2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
poniedziałek, 27 listopada 2017
Krzysztof Iszkowski, Ofiary losu. Inna historia Polski, Liberte 2017

 


(Anna Dymna w filmie "Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny", reż. Janusz Majewski, 1982, źródło: canalplus.pl; Radziwiłłówna zwiększała szanse na porzucenie przez Polskę katolicyzmu - tak długo, jak żyła (...). Gdyby zaś królowa nie tylko nie umarła, lecz także urodziła Zygmuntowi Augustowi męskiego potomka, prawdopodobieństwo utworzenia kościoła  narodowego dodatkowo by wzrosło (s. 69))

 

Skąd się bierze historia?

Kolega z pokoju twierdzi, że nad wszystkim czuwa Opatrzność, która przesuwa pionki na mapach. Nie doszliśmy do porozumienia, co do wpływu Opatrzności na zbrodnie przeciw ludzkości i ludobójstwa.

Ja twierdzę, że za wszystkim stoją decyzje i wybory pojedynczych osób. Historia byłaby więc sumą ludzkich wyborów, oczywiście biorących pod uwagę kontekst (jak na przykład susze, trzęsienia ziemi i zarazy), ale jednak podejmowanych za pomocą wolnej woli.

Z kolei autor "Ofiar losu", Krzysztof Iszkowski twierdzi, że za wszystkim stoją przypadki, zbiegi okoliczności, pociągi, które spóźniają się o pięć minut i królowie, którzy zapadają na śmiertelne przeziębienie na dzień przed walną bitwą. Zasadniczo wszystko jest zbiegiem okoliczności (s. 9). Los czyli taka ateistyczna Opatrzność.

To mój pierwszy problem z tą książką; nie wyczuwam szczególnej różnicy między postawą kolegi, z którym się o ową Opatrzność kłócę, a postawą autora. Drugi jest nawet większy - owszem czyta się wartko i z niemałą przyjemnością, ale brakuje w "Ofiarach losu" warsztatu naukowego. Książki o starożytnych bogach, które, jak pamiętacie, czytam dla rozrywki, bardzo wyczulają na różnice w jednym czy dwóch słowach. Tu nie potrafię powiedzieć, co ma poparcie w faktach, co jest wyobraźnią autora, a co andronami. Jakże inaczej czytało się Jana Sowę i jego fantomowe ciało.

Niemniej analiza Iszkowskiego i jego alternatywne historie zmuszają do myślenia. W czasach, gdy narracja historyczna zaczyna być monopolizowana przez specjalne instytucje służące jej zakłamywaniu, "Ofiary losu" pozwalają odetchnąć i zastanowić się nad mitami, które teraz stają się dla rządzących, a co gorsza dla uczących się, bezmyślnymi mantrami. Bezmyślna historia jest najbardziej niebezpieczna.

Czytam więc na głos koledze od Opatrzności fragmenty o prosperity w Królestwie Polskim i o II Rzeczpospolitej: państwie biednym, źle zorganizowanym i słabym pod względem tego, co w dzisiejszej dyplomacji określane jest mianem soft power (s. 119). Czytam oczywiście myśląc o dzisiejszej Polsce. 1 sierpnia 1939 r. ambasador von Moltke meldował: hasła propagandy rządowej spotykają się ze ślepym zaufaniem. Tak więc szerokie koła mają rzeczywiście przeświadczenie, że Polska znajduje się po stronie przyszłych zwycięzców, że w Niemczech ludność głoduje... że niemiecki sprzęt wojskowy jest wątpliwej jakości (s. 144). Jakże łatwo jest nabierać Polaków, nic ich nie uczy historia (a smutny wniosek, że Polska została w 1939 roku porzucona przez sojuszników, bo nikt jej nie lubił, czy nie do tego sprowadza się nasza dzisiejsza podmiotowa polityka zagraniczna?)

