2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
czwartek, 03 sierpnia 2017
Robert Walenciak, Modzelewski - Werblan. Polska Ludowa, Iskry 2017

 


(Wojciech Stan/PAP/CAF; Wiec poparcia dla PZPR w Radomiu, czerwiec 1976 r., źródło: odkrywcy.pl; Podobnie jak język propagandy ze stanu wojennego łatwo porównać z językiem obecnej telewizji, tak zdjęcie z tego wiecu trudno odróżnić od demonstracji poparcia ministra Żołędzia urządzonej miesiąc temu w Krakowie).

 

W lipcu czytałem niewiele, trzy książki: "Lolitę", "Boga zagubionego" i "Polskę Ludową" (czy ów wybór lektur coś o mnie mówi?). Zaczynając tę ostatnią żartowałem, a zbliżało się lipcowe przesilenie, że czytam ją po to, żeby wiedzieć czego się spodziewać. Bo obraz Polski Ludowej, który sączy się z oficjalnych komunikatów, brzmi mniej więcej tak:

Okres PRL był monolityczny, komunizm trwał niezmiennie. Polacy od początku masowo z nim walczyli. Tysiące żołnierzy wyklętych bohatersko, latami stawiało mu czoła. Garstka komunistów sterowana była ręcznie z Moskwy. Kościół bez przerwy walczył ramię w ramię z narodem. Wałęsa był agentem, generała Jaruzelskiego należałoby pozbawić stopnia. Jedynie Wolne Związki Zawodowe na Wybrzeżu i Solidarność Walcząca, cieszące się masowym poparciem, zachowywały się krystalicznie. W osiemdziesiątym dziewiątym agenci dogadali się z oficerami prowadzącymi, którzy swoimi mackami przejęli państwo.

Przez pewien czas miałem studentów: troje, w porywach czworo i powtarzałem im na każdych zajęciach: pamiętajcie, to, co jest w podręcznikach i w przemówieniach polityków, ba, to co jest w muzeach, to nie jest historia. To powyżej to nie jest historia, to oficjalny komunikat, dzięki któremu największą klęskę można nazwać zwycięstwem a największą ohydę – nieznaczącym wypadkiem. Sama historia dzieje się w ciele, w pojedynczym człowieku, w tym, który musi wybierać. Historia nie jest monologiem.

Dlatego tak ważny jest ten dialog, który podejmują profesorowie Modzelewski i Werblan, ten który siedział w więzieniu i ten który był członkiem politbiura. I nic z tego, co zapisałem powyżej jako narrację dzisiejszej władzy, nie okazuje się być prawdą. Niestety czytanie książek to w Polsce rzadkość, podobnie jak krytyczne podejście do propagandy - ludzie łatwo uczą się zmyślnie fabrykowanych nie-historii. A kiedy zastanawiam się dzisiaj nad długim trwaniem, to okazuje się, że historia nie tylko jest powtarzalna (boskie przeznaczenie, karma albo los), ale Polacy są jej niezbyt pojętnymi uczniami.

 

środa, 02 sierpnia 2017
Anselm Grün, Tomáš Halík, Bóg zagubiony, WAM 2017

 


(Jim Holland, Niebieska koszula, 2012, (c) Jim Holland, źródło: pinterest.com; szukałem ilustracji o Bogu zagubionym i trafiłem na ten obraz. Nie ma go, wyszedł, zostawiając światło i ślad).

 

Kiedy szaleniec Nietzschego, ten z "Wiedzy radosnej", wyszedł na ulicę, żeby wołać o śmierci Boga, to najpierw byliśmy zadziwieni. Chcieliśmy zaimponować mu pewnością, jaką daje niedojrzała wiara wtłoczona w proste zestawy katechizmowych pytań i odpowiedzi. Przyglądaliśmy mu się wówczas z góry.

Potem próbowaliśmy mu tłumaczyć, że nie ma racji. Wyjaśnialiśmy ze współczuciem, tak jak się tłumaczy małemu dziecku, że się omylił. Jednak im bardziej przekonywaliśmy go, tym bardziej rozumieliśmy jego wątpliwości. W końcu utraciliśmy i my naszą pewność, na której budowaliśmy dotychczas wszystko.

