2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
piątek, 25 maja 2018
Dziennik nadreński

 

 

Widok ogólny

W podręczniku do architektury parę rycin przedstawia nadreńskie miasto rozłożone na wzgórzach, jedno z przedmieść leży na drugim brzegu. Nad miastem górują dwie wieże katedry, tutaj Jerzy i Marcin (na rycinie czwartej, czego nie widać, źli kalwiniści wybebeszyli katedrę ze wszystkich świętych). Handel rozwija się w najlepsze aż do ryciny szóstej, kiedy wchodzą Francuzi. Z nieszczęść: dżuma pominięta na rycinie drugiej. Na rycinie ósmej albo dziewiątej (nie ma w podręczniku) do miasta przybywamy my.

Znak wodny (1)

Dziecko wdało się w autora bloga. Też kolekcjonuje. Kolekcjonuje fontanny, do każdej musi podejść, umyć ręce albo napić się. Może niewiele zapamięta z Bazylei (myli mu się z Berlinem), ale fontanny na pewno.

Wyjście poza kategorię cudu

Jedni nazywają to zbiegiem okoliczności, inni - łaską: ksiądz doktor szuka w betonie Ducha Świętego, nie wie nawet, że całkiem nowy wątek dodaje do wieloletnich rozmyślań autora bloga.

 

 

Znak wodny (2)

Opowiada M., że kiedy nadchodzi upał (a nadchodzi - sprawdzam w Wikipedii - przez Bramę Burgundzką), misy fontann zapełniają się kąpiącymi się dziećmi. Ta także. Fontanna, przy której po drodze z domu na uniwersytet zatrzymywał się Nietzsche. Nabożnie przyglądam się więc autentycznej wodzie.

Powiększenie

Tramwaje podobne są tutaj do szparagów: zielone. Stolik obok siedzi kobieta z brodą. Obce miasta zawsze - na pierwszy rzut oka - wydają się dziwne. Dziecko, żeby je zobaczyć, wchodzi na najwyższy stopień, obok kościoła karmelitów, z którego pozostała jedynie nazwa.

Dom

Dom jest jasny z kojącym widokiem na ogród i jeża. Ptaki o poranku śpiewają w językach obcych (kto zna się na ptakach?). Nieważne gdzie, ważne z kim spędza się czas - mówi A. z od dawna nieznanym spokojem.

Znak wodny (3)

Dziecko! Ulice rzeczywiście podobne do ulicy Fontany (jedynie więcej przy nich maserati i porsche), ale rozmawiamy o fontannach przez dwa, nie jedno n.

 

 

Obrazki z wystawy

Pary obściskują się po ciemnych ulicach a w urynale grasuje pedofil. Pan burmistrz składa pamiątkową wiązankę ku czci cesarza i dawnej wielkości. Będzie przemówienie o żołnierzach wyklętych spod Verdun i o tym jak nas zdradzono. Pożądać należy jedynie wielkości - doda, ale na spełnienie fantazji przyjdzie mu czekać lat szesnaście z okładem (Georg Scholz, Małe niemieckie miasteczko nocą, 1923, tutaj).

Spoglądamy na wieczność, kiedy tylko wychodzimy z windy. Wieczność spogląda na nas. Jakby podtrzymywały niebo, owe panny ogromne. Jak ogromny jest nasz zaniemówiony zachwyt (Ferdinand Hodler, Spojrzenie w wieczność, 1913/14-1916).

Nic w tym triumfie nie ma z majestatu. Nadciągają szubienice, wrony czekające na padlinę, zaraza. Równo maszerują kościotrupie zastępy: ktoś z wiejskich scen rodzajowych pozdejmował skórę, wieki wcześniej przewidując wiek dwudziesty (Piotr Brueghel młodszy, Triumf śmierci (kopia z Piotra Brueghela starszego), XVII w.)

(Kunstmuseum Basel)

W górę

Naprzód na wieżę. Po schodach by, po schodach. Po linach by, po linach. Muszą państwo zejść przed siedemnastą - protestancki kasjer jest niereformowany. Nic, że chciałbym widzieć jak uderza dzwon.

