2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
czwartek, 01 czerwca 2017
Dziennik. Zapiski z końca maja

 

(Balthus, Teresa na ławce, 1939, kol. pryw., źródło: tumblr.com)

 

Wstęp. Jarosław

„Niewypowiadalne pożądanie” uobecnia się w dziennikach zazwyczaj w trybie nostalgii i komemorytatywnej ewokacji, cofając teraźniejsze wypadki w przeszłość (B. Dąbrowski, Queerowanie intymistyki: Iwaszkiewicz, Zawieyski, Gide, „Autobiografia. Literatura. Kultura. Media” nr 1 (2), 2014, s. 60).

Biblia w obrazkach. Sara

Może dlatego, że wzruszają mnie dzieci - chyba, że chodzi o plac zabaw, bo wtedy nie (tutaj) - najbardziej rozczuliła mnie opowieść o Sarze: nigdy nie przyglądałem się jej dokładnie. Biblia Boyera i Blocha pozbawia opowieść nadmiaru słów, kondensuje uczucia, dodając jeszcze obrazki jak z Lascaux albo niemieckich ekspresjonistów (czym jest ekspresjonizm? tutaj). Więc czytam o Sarze (Schowana w namiocie staruszka wybucha śmiechem. W tym śmiechu są wszystkie porzucone oczekiwania. Stracone nadzieje. Zapomniane obietnice) a potem, parę rozdziałów dalej, o Jozuem i milknę, i odkładam Biblię, skoro w niej Bóg nakazuje ludobójstwo.

(F. Boyer, S. Bloch, Biblia. Wielkie opowieści Starego Testamentu, Dwie Siostry 2017)


O fotografiach

Wyobrażanie sobie, że oglądam zdjęcia Dziecka jak jest małe, a ono już małe nie jest, powoduje u mnie ataki Weltschmerzu. (Dopiero fotografia jest wystarczającym dowodem, że byliśmy. Nieliczne świadectwa pisemne i malarstwo portretowe nie potrafią w żaden sposób dowieść istnienia. Tylko fotografia obiecuje i oferuje wieczność: niewinny uśmiech dzieci z początku dwudziestego stulecia).

Dziecko. Wybrane przygody

Dziecko pokazało pustą łubiankę. Nie ma, nie ma. Nałożyliśmy sandałki i poszliśmy na targ. Ono pierwsze machając koszyczkiem, my za nim.

Dziecko szło chodnikiem. Naprzeciw husky o błękitnych oczach. Polizał Dziecko po policzku i pobiegł dalej. Dziecko zdziwiło się.

Dziecko wskazywało roślinki na balkonie. Pi, pi, pi to znaczy chcą pić. Mama podlewała. Dziecko wąchało bez.

Dziecko zażyczyło sobie pizzę. Ósma wieczór: pokazywało rysunek i wołało. Autor bloga zaczął zagniatać ciasto.

Okno (zob. też tutaj)

Rozpraszają mnie, dyplomowanego urzędnika, te bezustanne pielgrzymki szkolnych wycieczek za otwartym oknem. Toteż, kiedy po raz kolejny pan przewodnik mówi o Mickiewiczu, zamykam je. Gwałtownie robi się gorąco. Już któryś dzień czekamy na burzę. Poddaje się. Zaj...ię cię, ku..o - powtarza do telefonu przechodzień głosem tak donośnym, że zagłusza uczennice.

(29-31.05.2017)

 

niedziela, 28 maja 2017
Dziennik. Dachy, balkony, place

 

(Edward Hopper, Mój dach, 1928, kolekcja Thyssen Bornemisza, źródło: http://emmanuelle-souffan.blogspot.com/2012/12/sous-la-palette-dedward-hopper.html)



Przygód z kurierami ciąg dalszy

Zadzwonił o dziewiątej wieczorem. Zobacz o co chodzi, powiedziała A., która zamawia ostatnio wyłącznie do pracy. Stał zmęczony i wręczając mi paczkę ze sklepu z bielizną, powiedział: niech pan podpisze. Nie zgadzało się imię i nazwisko, i numer bloku: niewiele się zgadzało. Niestety pomyłka - powiedziałem kurierowi. Taki jestem nieprzytomny - odpowiedział, zabrał bieliznę i ruszył schodami w dół. To nie w tym bloku - wołałem za nim, ale nie wiem, czy zdołałem go zatrzymać przed wizytą na innym piętrze (25.05.2017)

W poszukiwaniu straconej treści

Smutek niewytłumaczalny, tęsknota nieokiełznana - opowieści, których i tak nikt nie chciałby wysłuchać (czy chciałbym je opowiadać?). Gdybym z rzeczy zwyczajnych umiał wydobywać ich smak, wtedy mógłbym pisać chociażby o dachu (Hopper powyżej) albo o balkonie: Dziecko zasypia w deszczu na Wilsonie, a gdy się budzi pokazuję mu na balkonie tęczę, a ono i tak zamiast niej przygląda się samolotom (26.05.2017).

