2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2018
Dziennik pisany w kwietniu (odc. 3)

 


(Droga na Rury, 1959, źródło: pinterest.com; Mapa lessów i przyszłe kwitnące elesemy)

 

21. Cosobotniość - myślę sobie, piszę sobie - to taka ulepszona wersja codzienności. Że wiesz czego się spodziewasz, jak wygląda poranna mapa: kawa, drób, tulipany. Nie dajesz się zaskakiwać światu nawet raz na tydzień.

22. Dobry Pasterz - mówi ksiądz do dzieci, Dziecko śpi - nie tylko wie jak masz na imię i na nazwisko, ale też jak się czujesz, co robisz, czy jesteś smutny. - Zupełnie jak Zuckerberg - wyrywa mi się cichutko.

23. Zbiera się na burzę. Dziecko siada przed balkonowym oknem i obserwuje błyski. Samoloty uciekają z nieba. Kwitną bzy tak wcześnie.

24. Ambasadorowie zajmują chodniki, ledwo co się między Maltą a Malezją mogę dopchać do kawy, a tu już zajeżdża drogę Angola, trąbi Korea. Negus negesti przyjechał obwieszczają dzwony Józefa Oblubieńca. Ach nie, to tylko jego federalno-demokratyczno-republikański potomek.

25. Mapa lessów ciągnie się od Państwa Środka po cypel mojej Wyżyny. Są to utwory trwalsze od państw, ale mniej trwałe od kontynentów. Do dziś nie pomyślałem nawet, że można przywiązywać się do gleb albo skał, ale patrząc na tę mapę poczułem, że może moja ojczyzna to ta duża żółta plama.

(Pewnej zimy glinka osiadła na wsi. Pomiędzy wiśniami i gruszami pod cienkim lodem falowały wydmy. Kiedy wróciliśmy wiosną, wszystko to zniknęło: było dokładnie jak u Tove Jansson. Zima rządziła się na Wyżynie własnymi prawami, o których wiosną nikt nie potrafił dokładnie wyjaśnić).

26. Kolejny sposób definiowania siebie odnajduję w artykule o przestawianiu krzeseł ("Science Advances", vol. 4, nr 4, 2018): ludzie z pszenicy, działający w pojedynkę i ludzie z ryżu, często wchodzący w interakcje. Są jednak rzeczy, które umykają statystykom. Lepiej opisuje to M., mówiąc o sobie - a przypadkiem również o mnie.

Lubię ludzi, ale w małych ilościach. (Za to bardzo).

27. Tak jak zginęli, pozostali. Jeszcze w garnku kasza i rybie ości. Próbowali uciekać co prawda, ale szanse żadne. Piętnaście wieków czekali na swoją Antygonę z pędzelkiem. Żyli jakby ich nigdy nie było. Żadnych wieńców od wnuków i nagrobnych lampek. Nie było nikogo potem, tylko ziemia i morze. A jeśli człowiekowi z Tollund epitafium napisał Seamus-noblista, to ci niepogrzebani z Sandby borg zasługują na coś więcej niż tylko artykuł ("Antiquity", vol. 92, nr 362, 2018).

28. Łamanie postanowień. Przeczytałem wywiad z panem Henrykiem Hoserem na temat protestu niepełnosprawnych w sejmie. I pewny jestem jednego: jeśli piekło istnieje (tego akurat nie jest pewny), obradować w nim będzie Konferencja Episkopatu Polski.

29. To najcieplejszy kwiecień w naszym życiu - potwierdzam boso po trawie w ogrodzie. Zdanie powyższe kryje w sobie sporo nietrwałości, podobnie jak komunikaty prasowe o śmierci najstarszych ludzi na świecie.

30. W pustym mieście zachodzę do pełnej kawiarni, za barem N. - Nie ma mnie już tu od roku - mówi, jak ten czas leci. (Ostatni tydzień spędziliśmy z W. nad przypominaniem sobie I., która zniknęła zza lady jeszcze wcześniej).