Sielanka

Kiedy wszyscy będą nieziemsko bogaci i nie będzie już powodów do nienawiści ani wojen, świat będzie wyglądał jak plac zabaw w Bazylei. (Skąd znam te obrazki, czyżby ze "Strażnicy"?)

Rzeczy po nas

Trzeba się powoli przyzwyczajać do swojej egzotyki. Obok masek z Nigerii, kielich i patena, artefakt kultury katolickiej obecnej wśród europejskich tubylców mniej więcej do połowy XX wieku. Karteczki do spowiedzi (niech wybaczą pierwszokomunijne dzieci) są umieszczone pomiędzy Janem Nepomucenem a reklamami londyńskich zamtuzów. (Muzeum Kultur w Bazylei odchodzi od opowieści o innym widzianym oczyma Europejczyków, jak w klasycznym modelu etnologii (Volkskunde), porządkując wszystkie kultury jako równorzędne i wycofując się z europejskości. I powiem Wam, człowiek podający się za etnografa, że nie jestem przekonany, że to jest w porządku).

Ta średniowieczna taśma pokryta zapiskami - głosi podpis w katalogu - to talizman: miara długości Chrystusa. Czy jeszcze chroni?

Koda

Uzależniony od zapachu książek, ściskając pożółkły album Degasa (wydanie paryskie, rok trzydziesty siódmy) wychodzę z antykwariatu w obawie, że mógłbym w nim zostać i przegapić samolot powrotny. Przekonuje mnie A.: poszukaj jeszcze! Może znajdziesz podręcznik do architektury z rycinami przedstawiającymi nadreńskie miasto?

(19-22.05.2018)

 

sobota, 19 maja 2018
Dziennik pisany w maju (odc. 2)

 


(Imogen Cunningham, Kwitnąca magnolia, ok. 1925, © 2018 Estate of Imogen Cunningham, Museum of Modern Art, Nowy Jork, źródło: tumblr.com)

 

12.

Żeby nie uciekać się znowu do mapy (w notesiku jest już dwunasta), opowiem Wam jak było. Wsiadam z wózkiem do tramwaju pod Halą. Piramida wieku: odwrócony trójkąt. Łapy przy dupie - woła jedna staruszka do drugiej, a ta druga łap nie trzyma, aż staruszek obok już chciał nią potrząsać, coby ją przekonać. Nieładnie - skomentował inny staruszek obok wózka.

Nagrodę muzealną otrzymało Muzeum Wojennego Dzieciństwa w Sarajewie, opowiadające o wojnie tak jak się starało o niej mówić gdańskie muzeum (nie historia, ale historie) nim przejęli je ignoranci wołający Polska, Polska, którym umysłem bliżej do maszerujących po Gdańsku chłopców w mundurkach koloru palisandru. Ci, co nie zrozumieli podstawowej lekcji z wojny: każda niepotrzebna duma i zbytnia cześć dla pojęć abstrakcyjnych prowadzi do nieszczęścia. (Jeszcze ten nieszczęsny plakat, który wywiesili. Świat byłby lepszy, gdyby ludzie z innych krajów byli bardziej podobni do Polaków. Na muzeum, które opowiadać miało dokąd wiedzie poczucie bycia lepszym od innych.)

13.

Msze z Dzieckiem spędzamy pod kościołem (dopiero błogosławieństwo na koniec powoduje u Dziecka nagły przypływ chęci wejścia do środka). Dzisiaj przez kościelną furtkę wmaszerowała około ewangelii homoseksualna para, kaczek krzyżówek. W czasie kazania całowała się na oczach Dziecka, wydreptywała ścieżki ku Dziecka wielkiemu zadowoleniu, wystawiała kacze szyjki. (Co Bóg chce nam powiedzieć wysyłając homoseksualne kaczki na mszę?)

Wieczór był kwitnący robiniami, ciepły, w sam raz na passeggiatę (nie żaden rześki majowy, ale taki duszny jak latem na Wyspie, a nie w Fobema). Marzy mi się już Południe.