Zapiski z Hali

Trzy ratlerki wprowadza pakowny starszy pan do kawiarni: dwa na smyczy, szczenię ucieka pod krzesło. Pomidory zapylane przez trzmiele. Przy ostróżkach pani zaczepia Dziecko i mówi, że najciężej mają jedynacy. Pachnie czerwona łubianka (27.05.2017).

Kupowanie bzu

Po lekcjach przychodziłem na śniadanie (cebularz, twarożek z papryką i jajko sadzone jak radziła pani Gumowska) a tego wiosennego (przypuszczam, że był wiosenny) dnia wsiedliśmy we troje do niebieskiego trabanta i pojechaliśmy na Zemborzycką. Strasznie to było daleko: miasta kurczą się dopiero, gdy robisz się starszy. Na Zemborzyckiej był - do dziś jest - sklep ogrodniczy i te wszystkie aktinidie, amelanchiery i oberżyny pewnie były stamtąd.

Taki sam sklep jest w Ożarowie Mazowieckim. Wcale nie jestem pewien, czy to, że wsiedliśmy we troje do srebrnego opla i pojechaliśmy właśnie tam, nie ma czegoś wspólnego z nostalgią (27.05.2017).

Brak zapisków z placów zabaw

Szare eminencje zachwytów na placach zabaw. Łopatka, wiaderko, grabki (27-28.05.2017).

Wniebowstąpienie

Kto to? - pyta Dziecko: nad ołtarzem wyświetla się Jezus na chmurze. Kto to? - coraz głośniej aż wychodzimy bocznymi drzwiami. Na dworze kosy odprawiają mszę (28.05.2017).

 

sobota, 27 maja 2017
Jarosław Mikołajewski, Terremoto, Dowody na Istnienie 2017

 



(Trzęsienie ziemi we Włoszech, styczeń 2017 r., (c) AFP, źródło: lelibre.br)

 

Zaczynam od ostatniego zdania, czyli od dedykacji. Pisze autor: Włochom - za to, że wśród nieszczęść, które spadają na nich spod ziemi, z nieba, z powietrza, wody i ognia, mają siłę pamiętać, że są najpierw ludźmi a dopiero potem Włochami (s. 135). I chyba dobrze odczytuję to, że owo zdanie skierowane jest do członków innego narodu, do tych, którzy zapomnieli, że nie są tylko Polakami, ale również ludźmi. A jeszcze to: jesteśmy dziećmi Antygony, czy nie? (s. 13) Odrzuciliśmy nad Wisłą zarówno Antygonę, jak i Ewangelię. Zachodzę w głowę, kiedy się to stało, czy da się wskazać jakiś jeden moment, w którym się ukazało nasze barbarzyństwo, nasze nieludzkie oblicze. Temat na czyjś reportaż.

Przychodzi mi na myśl, że "Dowody na Istnienie" powinny zainaugurować nową serię - teologiczną. Otwierają ją obie książki Mikołajewskiego, z których każda jest rodzajem poetyckiego traktatu. W czasach gdy nikt na serio nie pyta o teodyceę, Mikołajewski czyni to, nie udzielając infantylnych odpowiedzi. Nie udzielając żadnych odpowiedzi.

Pisałem w Neapolu zeszłego lata, że pewność katastrofy, kruchość zastanego świata, który bez ostrzeżenia może się zawalić, wpływa na odmienny stosunek do życia (tutaj). Dla przybyszów ze stepu ziemia jest największym pewnikiem, tym, co nigdy nie zawiedzie, stąd nieprzetłumaczalne są dla nich odczucia mieszkańców Apeninów. Ziemia się trzęsie - od tych słów rozpoczyna się przecież druga zwrotka jednej z najradośniejszych pieśni kościelnych w Polsce.

 

środa, 24 maja 2017
Remigiusz Ryziński, Foucault w Warszawie, Dowody na Istnienie 2017

 

(Michel Foucault w Uppsali, przed 1959, źródło: http://www.openculture.com/2014/04/the-lonely-photo-of-michel-foucault-with-a-full-head-of-hair.html)

 

Pierwszą rzeczą, jaką robię po dobraniu się do tej książki, jest poszukiwanie indeksu nazwisk. Nie, nie ma. Nerwowe kartkowanie: czy jest? Jest, nie mogłoby w niej nie być Jarosława. Więcej, pojawia się nawet - jako trop - Edward S.

