2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
piątek, 22 września 2017
Éric Baratay, Zwierzęcy punkt widzenia, W podwórku 2014

 

 
(Brytyjski żołnierz z kotem, Neulette, Francja, 1917, "Illustrated War News", vol. 7, źródło: www.meowingtons.com)

 

Przetóż jednakie jest dokończenie człowieka i bydląt, i równy stan obojga: jako umiera człowiek, tak i one umierają: i jednako tchną wszystkie, i nie ma człowiek nic więcéj nad bydlę
(Koh 3, 19, tłum. księdza Wujka)

Jak inaczej wytłumaczyć czyny (...) opiekuna psa,
który niesie swoje ranne zwierzę pod ostrzałem cztery kilometry,
leczy je i czuwa nad nim przez dwanaście dni i nocy, a gdy mimo to ono umiera, kopie mu grób, opatrzony następnie wyróżnieniem w rozkazie pułku?
(s. 282) 

 

W czasach, gdy za dużo jest historii w ujęciu jednonarodowym, z przyjemnością przychodzi odrzucenie w ogóle ludzkiej perspektywy patrzenia na przeszłość. Przyzwyczajeni, że żyją wokół nas, nie dopuszczamy jednak ich - zwierzęcego - punktu widzenia. Ta refleksja pojawia się u mnie czasem, kiedy patrzę na trawniki, na które wyprowadzają ich na spacer lub spoglądam w oczy kota w miejscowości Ś. (czy w radykalnych miejscowościach zwierzęta też są radykałami?): żyją obok nas całkiem odrębne gatunki, przebywają z nami obcy, chodzą po naszych mieszkaniach szeleszcząc i knując wszechzwierzęce spiski. Co też sobie one myślą? W całym tym wstępie streszczam rozważania Barataya zawarte w pierwszych rozdziałach: tyle, że on pisze to wysokimi tonami teorii.

Już na poziomie edukacji w szkole podstawowej przebija się ledwo, ledwo, ale jednak spojrzenie na zwierzęta. (Nie mówię o zwierzątkach na nasz obraz, ale właśnie o zwierzętach). "Łysek z pokładu Idy" i "Nasza szkapa" to przecież nowelki o zwierzęcym losie. Jeśli mam o coś pretensje do autora książki, to o jego frankocentryczność. Jego ludzki punkt widzenia jest punktem francuskim.

Inna sprawa, że porównując ewolucję poglądów Francuzów na ochronę zwierząt z naszymi poglądami, tu na Wschodzie, gdzie miejscowa religia wciąż zezwala na krótki łańcuch, topienie kociąt i ofiary ku czci świętego Huberta, dochodzi się do wniosku, że dzieli nas od nich jakieś siedemdziesiąt lat.

Skąd się bierze mleko?

Spośród bohaterów zwierzęcej historii, dość spokojnie podchodzę do koni pracujących w kopalniach i w transporcie miejskim (wspomniany powyżej Łysek), losów psów rasowych, zwierząt na wojnie (francuski punkt widzenia w odniesieniu do I wojny światowej jest zupełnie inny, nikt go u nas nie zrozumie) i nieszczęsnych byków na corridzie (którą usiłuje wywodzić się od tauromachii i Minotaura), za to porusza mnie krowa mleczna.

W porównaniu do mięsa, produkcja mleka wydaje się być procesem pokojowym i łagodnym. Bajkowy obraz babuleńki z Łaciatą, zakodowany w literaturze dziecięcej, prowadzi wprost do piramidy kartonów stojących w lidlu. Mleko i jego dostępność jest oczywista, nie wymaga wyjaśnień. Podobnie jak woda, mleko po prostu jest.

Dlatego też takim szokiem staje się lektura Barataya opisującego historię krów mlecznych, a przy okazji historię samego mleka. Stąd wieczorem, gdy czytam na głos rozdział o uczuciach krów, oboje z A. przeżywamy to bardzo.