14.

(c.d) ale przecież - jak donosi prasa - przenoszą się do Polski ulubione aleksandretty. Radość południowych miast.

"Stanem lirycznym nie są bowiem bezpośrednie doznania subiektywnych uczuć, lecz ich estetyczna kontemplacja." (...) Siłę wyrazu można osiągnąć dzięki oddaleniu się od własnego "ja" (A. Franaszek, Herbert, t. 1,s. 294, cytat z Ostapa Ortwina). To, co tak dręczy autora bloga - utracona umiejętność wzniesienia się ponad emocje. Ćwiczenia z poezji chińskiej. Kontemplacja ptaków za oknem i roślin ozdobnych. Cokolwiek próbuję, zawsze wracam do rzeczy prostych i nie do opisania: zapisów zmysłów i odczuć.

Oko, które nie potrafi oderwać się od obrazu.

15.

Dopiero teraz, w kontekście powyższego cytatu, zrozumiałem, co to znaczy, że fajka nie jest fajką (u Magritte'a).

Na Hajoty kwitnie jaśmin. 

16.

Co ja im powiem? - martwię się, stary piernik, w tych swoich śmiesznych garniturach (prosto z pralni), zalany deszczem przy metrze Wierzbno. Ta wyszczekana, co jedzie za ocean i ustawicznie ucieka z zajęć, zauważa coś ironicznie. W pewnym wieku odechciewa się już ironii. Skrzeczę więc, gderam i opowiadam o ludobójstwie.

Wy się kłócicie? - dziwi się P. nad kotletem schabowym, niedobrym, w tej piwnicy dobre mają tylko ziemniaki. Nie opowiadam jej wiele. Nie pozna więc okopów spod Verdun, wspaniałych szarż Napoleona i odwrotów spod Stalingradu. Nie spostrzega nawet jak pakuję na wieczór żelazne racje prowiantu.

17.

Przyszło do mnie słowo cudeńko. I wiem nawet, o czym bym pisał układając listę cudeniek, tak jak kolekcjoner przyszpila w swoich zbiorach rzadkie motyle. Ale ufam - elektroniczny ekshibicjonista - że się nie dowiecie nic o cudeńkach, bo muszę mieć coś dla siebie. Coś, czego nie zapiszę.

Natknąłem się na redaktor M. w przejściu podziemnym. Redaktor M. pędziła w kierunku placu zabaw, ja też. Ona biegła zadawać pytania, ja silić się na odpowiedzi.

18.

Biodro, fragment muślinu, cień ramienia, przywidokom poświęcał niewiele czasu. Ot, jakieś przebłyski, że jest coś innego poza kalendarzem, w którym wszystko wiadomo.

19.

Kazanie sejmowe: mówić się dziś powinno nie o władzy nieludzkiej, niesprawiedliwej, bez serca, ale o bezbożnej. Podobnie jak bezbożny okazał się hierarchiczny Kościół, którego braknie na podłodze Sejmu. Ten, co tak głośno wołał o ochronie życia. Jeśli ktoś miał złudzenia dokąd prowadzi ten mariaż tronu i ołtarza, chyba się ich pozbył. Czytajcie Mateusza, rozdział 23, czytajcie o Polsce:

Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje ornaty i wydłużają frędzle u stuły. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w kościołach. Biada wam, arcybiskupi i biskupi, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą. Z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i nieprawości. 

 

piątek, 11 maja 2018
Dziennik pisany w maju (odc. 1)

 

 

1.

Zamiast opisywać dni, postanowiłem rysować mapy. Kartografia wydaje się być pewniejsza od ortografii (powyżej starannie opisany pierwszy maja z J. i M.)