Michela Foucaulta, ówczesnego dyrektora Ośrodka Kultury Francuskiej w Warszawie, spotyka ta sama niemiła przygoda, która dwadzieścia lat wcześniej dotknęła Iwaszkiewicza (jak się zdaje - nikt nie ujawnił wprost przyczyn wyjazdu dyplomaty z Brukseli): zostaje wydalony z placówki z paragrafów dotyczących obrazy moralności.

Ryziński podejmuje śledztwo. (Sam odczuwam dreszcze na myśl, co się kryje w zakurzonych teczkach, które autor przegląda w archiwach instytutu pamięci. Znowu łapię się na tym, że nie interesuje mnie tak bardzo Foucault a dużo bardziej Jarosław). Opierając się na opowieści na wpół legendarnej, krok po kroku odtwarza pobyt Francuza w Warszawie, a pewnym momencie zaczyna odtwarzać samą homoseksualną Warszawę: miasto Hertza, Zawieyskiego, Mycielskiego i Iwaszkiewicza, i czyni to w sposób perfekcyjny.

Śmiałe są jego tezy dotyczące wpływu Warszawy na twórczość Foucault, który w niej ukończył "Historię szaleństwa". Ryziński podsuwa bardzo przyjemną myśl, że idea panoptykonu ma związek z Pałacem Kultury i Nauki górującym nad szarym wschodnioeuropejskim miastem.

  

Dziennik. Przemowa byłego mistrza ortografii

 

Dni dyktand przypominały mały sąd ostateczny. Dzień przed czytało się regułki z partykułą by albo partykułą nie albo wielką i małą literą, studiowało, powtarzało wyjątki a potem zapadała cisza, słychać było tylko kroki wychowawczyni i jej monotonny głos nieodróżniający ó od u i ż od rz. Byle nie popełnić błędu, najmniejszego nawet, bo za przecinki to było ćwierć albo pół oceny w dół a autor bloga był wówczas szkolnym mistrzem ortografii i nie mógł sobie pozwolić na najmniejszą omyłkę.

Po latach dawny mistrz ortografii siedzi w jednej z sejmowych sal, dowiadując się, że sejm stoi ponad ortografią (co jest logiczne - skoro stoi ponad konstytucją, to być może również w przyszłym referendum należałoby zadać suwerenowi pytanie czy dysleksja nie powinna stać się oficjalną pisownią?) a potem (tym razem nie było o żołnierzach wyklętych), że zasady pisowni małą literą ustalono w Trzeciej Erpe jako element planu poniżania Polski. O tak! Więcej wielkich liter: Partia, Partia, Partia.

Ale właściwie znużony mistrz ortografii sprzed ćwierć wieku chciałby zadać posłom i posłankom zupełnie inne pytanie: Dokąd zmierzacie?

Nie, nie chodzi o ortografię. Czemu jednak klęczycie przed ołtarzem i świętokradczo wyciągacie usta do hostii, skoro uczynki miłosierdzia macie za nic?

Nie, nie chodzi o ortografię. To nie ortografia poniża Polskę (24.05.2017).

 

Aleksandra Lipczak, Ludzie z Placu Słońca, Dowody na Istnienie 2017

 

 

 

Rzadko wysyłam A. zdjęcia stron czytanych książek. Jeśli już to robię, to w wyjątkowych okolicznościach: niezwykła historia, doskonała fraza. Patrz jak to jest napisane! - chciałbym w takich wypadkach podzielić się swoją zazdrością.

Turysta jest przechodniem. Sięgam podobnie jak autorka - tym też mnie ujęła - do słownika dziwnych lęków Johna Koeniga (tutaj) i odnajduję słówko onism (onizm?) - świadomość tego, jak mało świata mogę doświadczyć. Turysta-przechodzień może być tylko podglądaczem i ocieraczem rzeczywistości, może dostrzec jedynie fragmenty (por. autor bloga o Andaluzji).

Z zebranych i poskładanych fragmentów: notatek, zapisanych nagłówków, liczb, rozmów, opisów krajobrazu, dowcipów powstaje reportaż Aleksandry Lipczak, fascynujący zarówno na poziomie treści,  jak i sposobu pisania. Opowiada bowiem o tym, czego nie umie dostrzec przechodzień: o bańce na rynku nieruchomości; o imigrantach i boomie w fabryce drutu kolczastego; o bezrobociu i braku nadziei; o nieprzerwanych poszukiwaniach ofiar dyktatury Franco. Nie opisuje przy tym obszernych biografii, lecz sylwetki bohaterów również składa z fragmentów, jakby drobnych fotograficznych ujęć, słów, milczenia, gestów.

Czasem tak ujmujących jak ten powyżej o Szwedce w bikini; uchylających tajemnicę, którą określa słówko sonder Johna Koeniga: zrozumienie, że każdy wybrany na chybił-trafił przechodzień żyje życiem tak bujnym i złożonym jak twoje własne.