2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
czwartek, 08 czerwca 2017
Christopher Clark, Lunatycy. Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914, Dialog 2017 (odc. 1)

 

(Sarajewo, 2011, źródło: a.b.)

 

Cała historia z „Lunatykami” zaczyna się tak naprawdę od dwóch sióstr-nacjonałek, które w Hiszpanii padły ofiarą germanizacji. Ach, ta niekonsekwencja przeciwników UE: mieszkać w Wielkiej Brytanii, studiować w Hiszpanii, w Polsce - wieszać psy.

Dużo dramatów sióstr wiązało się z pierwszą wojną światową (cały tekst tutaj). Prowadząca winiła za pierwszą wojnę światową Serbów – nazwała ich terrorystami. Więcej na zajęciach czytaliśmy wspomnienia z frontu biednego żołnierza niemieckiego, przemoczonego w okopach i błocie, tęskniącego za domem (wzrusząjace!) natomiast nigdy nie czytaliśmy wspomnień ofiar germanizacji i okupacji niemieckiej. Nie uczą w Hiszpanii o Drzymale i dzieciach z Wrześni, no no.

Uznała też, że przyczyną wojen był nacjonalizm (nacjonalizm jest zły - powtarzała wielokrotnie), z czym nie zgodziłyśmy się. Dzielnie Polki! Jak się okazuje tymi Niemcami, których wmuszano w siostry był Stefan Zweig i Victor Klemperer (konspekt zajęć tutaj), nazwiska, które zapewne dziewczętom wychowanych na prozie Ziemkiewicza i poezji Jana Pietrzaka nic nie mówią, bo jakby mówiły to okazałoby się, że jest jeszcze gorzej: nie tyle o Niemcach uczą, co o Żydach! (nie, nie, siostry się domyślają, wyczują Judejczyka na kilometr: reasumując wszystko wskazuje na historyczną proniemiecką/ i prożydowską wizję wydarzeń w Europie).

Zacząłem więc czytać „Lunatyków” od owej bohaterskiej Serbii, która posiada wszystkie cechy typowego kraju Międzymorza (według Szczerka), a przez to cni się tak bardzo dziewczętom spod Londynu.

Kiedy w 1905 roku parlament serbski był zmuszony szukać nowego źródła przychodów dla budżetu państwowego, zdominowana przez chłopów Skupsztina wolała raczej opodatkować podręczniki szkolne niż domową produkcję alkoholu (s. 56).

 

środa, 07 czerwca 2017
Dziennik. Niechęć do pisania, melancholia, notatki

 

(Henri Matisse, Leżąca Odaliska w zielonych spodniach i z niebieskim paskiem, 1925-1927, Musée National d'Art Moderne, Paryż, źródło: pinterest.com)

 

1. 

Wojna wron jest tak gadatliwa, że niczym przy niej wszystkie nasze spory. Odrywam się od okna. Zamknąć – otworzyć. Piątek w tygodniu słonecznej melancholii. A jeśli, jeśli wszystko jest tylko przywidzeniem? Mnóstwem przywidoków? (02.06.2017)

2.

Byliśmy jak turyści. I nie miały dodatkowych znaczeń drzewa, przystanki, ławki. Z bramy wystawał rybi ogon. Tej nocy Lublin był wyobrażony: uniwersyteckie miasto, w którym panuje radość. Cały wieczór nikt nie zdejmuje tej maski. Te tysiące gerber, wylewające się kolorowe balony, światło letniego zachodu, ten tłum, w którym na próżno usiłuję odnaleźć przyjaciół z prehistorii. Wszystko się zmieniło. Mówi mi, że już z niego wyrosłem. Nazajutrz obudzi się ze snu i na nowo popadnie w stupor (03-04.06.2017).

3.

Świeżego siana kamienice - na drodze krajowej układam nieznane Czechowiczowi wiersze (04.06.2017).

4.

Nic na to nie wskazywało, ale wróciłem z nią, podstępną melancholijką, melancholią, zawleczoną z Lublina na nowy tydzień, tak jak się zarażasz grypą albo rotawirusem, tak też nią. Owa nieosiągalna bogini czarnowidzenia, może i nawet Kallipygos w letnim deszczu, podpowiada teraz: o niespełnieniu, o przemijaniu i ciągłej zmianie, o fantazjach, które nie są porządną literaturą, o tym, że wytną na Racławickich drzewa, o tym, że wiecznie będziesz się martwił o kogoś albo o coś. O tym, że nie zostanie nic wartego uwagi po tobie, potem.

- Dokąd uciekasz? - pytam, zamykając okno.

5.

- To nie ma sensu - pisze W. w poniedziałek.

- Może sens nie jest potrzebny? - dopisuje we wtorek.

A co jeśli skończymy jak pan Franek, co wyjada kanapki na bankietach i ma wizytówkę emerytowany urzędnik? (05-06.06.2017)

6.