Największe wrażenie robi na mnie teza o 31 marca 1981 roku jako najważniejszej cezurze w dziejach polskiej transformacji, dniu, w którym pewien mężczyzna z wąsami (do spółki z mężem pewnej skrzypaczki) zatrzymał los, nie dopuszczając do radzieckiej interwencji, narodowego powstania i kolejnego mitu do zestawu z małym powstańcem. Byłby to następny przyczynek do wielkości Lecha Wałęsy lub - dla nienawistników - jeszcze jeden dowód, że nie pozwolił Polakom być Polakami (to znaczy ginąć bez sensu, płakać a potem mieć fumy i pretensje, że nikt nie docenił).

Po przeczytaniu "Ofiar losu", zacząłem się zastanawiać i przyglądać dyskusji o uchodźcach: ta wielogłosowość od elitarnych stwierdzeń o przedmurzu i polskiej obronie cywilizacji białego człowieka, poprzez umiarkowane, aż do radykalnych pochwał Ratko Mladicia jako specjalisty od ostatecznego rozwiązania kwestii muzułmańskiej, tudzież twierdzeń o herezji Franciszka, skoro głosi ewangelię. W ten sposób doszedłem do wniosku - dowód przez analogię - że postawa Polaków do Żydów w czasie II wojny światowej musiała wyrażać się przede wszystkim przez wydawanie i Judenjagd, a nie przez ratowanie ich za wszelką cenę, nawet jeśli dzisiejsi spece od pamięci narodowej twierdzą inaczej.

Tacy jesteśmy, kiedy się zedrze z nas pazłotko mitów.

 

środa, 22 listopada 2017
Jarosław Iwaszkiewicz, Andrzej Wajda, Korespondencja, Zeszyty Literackie 2013

 


(kadr z filmu "Brzezina" Andrzeja Wajdy na podstawie opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, 1970, źródło: imdb.com)

  

Listów nigdy nie można brać na serio, bo są pisane pod wpływem chwili (s. 16) - komu jak komu, ale Jarosławowi raczej się w tej kwestii nie powinno wierzyć, biorąc pod uwagę jego bujną korespondencję. Zbiorek listów wymienianych między starym poetą a reżyserem w średnim wieku jest za to raczej skromny, i jeśli miałby służyć jako miara zażyłości, to świadczy o sympatii, znajdowaniu wspólnego języka, ale też o dystansie.

Należy ta korespondencja do zbioru pism estetycznych a nie osobistych. Obaj - reżyser i pisarz -wymieniają uwagi na temat filmów i spektakli, ze szczególnym uwzględnieniem ekranizacji prozy Iwaszkiewicza. Owszem w tle jest Polska, są kłopoty rodzinne, podróże, ale meritum pozostaje dialog dwóch twórców o twórczości, zresztą pozbawiony jakiejś odkrywczości.

Obaj są dla siebie ważni. Dla Iwaszkiewicza filmy Wajdy to - wydaje się czytając - jakiś szczególny rodzaj późnego docenienia, znalezienia się na powrót w światowym obiegu, czyha więc na zagraniczne recenzje, wyławiając z nich swoje imię. Wajda natomiast szuka natchnionego tekstu i okazuje się nim być proza, której autor z roku na rok staje się żywym pomnikiem (a która, niestety, przetrwała krócej niż filmy Wajdy; dzisiaj "Brzezina" jest bardziej znana jako film niż jako opowiadanie; zresztą lada moment Miłosz dostanie nobla, a wybór dokonany przez Iwaszkiewicza oceniony zostanie za niewybaczalny błąd).

W swoim nekrologu dla Wajdy (tutaj) pisałem o Iwaszkiewiczu, ba, zamiast portretu reżysera, gra skojarzeń, umieściłem tam fotos Iwaszkiewicza, ale przecież blogów, podobnie jak listów, nigdy nie można brać na serio, bo są pisane pod wpływem chwili.

 

Dziennik pisany w listopadzie (odc. 3)

 

Lustro

W windzie przyglądam się sobie jak rzadko uważnie: ów brązowy czubek nosa to jedynie ślad po nagłym espresso.