Mira Marcinów, Historia polskiego szaleństwa, Słowo/obraz/terytoria 2018

 


(Pacjenci w Szpitalu św. Elżbiety, Waszyngton DC, 1886, źródło: imgur.com, zdjęcie użyte w książce Miry Marcinów. Może powinna być tu zamiast jakaś metafora Polski?)

 

Spojrzał na mnie nieufnie, miał na szyi różaniec a w klapie biało-czerwoną. Przyglądał się okładce nawet, gdy już mu ustąpili miejsca. Zaduma religijna - oceniłem pobieżnie. "Historia polskiego szaleństwa" to jest także o nim.

Właściwie szukałem czegoś innego. Bo gruby tom autorstwa Miry Marcinów jest jednak książką o psychopatologii, i tylko na kilku stronach doszukać się można mojego pytania: czy istnieje polski odpowiednik saudade? Smutnodur, domarad - coś, co mieszkańcom kraju nad Wisłą nie pozwala zmrużyć oka? Wiecie dobrze, drodzy Czytelnicy i Czytelniczki, że autor bloga uważa, że melancholię taką wiązać można nie tyle nawet z całym krajem, co z poszczególnymi miastami.

Autorka wprowadza rozróżnienie pomiędzy melancholią jako stanem chorobowym a melancholią jako stanem narodowej duszy. Niestety o tej drugiej pisze niewiele, zostawia z niedosytem, z domysłami na temat polskiej czy - więcej - lubelskiej melancholii. Wszystko pozostaje więc w sferze literatury.

Terapią melancholii jest zatem między innymi pisanie, z całą ambiwalencją wobec tego stanu (a więc i wobec dylematu leczyć czy nie leczyć?), gdzie nie ma nic tak słodkiego i tak smutnego jednocześnie, jak melancholia (s. 74) - otóż i autor bloga leczył się pisaniem bloga, równocześnie napawając się melancholią. Być może cała ta rozpisana na lata opowieść jest tylko wynikiem terapeutycznej logofilii, którą zalecają dziewiętnastowieczni doktorowie.

Druga część tomu jest zupełnie inna, zawiera wypisy z uczonych książek i czasopism lekarskich. Wydaje mi się nawet, że odbiegają one od tematu melancholii, by błąkać się po terytoriach histerii i innych szaleństw. Zastanawia tylko jak pojemnym i zmiennym w czasie jest pojęcie obłąkania, i jak wielką władzę nad ludźmi posiadają owe pojęcia.

 

niedziela, 22 kwietnia 2018
Karolina Sulej, Wszyscy jesteśmy dziwni, Instytut Reportażu 2018

 


(Martin Elkort, Soda Fountain, Coney Island, 1951, źródło: http://martinelkort.com/coney-island)

 

Coney Island, och, Coney Island! Do Lwowa nigdy nie chciałem jechać, do Nowego Jorku bardzo a już szczególnie do Coney Island, do tego wielkiego lunaparku ze starych zdjęć. Miejsca tak - w moich wyobrażeniach - fotogenicznego, że bardziej się nie da. Udowadniają to zresztą kolejne pokolenia zawodowców i amatorów, choćby Weegee, czy - u góry - Martin Elkort. Pojechać do Coney Island i robić zdjęcia, chociaż akurat te, w książce Karoliny Sulej, mają duży walor dokumentacyjny, ale mało poezji.

Mało poezji. Już nie chcę jechać do Coney Island. Powinienem z tego uczynić główny zarzut w stosunku do autorki: zabrała mi piękne wyobrażenie. Mało poezji, z rzadka trafiają się takie perełki jak to zdanie z rozmowy z rzeźnikiem: Kiedy tniesz mięso i zaczynasz widzieć ten marmur żyłek to jest jak zakochanie (s. 29).

