na błędach i zafundowaliśmy sobie częściową powtórkę z Dwudziestolecia. Bo tylko wtedy było pięknie.

Niepewny stosunek autora do współczesnej Polski został już nawet napiętnowany w czołowym dzienniku, który piórem Janusza Majcherka wpisał go w szeroki front niszczenia III RP. Bo o dzisiejszej Polsce można pisać jak o umarłym: albo dobrze, albo wcale. Zaczyna się ta III RP u Springera cytatem z Paszyńskiego, tym samym, który zapisałem ja, dopisując komentarz połączenie utopii z ignorancją. Następnie Springer wędruje po trzynastu piętrach, zapisując mieszkaniową "Boską komedię".

Dwie postaci zostają mi przed oczami najdłużej. Po pierwsze, Jolanta Brzeska. Ten fragment wstrząsa, bo to miasto, w którym żyjesz, a tuż obok dzieje się taka nieludzka rzecz. Mijasz te ulice, tych ludzi. Nie bardzo da się nawet - jak to czytasz - odróżnić teraźniejszą Wa. od Palermo z lat osiemdziesiątych. Może to jest odpowiedź na pytanie dlaczego hasło zgoda i bezpieczeństwo było nietrafione?

Drugim ważnym bohaterem jest dla mnie Piotr Styczeń, z zawodu dyrektor. Poznałem w swoim biurowym życiu już kilku takich, tak bardzo pewnych swego toku myślenia, że nieumiejących dostrzec oczywistych błędów. Z zawodu dyrektor miękko wylądował w działce, na której działalność miał znaczący wpływ. Dość typowa ścieżka kariery etycznego urzędnika.

Nie będę pisał, jak wszyscy, że "13 pięter" to książka o mieszkaniach. Tu się zgodzę z Majcherkiem: mieszkalnictwo to wycinek, z którego można wysnuć szersze wnioski na temat stanu III RP. Gdyby Springer spróbował przyjrzeć się każdej innej dziedzinie, osiągnąłby podobne konkluzje: brak strategicznego myślenia, przedkładanie interesów własnych nad społeczne, rządzenie improwizowane. Jeśli się bliżej poprzyglądać, pozaglądać za fasady, poszperać w martwych dokumentach (Springer jako jedyny czyta Strategię Rozwoju Kapitału Ludzkiego), okaże się, że żyjemy w rodzaju wioski potiomkinowskiej, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy.

Powiem więcej, sądzę, że z "13 pięter" można wysnuć również ogólne smutne wnioski dotyczące pewnej nacji żyjącej nad Wisłą. Zastanawiam się nad pytaniami, które stawia jedna z bohaterek odnośnie czyścicieli kamienic: Co mówią dzieciom? Co robił tatuś? Wyrzucał ludzi na bruk? Wpychał im padlinę do skrzynek na listy? Zalewał mieszkania? Co oni mówią swoim dzieciom? Mają dzieci, wiemy to. Co im mówią? (s. 171). Bo to być może najważniejszy fragment całego reportażu. O polskiej etyce życia społecznego na początku XXI wieku.

 

Dziennik. Rzeczy nierzeczywiste

 

1.

Po zaćmieniu niebo jest niebieskie i pachnie drewnianym dymem. Drogi do bankomatu strzegą trzy koty. Pierwszy z nich to kot Schroegera, nie mylić ze Schroedingerem. On na pewno jest, choć chowa się pod samochód (Stare Bielany).

2.

W parku, którego pilnują sójki, i w którym zwieść może wódka wypita objawił się wieczorem siwy prorok, długowłosy, otulony płaszczem, woła od przystanku: k..wy j..ane zabić was. Przecież każdy ma swoją opowieść (Żoliborz).

3.

Na Stare Bielany i Żoliborz narzucam teraz siatkę narracji, którą snuje Filip Springer. O socjalistycznych spółdzielniach i zdobyczach robotniczych, ale prawdę mówiąc, po rześkim spacerze, nie mam siły czytać. Częstujemy się ciastkiem od Bliklego: Pamiętasz figi w Sarajewie? - pyta A. Nawet nie wiecie, ile jest w tym pytaniu szczęścia.

(28.09.2015)

 

poniedziałek, 28 września 2015
Dziennik. Wtręt o Księżycu

 

 

(Ilustracja z okładki śpiewnika "Dear Old Dixie Moon", ok. 1920, źródło: Biblioteka Uniwersytetu Alabamy, http://tinyurl.com/qcqcxl8)

 

Dobrze, że się zaćmił. To było praktyczne. Niby taki super a właził bezczelnie do łóżka. Dziecko, niedziecko, tymi swoimi błyszczącymi paluchami grzebał w powiekach. A potem nagle święty spokój, noc. Niestety jak już się z nim zrobiło całkiem ciemno, to znowuż zorza i kołysz go, kołysz. 

Mało astronomiczne miewam teraz skojarzenia (27/28.09.2015).

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8