Plac i pałac

Po przejęciu państwa, rozumianego jako instytucja, oraz przejęciu pamięci (władza reprodukuje własną pamięć, aby zastąpić nią pamięć dotychczasową), kolejnym krokiem każdego zmierzającego do autorytaryzmu rządu jest zapanowanie nad architekturą: wielkie budowle Leopolda, marmurowe ulice Duce, monumentalna Germania, Chrystus Salazara, siedem moskiewskich sióstr, świątynia Pniewskiego, symetria, dużo linii prostych, chwała, Bóg, honor, ojczyzna.

Zburzyć Pałac, zająć Plac (tyłkiem o Plac zeszłej zimy było moje pac): początkujący autokraci wyciągają kreślarskie deski.

Domek Ninoczki

Czwarty żółty domek też należy do Ninki. Z tyłu ma być latarnia morska a z przodu rabatka.

 


(Millie Bobby Brown w roli Eleven, źródło: popbuzz.com)

 

Stranger Things S02E08

(Spojler) Urzeka mnie w tym, co oglądamy za namową Dż., ewangeliczność scenariusza. Wieczorem owego dnia, tam, gdzie przebywali, przyszła Eleven, mimo drzwi zamkniętych. Ten serial przecież opowiada o piekle, te okropne stworzenia to nic innego jak tysiąc diabłów ze "Złotej Legendy". Nawet w Chicago, cóż to jest innego, jeśli nie kuszenie?

O gęsiach, co nie doczekają się kolędy

Pięknie się piecze gęś w gruszkach. - Do kiedy będą gęsi? - zanotowałem czyjeś pytanie którejś soboty na hali. - Dopóki nie wyrżną stad.

Nadejście

Nie mogę oderwać Dziecka od szyby. Nie pomagają ani mleko, ani parówki. Josif Brodski dźwięczy w uszach. Sikorki szukają balkonów. Kawki wyczekują pod piekarnią. Pada pierwszy śnieg. Potem zupełnie nic: lekcja znikania.

Na niechybną śmierć yorka

Autor bloga zagłębia się w lekturze. Autobus rusza. A tu życie wisi na włosku, to jest na smyczy, i piszczy. Rzucają się ludzie, krzyczą. Oho! Panie kierowco! Naciskają nerwowo guzik. Pam-pam. Za akapitem wzrok podnosi też autor, nieświadomy yorkowego ocalenia. Gap, nie świadek.

Nic do opisania

Kurier miał przywieźć nowy wózek dla Dziecka. Już, już, pomyślałem sobie, będzie wyborna historia na bloga. Z kurierami zawsze są wyborne historie. A tu nic. Grzeczny, nie ma, aha, przyjedzie później, o siedemnastej? Dobrze. Był, czekał, wręczył. Wszystko w porządku, więc powiedzcie dlaczego jestem zawiedziony?

Późny listopad

Wolę poranki. Nic nadzwyczajnego, ale są mniej oślizgłe od wieczorów, którym jeszcze nie rozpalili świateł, więc tramwaje znikają za ciemną rzeką.

(16-22.11.2017)

 

Barbara Seidler, Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe, Czarne 2017

 


(Bolesław Miedza, Rozpoczęcie procesu w tzw. aferze mięsnej, listopad 1964 r., PAP, źródło: https://magazyn.wp.pl/artykul/lepsza-lodowka-lepszy-telewizor-domek-za-miastem-i-kara-smierci)

 

W czasach, o których mi opowiadała, czyli bardzo dawno, Babcia jeździła do Lublina przysłuchiwać się rozprawom w sądzie. Sąd mieścił się w cieniu dawnego cmentarza ewangelickiego. Wtedy nie czytałem jeszcze reportaży, więc nie wiedziałem właściwie, co w tym sądzie mogło być ciekawego (choć w tym samym czasie z ochotą oglądałem "997"). Zwracam uwagę na to, bo kiedy Babcia przesiadywała w sądzie w Lublinie, na alei Świerczewskiego w Warszawie rozprawom przysłuchiwała się Barbara Seidler.

