2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
środa, 06 czerwca 2018
Marketa Zahradnikova, Zbigniew Czendlik, Bóg nie jest automatem do kawy, Dowody na istnienie 2018

 


(Wlastimil Hofman, Rudowłosa i anioł, źródło: desa.pl; Niezależnie od księdza Czendlika, wczoraj przypomniałem sobie o polsko-czeskim Hofmanie.)

 

Reklama dźwignią handlu, pomyślałem sobie, bo do zakupu przekonał mnie Mariusz Szczygieł reklamujący Czendlika sloganem: gdybym był księdzem, byłbym Czendlikiem. Zresztą sama tytułowa metafora też była niczego sobie, choć oprócz niej nic z całego wywiadu nie wynotowałem.

Tutaj leży pies pogrzebany. Ksiądz Czendlik opowiada o rzeczach oczywistych i może dla kogoś, komu Kościół kojarzy się z większością polskich biskupów, jest to odświeżające. Niemniej nijak się to ma do księdza Halika. (A może w ten sposób odkrywam jaki jest kłopot z Franciszkiem, że oczekuje się od niego wykwintnej teologii, a on przypomina prostym językiem chrześcijańskie abecadło?) Sam Czendlik wspomina o Haliku i z pokorą zauważa - co zauważam i ja - że nie może się z nim porównać. Jeśli nie Halik, więc kto?

No właśnie, w polskim Kościele, wbrew pozorom, też działają wielkie duszpasterskie osobowości. Nie da się nie wymienić ojca Kramera z jego Bóg jest dobry. W momentach zwątpienia zaglądam na jego stronę, która promieniuje przedziwnym religijnym optymizmem (nie fanatyzmem, co w Polsce częstsze). Gdybym był księdzem, chciałbym być Kramerem, trawestując Mariusza Szczygła.

Przez kolejne strony wywiadu z polskim księdzem z czeskiego miasteczka wciąż mi przychodził na myśl ksiądz Sowa, no i to nie było dobre skojarzenie. Nie wiem, czy przez słabość do drogich perfum, czy przez jakąś taką telewizyjną lekkość. Chciałbym ujrzeć Halika a ujrzałem Sowę.

  

wtorek, 05 czerwca 2018
Dziennik pisany w czerwcu (odc. 1)

 

Oaza

Przechodzą majowe upały. Rozpoczynają się czerwcowe. Czemu, ach czemu urzędnicy nie mogą do fontanny? Wychodzę po wodę, gdy zaczepia mnie spragniony turysta, który już tylko duka urywki zdań z odwodnienia:

- Excuse me, sir!... water... where...supermarket...?

Szczęście, że stoję pod drzwiami carrefoura i nie jestem fatamorganą.

(01.06.2018)

Hymn

(Na melodię "Matko, Tyś naród...". Publikowana po pięciu latach: w końcu planujemy wizytę w Londynie)

Sześćdziesiąt pięć lat Elżbieto z nami jesteś
z Buckinghamu wiernie trzymasz straż
Sześćdziesiąt pięć lat już bronisz nas od nieszczęść
By nie zginął brytyjski naród wasz

Numerologia

Nie poświęciłem wystarczającej uwagi autobusom w Lu. a przecież już w pierwszym miesiącu pisania bloga, zauważałem, że życie składa się z kombinacji ich numerów. Po raz pierwszy od lat wsiadam do dwadzieścia sześć, a przecież całe moje lubelskie życie jest po prostu zapisem: 15 13 42 26 31 150 45 (warszawskie też: 192 174 9 33 170 180 103).

(Dopisane: a jednak już to zrobiłem kiedyś: http://kozmo.blox.pl/2007/06/Moje-zycie-zapisane-w-komunikacji-miejskiej.html).

 


(Ulica Rybna w czasie Nocy Kultury, 2-3.06.2018, źródło: a.b.)

 

Miasto-sen 

Miasto nadawało się na passegiatty. Kiedyś z A. chodziliśmy po Gironie, nawet nie marząc, że tak będzie w Lu. Poduszki na ulicach, pachnące bramy, kolorowe latające ryby na ulicy Rybnej, marionetki na Dominikańskiej. Wszystko zniknie - jak w "Kopciuszku" - zaraz po drugiej.

W gruncie rzeczy tu jest smutek - piszę z przystanku Zana do M. (zauważyłem, że inicjał M. to trzy bardzo ważne dla autora bloga litery).

