2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
środa, 01 listopada 2017
Dziennik pisany w październiku (odc. 2)

 


(zaczyna się od mapy siedemnastotysięcznego miasta, Europejskie Centrum Solidarności, październik 2017)

  

Muzea gdańskie. Puste pole

Przyjechaliśmy nocnym pociągiem razem z A., dawno to było, jeszcze sporo budynków, drzewa przy bramie z Leninem, i pomiędzy tymi budynkami miał być koncert Żanamiszelażara, tamże balet żurawi. Wzdłuż ulicy do stoczni stali jej byli pracownicy, usiłując sprzedać spóźnialskim wręczane im za darmo bilety.

Opowieść zaczyna się od mapy siedemnastotysięcznego miasta z własnym szpitalem i liniami autobusowymi. Zaraz potem pojawią się bohaterzy naszej wolności z imionami i nazwiskami, za ich plecami zniknie tych szesnaście tysięcy dziewięćset pozostałych. (A jeśli jest jakieś pragnienie wśród obecnie rządzących to jedynie zastąpić owych bohaterów sobą, wymazać tamtych, tak jakby Pies Pluto mógł kiedykolwiek przysłonić Myszkę Miki).

Wystawa nigdy nie spogląda na puste pole, na łąki, które kiedyś były stocznią. Umyślnie kieruje nas ku Trzem Krzyżom i - gdzieś w oddali - wieżom Głównego Miasta. Nikt nie pyta, co się stało ze stocznią, gdzie się podziali tamci anonimowi strajkujący, czy aby nie przeszkadzają w szczęśliwym zakończeniu, które umieszczono w ostatniej z sal?

Brakuje w romantycznym Europejskim Centrum Solidarności opowieści o tej klęsce lat wolności, brakuje głosu przegranych i bezsilnych, którzy nie mieli wystarczająco siły. 

Motława. Incipit do poematu, który nie powstał nocą w hotelu naprzeciw dworca

Środkiem Motławy płynął łabędź, pozostawiając za sobą trójkąt wody.

 


(Sawiczewowie nie żyją. Wszyscy nie żyją. Została tylko Tania, "Dzienniczek" Tani Sawiczewej, 1941-1942, Muzeum II Wojny Światowej, październik 2017)

 

Muzea gdańskie. Sto dwadzieścia pięć gramów

Zdarza mi się płakać na filmach, choć skrzętnie to ukrywam, bo obawiam się nadmiaru patosu. Jest na patos zresztą przepis wykorzystywany przez reżyserów: podniosła muzyka i spowolnione zdjęcia. W muzeum rzadziej, tutaj - w sali o głodzie w Leningradzie - jak bóbr.

Umieszczone jest tam, obok opowieści o zapiskach dziewczynki, Tani Sawiczewej, której rodzina umarła z głodu, sto dwadzieścia pięć gramów czarnego chleba - dzienna porcja pożywienia w oblężonym mieście. Okruchy, które mówią więcej o wojnie niż niejedno zdjęcie.

To nie jest muzeum o historii wojny, to muzeum egzystencjalne, mówiące o wojnie jako zjawisku, stanie międzyludzkim. Doskonałe w swej opowieści o tym, czym ona jest: udręką, śmiercią, głodem, nienawiścią, która wybucha niepohamowana i całkiem zwyczajna, opanowująca sąsiadów z jednej wsi i kuzynów z jednej rodziny. Bo wojna nie jest bohaterstwem, jak wciska się dzisiaj młodym ludziom, jest największym g..nem, w jakie można wdepnąć.

Muzeum II Wojny Światowej wstrząsa. Tylko teraz biegają tam harcerzyki z Polską walczącą w klapie, tacy, co nic nie zrozumieli z wystawy.

Baśnie wschodnie

Tego wieczora długo siedzieli z M., tak długo, aż do jutra. Opowiadali sobie o miastach, które zostawili na Wschodzie. Nawet jeśli nie zaczynali od dawno, dawno temu, wiedzieli, że to wszystko jest już tylko baśń.

