2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
środa, 31 października 2012
O zabijaniu kotów. Wstęp

 

Nie przeżywałem nigdy orgazmu nad Masłowską, nawet wtedy, gdy jęki rozkoszy rozbrzmiewały ze wszystkich stron. O tym, jakim jestem ignorantem (który nie powinien się wypowiadać na temat) świadczy to, że nie czytałem "Wojny polsko-ruskiej".

"Kochanie, zabiłam nasze koty" kupiłem również z powodów pozaliterackich. Parę tygodni temu w dzienniku od trotylu ukazał się wywiad z Masłowską w bardzo niemodnej konwencji (przykład modnej konwencji: Jestem ateistką. Kościół mnie zniewala. Usunęłam ciążę. Wow, jesteś wspaniała!), więc kliknąłem "zamów". Perfekcyjny marketing uprawia Masłowska, taki, że nawet mnie wzięło, nie?

Po wywiadzie, natychmiast wartość jej literatury znacząco spadła. Np. w bardzo potrzebnej fejsbukowej grupie o odchyleniu lewicowo-feministycznym "Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka" (skąd pomysł moich pierwszych zdań) znalazł się komentarz, z którym do teraz mam problem.

Zbulwersowana czytelniczka pisze: Mnie też odrzuca tytuł. Jestem miłośniczką kotów. Tymczasem na s. 46 odrzuconej książki znajdujemy myśl zupełnie podobną:

- "(...) to stare psisko tylko się męczy!" - czytała i:
- Biedny pies. Nienawidzę, gdy zwierzęta cierpią. - dodawała zaraz od siebie, odkładając Steinbecka z powrotem na półkę.

Albo wypowiedź o kotach jest bezczelną prowokacją (autorki?), nawiązującą do pretensjonalności książkowej Jo., albo pani zbulwersowana nieświadomie udowodniła, że Masłowska wie o czym pisze i jej diagnoza dzisiejszej bezmyślnej afektacji jest jak najbardziej słuszna.

 

poniedziałek, 29 października 2012
Opad. Kronika

 

27.10.2012, godz. 19.48

27.10.2012, godz. 20.49

27.10.2012, godz. 20.50

27.10.2012, godz. 20.53

27.10.2012, godz. 20.54

28.10.2012, godz. 12.56

niedziela, 28 października 2012
Studio festiwalowe drugie. 28 października


 

Czasem zdarza się film, w którym tak denerwuje cię główna bohaterka (lub główny bohater - płeć nie gra roli), że nie potrafisz niczego docenić w filmie. "Fabryka tygrysów" to właśnie ten przypadek. Po jakichś dwudziestu minutach mieliśmy dosyć Ping.

Najciekawsza wydawała się demoniczna ciotka. Zła do szpiku kości.

I znowu batonik w gardle, gdy na ekranie trwają przygotowania do sztucznej inseminacji a świńska sperma przelewa się ze słoiczka do strzykawki.

(Zamysł reżyserski, żeby przygotować do filmu krótki wstęp albo uwerturę zupełnie niezrozumiały. Właściwie do tej pory zastanawiam się czy to nie pomyłka operatora).

Słowa klucze: budka telefoniczna, Japonia.

(2,0/3,0/gościnnie Jo.: 2,0)

 

Studio festiwalowe drugie. 27 października

 

Zaczęło się na Pradze (patrz: poprzedni wpis) od "Czwartego portretu". Film tajwański, niezwykle udanie sfotografowany, właściwie od pierwszej sceny.

Historia małego chłopca, który musi szybko dorosnąć pełna jest sytuacyjnego humoru a jednocześnie (jak w czeskich filmach) pozostaje gorzka. I nie ma puenty ani morału.

Postacią, która najbardziej wbija się w pamięć jest złodziej - nieudacznik, osoba komiczna a jednocześnie wzbudzająca u widza mnóstwo sympatii (w sumie jest równie samotny jak główny bohater; obaj na załączonym obrazku). Wielka Szycha okazuje się być Świńskim Ryjkiem.

Nie płacz. Jedz! - zasada, którą wpaja stary szkolny woźny, ocalony z bombardowanego Szanghaju. Niesamowicie mądra życiowa zasada, stająca wbrew ludzkiej tendencji do użalania się nad sobą.

Dyskretne nawiązania do sacrum: Matka Boska w kapliczce, połamany krucyfiks, złoty Budda na szarym domku.

Słowa klucze: papier toaletowy, akwarium, orkiestra (przybywająca nagle na pogrzeb), cement.

(4,5/4,5/gościnnie Jo.: 4,5)

 

(Parę godzin i trzy tarty u Legierskiego później, znaleźliśmy się na Muranowie. Śnieg zdążył już pokryć miasto, więc Wa. wyglądała jak z reklam Coca-Coli.)

"Miłość wszystko zwycięża" nie jest - wbrew tytułowi - romantyczną historią. Przynajmniej nie jest to nam do końca wyjaśnione. Każdy może się domyślić, czy historia udowadnia postawioną przez jednego z bohaterów tezę, że "im ładniejsza, tym bardziej naiwna", czy też należy domniemywać happy endu (rycerz - tzn. gangster z bajki - nie jest alfonsem, tylko prawdziwym Romeo).

W porównaniu z "Czwartym portretem" stanowczo słabsza jest technika filmowa. Zdjęcia nie zachwycają, montaż nie powala. Bywają natomiast sceny bardzo dobre (rozbierana ze starym Chińczykiem i główną bohaterką).

W tle wielokulturowa Malezja (Malajowie, Hindusi i Chińczycy na wieczornym bazarze) oraz narastająca otyłość jako problem społeczny (podobnie jak na czwartkowym filmie.)

Pewnym zaskoczeniem jest muzyczna końcówka. Marsz Wellingtona Wilhelma Zehle.

Słowa klucze: banany, budka telefoniczna, kurtka, "Czy wyjdziesz za mnie?", imbryk.

(4,0/4,0/gościnnie Jo.: 4,0)

 

(źródło: tw.news.chinayes.com)

Wycieczka do kina "Praha"

 

Wielką zaletą festiwalu "Pięciu smaków" jest to, że zmusza do wyjazdów na Pragę. Niby przystanek od skweru Hoovera, ale krajobrazy zupełnie nowe. W opadach śniegu nastrój fotograficzny.

(A w kinie "Praha" można nabyć płytę z "Obywatelem Havlem" za jedyne 9,90).

piątek, 26 października 2012
Studio festiwalowe drugie. 25 października

 

(Zimno. Czuło się, że koleżanka Grypa się do nas dobiera lub może tylko kolega Katar. Mimo to ruszyliśmy do kina, ale percepcja nie ta. Zapowiedziano, że to "snuj" będzie, więc snu blisko. Wolę kameralne "Pięć smaków" od WFF.)

"Kobieta w ogniu szuka wody" - produkt malezyjski, ale w języku chińskim. Koszmarnie brudne mają nabrzeża w Malezji. Jak patrzyłem na te wyspy śmieci, to myślałem, że ten film ma jednak wydźwięk ekologiczny.

Żabom (ach, żaby w supermarkecie w Suzhou napotkaliśmy na rybnym) odcina się łebki przy użyciu nożyczek.

Bardzo prosta historia, ale uroczo sfilmowana, prócz tych momentów, kiedy kamera dokoła zatacza krąg, a wrażliwy (jak autor bloga) widz jak na karuzeli. Batonik już w gardle.

(4,5/3,5)

 

 
1 , 2 , 3 , 4