(02.06.2018)

Rycerstwo polskie nadciąga od ulicy Krótkiej

Dwóch husarzy niskich wzrostem acz ogromnych hartem popijało w upalne przedpołudnie sprajta na kaca. Przechodzili na czerwonym, ulice były i tak puste. Śniła im się Wielka Polska, z plakatu nad nimi spoglądał Marian Kowalski. I to był ten inny Lublin, ten, którego nie lubię.

(03.06.2018)

Banany

Nowy kolega jest dziwny. Napotkałem go dziś na korytarzu jak siedział przy stoliku i wcinał banany. Dokładnie czwartego, bo trzy skórki leżały już na blacie. Może tłumaczy go to, że jest archiwistą?

Beza

Sprawa salmonelli w ulubionej kawiarni przybiła wszystkich. Chodziliśmy jak struci, wymieniając wirtualnie uwagi, domysły i przypuszczenia. Ojciec założyciel przemówił wieczorem, ale A. mu nie do końca uwierzyła. Rzadko kiedy jakaś kawiarnia tak wczepia się w życie, dzień w dzień, że wizyty w niej są takim samym pewnikiem jak sprawdzanie fejsa i zakupy na hali.

Pola i chłopcy

Pola przepytuje chłopców, czy są zakochani. Potem opowiada: kiedy moja mama była mała, były takie konsolki, które nazywały się tamagoczi. Teraz jestem bardzo starcem, Zuzanno!

(04.06.2018) 

Manicure

Dziewczyna w pomarańczowej tunice całą drogę obgryzała paznokcie. Kiedy wysiedliśmy - chwilowa ulga, wiatr - patrzę a ona na deskorolce. Zielone, w pomarańczowej. Jak obgryzać, kiedy się mknie?

(05.06.2018)


poniedziałek, 04 czerwca 2018
Andrzej Franaszek, Herbert. Biografia I. Niepokój, Znak 2018

 


(Luca Signorelli, Potępieni w piekle (fragm.), 1499-1502, kaplica San Brizio, Orvieto, źródło: wikimedia.org)

 

Recenzja, w której autor bloga pisze głównie o sobie 

Rzadko kiedy czytanie cudzej biografii przynosi tak dogłębne rozczarowanie własnym życiem, połączone z refleksją o jego miałkości. Być może po części wynika to z tego, że życiorys Herberta jawił mi się jako dosyć nudny i przewidywalny, bardzo pomnikowy, a Franaszek zaskakuje mnie na każdej stronie. 

Poprzednio czytałem Franaszka i jego biografię Miłosza, kiedy zmieniałem pracę na Skwer Hoovera i okolice. Mozolnie go czytałem a Miłosz stawał się patronem jakiejś mojej życiowej przemiany. Miałem trzydzieści jeden lat i jeszcze nie byłem tak rozczarowany. Owszem wymyślałem urojone państwa, żeby o nich decydować, ale święcie wierzyłem w swój sposób życia. Teraz, po pierwszym tomie dręczy mnie za to poczucie, że nie żyłem i nie żyję naprawdę.

Kornik napisze twój uładzony życiorys

Zresztą Herbert też jest na swój sposób rozczarowany. Chciał być wielkim bohaterem, takim ze swoich wierszy. Z jakiego powodu Herbert (...) w latach pięćdziesiątych, chciał ukazać siebie w roli nie dość że konspiratora, to jeszcze chłopca, którego nie złamało parodniowe przesłuchanie przez NKWD? Na co mu była potrzebna ta sama legenda w latach osiemdziesiątych? (s. 143) - dopytuje, nie odpowiadając, autor. 

Czy kłamie? Pytanie pojawia się jeszcze kilkakrotnie. Herbert-pomnik stara się upiększać swoją biografię i to nie na poziomie literatury, ale już w listach, wywiadach, opowieściach. Wyidealizowany staje się własnym bohaterem literackim. (Co nie oznacza, że Herbert tchórzy, przeciwnie staje zawsze po stronie sekowanych, niewinnych i pogardzanych. Obsesyjnie wprost stoi po stronie przegranych, odsuwając się od nich, gdy tylko odwróci się karta).

Bądź wierny idź

Bardziej niż bohaterem, autor bloga chciał być Don Juanem. Cała jego, to jest autora bloga, wczesna poezja poświęcona jest temu tematowi. Właśnie dzięki spotkaniu z Herbertem et consortes, wykształcił sobie autor bloga idealistyczne podejście, co do ludzkich uczuć, do kierujących nimi zasad moralnych. "Przesłanie Pana Cogito" miało stać się credo życiowym.