"Bóg zagubiony" zaczyna się od tego fragmentu z Nietzschego. Dopiero bowiem konfrontacja z niewiarą pozwala wyjść poza bezrefleksyjne formułki. Grün i Halík, obaj doświadczeni duszpasterze i psycholodzy, dodają czytelnikowi otuchy.

Miałem nawet zapisany fragment o zachwycie, tak bardzo banalny, że mógłby trafić na widokówkę z zachodem słońca, jakie kiedyś rozprowadzała edycja św. Pawła, a jednocześnie w tej swojej prostocie odkrywczy. Dać się zachwycić - tego lata stwierdzam, że to wcale nie takie łatwe.

 

Dziennik pisany w lipcu (odc. 4)

 


(Giorgio de Chirico, Tajemnica i melancholia ulicy, 1914, kol. pryw., źródło: tumblr.com)

 

Zapiski z Polski (I)

Wróciliśmy z placyku i okazało się, że ominęły nas dwa konkurencyjne orędzia. Lipiec, który wstrząsnął – zdawało się – uporządkowanym państwem raźno kroczącym ku swemu przeznaczeniu (Idź na wschód ku stepom!) powoli dogasał. Będę się upierał przy swojej historiozofii: nazwijmy to boskim przeznaczeniem, karmą albo losem - w Polaków jako ogół wpisany jest popęd ku niewoli, ku byciu pod batem folwarcznego pana, cara albo innego autokraty. W tym kontekście rok osiemdziesiąty dziewiąty to jakiś dziwny traf, przypadek wbrew regule. Niemniej tego lipca coś się zmieniło.

Po raz pierwszy przełamany został monopol na patriotyczne uniesienia bezczelnie zawłaszczany przez przedstawicieli władzy. Tłum ze świecami śpiewający „Warszawiankę”: to doświadczenie, którego nie da się ot tak zatrzeć. Pojawiła się nagle wspólnota broniąca państwa przed destrukcją jego instytucji. Ze wszystkich badań wynikało, że Polacy nie są przywiązani do państwa a w kilka wieczorów okazało się dla wielu, że państwo jest wartością, którą obywatele muszą chronić przed zaborczą władzą.

Po drugie, w nerwowej przemowie nocą w sejmie, umiłowany Przywódca odsłonił swoją małość. Że za wielkimi sloganami, za mowami o patriotyzmie i naprawie kraju, za homiletycznym tonem i fanatycznymi orgazmami jego popleczników, stoi mały śmieszny dyktator in spe, marna podróbka Antonio Salazara, dla którego chorych fantazji Polska jest dzisiaj - pod wielkimi hasłami - ośmieszona i niszczona (lub - jak chce autor bloga - wraca do swego przeznaczenia).

Czy nie wydaje się w tym kontekście przykre, że państwo, które parę lat temu było wzorcowym przykładem dla innych, dziś jest pokazywane jako dziwoląg. Pod hasłami umocnienia swojej pozycji na świecie, skłóca się z sąsiadami, traci sojuszników i staje się chorym człowiekiem środkowej Europy? Czołówki gazet mówiące o Polsce, mówią dziś o niej takim językiem jakim się mówi o Turcji albo Wenezueli. Co nie przeszkadza szczekaczkom wołać o wielkim sukcesie i mocarstwowej roli (karma: to samo wołała junta pułkowników u progu drugiej światowej).

W te lipcowe dni przełamany został również monopol na język. Język pogardy i kłamstwa, fałszywy język, którym operuje władza (a jest to język wszystkich reżimów świata, por. inwektywy wobec opozycji w stanie wojennym w tym artykule) udało się w małej części zastąpić językiem odpowiedzialności, językiem włączającym. Wystarczy porównać przekaz telewizji publicznej, która śmiało już może konkurować z Radiem Tysiąca Wzgórz, z przemową Jacka Dehnela (tutaj): świeckim kazaniem właśnie o języku, którego trudno nie przyrównać do wawelskiego kazania Tischnera o solidarności.

Dlaczego piszę o świeckim kazaniu? Czy nie dlatego, że w te dni Kościół milczał i swoim milczeniem legitymizował i niszczenie państwa, i pogardę w języku? A na koniec wystąpił z listem pochwalnym, okazując się kunktatorski i do cna zakłamany. Zabrakło Kościoła: to też prognoza na przyszłość polskiej polityki, w której hierarchia splotła się z jedną opcją polityczną, co doprowadzi ją koniec końców do porażki (24.07.2017).