Jej reportaże, właściwie pitawale, relacjonujące dzień po dniu procesy w sprawach różnych - od zabójstw po malwersacje - pokazują chyba najlepiej jak bardzo zmieniło się, pod względem umysłowym, społeczeństwo. Kto dziś będzie czytał streszczenia wypowiedzi oskarżycieli i obrońców? Kto przygląda się uważniej oskarżonym? Po co to, skoro codzienne szmatławce na pierwszej stronie już wydają wyrok, wiedząc lepiej? Ach, jaka Barbara Seidler jest staromodna.

Są trzy miejsca w tym zbiorze, które przykuwają moją uwagę.

Pierwsze, to gwałtowna filipika autorki przeciwko karze śmierci. Wbrew ówczesnemu prawu, wbrew opinii publicznej tamtej i dzisiejszej. Wielki tekst. Trzeba było sporo odwagi, żeby tak pisać.

Drugie, to wspomniana historia z Żoliborza, o nauczycielce katującej przybranego synka. Historia z ciągiem dalszym w postaci reportażu "Śliczny i posłuszny" Mariusza Szczygła z 2013 r., w którym odnajdujemy ową morderczynię - po zatarciu skazania - jako pobożną ekspertkę Ministerstwa Edukacji.

Trzecie, to rodzynki, akurat otwieram nową paczkę i czytam: na jesieni 1975 roku wykorzystaliśmy już wszystkie zapasy rodzynków. Zacząłem ograniczać wyroby z rodzynkami. To były wyroby najtańsze: babka drożdżowa, lody. Zwróciłem się do kombinatu o zmianę receptury, ale się nie zgodzili. Mówili, że starają się o rodzynki (s. 215). Wyobraź sobie świat, w którym nie możesz dostać rodzynek (bardziej mnie - miłośnika małych radości - to wstrząsa niż okrutne zabójstwo).

  

wtorek, 21 listopada 2017
Max Frisch, Z dziennika berlińskiego, Czarne 2017

 


(Barbara Ann Spengler, Kurfurstendamm, Berlin Zachodni, luty 1970, źródło: https://www.flickr.com/photos/sillysocks/sets/72157670096654156)

 

Ćwiczenia z wyobraźni: noc i w papierosowym dymie zamglone światło. Pety zwinięte w popielniczkach. Po schodach na piętro wchodzi Zbigniew H., patrzy na stiukowego anioła na brązowym suficie i siada do stolika. Trzecia czy czwarta, właśnie wówczas Zbigniew H. mieszka w B. i chce zamówić setkę. Coś notuje na zmiętych paragonach.

1970: w Berlinie mieszka Zbigniew Herbert
1973: do Berlina przeprowadza się Max Frisch
1976: przyjeżdża do Berlina David Bowie

Często myślę o Berlinie - wyspie, tamtym Berlinie otoczonym murem, w którym wszystko było inaczej. Należy do minionych krain z wyobraźni, podobnie jak powojenny Lublin. Miasta, których nie mogłem zobaczyć, choć byłem bardzo ciekaw. 

Moja wiedza o Maksie Frischu ograniczała się do notki z Wikipedii, więc to nie o niego chodzi (choć podziwiam teraz jego zwięzły sposób zapisu), ale właśnie o Berlin. Jeszcze jedna opowieść z wyspy. Często myślę o Berlinie, wtedy kiedy chodzę po dzielnicy, w której mieszka Jo. Max Frisch mógłby być jej sąsiadem (czym są dwie stacje metra?)

Ale - jeśli przyjrzeć się bliżej - bardzo mało w dziennikach jest tego Zachodniego Berlina. Frisch przypatruje się Wschodowi, ogląda enerdowską telewizję i ciągle czmycha za mur spotykać się ze wschodnimi literatami (którzy w dużej części, zapewne, notują te spotkania w swoich dziennikach na zlecenie Stasi).

