2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
sobota, 30 września 2017
Robin Dunbar, Anatomia miłości i zdrady, Copernicus Center Press 2016

 


(Elliott Erwitt, Nowy Jork, 1955, Magnum Photos, źródło: mprnews.org)

  

Już gdy czytałem biografię człowieka (tutaj), styl Dunbara uznałem za urzekający. Całe mnóstwo u niego wyników badań, które stają się świetnymi anegdotkami. Częstuję nimi potem A. (jak ta o pięciu miejscach) i kolegów z pracy: dlaczego ludzie się całują? czemu rodzina matki powtarza, że niemowlę podobne jest do ojca? kim jest idealny partner i dlaczego nie istnieje?

Tym razem Dunbar bardziej jest popularyzatorski niż naukowy, stąd mniej danych ilościowych, historii ewolucyjnej i hulanie po różnych dziedzinach z poezją włącznie. Wszystko to niesie raczej przykre wnioski: choćby człowiek nie wiem jak bardzo wierzył w swą własną wyjątkowość, okazuje się, że podlega podobnym prawom i doświadcza podobnych emocji jak inne osobniki jego gatunku dawniej i obecnie. Takim doświadczeniem jest pojawianie się w życiu ludzi i ich znikanie. Usiłuję ich wciąż zatrzymać, zapisując na tym blogu, ale na nic. Tylu już ich poznikało.

Nie oznaczało to - pisze Dunbar - że przyjaźnie nagle całkowicie się kończą - raczej wkraczają na podstępną i na pozór nieszkodliwą ścieżkę ciągłego rozmywania się relacji. Jeśli aktywnie nie przeciwdziałamy temu procesowi, po mniej więcej roku dana osoba powoli coraz bardziej się od nas oddala, by w końcu (...) stać się jednym z anonimowych znajomych (s. 162).

Przeciw rozmywaniu!

 

czwartek, 28 września 2017
Dziennik pisany we wrześniu (odc. 4)

 


(Muzeum Zabawek i Zabawy, Kielce, źródło: a.b.) 

 

Pięć

Słuchaj, bo jest tylko pięć miejsc - referuję przejęty. - Pięć miejsc dla najbliższych osób, z czego zajmujemy sobie po jednym, więc zostają cztery - streszczam właśnie dla A. fragmenty o przyjaźni z Dunbara. Bardzo chcę jechać, nawet jutro pójdziemy do Biedronki w kinie "Femina", choć się zarzekałem, ale przecież są rzeczy ważniejsze. Pięć miejsc.

Z podróży. Miasto

Kielc sobie nigdy nie wyobrażałem. Przy ulicy Pogromowej dla zatarcia wyrzutów sumienia jest Park Ireny Sendlerowej. A ten placyk, gdzie miejscowa piosenkarka udaje Whitney Houston, to jest Rynek. Znam takie kamieniczki z Łukowa i Lubartowa, wszystkich im podobnych dziur w zachodnich guberniach Carstwa.

Z podróży. Lalki

Ich upiorność. Nagie ciała zastygnięte w wyproście, wielkie oczy, skóra niezdrowo blada w ciemnej salce. Tutaj nie możesz zasnąć: z dziewiętnastowiecznych serwisów nalewają kawę. Pustym wzrokiem patrzą w pustą przyszłość.

Z podróży. Dzieciństwo

Tak bardzo okazuje się być daleko, że połowa twoich zabawek jest już w muzeum. Nie doceniałeś ich siły woli, tego plastikowego kota-harmonijki, różowych puzzli ze stolicami Oceanii. Chęci przetrwania mimo ciebie. Na pocieszenie poproszę jeszcze drugą porcję malinowej chmurki.

Z podróży. Bańki mydlane

Podziwiam doskonałość tej alegorii, po śniadaniu w drewnianym domu z widokiem na króliki.

