2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
niedziela, 14 maja 2017
Dziennik oszczędny w słowach (drugi)

 

Chmura od Bemowa.
Staruszki rozmawiają o stepowaniu.

Nie zdążyłem umyć okien po zimie.
Spadł śnieg.

Jak wiele opowieści można odnaleźć
W dwóch bezach (lub: w dwóch bzach).

Służyć naszym gościom, karmić ich
I rozweselać.

Śmiejące się Dziecko o czwartej rano.
Księżyc na granatowym brzasku.

(08.05-12.05.2017)

 

Tagi: ja
09:42, kozmo1 , DZIENNIK
Link Dodaj komentarz »
Kamil Bałuk, Wszystkie dzieci Louisa, Dowody na istnienie 2017

 

(Nick Hedges, Oldham, 1969, źródło: dailymail.co.uk)

 

Nad Kamilem Bałukiem i jego debiutem pojawiło się tyle zachwytów, że autor bloga nie mógł się zorientować, czy to naprawdę, więc postanowił kupić i ocenić samemu.

Faktycznie reportaż napisany jest bardzo sprawnie. Lubię rytm jego zdań, ich komunikatywność i to, że autora nie ma za dużo w książce. Może nie jest to powód do zachwytu, ale do pochwały - na pewno. Czasem - choć rzadko - pojawia się zdanie, które muszę zapisać, takie jak to: Co robi marzenie? Tup, tup, tak robi rano. Chrap, chrap, tak robi wieczorem (s. 10) - nie jestem obiektywny: fragmenty o małych dzieciach ciągle mnie wzruszają.

W porównaniu z innymi kwestiami na pograniczu etyki i medycyny, temat reportażu może wydawać się dosyć błahy, w sam raz do łzawego talk-showu (gdzie pojawiał się wielokrotnie) lub na okładkę tabloidu (także). Ale Kamilowi Bałukowi udaje się w nim jak w soczewce przedstawić rzeczy dzisiaj najważniejsze: wszechwładzę medyków, problemy z ochroną danych osobowych, wreszcie wybory moralne i konsekwencje społeczne nowych technologii medycznych. Powstało z tego takie małe laboratorium tematów trudnych.

(Spojler) Ale jest jeszcze coś, co sprawia, że "Wszystkie dzieci Louisa" poruszają: wyrozumiałość. Punktem kulminacyjnym reportażu jest rozmowa z Louisem, ojcem (czy na pewno?) i dawcą (tak to można opisać) gromadki Holendrów i Holenderek, przejmująca rozmowa o przemijaniu. Bo Louisem jest każdy z nas, którzy pragniemy przetrwać i nie uciec w niepamięć.

Żeby istnieli ludzie, którzy wiedzą, kim jestem i którzy, jeśli umrę, dowiedzą się jako pierwsi. Żeby był ktoś, komu będę mógł zostawić moje rodzinne albumy ze zdjęciami (...). Bałem się, że kiedyś umrę, że nie zostanie po mnie nic i nikt nie będzie o mnie pamiętał (s. 249).

Różnica między oddawaniem spermy w klinice a pisaniem bloga okazuje się niewielka.

 

wtorek, 09 maja 2017
Anna Pamuła, Polacos. Chajka płynie do Kostaryki, Czarne 2017

 

(Żydowscy migranci w Kostaryce przygotowujący wesele ocalonych z Żelechowa, ok. 1947-1955, (c) United States Holocaust Memorial Museum, za zgodą Freidy Kierszensow; źródło: https://collections.ushmm.org/search/catalog/pa1129422)

 

Spośród miast mitycznych mojego dzieciństwa wyróżniał się jeszcze - samym brzmieniem nazwy - Żelechów. W Żelechowie mieszkała ciocia z mężem, który zbierał żurawiny na bagnach i miał przeżyć wszystkich, ale jednak umarł pierwszy. Nigdy go zresztą nie widziałem, a i samo określenie siostry prababci "ciocią" było spora familijną ekwilibrystyką. W Żelechowie byłem raz, ale to mi nie przeszkadzało, żeby wiedzieć o nim wszystko: były tam wysokie schody do kościoła, bruk na rynku i Cyganie.

Do tej opowieści o Żelechowie - ilekroć jadę szosą do Lu. i mijam kolejne drogowskazy z napisem Żelechów, bardzo mnie kusi, żeby skręcić - Anna Pamuła wnosi historię dosyć niesamowitą. Opowiada o sztetlu, którego mieszkańcy wylądowali w Kostaryce. (Przypomnę, że autor bloga też pisał o sztetlu tutaj).