Więc jeśli nie jest to przewodnik po legendarnym Coney Island (może dlatego brakuje w nim mapy?), to czym jest ten reportaż? Rzadko się zdarza, że tytuł tak trafnie zapowiada treść. Zamiast obrazka obyczajowego z przedmieść Wielkiego Jabłka, Karolina Sulej pisze studium o ludzkiej dziwności. O tych wszystkich luźnych ludziach, którzy nie pasują do socjologicznych teorii: dziwadłach z urodzenia albo z wyboru. O tym jak się im przyglądano, a Coney Island wciąż daje do tego pretekst.

Zresztą najbardziej zastanawia to w jaki sposób dziwność zmienia się w czasie. Fenomenalna jest w książce opowieść o pokazach wcześniaków i o tym, że inkubatory jako pierwsze pojawiły się w cyrku (s. 41-42). Wszyscy jesteśmy dziwni, kończę reportaż Karoliny Sulej i zabieram się za "Historię polskiego szaleństwa".

Wybrane zdjęcia z Coney Island: tutaj, tutaj i tutaj.

 

Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z The Paris Review, Książkowe Klimaty 2016

 


(Fiszka Vladmira Nabokova, fragment "Oryginału Laury", źródło: pinterest.com)


(Fiszka Vladimira Nabokova z notatkami dotyczącymi broni, źródło: pinterest.com)

 

Oswoiwszy się nieco z myślą, że nie zostanę powieściopisarzem, postanowiłem poczytać jak inni nimi się stali. Taka lektura, wyobraziłem sobie, powinna coś wnieść również dla czytelników niniejszego bloga.

Pomyślałem sobie wobec tego, że wywiady opracuję tabelarycznie jako krótkie vademecum bycia wielkim pisarzem. O której godzinie należy pisać? (kolumna nr 1) Ręcznie czy na maszynie? (kolumna nr 2) Pozycja siedząca czy stojąca? (kolumna nr 3) Brudnopis czy czystopis? (kolumna nr 4). Okazało się jednak, że przerasta to mnie: podobnie jak powieściopisarzem, nie będę również encyklopedystą.

Utkwił mi za to - po raz kolejny - w głowie Nabokov i jego metoda pisania na małych, bibliotecznych fiszkach. Każda fiszka (jak powyżej) opracowywana i uzupełniana, a następnie wraz z innymi łączona w większą całość. Tak powstaje "Lolita".

Więc nie w technice tkwi sekret. Może chodzi o szukanie metafor? W młodości nieustannie goniłem za nowymi. Potem zrozumiałem, że naprawdę dobre metafory są zawsze takie same (Jorge Luis Borges, s. 318). 

Wyznam Wam szczerze, że tym, co najbardziej powstrzymuje mnie przed napisaniem czegokolwiek (oprócz lenistwa i prokrastynacji) jest entropia. Cóż mi po powieści, jednej z tysięcy w księgarni, skoro wcześniej czy później ludzkość wymrze, Ziemia spłonie a Wszechświat się rozpadnie. Na ten lęk pisarze podpowiadają, że pisze się dla przyjaciół. Dokładnie zatem jak ja tego bloga.

  

sobota, 21 kwietnia 2018
Dziennik pisany w kwietniu (odc. 2)

 

 

11. Wymyślanie smakołyków z czytanych powieści (znów inspiracja J. i M.) - gdy brakuje na co dzień ćwiczeń z wyobraźni - z czytanych reportaży, z mijających dni. Zamień swoje życie na potrawę. Pamiętasz A. różowe profiterolki u niderlandzkiej księżniczki? 

12. Współczucie. Wtorki lub środy (ulotka w piekarni)

13. W biały dzień siedzi przede mną człowiek-legenda. Dość wymięty jest dzisiaj, przyszedł po pieniądze, chciałby zwalczać lewactwo, ale już nie może. Chętnie zapłakałbym nad nim, ale urzędnicy nie okazują uczuć. Taka jest cena długiego życia - myślę sobie - również on tę cenę płaciłby.