Pocztówka z Polski

Okładka wspierającego rząd szmatławca przedstawiająca biednych, wymęczonych ludzi, którym zawalił się świat z podpisem "Uchodźcy przynieśli choroby" i ponad tytułem dopiskiem "śpiewnik z Powstania Warszawskiego". O dawnych ofiarach, które popadły w taką pychę, że bliżej im teraz do katów niż do ofiar (25.07.2017).

Niepisaniowość

Po paru dniach przejaśnień - do Anki - zimne wieczory i poranki. Lato pozbawione twórczości, wyblakłe, wymęczone, nie do zapamiętania. Wybaczcie. Wiecie, że piszę to później, parę dni potem. Dziennik mozolny, dziennik pozbawiony kształtów (26.07.2017).

Gowin

W cyklu o najpiękniejszych fotografiach „The New Yorker” pochyla się nad portretem sikającej żony Emmeta Gowina (tutaj), fotografii tak czułej, tak cudownie miłosnej, choć trudno określić ją nawet jako akt.

Banały chronią przed złożonością i intensywnością bezpośredniego doświadczenia, pozwalają oddzielić się nam od rzeczywistości, ale ta fotografia przyprowadza miłość tak blisko nas, że prawie czujemy jej ciepły oddech.

Otoczeni fotografiami nie umieramy naprawdę, to triumf oka nad przemijaniem (27.07.2017).

Porcelana

Miniaturowa para: wychodzę z pracy, kiedy ich widzę. Nie wiem ile mają lat: dziesięć? dwanaście? trzymają się mocno za ręce i maszerują rozletnionym Krakowskim. Jakie to wszystko było śmieszne wtedy, te miłości, te łzy, rozmowy o życiu, które się wydaje (28.07.2017).

Inne przyjemności

Albo żeby opisać letni dzień. Kiedyś przychodziło to łatwo. Miało własne światło i smak czereśni albo zdjęcia porcelany, albo tęsknota Kawafisa. Ciało było tajemnicą lub pępek. Gdzie ta cielesność, łapczywość, gdzie ona?

Jemy pizzę pod białym parasolem (29.07.2017).

Zapiski z Polski (II)

Symbolem tej wszetecznej siły, tego fatum, które nieuchronnie pcha Polaków ku ich przeznaczeniu, ku dumnej samotności, kiedy zostanie nam tylko rozczulanie się nad swoim losem i rozpamiętywanie, który wróg co złego nam uczynił, bo my byliśmy dziewiczy, na zawsze pozostanie dla mnie Minister Żołądź.

Jak mógłbym pisać pięknie jak kiedyś, skoro myślę o nim? (30.07.2017)

Przed wojną

Broniliśmy tej kładki, co ją Uniwersytet Marii Curie Skłodowskiej chce wyburzyć, a która prowadzi do biblioteki uniwersyteckiej. Była wojna. Chroniliśmy się gdzieś w podziemiach budynku: sterownia z lampkami i wskaźnikami. Pojawił się wówczas Jacek Dehnel i zaczął mówić o co naprawdę walczymy, o coś więcej  - nie pamiętam. Nadeszła wojna, a ja nie pamiętam (31.07.2017).

 

wtorek, 25 lipca 2017
Dziennik pisany w lipcu (odc. 3)

 

Z podróży służbowej. Trawniki

Pewnego lata siedziałem z L. w jednym pokoju w łatwo nagrzewającym się biurowcu typu Lipsk. (L. czytała wówczas mojego bloga i ciekawy jestem czy czyta go nadal?) I owa L. opowiadała mi o Opolszczyźnie, mniej więcej tak jak ja opowiadałem o Lu.

No więc jestem i pierwsze, co się rzuca w oczy to rabatki przed domami: całe mnóstwo nagietków, onętków i aksamitek, do tego białe krawężniki. Nie nawykłem do tego ordynku - przyznam.

 
(Opole, lipiec 2017, źródło: a.b.)