Tyle, że Herbert wprawdzie nie okazuje się być bohaterem, ale właśnie - jak opisuje to Franaszek - Don Juanem. I jest to zaskakujące, niespodziewane i niezwykłe. Imiona i listy miłosne (listy uwielbia pisać) zmieniają się. Pisze z jedną, w podróż jedzie z inną, a tęskni za trzecią. Kryteriów, które stawia czytelnikowi Pan Cogito, w żaden sposób nie da się zastosować do związku Herberta z H.M., jego szamotania się, zdrad, kłamstw i kazań o grzechu. Czuję się wyżęta z wszystkich uczuć prócz rozpaczy i głuchej wściekłości - pisze mu H.M., a autor książki nie dopowiada, o czym jeszcze jest ten list, choć łatwo się domyśli ten, kto czyta między słowami (s. 344).

Poczułem się oszukany, ja, który ciągle wierzyłem w kryształowe pojęcia

Kiedyś się spierałem z Sz. (w czasach, w którym ufałem bezgranicznie Panu Cogito: miałem dwadzieścia lat) o piękno i dobro, ich wzajemny związek. Jednej z kochanek (gdzie dobro?) dedykuje Herbert erotyk, który mnie oniemia (piękno!): Kasztelanko mych palców pani moich włosów/ władczyni punktów bólu mej ogromnej skóry (...)

*

Czy zestawianie Herberta i Kawafisa ma sens? Zastanawiam się nad tym od czasu komentarza Drakainy, która stwierdziła: Odkąd przeczytałam Kawafisa, zwątpiłam w oryginalną wielkość poety Zbigniewa. Kawafis pisał tak, jak oddychał - Śródziemnomorzem. Herbert do Morza Śródziemnego dorasta, dobrze wie, że spadkobiercą jest w niewielkim stopniu, toteż podpisuje się jako barbarzyńca. To, myślę, zupełnie dwa różne głosy - kiedy jesteś aleksandryjczykiem i kiedy wyobrażasz sobie Aleksandrię. Zwodzą tylko podobieństwa w tematach.

*

Popisuję się zagadką, kto w listach niemiłosnych podpisywał się Twoja Kicia. Wszyscy indagowani z niedowierzaniem przyjmują (podobnie jak ja), że to Herbert.

*

Był duży, a tak bał się śmierci - przepisuję incipit z najbardziej wzruszającego wiersza o Jarosławie (autorstwa Z.H.)

*

Trudno nie docenić dzieła Franaszka i ogromu pracy, jaki włożył w pisanie o Herbercie. Niemniej od czasu biografii Gombrowicza, mapy miast, w których żył bohater, z zaznaczonymi ważnymi miejscami powinny być elementem obowiązkowym każdego opracowania. Nie chodzi o to, że żyjemy w epoce infografik, ale o odtworzenie topografii czyjegoś życia.

  

czwartek, 31 maja 2018
Dziennik pisany w maju (odc. 3)

 

23. Pachnie miękką pościelą, Dziecko nie chce wstawać. W poniedziałek, który jest środą, przepycham się na metrze Ratusz przez zgrabny tłum. Pachnie miękką pościelą.

24. Nieboskłon nóg.

25. Sobowtór generała Pinocheta rano karmi wróble. Nic dziwnego, że na krześle obok dosiada się wrona.

 


(Miejsce uświęcone wizytą Papieża Polaka Jana Pawła II w 1987 r.)

 

26. 27. 

Dziecka refleksje nad Planem Balcerowicza

Czemu tu nie jeżdżą pociągi?
Już nie ma pociągów. Już nie ma fabryki. Jak tu.

Wcale nie o dizajnie 

Po festiwalu dizajnu nie spodziewasz się niczego wstrząsającego. Tymczasem tegoroczna edycja Łódź Design Festival stawia pytania sięgające daleko poza kwestie użyteczności czy estetyki, które niejako automatycznie łączy się z projektowaniem. Powiem więcej, ekspozycja ta zasługiwałaby na to, żeby ją pokazywać i o niej dyskutować nie na niszowym festiwalu w Łodzi, ale w muzeum narodowym. Zamiast spierać się o przeszłość, zająć się tym, co dalej.