Dzień następny

Następnego dnia po przyjeździe, kiedy nastawia się pranie, zawsze jest podobnie. Rozpamiętuje się, czemu krótko trwało, czy wszystko się zdążyło powiedzieć, obiecać i wszystkiego spróbować. Dlaczego zrobiło się tak a nie inaczej. Ogląda się po raz enty zdjęcia: akurat na tło to. Brakuje jedynie zapewnień, że się będzie pisać długie listy potem, bo będzie się pisać, ale na messendżerze.

 


(Kawiarnia w Gdyni, źródło: a. b.)

 

Z podróży służbowej. W słońcu

Jest słoneczny dzień. Do klubiku w Wejherowie wpada złota jesień. Dziewczęta na peronie czekają na pociąg do Słupska. Z tym samym człowiekiem, co teraz, szedłem dwanaście lat temu po Długim Targu. Choć prawdę powiedziawszy wolałbym iść sam, jak zawsze w nowych miejscach.

Z podróży służbowej. Repryza

Tamtej jesieni, przed owym cudownym latem (czereśnie i upał znad Sahary), pojechaliśmy do Gdyni. Działo się to dokładnie tutaj: Wtedy wyszło słońce i oświetliło Świętojańską wzdłuż. Poszli na kawę, tacy byli szczęśliwi. Postanowiłem powtórzyć tę ulicę i tę kawę. Znowu wyszło słońce, ale inaczej. Do kawy malinowa chmurka, chociaż lepsza w Kielcach.

Z podróży służbowej. Powody

Nie potrafię właściwie wymienić powodów, dla których Gdynia jest od pierwszego wejrzenia. Ale zapewne wśród nich jest Sibelius jako patron pętli trolejbusów.

Początek jesieni

Z mimozami wcale nie chodzi o te mimozy - chwalę się A. fragmentem zapamiętanym z którejś książki - ale o nawłoć.

Koniec jesieni

Nadspodziewanie szybko skończyły się kasztany.

(22-28.09.2017)

  

piątek, 22 września 2017
Éric Baratay, Zwierzęcy punkt widzenia, W podwórku 2014

 

 
(Brytyjski żołnierz z kotem, Neulette, Francja, 1917, "Illustrated War News", vol. 7, źródło: www.meowingtons.com)

 

Przetóż jednakie jest dokończenie człowieka i bydląt, i równy stan obojga: jako umiera człowiek, tak i one umierają: i jednako tchną wszystkie, i nie ma człowiek nic więcéj nad bydlę
(Koh 3, 19, tłum. księdza Wujka)

Jak inaczej wytłumaczyć czyny (...) opiekuna psa,
który niesie swoje ranne zwierzę pod ostrzałem cztery kilometry,
leczy je i czuwa nad nim przez dwanaście dni i nocy, a gdy mimo to ono umiera, kopie mu grób, opatrzony następnie wyróżnieniem w rozkazie pułku?
(s. 282) 

 

W czasach, gdy za dużo jest historii w ujęciu jednonarodowym, z przyjemnością przychodzi odrzucenie w ogóle ludzkiej perspektywy patrzenia na przeszłość. Przyzwyczajeni, że żyją wokół nas, nie dopuszczamy jednak ich - zwierzęcego - punktu widzenia. Ta refleksja pojawia się u mnie czasem, kiedy patrzę na trawniki, na które wyprowadzają ich na spacer lub spoglądam w oczy kota w miejscowości Ś. (czy w radykalnych miejscowościach zwierzęta też są radykałami?): żyją obok nas całkiem odrębne gatunki, przebywają z nami obcy, chodzą po naszych mieszkaniach szeleszcząc i knując wszechzwierzęce spiski. Co też sobie one myślą? W całym tym wstępie streszczam rozważania Barataya zawarte w pierwszych rozdziałach: tyle, że on pisze to wysokimi tonami teorii.

Już na poziomie edukacji w szkole podstawowej przebija się ledwo, ledwo, ale jednak spojrzenie na zwierzęta. (Nie mówię o zwierzątkach na nasz obraz, ale właśnie o zwierzętach). "Łysek z pokładu Idy" i "Nasza szkapa" to przecież nowelki o zwierzęcym losie. Jeśli mam o coś pretensje do autora książki, to o jego frankocentryczność. Jego ludzki punkt widzenia jest punktem francuskim.