 


(Na hali padało i dyń było niewiele, Hala Mirowska, Warszawa, październik 2017)

 

Dynia czyli encyklopedia zagrożeń duchowych

Tyle zagrożeń duchowych - kolega z pokoju zabrał się za encyklopedię o nich - a autor bloga jednak postanowił kupić dynię, taką wyciętą, żeby postawić na oknie w kuchni. Na hali padało i dyń było niewiele, ale jedną mu się udało za dziesięć złotych.

Wracali ulicą Cmentarną, padało jakby bardziej a kierowcy dostawali białej gorączki: byle szybciej dowieźć znicze. Działo się to w świecie, gdzie duszy zagrażała dynia, ale już nie granice zamknięte przed uciekinierami i wiadro pomyj wylewające się z telewizyjnych ekranów.

Z toporem w głowie

Niamen - modliło się Dziecko, które dobrze czuło się z zaprzeczeniami. Ksiądz zapowiadał bal wszystkich świętych, zamiast osławionej dyni. Wyobraziłem sobie jak każdy święty przychodzi przebrany ze swoimi atrybutami: Agata z tacką, Łucja, Sebastian, Wawrzyniec, Piotr Męczennik.

Szyja

Obserwowałem czyjąś długą szyję w autobusie. Ranek był nieprzyjemny a ona taka wyniosła, ta szyja, bez szalika. Gęsia skórka, łabędź na Motławie, ćwiczenie zawierania emocji w niewielu słowach.

Psikus

Pukanie do drzwi jak przybijanie tez. To dzieci przychodzą po cukierki, o ich dyniowate dusze drżą biskupi.

(25-31.10.2017)

 

piątek, 27 października 2017
Dziennik pisany w październiku (odc. 1)

 


(Ksawery Jan Kaniewski, Portret damy w białej sukni, 1846, Muzeum Narodowe w Warszawie, źródło: a.b.)

 

Czwartek. Bez powrotu

Siedzieliśmy sobie z K. nad bezą pod okrągłym niebem. Dzień był złoto-polsko-jesienny, skąd mogłem wiedzieć wówczas, że ostatni - zdaje się - taki. Do Warszawy przybyliśmy osiemnaście lat temu podobnej jesieni (nie rozmawialiśmy o tym nad bezą - tak tylko zapisuje narrator, gdy jest mu to potrzebne ze względów kompozycji lub logiki wywodu).

Mieszka u nas M., która właśnie z Lublina do Tu. Ta jej jesień to jest tamta moja.

Piątek. Pochodnia

Na Placu Defilad podpalił się wczoraj człowiek, od razu pomyślałem o Pochodni nr 1 z reportażu Mariusza Szczygła. Przeszliśmy obojętnie, tak jak każdego dnia przechodzimy obojętnie nad kolejnymi stadiami zamieniania państwa w zdziczały ogród. Nasza mała stabilizacja, nasza mała mimikra, nasza mała pogarda.

To, co Havel pisał o obojętnych Czechach po Praskiej Wiośnie, to o nas teraz.

Sobota. Odgłosy

Puk puk, sroka udaje dzięcioła na modrzewiu przy ulicy Białej. Puk puk, otwiera się drzewo.
Puk puk, we mgle jedziemy z Dzieckiem na basen. Puk puk, rozchyla się wilgoć.

Niedziela. Zachmurzenie duże, nastrój średni

Na wystawie "Biedermaier" w Muzeum Narodowym najbardziej podoba mi się przybliżenie tego momentu tuż przed pojawieniem się fotografii, kiedy to na malarstwo portretowe spada cała odpowiedzialność za ludzką nieśmiertelność. Namalować dzieci tak, żeby nigdy nie dorosły, uchwycić młodą żonę nim twarz pokryją jej zmarszczki. Nie pozwolić umrzeć ludziom i widokom. Zachować dokładnie dziewczęta i chłopców.

Może z powodu owych niespełnionych obietnic, nic nam nie mówią nazwiska malarzy?