 

Z podróży służbowej. Edward

Wtedy też L. wyjaśniła mi o co chodzi z Potiszilem w piosence Stachury. Że to nie jest ani rodzaj koszenili, ani wyborny południowoamerykański trunek, ale mieszkaniec Opola. I o to w tymże Opolu stoję przed ścianą z wypisanym Stachurą. Pod ścianą stoi za to dziewczyna w kawiarnianym fartuszku i pisze smsa - a może notuje swojego bloga? - paląc papierosa. 

Z podróży służbowej. Zło

W porównaniu to nic – słyszę z siedzenia obok. Zło jest zawsze złem – odpowiadam. Drzewa dobrze rosną na masowych grobach, pachnie lasem. W muzeum winę ponosi wyłącznie jeden człowiek (- Ma błędne oczy – mówi któraś ze zwiedzających), ale dziwnym trafem nikt z miejscowych nie chce o tym rozmawiać. Jedynie nieopodal na placu zabaw słychać donośny śmiech.

Z podróży służbowej. Słowo

KLEKLIMANKA. Znacz. 1. ‘owad z rodziny chrząszczy; świetlik (Lampyridae)’ (…) 2. ‘demon, który porywa dzieci, pojawiający się w okresie, gdy zboże staje się wysokie’ (ze "Słownika gwar śląskich").

Z podróży służbowej. Muzeum

Dla wygasłych linii nie ma taryfy ulgowej. Usiłuję się dowiedzieć, gdzie są truchła z tamtych cynowych trumien na wystawie (każda może się pochwalić księciem bądź księżniczką). Nie wiedzą.
Działo się to w najsmutniejszym mieście, jakie znam, gdzie jedyną radością była wędrowna trupa błaznów.

Z podróży służbowej. Mgła

Nad środkiem Polski rozlewała się mgła, wystawały z niej jedynie koniuszki drzew i słupy z literką M. Parking, który mijaliśmy nazywał się Nowe Skoszewy, a ja już dobrze znałem topografię i wiedziałem, że tu zaraz Wilko.

Rozmowy w piątek

Posiwiałeś – mówi W., i włosy, i broda (ogolę się jutro). Dziecko, żona i ojczyzna – nietrudno poszarzeć.

Z podróży prywatnej. Miasto

Wyobrażałem sobie miasto, które było nie moje. Należeć miało od teraz do wspomnień Dziecka. Nie było nad placem drzewa ani przystanków, gdzie czekaliśmy na trzynastkę na dworzec, za to pośrodku znajdowała się fontanna. Wszedłem do niej razem z Dzieckiem. Kubeł zimnej wody na nostalgię, która zjawiała się wciąż na nowo, letnia, pod różnymi postaciami, wchodziła mi na zdjęcia, czytała Czechowicza i Hartwig, a potem zamawiała lody.

Końcowe frazy

Zauważyliście pewnie, że to ostatnie podrygi, że autor bloga przegrał z literaturą, tak jak – w ten lipcowy bunt – idealista przegrał z urzędnikiem rządu, który pcha kraj do nieszczęścia. Zaczyna się od nieumiejętności zestawiania słów tak, żeby pasowały i miały jakiś sens. Potem jest już tylko niechęć. Wszystko przestaje być niezwykłe, staje się przeciętne i powszednie. Takie małe życie, niewarte opisywania.

(19-23.07.2017)

 

środa, 19 lipca 2017
Dziennik pisany w lipcu (odc. 2)

 

 

Pomarańczowa furgonetka

Staruszek-sprzedawca losów na loterie odwrócił się i spytał po portugalsku: samochód? Właściwie to domyśliliśmy się, że spytał właśnie o to, bo staliśmy we trójkę przed witryną pełną kolorowych aut a on wyciągnął klucz i ruszył w naszym kierunku. Otworzył szybkę. Dziecko wskazało na volkswagena (model T2 z 1962 roku), a on sięgnął po niego, ujął delikatnie w palce i gładząc pokazał otwierane drzwi i klapę bagażnika. Byliśmy zachwyceni, najbardziej Dziecko. Zapłaciliśmy a staruszek zamknął witrynę i poczłapał za kotarę.

Tak bardzo niewiele zostaje z podróży, ot, uchwycony fragment: sprzedawca losów w swoim sklepiku (bez daty).