Inna sprawa, że porównując ewolucję poglądów Francuzów na ochronę zwierząt z naszymi poglądami, tu na Wschodzie, gdzie miejscowa religia wciąż zezwala na krótki łańcuch, topienie kociąt i ofiary ku czci świętego Huberta, dochodzi się do wniosku, że dzieli nas od nich jakieś siedemdziesiąt lat.

Skąd się bierze mleko?

Spośród bohaterów zwierzęcej historii, dość spokojnie podchodzę do koni pracujących w kopalniach i w transporcie miejskim (wspomniany powyżej Łysek), losów psów rasowych, zwierząt na wojnie (francuski punkt widzenia w odniesieniu do I wojny światowej jest zupełnie inny, nikt go u nas nie zrozumie) i nieszczęsnych byków na corridzie (którą usiłuje wywodzić się od tauromachii i Minotaura), za to porusza mnie krowa mleczna.

W porównaniu do mięsa, produkcja mleka wydaje się być procesem pokojowym i łagodnym. Bajkowy obraz babuleńki z Łaciatą, zakodowany w literaturze dziecięcej, prowadzi wprost do piramidy kartonów stojących w lidlu. Mleko i jego dostępność jest oczywista, nie wymaga wyjaśnień. Podobnie jak woda, mleko po prostu jest.

Dlatego też takim szokiem staje się lektura Barataya opisującego historię krów mlecznych, a przy okazji historię samego mleka. Stąd wieczorem, gdy czytam na głos rozdział o uczuciach krów, oboje z A. przeżywamy to bardzo.

Jest to wstrząs, o jaki chodzi autorowi, wynikający z przesunięcia spojrzenia z przedmiotu (producent mleka) na podmiot (żywy, czujący, cierpiący, oczekujący pogłaskania i miłych snów, mający taki a nie inny charakter). Pozostaje więc w nas współczucie dla krowy. Współczucie dla kogoś, kto trudzi się dla człowieka, a pozostaje w tej marginalnej, ciemnej strefie, o której wolimy z egoizmu i gatunkowego szowinizmu, nie myśleć.

 

Dziennik pisany we wrześniu (odc. 3)

 

 

(Sally Mann, Nowe matki, 1989, źródło: www.pleasurephoto.wordpress.com)

 

Intymność

W deszczu podreptaliśmy na pocztę (ten deszcz będzie towarzyszył nam przez kolejne dni, przez wszystkie dni, co jak rozumiecie wpływa na ogólny nastrój) odebrać paczkę. Przyszły albumy, Dziecko rozrzuciło pęczek ulotek na podłogę, tanie pożyczki, zupy siostry Faustyny.

"Immediate Family" Sally Mann intymnie opowiada o posiadaniu dzieci. Intymnie oznacza, że oko kieruje się tam, gdzie zwykle nie sięga, za pośrednictwem fotografii towarzyszy upływającemu czasowi. (Czym innym staje się ten blog, jeśli nie zapisem dorastania, co tyczy się i dorosłych, na przykład autora bloga, i dzieci?). Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę ten ciągły ruch do przodu, że jedenaście lat po tym albumie, Mann wydaje "What Remains": zapis ludzkich śladów na farmie umarłych.

Powstrzymanie czasu: oto chodzi w fotografowaniu dzieciństwa.

Światła

Czwórka na horyzoncie ulicy Poligonowej (taki numer nosi jelcz berliet, który odziedziczyło Dziecko). Okienka pociągów pod lasem, zanim żarłoczne miasto nie pochłonęło łąk. Okna w bloku naprzeciw w R. a w nich przedświąteczna krzątanina. Nocne światła Kurowa i Markuszowa: autor bloga wraca do Lu.

Zupełnie inne jest światło cudzych okien: pełno w nim tęsknoty.