Poniedziałek. Taki to

Taki to poniedziałek - powiedziała mama Maksia, gdy Dziecko odmówiło podania mu ręki. Taki to poniedziałek - jaka doskonała wymówka, powtarzałem i słyszałem na schodach, rozmowach kwalifikacyjnych, w metrze. Taki to, acz zupełnie niewyjątkowy.

Wtorek. Szykowanie

Wyjeżdżając na kilka dni z domu, od dziesięcioleci gospodynie domowe przygotowywały z wyprzedzeniem obiad dla reszty rodziny. W czasach ponowoczesnych, gospodynie domowe często stawały się mężczyznami. Także ja, tego wieczoru, pamiętając o pociągu nazajutrz o siódmej, szykowałem kilogram marchewki na zupę, chociaż nie cierpię kroić marchewek.

Zupa z marchwi według przepisu An. oznacza głęboką jesień.

(19-24.10.2017)

 

poniedziałek, 23 października 2017
Paweł Janiszewski, Afrodyta Urania, Sub Lupa 2017

 


(Afrodyta (fragm.), rzeźba z Altes Museum w Berlinie, czerwiec 2016, źródło: a.b.)

  

"Afrodyty są przecież dwie (...) Toż jedna, starsza, nie miała matki, córka Nieba, i dlatego ją niebiańską nazywamy; druga, młodsza, córka Zeusa i Diony, którą też wszeteczną zwiemy (...)"

W ten sposób w przestrzeni literackiej pojawiła się koncepcja dwóch bogiń: Afrodyty Uranii, córki samego tylko Uranosa, oraz Afrodyty Pandemos (...). Pierwsza jest uosobieniem wyższej, "niebiańskiej miłości", druga zaś powszechnego wśród ludzi pociągu seksualnego (s. XII).

Po raz pierwszy o podwójnej Afrodycie przeczytałem w najlepszej z dotychczasowych książek o Jarosławie, u Józefa Majewskiego (tutaj). Od Jarosława wywodzi się moja mitologia, od modlącego się Dionizosa, od sycylijskiej Kore, od podwójnej Afrodyty. I choć Majewski pisze o Uranii, to po lekturze listów Jarosława, ciężko nie odnieść wrażenia, że równie bliska była mu Pandemos o chłopięcym obliczu. Wypożyczyłem sobie na bloga obie boginie, co - wbrew pozorom - bardzo pomaga opisywać codzienność.

Nie, nie czytam o Afrodycie Uranii jako znawca. Omijam przebogate przypisy, nie ślęczę nad filologicznymi zapiskami, porównującymi greckie rdzenie. Czytam z przyjemnością myślenia o czymś innym, oddawania się intelektualnemu odpoczynkowi, podziwiając autora za zgłębianie tajemnicy.

Pisze Janiszewski o swojej metodzie, która dla mnie, laika, zamienia studium w fantastyczną opowieść z zagadkami:

Poza partiami analitycznymi poświęconymi tekstom i autorom, którzy pisali o tym zaskakującym fenomenie, znaczną część książki stanowią zatem różne asocjacje i skojarzenia, które z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem stoją za przekazami naszych źródeł (...). Jest jeszcze jedno (...) źródło inspiracji, coś, co w myśli Carla Gustava Junga nazywa się circumambulatio, czyli dosłownie "chodzeniem wokół czegoś". To interpretacja poprzez opis prowadzony z wielu stron, jakby "po okręgu", nie zaś "prostolinijnie" (s. XX).

I cóż ja, skromny urzędnik, wobec tych fascynujących słów mogę. Czytam, żeby się unieść.

 

sobota, 21 października 2017
Dziennik z podróży na północne Południe

 

O podróżowaniu. Rymowanka autora bloga w samolocie

Wszystkie podróże cię zawiodą,
bo ciągle tylko pars pro toto.

Powód

Zaczyna się od passusu w listach albo dziennikach, którego nie mógł ponownie odnaleźć (być może nie istniał ów wyimek, tylko go sobie wyobraził). Jarosław i Hania, i krótki pobyt w północnej Hiszpanii, południowej Francji, w każdym razie gdzieś u podnóża Pirenejów: w Baskonii. Zagubiona dokładna geografia nie ma znaczenia: postanowiłem - rok temu - że pojedziemy nad chłodne północne morze, kamienisty Atlantyk.