"Przyszłość będzie inna" w Zachęcie odchodzi od triumfalistycznej wizji dwudziestolecia jaką próbuje się rozprzestrzeniać w ostatnim czasie. Pierwszego zawału prawdziwy patriota doznaje w momencie, w którym po wejściu na wielkim ekranie dzieci śpiewają piosenki w jidysz. Potem jest tylko gorzej (dla prawdziwych patriotów). Akurat czytam wspomnienia Zygmunta Klukowskiego i wystawa w Zachęcie - w porównaniu z nimi - wydaje się być i tak wyidealizowaną wersją dziejów.

Karuzela w Ogrodzie Krasińskim - czy człowiek się nigdy nie może oderwać od nadmiaru skojarzeń? Po prostu kręcić się z Dzieckiem i M., a nie myśleć o karuzeli obok, o chmurze pierza i płonącym mieście?

2. Globalne ocieplenie nieźle namieszało mieszkańcom miast, dla których przyroda i tak pozostaje ledwie jakimś dalekim punktem odniesienia. Najpierw jak szalone rozkwitły bzy (a one z majem przychodzić powinny), w kwietniowym tygodniu daleko od matur kasztanowce, ba konwalie też przestały być wyłącznie majowe. Przyglądam się temu, jak wszystko się spieszy i wyobrażam sobie złotą jesień w sierpniu.

3-5. Dziennik pisany w Berlinie (tutaj)

6. Skoro nie bzów i konwalii, maj jest miesiącem książki. Oburza się A., że autor bloga ukrywa się za tomami. Cóż skoro wybrał wszystko powyżej czterystu stron: "Zamojszczyznę", biografię Herberta i "Dalej jest noc".

7.

Zapytałem czy są te małe babeczki w kawiarni. Nie ma jeszcze - odpowiedzieli. Jeszcze wiosna, choć na dworze lato.

Pośród tych babeczek właśnie  - pamiętajmy o tle - urodziło się Dziecko.

8.

Tydzień upałów. P. pokazał mi jak się szuka przyjaciół w telefonie, więc teraz szukam, wołam, lokalizuję. A choćby wszyscy wieszali psy na Marku Zuckerbergu, zawsze będę mu wdzięczny, że nosić ich mogę w niebieskim liniuszku.

9. 

Opowiadałem im potem o sposobach upadku demokracji bardzo tragicznych i pełnych patosu. Prezydent wygłasza przemówienie, bombowce nadlatują nad pałac, na stadionie jest ból i strach. Ale przedtem - zanim ciepły wiosenny deszcz oczyścił mnie na metrze Wierzbno - widziałem jak demokracja upada zdecydowanie mniej widowiskowo.

Widziałem biały budynek otoczony płotem, pogardę na korytarzach i krzywy uśmiech młodego wielbiciela białej rasy, co podpisał listę, żeby dostać dietę, i wyszedł bredzić swoje dyrdymały.

(Dochodzę do wniosku, po lekturze "Zamojszczyzny", że walka w obronie państwa, które samo pcha się ku upadkowi, jest jedną z najgłupszych rzeczy jaką robią ludzie).

 

 

10.

Kolejna z wystaw, co się nie podoba chirurgom historii i tym, co w Lutym na powrót zanurzyli się w - jak się wydawało - dawno zarośnięte bagno. "Obcy w domu" jest dla mnie świetnym uzupełnieniem wystawy stałej "Polin", tych sal powojennych, co przez nie już szybko.

Chodzą wycieczki szkolne, notują. Może choć to ich nieco uodporni na język, który na nowo objawił się w Lutym? W anonimowych antysemickich zapiskach luminarze dobrej zmiany odkryli cytaty z siebie, cóż za oburzenie.

Bo o Polsce trzeba pisać tylko wielkimi literami (a móc to zrobić - oznacza karmić się mitami). "Obcy w domu" mówi o tym, że istnieją mechanizmy, które raz uruchomione prowadzą do dramatu. Trudno się w tej wystawie odnaleźć, skoro samemu je się uruchamia.

11.

Tak pięknie się zaczął. Do biurowców wbiegały młode mężatki. Malały stopy procentowe. A ja z biografii Herberta kontemplowałem w słońcu jedno zdanie: krakowianki mają kosztowną jedwabną bieliznę zwykle koloru łososiowego (s. 191), jedząc pastę jajeczną i marząc o tym, o czym zwykłem marzyć.