14. W nocy spadł deszcz i rano wszystko stało się zielone - dokładnie jak wczoraj przepowiedziała Dziecku A.

15. Ulica Baśniowa. Słoneczna. Zielona. Cała w trawie. Kolejka sunie po lody. Fikołki na górce. Na niej przejeżdżają tramwaje (nie biegnij, Dziecko!). Takie to są eminencje zachwytu, gdy stoimy później na stacji Plac Wilsona.

16. Kiedy o 7.45 otworzyłem prawe oko było już za późno. Czas upływa tak szybko, że wyławianie chwil nie pomaga, wciąż ten sam upór: zamkniesz oczy - otworzysz oczy - wszystko będzie inne.

17. Prowadzę zapiski w hermetycznym języku. Najważniejsze jest to, czego nie wypowiadam.

18. Dziecko obudziło się w nocy, więc przeniosłem się do innego łóżka. Sny w nim cielesne: Boże Ciało. Biała procesja w Wólce Lubelskiej, która była dużym miastem. Boskie ciało: całują się w łazience, obiecują, że się zobaczą. Jeszcze tylko przez momencik, przez chwilę. Jaka wygodna poduszka.

19. Kiedy o 5.45 otworzyłem prawe oko zdało mi się, że jest 7.45. Zawołałem więc do A., że się znowu spóźniamy a A. wybiegła gwałtownie z łóżka i sprawdziła zegar. Ponieważ na powrót zasnąłem, nie wiem, co mi odpowiedziała. (Tego dnia przylepili nam żonkile koło stacji metra).

20. Tego dnia, kiedy się spotkali (a spotykali się tak rzadko, że w międzyczasie zdołali zachodzić w ciążę albo zostać dyrektorami), autor bloga przeczytał na kościele świętego Krzyża:

Ukaże się drugie słońce
Ziemia przyspieszy obrót
Zderzą się 2 komety
Niebo stanie się czerwone i ukaże się Krzyż.

  

Tagi: ja
14:15, kozmo1 , DZIENNIK
Link Komentarze (6) »
Cezary Łazarewicz, Koronkowa robota, Czarne 2018

 


(Kadr z filmu "Sprawa Gorgonowej", reż. Janusz Majewski, 1977, źródło; stopklatka.pl)

 

Zanim zdążyłem opisać "Koronkową robotę", przeczytała ją A. No, to zabójstwo to wcale nie była koronkowa robota - stwierdziła. Ale może chodzi o pracę prokuratora albo adwokata - oponowałem. Jakby nie było, książka Cezarego Łazarewicza jest koronkową robotą.

Czyta się jak porządny kryminał noir: surowy, zimny, bez większych emocji. Niby wszystko jest oczywiste, ale autor sugeruje, że jednak nie do końca. Zaczyna się część współczesna: żmudne poszukiwanie Gorgonowej dzisiaj, chwytanie się niewyjaśnionych wątków, dopytywanie. Musiał autor być tak sugestywny, że po raz pierwszy w życiu pomyślałem, że pojechałbym do Lwowa.

Okazuje się, że reportaże (bo oprócz tego, że to porządny kryminał, to również pierwszej klasy reportaż), które czytam mają ze sobą coś wspólnego. Tytuł "Wszyscy jesteśmy dziwni" pasuje zarówno do połykacza ognia, kobiety z brodą, jak i rzekomej morderczyni. Chodzi o wpatrywanie się w radykalną inność, potrzebną dla dobrego samopoczucia. Pobożne i porządne lwowianki chcące zlinczować Ritę Gorgonową nie różnią się od swoich wnuczek (i wnuków), którzy z zapartym tchem śledzili sprawę Mamy Madzi. (Spojler): I choć Łazarewicz - wykluczając kolejne przesłanki - udowadnia, że Krzywicka, Hirszfeld et consortes mylili się co do niewinności Rity G., nie sposób nie stanąć po ich stronie. Wbrew "Faktowi", wbrew faktom.