Widok z autostrady A8

Góry są tu zębate jak na rysunku dziecka. Takimi je widzieli nasi pra, ci co nie mają imion, jedynie łacińskie nazwy, ci malujący kolorowe zwierzęta po ścianach.

 


(Kot skalny, Cudillero, październik 2017, źródło: a.b.)

 

Wyższość asturyjskich psów

Plaża dla psów w mieście Gijón. Miasta - klasyfikacja miast jest podstawową rzeczą, kiedy się w nich zjawisz - są tu stanowczo psie. Żyje w nich odrębny gatunek kotów: koty skalne hasające po niebezpiecznych półeczkach i występach na skraju oceanów, ciche i skupione, nieufne.

Hotel w mieście C.

Właściciel hotelu i jego matka tworzyli osobliwą parę, dosyć mrukliwą i zamkniętą w sobie. (Mam słabość do rybackich miast, których mieszkańcy są zamknięci w sobie). Hotel po sezonie pachniał jesienią, choć na zewnątrz nic nie wyglądało na jesień. Rankami pojawiał się jeszcze ojciec, smażył jajecznicę i podawał Dziecku, zaskarbiając sobie jako jedyny jego uśmiech.

W pół drogi

Na szczycie był cmentarz (inaczej niż w Portugalii, a podobnie jak we Włoszech cmentarze umieszczano tu na górach, małe milczące miasteczka z widokiem na życie przeszłe). Staruszka niosła niebieskie wiaderko. Zatrzymała się przy Dziecku: que guapo rubio - powiedziała i ruszyła w górę.

 


(Wcinająca się ostro w ocean, Cabo Vidio, październik 2017, źródło: a.b.)

 

Turyści i pielgrzym

Jechaliśmy z plaży do latarni, podobnej bliźniaczo do tej latarni z końca Europy, tej wcinającej się ostro w ocean. Turyści w wypożyczonym fiacie pięćset zajęci swoimi sprzeczkami, planami na jutro i Dzieckiem, które usiłowało otworzyć drzwi. Skrajem drogi szedł Pielgrzym podpierając się z kijem, miał plecak i opalone ręce. Miałem się zatrzymać, ale jechaliśmy akurat z plaży do latarni, kiedy napotkała nas ta metafora.

Ninoczka powraca

Wydawało się, że Dziecko pozostawiło już dawno Ninkę, ale Ninka wracała. Siedzieli razem z Fifikiem za kanapą w hotelowym pokoju albo nie chcieli wychodzić z morza. Tego popołudnia ujrzeliśmy ją naprawdę: sobowtór w czerwonym sweterku i z czerwoną kokardą we włosach na hulajnodze.

Mowa mew 

A. nie ma słabości do rybackich miast. Chciałbym jej wyjaśnić, że szukam w nich autentyczności, tego fetyszu wszystkich turystów (a nie pielgrzymów). Ale milczę, wsłuchany, bo w rybackich miastach rankami obradują na dachach mewy.

Zapiski o wojnie domowej (pierwsze)

W październiku trzydziestego czwartego robotnicy wyruszają z zagłębia. Pomarańczowy pociąg w muzeum górnictwa zagłębia się w tunel najwyższego pokładu Emilii. Ruszają na Oviedo, które pozostanie spustoszone. Wysadzają świętą kaplicę z chustą Weroniki. W szatniach, które można zwiedzać, pozostawiają wymalowane sierpy i młoty. Z odsieczą nadciąga generał Franco.

 


(Cała słodycz tego miasta, Oviedo, październik 2017, źródło: a.b.)

 

Oviedo, czyli słodycz

Wieczorem idziemy do kawiarni, w niej suflet turoński: tak jakby skrywała się w nim cała słodycz tego miasta - te nic sobie nierobiące z widzów łapczywe pary w parku, to niespodziewane popołudniowe słońce, ta niekończąca się litania słodkości.

