2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
poniedziałek, 31 października 2011
Dobre książki. Bloki

Kiedyś twierdziłem, że architektów projektujących blokowiska jak na przykład Służew - Fort należałoby postawić przed sądem za urbanistyczne zbrodnie przeciwko ludzkości. Z biegiem lat utraciłem swój dawny radykalizm. Lubię te stare osiedla. Zaczynam doceniać detale i urbanistyczne założenia, które tak kontrastują z bezładem grodzonych osiedli z początku XXI wieku.

"Przewodnik po blokowiskach" w Wa. autorstwa Jarosława Trybusia jest lekturą bardzo udaną. Już sam wstęp, w którym zgrabnie łączy się poezja i architektura czyta się dobrze. Następne strony zachęcają do wycieczek: o Kole z przewodnikiem i o Muranowie znowu już marzę (i zdjęcia byłyby na bloga nowe.)

Tylko dostrzegam braki. Na pewno mi brak Osiedla Prototypowego na Służewcu Przemysłowym (wiem, co piszę, bo przez pięć lat bardzo się na nim zadomowiłem), Bielany też mizernie reprezentowane.

(Patrzyłem na tę okładkę już od dwóch albo trzech tygodni, ilekroć zaglądałem do księgarni na placu Bankowym. Ach, jakie to cudowne uczucie wejść dzisiaj i zakupić.)

piątek, 28 października 2011
Piątek, koniec października

Powrót niepiśmienności, zwykle w styczniu, teraz: teraz. Zapisuję kolejne dialogi, śnię pogrzeby i rozstania, skreślam wszystko.

Znowu tramwaj na Placu Wilsona.

Tagi: ja
22:05, kozmo1 , TEKSTY
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 października 2011
Studio festiwalowe drugie. 26 października

"Późna jesień" w mglistym Seattle oglądana jesienią środkową. Pięknie sfotografowana opowieść o miłości, z gatunku tych rzadkich opowieści o miłości, w których niepewność.

Świetne jesienne słońce. W filmach miłosnych lubię milczenie. Bo uczucie wyraża się czymś poza: sposobem dotyku, spojrzeniem, snem i to w "Późnej jesieni" doskonale sfilmowane.

Nie chciałem wychodzić. Po raz pierwszy chyba napisy spłynęły aż do klauzuli o prawach autorskich.

(Koniec studia festiwalowego. Następny wieczór spędzam na fotelu dentystycznym.)

(4,0/5,0)
wtorek, 25 października 2011
Studio festiwalowe drugie. 25 października

Gdy autor bloga, ten, który ogląda filmy, zajrzał do programu parę tygodni temu i trafił na "7 dni odchodzenia" od razu chciał nań iść. Tematyka funeralna pociąga autora bloga co najmniej od momentu, gdy w dzieciństwie zbudował cmentarz z klocków lego. Autorowa bloga do dziś wspomina nieudaną wizytę w barcelońskim muzeum karawanów, które okazało się mieć siedzibę w miejskiej kostnicy.

Autor bloga zawiódł się a autorowa bloga nie. Temat pasjonujący w niepasjonujący sposób przedstawiony. Reżyseria szwankowała: ani ceremonia pogrzebowa, ani relacje rodzinne nie zostały przedstawione w sposób czytelny. Wprowadzanie dodatkowych wątków tylko komplikowało reżyserską wizję. Niedosyt.

Zdjęcia też mnie nie zachwyciły. Do tej pory nie wiem, czemu jako podstawową linię muzyczną wprowadzono hebrajską piosenkę.

(3,0/2,0)
poniedziałek, 24 października 2011
Studio festiwalowe drugie. 24 października

Taki festiwal to jest ciężka praca. Czekasz na film, czekasz a później na przykład zawód.

"No puedo vivir sin ti" tytuł miało - bez żadnego uzasadnienia - w języku hiszpańskim. Od pierwszej sceny film denerwował pretensjonalnością. Zdjęcia i ujęcia czarno-białe jak z filmów z lat czterdziestych, nawet chmury podobnie ciemnieją. Nie do zniesienia naśladowanie.

Pretensjonalna była też fabuła: biedny tatuś zagrożony wykluczeniem społecznym bardzo kocha swoją córeczkę, a że jest życiowym niedorajdą* staje się potencjalnym samobójcą. Ckliwe, piękne. Nie wiem, może jestem bez serca, ale wydało mi się to wszystko strasznie nieprawdziwe.

(2,0/2,0)

*W typie raczej nie assholika, ale przepraszam-że-żyję.
Studio festiwalowe drugie. 23 października

Motto: Dobrze, że nic nie jadłam przed kinem
(A. o 23.48 na ulicy Długiej)

Dotychczasowe filmy z festiwalu można by zaliczyć do kategorii (wiem, że to nie są kategorie z tej dziedziny sztuki filmowej, ale tutaj pasują jak ulał) softcore, tymczasem "Cold Fish" był filmem hardkorowym.

Sprzedawca ryb akwariowych, kolejny przypadek dojmującego assholizmu, i jego sklep (do dzisiaj jedynym filmem akwariowym była dla mnie "Sara" zrealizowana, by ukazać wdzięki jednej z polskich aktorek). Wpada ów sprzedawca jak Józef K. w absurdalny zamknięty krąg, w którym każdy ruch może go doprowadzić do śmierci. Klimat się robi jak w "Twin Peaks", w ścieżce dźwiękowej miarowe uderzenia perkusji (?). Wreszcie następuje wyzwolenie: przestaje być miętki, staje się twardy. Cóż, że w ostatniej dobie swego życia. Po drodze krew się będzie lała obficie, litrami albo i więcej, "Pulp Fiction" przy tym to dobranocka (tu obowiązują noże nie pistolety.)

Całość pachnie pastiszem. Postaci, sceny, fabuła - wszystko jest przerysowane, wyolbrzymione.

Czy główny zły (?) bohater nie ma w sobie czegoś diabelskiego? Jego chichot, jego siła wyrazu jakaś nie z tego świata.

(2,5/3,5)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7