Teraz nadchodzą w garniturach i psują wszystko, co było dotąd. Ich dłonie, upaćkane w wazelinie, śliskie jak rybie płetwy. To przez nich upadają państwa, wówczas, gdy idioty nie możesz nazywać idiotą.

  

środa, 09 maja 2018
Zygmunt Klukowski, Zamojszczyzna 1918-1959, Karta 2017

 


(Widok Szczebrzeszyna na początku XX w., źródło: http://shtetlroutes.eu)

  

Podręczniki do historii zawsze kłamią, powtarzam to swoim studentom, tym nielicznym, którzy nie wychodzą w trakcie przerwy, udając, że to wcale nie oni. Jeśli więc historia ma być nauczycielką życia, potrzebne są bezpośrednie relacje, dowody na istnienie. Tylko w ten sposób można zwalczyć złudne idee. Tom Klukowskiego jest w tym zakresie dziełem bezcenny.

Historia pisana z perspektywy Szczebrzeszyna jest inna niż ta warszawska, mniej patetyczna, bardziej okrutna. Nie poddaje się dyktaturze jednoznaczności. Opowieść o wielkich Polakach staje się opowieścią o ludzkim losie, w którym bohaterstwo miesza się ze zdradą, a czyny wspaniałe z czynami podłymi. Historia widziana w ten sposób nie nadaje się do budowania pomników, za to pozwala zobaczyć to, czego autorzy podręczników pokazać nie chcą. Zwyczajność życia i śmierci.

Spróbujmy z Zygmuntem Klukowskim przyjrzeć się historii przez pryzmat dzisiejszych mitów (wspaniałość II Rzeczypospolitej, największe drzewo w Yad Vashem, którego wciąż nie ma):

Za trumnami szły wielkie tłumy ludzi. Rzucał się w oczy zupełny brak księży. Okazało się, że w całym Zamościu nie było ani jednego księdza, czy to cywila, czy kapelana wojskowego. Wszyscy zwiali przed bolszewikami, bez skrupułów porzucając swoich wiernych parafian (s. 18).

W którymś roku sprowadzono z zagranicy jakieś nowe ogromne maszyny do tartaku. Okazało się, że na ustawienie tych maszyn tartak się nie nadaje, zaczęto go przerabiać, dostosowywać, a maszyny stały na dworze i psuły się. I w rezultacie nic z tego nie wyszło, a koszty związane z tą imprezą wynosiły miliony złotych (s. 46).

Paragraf aryjski został uchwalony niemal jednogłośnie, bo zaledwie około sześciu delegatów głosowało przeciw niemu (...) Nie pozwalano wypowiedzieć się tym kolegom, których wywody nie odpowiadały intencjom fanatycznego antysemickiego ogółu (s. 110).

W 1938 roku na dobre rozszalała się akcja tępienia prawosławia (...) [Starosta] zaprosił mnie zaraz do starostwa i w swoim służbowym gabinecie w bardzo serdecznej i poufnej rozmowie zaczął szeroko rozwodzić się nad koniecznością zwalczania prawosławia, wskazał na otrzymywane okólniki i instrukcje urzędowe (s. 113-114).

Zaczęto od szykanowania w najrozmaitszy sposób. Od wszystkich urzędów i instytucji samorządowych zażądano spisu prawosławnych i Ukraińców i stopniowo usuwano ich z posad, niezależenie od kwalifikacji (...) rejenci mieli wyraźne polecenie, by nie dopuszczać do nabywania nieruchomości przez nie-Polaków. W kilku miejscowościach odpowiednio nastawiona ludność rozebrała, rzekomo samorzutnie, drewniane cerkwie prawosławne (s. 118).

7 września. Ewakuują z Warszawy ministerstwa. Dygnitarze z rodzinami, ministrowie, wyżsi wojskowi, korpus dyplomatyczny - wszyscy pędzą na wschód i na południe. Przy wielu samochodach chorągiewki państwowe. Ucieka elita, wnosząc niesłychane zamieszanie, graniczące z paniką (s. 136).