Rano Matisse'owi przynoszono do pokoju hotelowego, wychodzącego wprost na nabrzeże, owoce morza z restauracji, tak aby mógł malować je na martwych naturach a potem oddać przed obiadem. (Był łapczywy, nie był głodny). Modelki pozowały w strojach lub w pół-negliżu, ich ubrania przypomniały o Afryce Północnej, gdzieś tam za horyzontem. Matisse malował je a potem wracały do miasta. Muskał jedynie oczyma, nie niepokojąc, ich powszedni przepych (Peter Schjeldahl, Finding Solace in Henri Matisse’s Nice, "The New Yorker", 18 lipca 2016).

7.

Spadł wreszcie oczekiwany deszcz. Jechaliśmy na japoński spektakl, więc deszcz miał postać długich równoległych linii. Na spektakl szła A. i bardzo nie chciała, ale to był prezent od Dziecka, a Dziecko może się jeszcze obrazić, ma obrażanie się po tatusiu. Wysiadła więc spóźniona na Agrykoli, a my pojechaliśmy na babeczkę. I w żadnej kawiarni - wyobraźcie sobie ten dziecięcy zawód - nie było babeczek z truskawkami.

Wtorek w tygodniu pochmurnej melancholii (06.06.2017).

 

wtorek, 06 czerwca 2017
Ziemowit Szczerek, Międzymorze, Czarne 2017

 

Do stylu, w którym pisze Szczerek, z trudem to z trudem, ale można się przyzwyczaić. Łatwiej mi to idzie, bo obserwuję go od pewnego czasu na fejsbuku. Niemniej sam zapis bywa rodzajem strumienia świadomości, który niechętni autorowi mogliby określić jako paplaninę bez ładu i składu (por. krytykę poprzedniego reportażu autora na blogu o reportażach). Czasem to się nawet szczerze dziwię, że Szczerek wciąż używa interpunkcji.

Jednakże ów język jest znakomitą odtrutką wobec nowomowy, którą nam teraz serwują: czy to nowomowy katonarodowej, czy też narokatolickiej, tej pełnej megalomanii i pretensji do świata. Oto zostaliśmy jego szóstym mocarstwem, albowiem wybrano nas na dwa lata do Rady Bezpieczeństwa. Z takim entuzjazmem czytam Szczerka, bo siedzę we wnętrzu tej nowomowy, usiłując coś namącić, upchnąć w niej również własne wątki.

"Międzymorze" - wygląda na to - nie posiada założonego z góry planu. Ot, autor jeździ to tu, to tam i zapisuje. Wbrew tytułowi i pięknej mapie na wyklejce, nie wszystkie kraje Międzymorza potraktowane zostały z równą atencją. O niektórych napomyka, po innych włóczy się i zastanawia, porównajmy na przykład objętość uwag o Litwie i o Słowenii. Inna sprawa, że płynąć taką narracją można w nieskończoność – opisywać kolejne miejsca, scenki i mity, wsiadać w kolejne pociągi (wyczuwam tu pewną kolejową słabość) i wysiadać na stacjach o mało mówiących nazwach.

Z tego natłoku uwag ważnych i mniej ważnych, wyciągam fragmenty, które pasują do moich własnych przemyśleń o Wschodzie i Zachodzie, i o tym, w którym miejscu na mapie się znajdujemy (tak w tym pierwszym). Szczerek udowadnia, że w gruncie rzeczy nie jesteśmy jacyś wyjątkowi ze swoją manią wielkości i dziejową misją.

Przypisy autora bloga:

Odrzucali Zachód. Odrzucali jego sposób życia i myślenia. (...) Jedyne, co przychodziło im do głowy, co mogło zastąpić zachodni ład, to ponowne zanurzenie się z głową w systemie konkwista-rekonkwista, w rzezi i bebechach. I pogardzie (s. 17) - tezy o konieczności odrzucenia politycznej poprawności, zepsutego Zachodu, wołania o powrót do wartości oraz twarz tej zmiany: pogarda wobec innych, znanych i nieznanych. Pogarda zamiast poprawności, to czym nas mierzi Unia.

Tak właśnie wyglądają te międzymorskie sny o wielkości. Te narodowe absurdy i obsesje podkręcone do najwyższych rejestrów. Politycy z kraju, którem bankrutujący sąsiad zabrał nawet nazwę, jeżdżą do Azji Środkowej, do dawnej Baktrii, szukać potomków wojowników Aleksandra (s. 73) - przypominałem sobie te wszystkie maniakalne opowieści o własnej wielkości, tak charakterystyczne dla obecnie rządzących: państwo herosów, niezłomnych i ideałów. Przypominałem sobie listy, które do mnie przychodzą. Największe statuy świata, tysiąc pięćdziesiąt lat harmonijnego pożycia.

Ach te etniczne sny. Te rządy etniczności. Ta jej nadrzędność. Europa Środkowa, to nieszczęsne Międzymorze, jest miejscem, gdzie etniczna idea najbardziej zwyrodniała i stała się swoją własną karykaturą. Każdy jest centrum świata. Każdy naród, choćby liczył kilka milionów mieszkańców, a historię musiał sobie domalowywać, dokręcać, dosztukowywać (s. 139) - tego dnia oglądam przerażający sejm dzieci i młodzieży, jakiś koszmar. Jakby spełnieniem marzeń znowu miałoby być przelewanie krwi, owoc pogardy (por. tutaj).