W pawilonie poświęconym szkłu i ceramice pojawia się nieśmiało pytanie o artystę w epoce sztucznej inteligencji. Człowiek wydaje się niepotrzebny: cyfrowa maszyna pamiętająca miliony połączeń dźwięków zastępuje kompozytora. Ze ściany spogląda portret Rembrandta, taki jaki powinien był namalować, gdyby żył dłużej.

Wystawy "Nothing but flowers" długo nie da się zapomnieć. Zaraz po wejściu na szkolnych krzesełkach napotykamy dość prymitywnego fabrycznego robota, który przepisuje pismem pilnego ucznia pierwsze prawo Asimowa.

Pytanie o religię: z głośnika wydobywa się słowo Bóg wypowiadane w języku, w którym akurat pojawiło się na twitterze. Panuje nieustanny szept, komputerowa glosolalia: jakby dowód na istnienie w erze technologii. Odłączenie kabla zasilającego system głośników zakrawałoby na bluźnierstwo (Noriuki Suzuki, Oh My).

Pytanie o stosunek do śmierci: Z każdym twitterowym oświadczeniem o odebraniu sobie życia, miniaturowy robot zdrapuje z bryły węgla 0,0054 grama. Stajemy więc wobec żywego miejsca pamięci, będąc świadkami czyjegoś umierania i nie mogąc nic zrobić. Ta bezradność i to - zapośredniczone maszynowo - współuczestnictwo dosłownie poraża (Fujita Keisuke, Voltaic Realism).

Pytanie o pamięć: elektroniczny cmentarzyk - 21 gramów ludzkich prochów, próbka kojarzącego się zapachu, iPhone z muzyką związaną z daną osobą. Można wziąć w podróż, można trzymać pod poduszką (Mark Sturkenboom, 21 grams)

Pamiątka pierwszej komunii

Niedziela po Dublinie. Upalna. Pod kościołem dzieci uroczyście zwisają z barierek, po pończochach spływają im oczka. Rodzice proszą księdza proboszcza o sakramentalną łaskę. Po kątach inni palą papierosy, w białym garniturze przepycha się wujek z twarzą rozbitą przez wczorajszą bójkę. Kościelny ogród zarastają pokrzywy, zarastają coraz bliżej. Kiedy ktoś będzie pytał, czy widziałem w Polsce laicyzację, odpowiem, że tak, tej niedzieli u świętego Józefa koło Manufaktury.

Widok słoneczny

Obrazek przychodzi do nas dopiero jak wrócimy. Że te ulice były całkiem śródziemnomorskie. Miasteczko raczej niż sześćsettysięczne miasto, upał żółci kwadraty kamienic. Wszyscy idą Piotrkowską do pierwszej komunii.

 

28. Czereśnie, które przyniosła E. Koniunkcja Księżyca z Jowiszem. Uczę się na nowo (i z wielkim trudem) doceniania codzienności (zasługa w tym wizyty w nadreńskim mieście).

29. Po tygodniu nieosiągalnych połączeń, zadzwoniła do mnie fryzjerka. - Czy pan się obciął? - zapytała wprost (wiedziała przecież, że z lenistwa dzwoniłem tylko do niej). Tym sposobem musiałem dzisiaj spojrzeć w lustro (powiem Wam: wolę przyglądać się innym).

30.

Puławska w gorącu. Tak samo jak wtedy, gdy biegłem ze szpitala tamtego ranka, kiedy pojawiło się Dziecko.

Wracam radośnie, obładowany głaskami z ankiet ewaluacyjnych od moich studentów.
- Czy masz pewność, że pisali szczerze? - nokautuje mnie na progu A.

31.

Coś się porobiło z Bożym Ciałem. Te gorące procesje, cztery ołtarze ze strzyżonym dywanem, kwiaty piwonii pod butami (Boże Ciało spośród wielu świąt wyróżnia zapach zemdlonych płatków), zabawa trawą na nudnym kazaniu przy Leszetyckiego i wszystko - zaczynając od spodni -uroczyście białe. Coś się porobiło z Bożym Ciałem - myślę, idąc o poranku na plac zabaw. Codzienność pożarła sacrum.

 

Pamięć mrówek

Kiedy będziemy sobie obcy (a czytanie biografii cudzych i własnych potwierdza, że to się zdarza, więc warto przygotować się zawczasu ze spokojem), starać się będziemy przypomnieć z kim też w to ostatnie majowe upalne popołudnie prowadziliśmy eksperymenty na mrówkach.