Oviedo, czyli gorycz

Niedzielnego wieczoru w kościele Serca Jezusowego przypominałem sobie wieczory w kościołach miasta na literkę B.: tamten październik i listopad (jak się okazało, po powrocie, w lidlu - jak wówczas - sprzedawali już marcepanowe ciasto). Pomyślałem o goryczy na starość, o żalu nad życiem bez łapczywości - schola zaintonowała "Most nad wzburzoną wodą".

 


(Morska piana odeszła, Playa de la Griega, październik 2017, źródło: a.b.)

 

Afrodyta Pandemia

Na plaży Greków (sześćset metrów od skamieniałych śladów dinozaurów) wypatrywałem jej, Rodzącej się z morskiej piany, Kroczącej - ciemne uda - po ciepłym piasku, Górującej z ręcznikiem nad plażą. Ale morska piana odeszła, morze odpłynęło, pozostawiając wyschnięte skorupki krabów w mokrym piasku. 

Sarabanda

O jedenastej przedziwny balet: ciągną swoje wózki dozorcy. Jednostajny stukot roznosi się po pustawych ulicach Oviedo. Jak lampy błyszczą żółte miotły.

Żółte niebo

Jesteśmy przygotowani na koniec świata. Nad naszym hotelem i kościołem Serca Jezusowego zamyka się żółte niebo. Ponoć - tak pisze mi J. zza siedmiu gór i siedmiu rzek - to Sahara spada na Oviedo.

Śpiąca

Zobacz, śpi dziewczynka - A. pokazuje Dziecku w muzeum katedralnym świętą Eulalię, męczennicę.

 


(Krużganki z Monreale u świętej Juliany, Santillana del Mar, października 2017, źródło: a.b.)

 

Zapiski z tych samych miejsc

Dziwiłem się Jarosławowi, że na Sycylii wspominał Sandomierz. Jednakże wszystko co widzimy jest powtórzeniem. Most nad Sellą jest wariacją na temat mostu nad Neretwą. Bruk Santillany prowadzi na kazimierski rynek. Krużganki z Monreale u świętej Juliany. Krynickie stoją wille w Comillas. Na ulicach Oviedo ciągle wspominam Kielce. Tak, podróż dalej już jest niemożliwa. 

Zapiski o wojnie domowej (drugie)

Próba wspólnego życia, mimo że się rozpadło na pół. Odbudowywanie miast wcale nie jest najgorsze, choć ostrzega brzydota Oviedo. W moim kraju, który sam dzieli się na kawałki, tego dnia fetują dyktatora.

Powrót

Zachwyceni Hiszpanie spoglądają na Warszawę. To teraz, gdy dotkniemy ziemi, odwrócą się role. Oni będą oglądać i zapisywać w swoich notesikach, telefonach komórkowych, a my wmieszamy się w tłum (i kupimy susi jak obiecaliśmy Dziecku).

O podróżowaniu. Z Celine'a

Podróż jest poszukiwaniem tego czegoś, co jest tak niewielkie, tego krótkiego zawrotu głowy, o którym marzą głupcy... (s. 239).

(11-18.10.2017)

  

wtorek, 10 października 2017
Dziennik pisany na przełomie września i października

 


(Thomas Hoepker, Berlin Wschodni, 1974, źródło: www.vintag.es)

 

Nosorożec

- Nie każdy ma tatę-nosorożca - powiedział tata-nosorożec do Dziecka, przykleiwszy sobie róg z klonu do nosa. Już, już tata-nosorożec miał umieścić tatę-nosorożca na profilowym na fejsbuku, kiedy spojrzał na A., a ta popatrzyła na niego z powątpiewaniem. A więc zamiast tata-nosorożec rzucił się w te pędy szurać w liściach.