Banał

Wieczór ciepły, co tego roku było wyjątkiem, siedzieliśmy na Chłodnej, jedząc węgierskie naleśniki. Dziecko biegało, zaglądając do środka beczki. Zatrzymał się koło nas mężczyzna z yorkiem i spytał, czy chcesz pogłaskać, ale Dziecko nie miało odwagi, jedynie uśmiechnęło się, on odwzajemnił i poszedł. Potem spotkaliśmy P. na randce, stygły mi naleśniki, i biegaliśmy koło piekarni, i zobaczyliśmy, że album Franceski Woodman jest na przecenie. Piękny wieczór, a jednak tego wieczoru - nie martw się problemami świata, powiada A., nic na to nie poradzisz - krążył wokół mnie wiersz. Wiecie jak bardzo unikałem patosu, starałem się być stonowany i flegmatyczny, ale tego wieczoru poczułem, że to już teraz, że ze swoją obojętnością, mieszczę się już w rubryce pierwszej, tak tej szerszej. Bo nie było wielkiego bum ani wielkiego ach, niepostrzeżenie i banalnie coś się z nami stało (14.07.2017).

Wiktor Woroszylski, Państwa faszystowskie (1970)

Niedługo po wojnie 1914–1918 w Europie powstały pierwsze
państwa faszystowskie W tych państwach
słońce wschodziło i zachodziło o normalnej porze opromieniając
dachy domostw i wzgórz zieloną spadzistość W oborach
łagodnie ryczało bydło Matki o świcie
budziły dzieci całując je w czoło Ojcowie wracając z pracy
ze znużeniem radosnym w kościach wdychali
dym domowego ogniska zaś po obiedzie
zasypiali w fotelu bądź też majsterkowali wytrwale bądź też
muzykowali z zapałem Dzieci
bawiły się w klipę w klasy i w chowanego Małym
dziewczynkom rosły piersi i dziewczynki z dnia na dzień
zamieniały się w duże dziewczyny wypełnione szeptem
szmerem jak drzewa w lesie chichotem nagłym na którego
dźwięk chłopcom zasychało w gardle W letnie wieczory
na firankach podświetlonych od wewnątrz schodziły się cienie
rozchodziły i znów schodziły miłośnie Zaś zimą
kochankowie łowili ustami parę z ust w ośnieżonych ogrodach I jeszcze
można wspomnieć o kotach wyginających się w kabłąk o wróblach
wzlatujących nad jezdnią o staruszkach na przyzbie o kwiatach
ciętych i doniczkowych o pielęgniarkach
podających chorym termometr o ludziach z miotłą
zamiatających ulice O drewnie
rozsychającym się bruździe w polu wilgotnej wietrze w zaroślach I jeszcze można
wiele wymienić zjawisk świadczących że

Albowiem nie było znaków na niebie komet żałobnych
wody w krew zamienionej krzaków płonących albowiem
życie biegło zwyczajnie więc naprawdę w państwach tych wielu było
ludzi zwyczajnych i ludzi dobrych i takich którzy
nie wiedzieli o niczym i którym
nie przychodziło na myśl i którzy
nie czuli się współwinowajcami i którzy
nie mieli z tym nic wspólnego i którzy nawet
nie czytali gazet lub też czytali niedbale zajęci
myślami o tym że trzeba naprawić
przeciekający dach oddać
buty do szewca oświadczyć się wypić
kufel piwa wymieszać farby zapalić świeczkę i którzy
naprawdę nie dostrzegali strachu w oczach sąsiada nie
słyszeli drżenia w głosie pytającego o drogę nie
dostrzegali różnicy nie słyszeli
głosu w sobie albo skoro
domyślali się czegoś nie mogli nic zrobić i pocieszali się
mówiąc My przynajmniej
nie robimy nic złego żyjemy jak żyliśmy zawsze Co było prawdą

A jednak były to
państwa faszystowskie

Moje życie z Julią Hartwig

Rano we wpisie dalekiej znajomej znajduję dwie daty. W wiadomościach napiszą o niej za godzinę. Sięgam do regału i odszukuję autograf. Julia Hartwig z Lublina pojawia się rok w rok w tle.