Opowieść ze Wschodu

Jeśli kogoś uraziłoby stwierdzenie o Polakach, którzy są Wschodem, ale z pogardą patrzą na innych mieszkańców Wschodu. I usiłują przypisać sobie wielką zachodniość, powinien ów urażony w deszczowy wieczór wybrać się na Plac Defilad, skąd odjeżdżają autobusy na Wschód (a Lu. to też już z perspektywy Wa. Wschód). Widziałem takie dworce w Pekinie (długo usiłowaliśmy zrozumieć który z autobusów pojedzie do Chengde, a Chińczycy wokół jedli, pili wrzątek, pluli) i w Tbilisi (zaaferowany tłum szukający połączeń z Erewaniem), wyglądały nawet lepiej.

Widziałem - przez deszcz - zaaferowany tłum szukający połączeń z Białą Podlaską oraz Hrubieszowem. Polacy wokół jedli, pili napoje energetyczne i pluli.

Komsomoł

Ach, te endeckie mordeczki w za dużych garniturach. Patrzę jak siadają dookoła na małych stołeczkach i zaznaczają na listach, któż to jest wróg ludu. Jak się ogląda rewolucję od środka, pozostaje z niej pusty śmiech.

Gwiazdka

Szedłem do biura, kiedy wyskoczyli z bramy. Sporo ich było a potem pojawiła się ona. Mizdrzyła się zalotnie. Mijałem ją, a ona trwała w pozie, pstryk, pstryk - robiło stadko fotografów. Być może była nawet znana, ale szukałem później w kolorowych magazynach i nadal nie wiem kto to.

Plasterek

Uciąłem sobie kawałek palca w piekarniku - nie narzekam. Wyszukałem plaster, czerwony z wężem boa. Dawałem sobie ściskać rękę ach i och, na prawo i lewo, łypał boa na krawaty. Ssss. Drobne radości urzędników.

Ballada o organie

Zamknęli mnie w najwyższym organie bez klamek
Uprzejmy szatniarz pozwolił podłączyć ładowanie
Bym mógł napisać Ratunku!
Nie dawali zaczerpnąć wilgotnego powietrza.

Byłem więc eremitą w klasztorze na skale
Latarnikiem na polarnej wyspie
Katowali mnie minutami tyrad
Aż żałowałem, że wśród nich nie zasiada koń,

Bo los bydlęcia bliski losowi urzędnika.

(15-21.09.2017)

 

sobota, 16 września 2017
Margo Jefferson, Negroland. Zapiski z życia afroamerykańskich elit, WAB 2017

 


(Denise, siostra autorki, przegląda się w lustrze, ok. 1951, źródło: http://bombmagazine.org/article/2658125/margo-jefferson)

 

Zacznijmy od tytułu, który w języku polskim nie wzbudza szczególnych kontrowersji. Tymczasem użyte słowo Negro jest wyraźnie nacechowane znaczeniami, także takimi, które powodują, że dziś wygumkowuje się z oficjalnych tekstów. Polskim odpowiednikiem mogłaby być więc Murzynlandia: sformułowanie, które samo w sobie budzi emocje.

Książka Margo Jefferson za to emocje skrzętnie ukrywa, jest chłodna, a równocześnie bardzo gorzka. W dużej części ma charakter autobiografii: przez swoje doświadczenie autorka usiłuje opowiedzieć o doświadczeniu zbiorowości (w sumie nie tak licznej) Czarnych, którzy z wyższością patrzyli zarówno na innych Czarnych, jak i na sporą część Białych. Czarna burżuazja: ten dziwny splot rasowo-klasowy. Pytanie o tożsamość pojawia się od pierwszych akapitów.

Widzę w tym pewną daleką analogię z Polakami, którzy są Wschodem, ale z pogardą patrzą na innych mieszkańców Wschodu. I usiłują przypisać sobie tak wielką zachodniość, że stają się - w swoim mniemaniu - bardziej zachodnim, prawdziwszym Zachodem.

Opowieść Jefferson jest opowieścią kobiecą. Mężczyzna opowiedziałby ją inaczej, podałby więcej faktów, a mniej własnych odczuć. Być może czytałoby mi się ją wówczas lepiej, choć zapewne straciłbym wywody na temat pielęgnacji kędzierzawych włosów (specjalne olejki!) i czarnoskórych łokci (w innym wypadku szarzeją!)