Ery. Paleozoik

Przeprowadzka M. z Lublina do Warszawy zamyka pewną erę. Kiedy pisaliśmy do siebie dużo elektronicznych listów, ona jedna była jeszcze Lublinem. Ta, która nie wyjechała, tak jak po kolei wyjeżdżali wszyscy ze szkoły podstawowej, z liceum, z innych miejsc i czasów. Rozstawali się z trolejbusami i Ogrodem Saskim w ten sam sposób, w jaki ja porzuciłem Lublin osiemnaście lat temu. Złotą jesienią, wśród złotych liści drogi numer siedemnaście, wprost na Śniardwy (ulicę, nie jezioro). Działo się to jeszcze przed naszą erą.

Alleluja

- Alleluja, alleluja - śpiewało Dziecko po powrocie z wieczornej mszy. Jako, że najłatwiejszą melodią, na którą mogliśmy je nakierować był Cohen, Dziecko śpiewało jego wersję. Oglądałem na ekranie zakrwawione twarze z Barcelony. - Alleluja, alleluja - kontynuowało Dziecko.

Fifik

Po zniknięciu Ninki i Ali, w życiu Dziecka na stałe zagościł Fifik. O Fifiku wiemy przede wszystkim to, że piszczy, a wiemy to z powodu dźwiękonaśladownictwa uprawianego przez Dziecko. Fifik piszczy i Dziecko piszczy. Poza tym to Fifik robi gababan, czyli rozrzuca zabawki w naszym domu, Fifik nie chce zupki, Fifik nie słucha się i wskakuje na kanapę.

Wczoraj na męskiej wyprawie po susi dowiedziałem się, że imię Fifik pochodzi od świeczek, dokładnie od czynności ich zdmuchiwania: fiii... fiii.... Fifik.

Sennik

Wigilia w takim domu jak pod Kielcami. Pełno borowików, bo ma przyjść prezes banku. Uciekam do kuchni, gdzie siedzą ci, co im się nie podoba. Po schodach, musimy się przebrać. Stryszek przypomina szatnię, światło jest bardzo gęste. Rozbieramy się. Zaczyna padać deszcz, naprawdę.

Z Joachima Sartoriusa

Małe wargi, nabrzmiałe pod miętą,
i najbardziej czuła krągłość świata.

Czwartek

W czwartek zdumiałem się, że to już czwartek. Wcale nie chodziło mi o upływ czasu - przyzwyczaiłem się do tego, że dni są tak niezmienne, deszcz uderzający o mankiety płaszcza, ciepła kawa. Nie potrafiłem jedynie przegonić myśli, były gdzieś indziej: w zeszły wtorek, w zaprzeszłą sobotę.

- Pojedźmy do lidla, jest festiwal ziemniaka - powiedziałem, A. przytaknęła, a Dziecko pobiegło krzyczeć pod drzwiami.

Ery. Mezozoik 

Wieczorem H. napisała esemesa o Julii H. Dawno, dawno temu - myli mi się chronologia: era H. za biurkiem jest przed erą korespondencji z M., ale za to dużo później niż mój wyjazd z Lu. - pisaliśmy do siebie sporo i często. Za wspomnianym biurkiem siedziała H., w pokoju obok R. a piętro niżej Dż. Esemesy od H. były wówczas bardzo ważne, chociaż nie czytałem jeszcze Dunbara, łatwo się domyślałem, że między innymi o nie chodzi w przyjaźni.

A potem przestaliśmy pisać esemesy. Następnym razem spotkamy się w październiku. Coraz rzadziej się spotykamy i coraz mniej wina.

Spodek

Nieopodal starej, poczciwej Hali Mirowskiej, tej z wronami wysiadującymi na markizach, z wojowniczymi staruszkami z dwukółkami zamiast czołgów i zagranicznymi turystami fotografującymi rydze i kurki, wylądował statek obcych. W ramach rozrywek weszliśmy do niego z Dzieckiem. Nagle z targowego harmideru i liści sałaty pod stopami przenieśliśmy się do sterylnego wnętrza, w którym panowała oszałamiająca cisza (na nic trud didżeja). 

Dziecko chciało jak najszybciej wychodzić. Dobrze, bo nie stać nas było na kosmiczne jabłka bez glutenu.