Luty 2007: W kawiarni na rogu ciastka po 9,5 złotego i Julia Hartwig. Maj 2011: Julia Hartwig przechodzi przez jezdnię/ warkocz ma zupełnie jak mojej prababci./ większy jej cień niż markizy na przystanku foksal. Październik 2014: Na śniadaniu pachnie sterylnie i parówkowo. Niezauważenie przy stoliku po przekątnej siada Julia Hartwig.

Zauważyłem, że tamtego cudownego lata, nagle zamilkła. Potem pojawił się ów gęsty wiersz ("Kwartalnik Artystyczny", 1/2016).

CISZA SPOKÓJ i zastygłe istnienie
zapomniałam kształtów i barw
wszystko było i niczego nie szkoda
bo tyle wiem że czas to zawsze czas
I tak właśnie kończy się świat
Nie hukiem ale skomleniem
a miejsce miejscem jest i niczym więcej
a co się dzieje dzieje się tylko raz

I jeszcze kartka z Pensylwanii - w której jak na całym Wschodnim Wybrzeżu - szalały śnieżyce ("Kwartalnik Artystyczny", 1/2017): Piękny widok z okna, cisza jeszcze głębsza, śnieg przykrył okolice domu. Julia Hartwig z Lublina znika teraz w bieli, mały punkcik na nieboskłonie.

Listopad 2014: Na tych targach to było tak. Ja nie mam śmiałości do poetów, ale patrzę, że jeszcze przy stoisku a5 siedzi Julia Hartwig i podpisuje. Więc kupiłem tomik raz, dwa (...) i podbiegłem do stolika. Ale tak nieśmiało, że nawet nie zdążyłem czegoś więcej powiedzieć. Potem patrzę a w "Dzienniku", często ocenia spotkania autorskie i wyławia ludzi ciekawych z ogonków do podpisu. Więc mogłem i ja, ale nie potrafiłem, a może trafiłaby nawet tu na bloga, bliżej. 

(15.07.2017)

Wosk

Nie poszliśmy, bo Dziecko usnęło a jak się obudziło pilnie chciało jajecznicę, ale już mieliśmy gotowe świece z Fatimy, bo jak bronić sądu najwyższego przed złymi mocami, to największym kalibrem. W ogóle - myślę teraz, co mogłoby pomóc - należałoby Polskę ulepić z wosku i wrzucić do pieca na Placu Modlitewnym (16.07.2017).

Księżniczka

Pewnej jesieni (bezskutecznie) wypatrywałem w oknach hotelu "Bristol" nieszczęśliwej monegaskiej księżniczki (tutaj). Ci tutaj wyglądają na szczęśliwych. Czy ich ręce leczą jeszcze skrofuły? (17.07.2017)

Żółta ciężarówka

Zapamiętaj to z tego dnia, na długo zapamiętaj: szczęk rozkładanych barierek. Robotnicy zdejmują je z żółtej ciężarówki i składają w płot. W tle na Krakowskim rzewny Elvis Can't help falling in love with you (18.07.2017; siedzę przed komputerem, zamiast walczyć o wolność).

 

czwartek, 13 lipca 2017
Dziennik pisany w lipcu

 


(Monica Bellucci w filmie "Malena", reż. G. Tornatore, 2000, źródło: tumblr.com)

 

Odcięcie

Zapytałem żartem, czy jeszcze pracuję. Tak, oczywiście - odpowiedzieli informatycy, dodając, że sieć nie rozpoznaje mojego komputera i nie wiedzą czemu. Najpierw był jeden, potem przyszedł kolejny - odbywali konsylium wpisując magiczne formuły. Nie działało. Odcięli mnie od codzienności: i tak nie chciałem wracać (05.07.2017).

Mandarynki

Siedzieliśmy w gabinecie przed telewizorem. Aktor, pomyślałem, gdy zaczął z emfazą i ekscytacją. Słowa mówił gładkie, pochlebne, tłum wiwatował. Bóg, Polska, cywilizacja - tak niewiele trzeba w tym kraju, żeby stać się prorokiem. Aktor, przysłuchiwałem mu się uważnie, choć w gabinecie sam jeden byłem sceptyczny. On grał, a myśmy się z każdą minutą na jego grę nabierali.