Za pomocą pięciu szklanek po lemoniadzie, tyluż czarnych słomek, badaliśmy pamięć mrówek. Nieliczne wyruszały ciemnym lepkim tunelem w podróż na drugi brzeg. Kilka spadło - upadek mrówki ze szklanki to prawie wieża bazylejskiej katedry (miara długości używana przez Dziecko). Nieliczne dotarły na miejsce.

Teraz trwa druga część eksperymentu: sprawdzamy czy nasza - bez fotografii - pamięć chwil trwa dłużej niźli pamięć mrówek.

  

wtorek, 29 maja 2018
Pierre J. Mejlak, Co pozwala powiedzieć noc, Książkowe klimaty 2018

 


(Powody były czysto ekonomiczne. Ludzie nie czytają książek, fot. Maciej Kaczanowski, źródło: http://www.dziennikwschodni.pl/lublin/zamkneli-ksiegarnie-w-centrum-lublina-istniala-59-lat-ludzie-nie-czytaja-ksiazek,n,1000202566.html) 

 

- Autorka nalega, by wieczór autorski odbył się w Lublinie - poinformował polskiego wydawcę agent. - Proszę mnie nie pytać, dlaczego akurat to miasto. Nie mam zielonego pojęcia. Wola mistrza naszym rozkazem.

Ustalono datę imprezy w największej księgarni miasta, ruszyła promocja (s. 189).

Oczywiście najpierw nasuwa się pytanie, skąd autor z dalekiego kraju (byłem na Malcie, więc wiem, że daleko) zna Lublin. Dlaczego akurat to miasto, a nie dajmy na to Toruń? Ale pytaniem, które pojawia się zaraz potem, jest pytanie o to, która to mogłaby być księgarnia. Wcale nie łatwe. Jeszcze dwadzieścia lat temu było ich sporo, dziś musiałby to być empik w którymś z centrów handlowych. W przeciwieństwie do Bazylei, Lublin - miasto uniwersyteckie nie inwestuje w rynek księgarski. Przyznam, że gdy sobie wyobrażam ten wieczór autorski z ostatniego opowiadania jak rozgrywa się w Plazie albo Felicity, to cały urok tego, że dzieje się to w moim Lublinie, ginie raz dwa.

Mejlak pisze o życiu a życie w jego opowiadaniach składa się z serii małych i dużych kłamstw. Związki, pozornie całkiem w porządku, okazują się na dłuższą metę źródłem neurozy i jedynie śmierć - prawdziwa bądź udawana - pozwala na jako taką prawdę. Musiałem aż sprawdzić notę biograficzną: nie myliłem się - autor w wieku podobnym, to i przemyślenia o życiu podobne.

Każda z krótkich fabuł zaskakuje, choć te zaskoczenia - wiem, że zabrzmi to paradoksalnie - bywają przewidywalne. Nie oznacza to, że przyjemność jest mniejsza, nie, Mejlak perfekcyjnie wykorzystuje formę, przy okazji stawiając czytelnikowi straszne pytanie: co ty zrobiłeś ze swoim życiem?

 

piątek, 25 maja 2018
Dziennik nadreński

 

 

Widok ogólny

W podręczniku do architektury parę rycin przedstawia nadreńskie miasto rozłożone na wzgórzach, jedno z przedmieść leży na drugim brzegu. Nad miastem górują dwie wieże katedry, tutaj Jerzy i Marcin (na rycinie czwartej, czego nie widać, źli kalwiniści wybebeszyli katedrę ze wszystkich świętych). Handel rozwija się w najlepsze aż do ryciny szóstej, kiedy wchodzą Francuzi. Z nieszczęść: dżuma pominięta na rycinie drugiej. Na rycinie ósmej albo dziewiątej (nie ma w podręczniku) do miasta przybywamy my.

Znak wodny (1)

Dziecko wdało się w autora bloga. Też kolekcjonuje. Kolekcjonuje fontanny, do każdej musi podejść, umyć ręce albo napić się. Może niewiele zapamięta z Bazylei (myli mu się z Berlinem), ale fontanny na pewno.

Wyjście poza kategorię cudu

Jedni nazywają to zbiegiem okoliczności, inni - łaską: ksiądz doktor szuka w betonie Ducha Świętego, nie wie nawet, że całkiem nowy wątek dodaje do wieloletnich rozmyślań autora bloga.