Zacząłem się zastanawiać nad kluczem doboru czytanych książek. Nieco wcześniej pytała o niego A., ale teraz jestem w kropce. Krążę, nie potrafię się odnaleźć, gdzieś między zamglonym Banatem a Chicago lat pięćdziesiątych. Wybór lektur jako diagnoza duszy.

   

piątek, 15 września 2017
Dziennik pisany we wrześniu (odc. 2)

 


(Pablo Picasso, Mężczyzna i kobieta, 1902, kol. pryw., źródło: pinterest.com)

 

Najpierw 

Co było najpierw? Najpierw były góry grzybów na hali, takie niewyobrażalne hałdy podgrzybków. A potem, potem było puste Krakowskie w słońcu i różowa dziewczynka rozmawiająca z psem. A później było dużo dźwięków, cała kakofonia sobotniej ulicy. Wreszcie przyjechały ciężarówki i ustawiły barierki, las barierek: podzieliły sobotę na dwoje.

To

A. źle się czuje, a Dziecko poszło spać. Stoję więc pod kościołem tego lata na wieczornej mszy (światło od środka) i zamiast kazania dociera do mnie Herbert:

to co po nas zostanie 
będzie jak płacz kochanków 
w małym brudnym hotelu 
kiedy świtają tapety

Przygoda

Wychowanie syna to jest prawdziwe wyzwanie dla mężczyzny - rzucił w sobotę mój kolega, ten z Pasa Biblijnego, kiedy przyprowadziłem Dziecko do pracy. Zmotywował mnie.

Teraz czeka nas prawdziwa męska przygoda - powiedziałem do Dziecka: Idziemy do carrefour express.

Dziecko wzięło nawet kaloszki, ale podczas p.m.p. napotkaliśmy tylko jedną kałużę.

Pożegnanie z Afryką

Dwadzieścia dwa lata spędziłem w Afryce - w dżdżystym autobusie dzwoni starszy facet. Jadę z sejmu, zamieniam się w słuch. Szumi sawanna: krople spływają po szybach.

W dniu pogrzebu Julii H.

Nic nowego o życiu nie wymyśliłem, nic odkrywczego nie napisałem. Zdania zawsze grzeszą banałem. Inne pory roku. Jedynie próby, żeby pozostać zostać.

Schadzka

Środa. Następnym razem spotkamy się w październiku. Coraz rzadziej się spotykamy i coraz mniej wina. R. dopija drugi kieliszek prosecco. Dż. nakłada grynszpanowy płaszcz. H. ma czterdzieści lat, ale dopiero za rok a teraz się zbiera. To, co jest ważne, jest ważne w tej chwili. Ludzie są tylko zwierzętami w czasie, ale brakuje im czasu.

Polacy witają cudzoziemców w Ogrodzie Saskim

Maszerowaliśmy wieczorem przez Ogród Saski, rozmawiając skąd się bierze ta cała agresja teraz. Akurat zza zakrętu wyszło konferencyjne towarzystwo, Hindusi w garniturach i im podobni. Minął ich typowy parkowy facet z pieskiem i tylko mruknął pełen polskiej gościnności: skąd ta hołota przyjechała.

Autor bloga gubi się w czasie 

Czwartek. Ciągle jest środa. Zdawałem sobie sprawę, że dni się zmieniały, ale tak naprawdę nie różniły się zbytnio od siebie. Każdej niedzieli dziwiłem się, że już jest niedziela, ale tylko to. Wieczorna msza tego lata, dzieci biegające wokół kościoła. Coraz wcześniej zmrok. Ciągle jest środa: nie zapisuję dat, bo nie mają większego znaczenia. Zatraciłem umiejętność odnajdywania w dobach jakiejkolwiek odrębności. Gnębi nas tu jednakowość. Ciągle jest środa. Zdawałem sobie sprawę z ulotności wszystkiego, ale usilnie wyobrażałem sobie wyłącznie to, co niemożliwe.

[09-14.09.2017]