Tego dnia zrozumiałem jak bardzo jest naiwny ten naród żyjący nad Wisłą, jak łatwo go kupić, jak niewiele trzeba, żeby go zmanipulować. Zrozumiałem historię i teraźniejszość: wiara w cuda, zamachy w Smoleńsku, Jezusa, który jest Polakiem, własne wybranie i dziejową misję, strach przed obcymi, ucieczka od wolności i rozumu: małe niedojrzałe narody są jak małe niedojrzałe mandarynki, nie nadają się do niczego.

Prawicowy propagandyści dochodzili na wizji, z ekranów lały się peany ku czci człowieka, którego reputacja jest bądź co bądź nie najlepsza. To było jak Zjazd Gnieźnieński, Jan Paweł II zmartwychwstał - odpytywali otumanionych ludzi, którym do głowy nie przyszło, żeby sprawdzić kim naprawdę jest Donald Trump. Ten ostatni spieszył się na spotkanie z Wołodią, oni pobiegli machać flagami (06.07.2017).

Niewypowiadalne

Było mnie w dwóch fontannach.
Było mnie w czterech kawiarniach.
Nie było mnie u mnie.

Wybiegłem a potem wróciłem, zamknąłem się w pokoju i odczyniłem uroki (07.07.2017).

Malena

Pod halą młoda dziewczyna w krótkiej białej sukience w granatowe pasy pakuje do reklamówek wysmukłe ostróżki: bardzo jej z nimi do twarzy. Za sprzedawców tego ranka robi dwóch chłopców, lat najwyżej dwanaście, ojciec przysypia w furgonetce. Gdy dziewczyna przykuca i nachyla się, a oni podają jej w słońcu zielone łodygi, ich ciekawskie twarze oblewa rumieniec.

Przypominam sobie Monicę Bellucci, która spaceruje - ta scena na zdjęciu - po najpiękniejszych Syrakuzach (08.07.2017).

Plac

Tatusiowie w galeriach handlowych obsiadają place zabaw. Przyglądają się przechodzącym, zapisują w komórkach bloga. Dziecko akurat zasnęło, więc nie trzeba biegać. Jeśli to przywidok, to ja też już śnię (09.07.2017).

Czekolada

To, co pójdziesz po czekoladę? - zapytała A. Właśnie zamierzałem - pośpiesznie nakładałem buty. Od lat zdarza się to samo. Pamiętam, kiedyś przeczesywałem późnym wieczorem okolice w poszukiwaniu draży, ale dawno nie jemy już draży. Teraz tylko z okienkiem. Szybko do kerfura. Mijam sąsiada, który wraca z wódką (10.07.2017).

Sushi

(O, Portugalio!) Któregoś dnia po powrocie kupiliśmy z sąsiadami (innymi, nie tymi od wódki) na spółkę sushi. Potem trzeba było oddać pieniądze i jakoś tak zleciało. Poszedłem wieczorem. Otwierają drzwi. W salonie leci - znaczy oni to oglądają - gadzinowa telewizja a w niej gość o oczach świra, który - dam sobie uciąć palca - jest agentem Wołodii, oskarża o zdradę Wałęsę. Więcej sushi raczej nie będzie (11.07.2017).

Południe

Przyszedłem cię zobaczyć, ale ciebie nie ma. Albo cię wymyśliłem, albo zbyt daleko. Wezmę flat white na wynos i obejrzę zdjęcia. Oglądanie to nic innego jak udawanie, że naprawdę (12.07.2017). 

Diabeł i brzytwa

Padało od rana. Kolega mormon zdradził mi w sekrecie, że przez papieża Franciszka przemawia diabeł. Zresztą sam diabeł o tym zaświadczył w Brazylii. (W Brazylii mówią po portugalsku!) Zastanawiam się, czy z tego dziennika będzie się kiedyś dało odczytać świadectwo tego jak kraj przechodził od demokracji do autorytaryzmu (bez metafor, że my z demokracją to jak małpa z brzytwą). Autor bloga, oportunista, jawny współpracownik, przyglądał się milcząco, co oznacza zgodę. Było to tego lata, w którym rządzący uznali, że Monteskiusz się mylił i narodziła się nad Wisłą mała Turcja (a może Salazaria?). Być może autor bloga nawet znacząco chrząkał w proteście (13.07.2017).