Pochłania się "Polacos" całkiem szybko, czytając opowieści o żelechowskich (tudzież pochodzących z innych mazowieckich sztetli) Żydach, którzy stali się założycielami sieci handlowych, znanymi aptekarzami lub dziadkami kostarykańskich prezydentów. Wielka rzecz, że autorka - po amerykańsku ciągle w tym reportażu obecna - zdołała wysłuchać ostatnich, co mieszkali zarówno w Żelechowie, jak i w San José. Może to z powodu wysłuchiwania starych ludzi, ten reportaż bardzo przypominał mi poprzedni o Grekach z Dolnego Śląska i Podkarpacia (tutaj). Jednak, przeciwnie niż u Sturisa, w tych kostarykańskich opowieściach dużo jest wobec Polski goryczy (a przecież kolega-mormon, nie on jeden, twierdzi, że w Polsce nie ma i nie było antysemityzmu).

Nic dziwnego - zaglądam do "Księgi pamięci Żelechowa" i natrafiam na wspomnienie Hanki Oszlak, która po wyzwoleniu ledwo co się uratowała od polskich sąsiadów: tutaj.

Książka Anny Pamuły jest równa, nie ma w niej dłużyzn, ale też brakuje uniesień. Tylko ten jeden jedyny fragment jest inny. Czytam go i wyobrażam sobie te setki, tysiące, całe pola pluszowych foteli: 

Chajka znów przypomniała sobie, co mówiła mama: jeśli będzie niegrzeczna, fotel wessie ją do środka przez otwór między oparciem a siedzeniem. Chajka zadrżała (po wielu latach tłumaczyła swojemu synowi Jacopo, jak wyobrażała sobie Zagładę. Widziała tysiące foteli otwierających pluszowe paszcze i pochłaniających wszystkich polskich Żydów (...) Jacopo unikał siadania w fotelach. Myślał, że może niektóre chrześcijańskie meble kryją do tej pory żydowskie dusze). (s. 167)

(Nie będę wytykał błędów geograficznych, ale znajdują się one na s. 31 i 39).

 

Dziennik. Obietnice / W podróży do Edo

 

Obietnice

(Utagawa Hiroshige, Stacja Moriyama (fragm.), ok. 1836-1842,  kolekcja Jerzego Leszkowicza)

 

Obietnica wiosny okazała się jedynie wczorajszą anomalią pogodową. Słońce rozmywa się niedzielnym rankiem.

Ostatniego dnia drzeworytów z Edo jest duszno. Dziecko nie chce podziwiać trzydziestu sześciu widoków góry Fuji, pnie się za to po schodach Muzeum. Zamiast piękna jest jego obietnica: zasypany śniegiem gościniec, wiry w rzece, wróble na dachu. Wszystko inne jest zabawą nóg.

Jedynie obietnica spotkania staje się spotkaniem.
 

W podróży do Edo

(Mapa dróg Tokaido i Kisokaido, z wystawy "Podróż do Edo", Muzeum Narodowe w Warszawie)

 

Oglądając mapę i rzucając w biegu okiem na drzeworyty (obietnica piękna!), autor bloga dochodzi do wniosku, że przecież aż kusi by tworzyć podobne projekty artystyczne jak pięćdziesiąt trzy stacje na drodze Tokaido albo sześćdziesiąt dziewięć na Kisokaido. Czemu by nie utrwalić widoków z drogi krajowej numer siedemnaście albo dziesięciu miejsc obsługi pasażera na autostradzie wolności?

(07.05.2017)

 

sobota, 06 maja 2017
Dziennik. O co prosi autor bloga?

 

(G. Verga, "Rodzina Malavogliów", ostatnia strona)

 

Chyba spóźniłem się o sześćdziesiąt lat z okładem ze zwróceniem uwagi na denerwujące tłumaczenie nazwisk (tutaj). Nie wiem zresztą nawet, czy było wydanie drugie poprawione. Niemniej ten apel wydawcy, jakże elegancki, nie daje autorowi bloga spokoju, chodzi za nim przez parę dni aż wreszcie w sobotni poranek autor bloga siada i wystukuje:

Do Czytelniczki lub Czytelnika tego bloga

Autor bloga prosi o nadesłanie uwag o przeczytanym blogu (lub wybranych wpisach), dotyczących jego tematu, treści, języka, wyglądu zewnętrznego, popełnionych w nim błędów i omyłek oraz o wyrażenie życzeń, do których autor bloga mógłby się zastosować w dalszej pracy (na przykład czy powinno być więcej Matisse'a?)

(06.05.2017)

 

Tagi: blog
12:28, kozmo1 , DZIENNIK
Link Dodaj komentarz »
Dziennik. O ciekawości

 

Odkąd na dole otworzyli lodziarnię, gwar wzmógł się znacząco. Po raz pierwszy od dawna zaświeciło słońce, wszyscy się rozebrali i rozsiedli na ławkach z lodami. Postanowiłem, że jak nikogo nie będzie w pokoju, to będę sterczał w oknie, może nawet podłożę sobie poduszkę, oprę łokciami o parapet i łapczywie będę patrzył na życie od ósmej do szesnastej.

Niezaspokojona ciekawość ciał obcych (05.05.2015).