Największym według niego [Bibó] lękiem środkowoeuropejskich narodów jest bowiem strach przed rozłamem narodowej wspólnoty. I przed tym, że takie lęki prowadzą do pojawienia się "fałszywych realistów" - którzy za sprawą "hałaśliwej publicystyki" i "narodowej nauki", oderwanej od prawdy obiektywnej i przez to zdegradowanej do roli pseudonauki, "samoupajania się" wielkością własnego narodu - wygrywali, zdobywali władzę i sprawując "antydemokratyczne rządy [...] z zachowaniem demokratycznych form", zamieniali swoje kraje w zamordystyczne zakute klatki (s. 202) - a może taka jest dziejowa konieczność? Może pokojowa transformacja w osiemdziesiątym dziewiątym i to, że weszliśmy do Unii, to jest dołączyliśmy do Zachodu, to był jakiś wybryk grupki intelektualistów, którym się wydawało, że można sprzeciwić się fatum? A dziś po prostu wracamy do naszej wschodniej normy, kończąc te fanaberie?

Jakoś tak się ostatnio składa, że gdy historia mówi Polsce "sprawdzam", to lądujemy właśnie tu, w Dobrudży, na tym zapomnianym skrawku Bałkanów. I zastanawiamy się, co tu robić dalej? (s. 223) - utopia Międzymorza jako alternatywy dla Polaków, raju wolnego od europejskiego zepsucia (por. tutaj) jest taką samą utopią jak megalomania przedwojennej junty pułkowników. Wbrew fantastom i oszustom, bez Zachodu nie ma dla nas zbawienia.



Ludzie-nnik

 

Dzwoni pieśń (...) o tych dwojgu ludzieńkach
 (Bolesław Leśmian)

Ten człowiek, który je pachnące ciastko w sto dwadzieścia dwa, nie zważając przy tym, że leci na wszystkie strony, skręca i wpada. On je ciastko. Lubię jego spokój.

Lub ta dziewczyna, która biegnie płacząc wzdłuż ściany urzędów. Ma czerwone powieki i mówi: uczyłam się całą noc a zadał pytanie. Jeszcze nie wie, że to nieważne.

Lub może ten facet, który na głównej ulicy odwrócił się w kącie koło galerii sztuki i podlewa mur. Nie bacząc na wysokie instytucje za tym murem.

(01.06.2017)

 

czwartek, 01 czerwca 2017
Stanisław Lem, Fantastyczny Lem. Antologia opowiadań według czytelników, Wyd. Literackie 2016

 

(Robert McCall, Mars Metropolis, 1999, University of Arizona Museum of Art, źródło: pinterest.com)

 

Lema kupiłem w lidlu. Za długo ciążył mi pilot Pirx z podstawówki: dowód na to, że nieodpowiednia lektura w nieodpowiednim wieku może na stałe zniechęcić do czytania.

Czytałem Lema w Luksemburgu, mozolnie czytałem. Czytałem też później, po drodze reportaże gładko, gładziutko, raz dwa a Lem powoli.

Bardzo ciemna i fatalistyczna jest to lektura. Dobrze, że nie czytam jej w listopadzie, choć i tak zasypiając napotykam na wielką pustkę. Taka na tych stronach ateodycea.

 

Na koniec maja

 

To, co się stało z nami w tych latach, będzie być może najdonioślejszym wydarzeniem we współczesnej historii. Dawno temu pisałem o zarządzaniu lękiem jako sposobie utrzymywania się przy władzy (tutaj), teraz ten lęk przybrał konkretną postać: uchodźcy, imigranta, obcego. W godzinie próby Ludwika Wawrzyńska rzuca się w płomień. W godzinie próby Polacy odwracają się plecami, choć oficjalne szczekaczki szczekają wciąż o naszej odwadze i honorze, o podziwie, którym ponoć darzy nas świat. Tymczasem, bez względu na to jak potoczą się dalsze losy nasze i Europy (a coraz mniej odległa staje się wizja, w której znów będą to, i znów z naszej własnej winy, oddzielne losy), nikt z nas nie zmyje tego wstydu. 

W tych latach umarł w Polsce Bóg. Chrześcijaństwo, którego mieliśmy uczyć świat (ach, ta megalomania prowincjuszy), okazało się wyschniętą skorupą a jego prorocy – handlarzami strachu. Po co kult miłosierdzia, skoro tego miłosierdzia nie mamy?

Kiedy więc Bóg topił się w morzu niedaleko Sycylii (jak ów brązowy satyr z Mazary del Vallo) albo czekał na przejściu w Terespolu na stempel pogranicznika, tu, pod tyloma wieżami kościołów, które nie wiadomo – w takim razie – do czego służą, zaczął się upadek.

Biblia Boyera i Blocha opowiada, co naprawdę było winą Sodomy: niegościnność.

 

Tagi: Polacy
22:27, kozmo1 , TEKSTY
Link Dodaj komentarz »