21 września. Piękne limuzyny, niektóre jeszcze lśniące, a przeważnie celowo niemyte lub nawet całe wysmarowane gliną dla zamaskowania przed okiem nieprzyjacielskich lotników, najczęściej ze znakami rejestracyjnymi Warszawy, przeładowane były uciekającymi i ich rzeczami. Niezwykle przykre wrażenie sprawiał widok stosunkowo dużej liczby oficerów wyższych szarż uciekających razem z rodzinami (s. 143).

6 grudnia [1939]. Niestety, nawet sami Niemcy przyznają, że broń znajdują we wsiach najczęściej wskutek donosów rozmaitych kolegów, sąsiadów (s. 180).

17 grudnia [1939]. Ludzie się łudzą na różne sposoby. Jedni wierzyli w przepowiednie św. Andrzeja Boboli, że niewola trwać będzie 101 dni, i obliczali dzień wyzwolenia na 8 grudnia, inni znów entuzjazmowali się opowiadaniami o tym, jak Matka Boska na cudownym obrazie w Częstochowie rozłożyła ręce i na dłoniach można było wyraźnie wyczytać datę 12 grudnia (s. 183).

11 stycznia [1940]. Wezwano mnie dzisiaj do chorego Żyda z odmrożonymi stopami. Jechał z Warszawy koleją z zakupionym towarem. Opowiadał z płaczem, jak jeszcze na dworcu w Warszawie wyrzucili go z wagonu pasażerowie Polacy, zabierając część towaru (...) Metody niemieckie znajdują grunt w niektórych sferach społeczeństwa polskiego (s. 189).

19 lutego [1940]. Nigdy nie przypuszczałem, że szerokie warstwy ludności polskiej są tak słabego ducha i tak dalece pozbawione godności osobistej i narodowej. Z wyjazdem na roboty do Niemiec dzieją się rzeczy nieoczekiwane. Ludzie zgłaszają się dobrowolnie, nieraz całymi rodzinami (s. 196).

17 lipca [1940]. Całej brance [łapance Żydów] przyglądało się dużo ludności polskiej. Na wielu twarzach nie było znać najmniejszego współczucia, przeciwnie śmiano się i dowcipkowano (s. 221).

12 sierpnia [1940]. Zaczęła się obława [na Żydów] na mieście i w pobliskich wsiach. Brali w niej udział oprócz policji i dwóch milicjantów dość liczni obywatele miasta na ochotnika, z burmistrzem Boruckim na czele (s. 226).

Podobnie ma się sprawa z żołnierzami wyklętymi (oczywiście tak nienazywanymi). Klukowski, sam oficer Armii Krajowej, opisuje postępującą demoralizację: ostatecznie giną przypadkowi ludzie, bandyci pozują na bohaterów, a niegdysiejsi bohaterowie zajmują się bandyterką. Oddział opiewanego przez dzisiejszych historyków Dekutowskiego morduje czteroletniego chłopca tylko dlatego, że jego ojciec służył nowej władzy. Nie, nie ma tu heroizmu, jest brutalna wojna, która nie chce się skończyć.

Cóż o niej mogą wiedzieć ci młodzieniaszkowie w odzieży patriotycznej? 

 

poniedziałek, 07 maja 2018
Dziennik pisany w Berlinie

 


(Atrakcja drugiej kategorii, przy której sprzedają parówki, źródło: a.b.)

 

Ucieczka autostradą wolności

Uciekajmy! - Dziecko powtórzyło frazę Kici Koci. Uciekaliśmy w święto narodowe, ach jak się w takie święto, czysta szosa, dobrze ucieka. Od białych orłów, flag biało-czerwonych, patosu przemówień i poczucia wyjątkowości. 

Z placów zabaw (1)

Każda podróż obecnie kończyć się może na placu zabaw. Na przykład w MOP Chociszewo, w cieniu żółtej literki M, gdzie podają frytki a ubikacja jest na piętrze. Zaraz potem zaczyna się sięgająca po Berlin monotonia lasów. Tutaj drabinki, stąd można zawracać.