 

 

Znak wodny (2)

Opowiada M., że kiedy nadchodzi upał (a nadchodzi - sprawdzam w Wikipedii - przez Bramę Burgundzką), misy fontann zapełniają się kąpiącymi się dziećmi. Ta także. Fontanna, przy której po drodze z domu na uniwersytet zatrzymywał się Nietzsche. Nabożnie przyglądam się więc autentycznej wodzie.

Powiększenie

Tramwaje podobne są tutaj do szparagów: zielone. Stolik obok siedzi kobieta z brodą. Obce miasta zawsze - na pierwszy rzut oka - wydają się dziwne. Dziecko, żeby je zobaczyć, wchodzi na najwyższy stopień, obok kościoła karmelitów, z którego pozostała jedynie nazwa.

Dom

Dom jest jasny z kojącym widokiem na ogród i jeża. Ptaki o poranku śpiewają w językach obcych (kto zna się na ptakach?). Nieważne gdzie, ważne z kim spędza się czas - mówi A. z od dawna nieznanym spokojem.

Znak wodny (3)

Dziecko! Ulice rzeczywiście podobne do ulicy Fontany (jedynie więcej przy nich maserati i porsche), ale rozmawiamy o fontannach przez dwa, nie jedno n.

 

 

Obrazki z wystawy

Pary obściskują się po ciemnych ulicach a w urynale grasuje pedofil. Pan burmistrz składa pamiątkową wiązankę ku czci cesarza i dawnej wielkości. Będzie przemówienie o żołnierzach wyklętych spod Verdun i o tym jak nas zdradzono. Pożądać należy jedynie wielkości - doda, ale na spełnienie fantazji przyjdzie mu czekać lat szesnaście z okładem (Georg Scholz, Małe niemieckie miasteczko nocą, 1923, tutaj).

Spoglądamy na wieczność, kiedy tylko wychodzimy z windy. Wieczność spogląda na nas. Jakby podtrzymywały niebo, owe panny ogromne. Jak ogromny jest nasz zaniemówiony zachwyt (Ferdinand Hodler, Spojrzenie w wieczność, 1913/14-1916).

Nic w tym triumfie nie ma z majestatu. Nadciągają szubienice, wrony czekające na padlinę, zaraza. Równo maszerują kościotrupie zastępy: ktoś z wiejskich scen rodzajowych pozdejmował skórę, wieki wcześniej przewidując wiek dwudziesty (Piotr Brueghel młodszy, Triumf śmierci (kopia z Piotra Brueghela starszego), XVII w.)

(Kunstmuseum Basel)

W górę

Naprzód na wieżę. Po schodach by, po schodach. Po linach by, po linach. Muszą państwo zejść przed siedemnastą - protestancki kasjer jest niereformowany. Nic, że chciałbym widzieć jak uderza dzwon.

Sielanka

Kiedy wszyscy będą nieziemsko bogaci i nie będzie już powodów do nienawiści ani wojen, świat będzie wyglądał jak plac zabaw w Bazylei. (Skąd znam te obrazki, czyżby ze "Strażnicy"?)

Rzeczy po nas

Trzeba się powoli przyzwyczajać do swojej egzotyki. Obok masek z Nigerii, kielich i patena, artefakt kultury katolickiej obecnej wśród europejskich tubylców mniej więcej do połowy XX wieku. Karteczki do spowiedzi (niech wybaczą pierwszokomunijne dzieci) są umieszczone pomiędzy Janem Nepomucenem a reklamami londyńskich zamtuzów. (Muzeum Kultur w Bazylei odchodzi od opowieści o innym widzianym oczyma Europejczyków, jak w klasycznym modelu etnologii (Volkskunde), porządkując wszystkie kultury jako równorzędne i wycofując się z europejskości. I powiem Wam, człowiek podający się za etnografa, że nie jestem przekonany, że to jest w porządku).

Ta średniowieczna taśma pokryta zapiskami - głosi podpis w katalogu - to talizman: miara długości Chrystusa. Czy jeszcze chroni?

Koda

Uzależniony od zapachu książek, ściskając pożółkły album Degasa (wydanie paryskie, rok trzydziesty siódmy) wychodzę z antykwariatu w obawie, że mógłbym w nim zostać i przegapić samolot powrotny. Przekonuje mnie A.: poszukaj jeszcze! Może znajdziesz podręcznik do architektury z rycinami przedstawiającymi nadreńskie miasto?

(19-22.05.2018)