Niedziela

- Trzeba cieszyć się życiem - strofuje mnie, apostoła małych radości, A. Niebo usiłuje wedrzeć się przez okna, więc zamykam je szczelnie. Mnie tu nie ma, jestem gdzieindziej. Nawet kawa jest dzisiaj na wynos.

Nad wodą wielką i czystą

Kiedyś nam ta Polska odpłynie, myślę sobie przy zmywaniu.

Dedykacja

Żegnałem Afrodytę Uranię w pół strony, w pół słowa. Samolot miał odlecieć rano. Dni na Północy robiły się coraz krótsze. 

Żegnałem Afrodytę Uranię - tylko ja o niej wiedziałem - w pół snu.

(29.09-10.10.2017)

 

niedziela, 08 października 2017
Renata Lis, Lesbos, Sic! 2017

 


(John William Godward, W czasach Safony, 1904, Getty Centre Los Angeles, źródło: wikimedia.org; Autorka odrzuca współczesne portrety Safony takie jak ten)

  

Tego dnia, kiedy czytałem "Lesbos" (tęczowe litery na okładce plus postać z greckiej wazy z lirą) Polacy ochoczo ruszyli z różańcami. Modlić się - jak przystało na prawdziwych chrześcijan - by nie przepuścić obcych. Jezus widać zapomniał wśród uczynków miłosierdzia dodać najważniejszego: mniemanie dobre o sobie utwierdzać. Że papież mówi inaczej: cóż może papież-herezjarcha? Stali więc na granicach naszej schorowanej wyobraźni w tę deszczową sobotę.

Wydawać by się mogło, że różaniec na granicach i lektura "Lesbos" mają niewiele wspólnego. Różaniec - ogród różany, biała róża z Lesbos pojawia się w kolejnych wcieleniach na kartach książki. Cytowana obficie obrazoburcza Winterston: Różaniec, który znajduję między twoimi nogami.

Wszystko tu jest grą skojarzeń, przypadkowych, nieprzypadkowych. Takie jest to czytanie, bo "Lesbos" nie mieści się wśród czystych (znów gra słów?) gatunków. Łączy w sobie esej, elementy biografii, krytykę literacką, wreszcie - to robi największe wrażenie na autorze bloga - reportaż z tytułowej wyspy.

Safona pojawia się więc w kolejnych wcieleniach: Sofii Parnok, Jeanette Winterston, Annie Kowalskiej. Naczytałem się tyle o związkach i romansach Jarosława, i dopiero teraz uświadamiam sobie, że wśród moich lektur zawsze umykał wątek miłości między kobietami, jakby podwójnie schowanej, z podwójnym piętnem.

Renata Lis trafia na Lesbos w marcu tego roku. Parę miesięcy później pojedzie tam Alina Czyżewska (tutaj) i za ten wyjazd będzie zbierała obelgi od Polaków: sporo z nich zapewne w sobotę czuwało z różańcem na granicach. Może udało im się przechwycić jakąś czeczeńską kobietę z dziećmi, obronić przed nią wybraną (do czego wybraną?) przez Boga Polskę. Modlitwa i obelgi w naszej polskiej religii znakomicie się łączą.

W rozdziale o Lesbos najmniej jest Safony, najwięcej ludzkiego losu. I pisze tam Renata Lis słowa, które muszę powtórzyć, bo są jakby wycięte z mojego mózgu:

Nawet jeśli w tej chwili niektórym z nas się wydaje, że ich to nie dotyczy i nigdy dotyczyć nie będzie, to jest to tylko naiwne złudzenie, dziecinne myślenie życzeniowe, bo w pewnej chwili, i to nawet bardzo prędko, my także możemy się znaleźć w jakimś obozie Moria, specjalnie dla nas zbudowanym, w takich samych białych namiotach przysypanych śniegiem, w których potrujemy się czadem, albo w metalowych barakach za drutami (s. 191).

Co robiliśmy, gdy trzeba było ratować tonących? Odmawialiśmy różaniec, byleby nie przypłynęli do nas.