Porcelanowe miniaturki

I.

Tym razem nocowaliśmy w muzeum. Jednym z głównym eksponatów - jak zachęcał przewodnik - był kot. Można go było oglądać, ale broń Boże nie dotykać, codziennie od 9.15 do 9.30. Punktualnie o 9.30 wydawał przenikliwy miauk, który powodował, że znad zielonej herbaty podnosiła się pani kustoszka i na dobę wyłączała kota.

II.

Szczególne miejsce w muzeum zajmował dział "porcelana". Stworzono w nim coś na kształt porcelanowej komnaty: kruchej, wyjątkowej i bezcennej. Łatwo przyzwyczaić się do porcelanowych talerzy, trudniej do porcelanowych krzeseł i kołder. Nierozważny ruch może kosztować fortunę. Oczywiście najcenniejsza była porcelanowa kuweta dla kota.

III.

Ogród zimowy jest osobliwością: tak naprawdę możesz go oglądać jedynie na sprzedawanych w sklepiku pocztówkach z każdej pory roku. Ogólnie wstęp jest tylko dla wybranych, wybór jest uprawnieniem zastrzeżonym dla dyrekcji. Dzieciom wchodzić nie wolno. Wszyscy mówią, że jest tam pięknie, ale nawet ci widzieli go tylko na zdjęciach. 

Z placów zabaw (2)

Temat fascynujących części ciała wraca co jakiś czas, przynajmniej u Dziecka. Pępek jest jak słoneczny poranek w Berlinie. Ciepły piasek na placu zabaw w innej dzielnicy. Nigdy się nie da wyjaśnić gwałtowności uczuć, także do cudzych miast.

Denkmal 

Najpierw są długi nogi skaczące po kamieniach. Potem nadjeżdża hałaśliwa karczma piwna. Wszyscy chorujemy na przykrótką pamięć.

Kraj, który jest obok

Polska nas jednak dogania. Krąży za nami przy Bramie Brandenburskiej, poznać ją po melodii głosu. Skrada się do sklepu z czekoladą i wsiada do żółtego autobusu. Od Polski nie uciekniesz: za blisko.

Wieczór na Alexanderplatz

Bardzo brudno przy wieży. Atrakcja drugiej kategorii, przy której sprzedają parówki. Dokoła fontanny krąży krzycząc Dziecko. Ziemia kręci się dokoła Słońca na zegarze astronomicznym upchniętym w kącie placu.

Stanisław Barańczak recytowany na parkingu we Franowie

Zawsze wraca jakaś fraza. I teraz po muzeum, w którym nocowaliśmy, kiedy kierujemy się do ikei na klopsiki, też nadciąga. Ta o porcelanie (czemu tu się dziwić?) i o tym, że drwi z nas historia (w sam raz na autostradę wolności).

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inna ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat

Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czu nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?

(3-5.05.2018)

 

Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert, Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie, Wydawnictwo a5 2018

 


(Kolaże Wisławy Szymborskiej z okładki książki)

 

Te listy to prawdziwe cudeńka. Nie ma w nich jakiejś wielkiej wylewności, dygotów duszy albo metafizycznych rozważań. Ot, przyjaźń ukryta w formie małych korespondencyjnych łódeczek: każda z nich wspaniale udekorowana fikuśnymi zdaniami i ćwiczeniami ze stylu. Nawet graficznie - a zbiorek zawiera reprodukcje z papeterii - są wyśmienite. Mogliby te listy napisać jacyś chińscy poeci.

Aż dziw, że napisali polscy. I przyznam, że zaskoczeniem było dla mnie już to, że do siebie pisali. Widać niechcący uległem obrazowi archipelagów, na których, z dala od siebie, mieliby żyć: ona z wiecznie wypominanym wierszem o Stalinie (o Adamie Włodku nie wspomnę) i on prawem wilka.

Bardzo krótkie i bardzo piękne.