Bacznie obserwuje Wschód a jego notatki brzmią niepokojąco w teraźniejszej Polsce: przez krytykę rozumieją wyłącznie krytykowanie przeciwnika, w kółko to samo, i nawet jeśli człowiek na podstawie doświadczenia zgadza się z tą krytyką, i tak wieje grozą, nic prócz litanii werbalnych samopotwierdzeń, myślenie szukające wyłącznie pytań, na które odpowiedź jest już z góry ułożona, a fakty pojawiają się tylko w tej mierze, w jakiej dowodzą słuszności dogmatu (s. 44; po wielu obrotach niebieskich sfer, dotarliśmy znów do Honeckera, towarzysze).

 

Marcin Kącki, Poznań. Miasto grzechu, Czarne 2017

 


(Okładki książek Małgorzaty Musierowicz, źródło: winxblogger.pl; marzy mi się portret bohaterów "Poznania" utrzymany w tej konwencji plastycznej)

 

Oglądanie filmów Ulricha Seidla: to jak ciekawsko zagląda do porządnych wiedeńskich domów, ba do austriackich piwnic, żeby wyciągnąć na wierzch to, co się zamiata pod dywan. Zresztą wyciąganie na wierzch okazuje się być spécialité de la maison austriackiej literatury wbrew społeczeństwu, które wygodnie się czuje pierwszą ofiarą własnego rodaka.

Poznań też jest lukrowany i wcale nie chodzi o rogale świętomarcińskie, które od dobrych kilku lat zagościły też w Warszawie i które - o jak to lubię - przynosi mi A. Poznań jest cały - uwaga! autor bloga ma wizje - zamieszkany przez Borejków: sympatycznych, klasycznych, bez cienia wątpliwości. Wypisz wymaluj, szczęśliwi Wiedeńczycy cieszący się swoimi rytuałami i na wszystko posiadający odpowiednią łacińską maksymę.

"Jeżycjadę" czytałem na studiach, Poznań odwiedziłem kilka razu. Najbardziej wbił mi się głowę pewien jesienny wyjazd, podczas którego nocowałem u brata mojej współlokatorki P. i oglądałem nocą "Marzycieli" Bertolucciego.

Kącki przypomina Seidla: nie tylko w wyciąganiu na wierzch, ale również w ekshibicjonistycznej metodzie prezentowania opowieści. Imiona, nazwiska, intymne szczegóły, kłótnie w kuchni. Już przy okazji "Białegostoku" miałem co do tego wątpliwości, ale tutaj nasilają się jeszcze bardziej. Czy nie wyciąga na wierzch za dużo?

Więcej: czy nie insynuuje? Takie miewam wrażenie przy fragmentach - a wiecie, że biografie pisarzy doceniam - dotyczących relacji Stanisława Barańczaka i jego siostry, autorki "Jeżycjady". Trochę jest w tym manipulacji: nie chodzi już o to, żeby zdrapać lukier, ale żeby poczuć gorzki smak pod spodem (jak na s. 234, co sprawdziłem: Musierowicz do czytelniczek na stronie zwraca się, używając podawanych przez nie pseudonimów, stąd słodka istoto to nie - jak może się wydawać z tekstu Kąckiego - objaw lekceważenia czy naśmiewanie się).

Niemniej, dużo jest w "Poznaniu" ujmujących szczegółów, zwłaszcza gdy Kącki zajmuje się historią miasta, po której krąży sprawnie (a skoro dobrze się to czyta, to nawet odechciewa się fact-checkingu), kawały lukru odpadają z przedwojennych kamienic i porządnych Wielkopolan w cylindrach. I znów czytelnik ma poczucie, że nie tylko o Poznaniu "Poznań", że to przecież świetna metonimia polskiej hipokryzji.

(Do listy lektur: "Wiersze zebrane" Stanisława Barańczaka)