Jest to wstrząs, o jaki chodzi autorowi, wynikający z przesunięcia spojrzenia z przedmiotu (producent mleka) na podmiot (żywy, czujący, cierpiący, oczekujący pogłaskania i miłych snów, mający taki a nie inny charakter). Pozostaje więc w nas współczucie dla krowy. Współczucie dla kogoś, kto trudzi się dla człowieka, a pozostaje w tej marginalnej, ciemnej strefie, o której wolimy z egoizmu i gatunkowego szowinizmu, nie myśleć.

 

Dziennik pisany we wrześniu (odc. 3)

 

 

(Sally Mann, Nowe matki, 1989, źródło: www.pleasurephoto.wordpress.com)

 

Intymność

W deszczu podreptaliśmy na pocztę (ten deszcz będzie towarzyszył nam przez kolejne dni, przez wszystkie dni, co jak rozumiecie wpływa na ogólny nastrój) odebrać paczkę. Przyszły albumy, Dziecko rozrzuciło pęczek ulotek na podłogę, tanie pożyczki, zupy siostry Faustyny.

"Immediate Family" Sally Mann intymnie opowiada o posiadaniu dzieci. Intymnie oznacza, że oko kieruje się tam, gdzie zwykle nie sięga, za pośrednictwem fotografii towarzyszy upływającemu czasowi. (Czym innym staje się ten blog, jeśli nie zapisem dorastania, co tyczy się i dorosłych, na przykład autora bloga, i dzieci?). Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę ten ciągły ruch do przodu, że jedenaście lat po tym albumie, Mann wydaje "What Remains": zapis ludzkich śladów na farmie umarłych.

Powstrzymanie czasu: oto chodzi w fotografowaniu dzieciństwa.

Światła

Czwórka na horyzoncie ulicy Poligonowej (taki numer nosi jelcz berliet, który odziedziczyło Dziecko). Okienka pociągów pod lasem, zanim żarłoczne miasto nie pochłonęło łąk. Okna w bloku naprzeciw w R. a w nich przedświąteczna krzątanina. Nocne światła Kurowa i Markuszowa: autor bloga wraca do Lu.

Zupełnie inne jest światło cudzych okien: pełno w nim tęsknoty.

Opowieść ze Wschodu

Jeśli kogoś uraziłoby stwierdzenie o Polakach, którzy są Wschodem, ale z pogardą patrzą na innych mieszkańców Wschodu. I usiłują przypisać sobie wielką zachodniość, powinien ów urażony w deszczowy wieczór wybrać się na Plac Defilad, skąd odjeżdżają autobusy na Wschód (a Lu. to też już z perspektywy Wa. Wschód). Widziałem takie dworce w Pekinie (długo usiłowaliśmy zrozumieć który z autobusów pojedzie do Chengde, a Chińczycy wokół jedli, pili wrzątek, pluli) i w Tbilisi (zaaferowany tłum szukający połączeń z Erewaniem), wyglądały nawet lepiej.

Widziałem - przez deszcz - zaaferowany tłum szukający połączeń z Białą Podlaską oraz Hrubieszowem. Polacy wokół jedli, pili napoje energetyczne i pluli.

Komsomoł

Ach, te endeckie mordeczki w za dużych garniturach. Patrzę jak siadają dookoła na małych stołeczkach i zaznaczają na listach, któż to jest wróg ludu. Jak się ogląda rewolucję od środka, pozostaje z niej pusty śmiech.

Gwiazdka

Szedłem do biura, kiedy wyskoczyli z bramy. Sporo ich było a potem pojawiła się ona. Mizdrzyła się zalotnie. Mijałem ją, a ona trwała w pozie, pstryk, pstryk - robiło stadko fotografów. Być może była nawet znana, ale szukałem później w kolorowych magazynach i nadal nie wiem kto to.

Plasterek

Uciąłem sobie kawałek palca w piekarniku - nie narzekam. Wyszukałem plaster, czerwony z wężem boa. Dawałem sobie ściskać rękę ach i och, na prawo i lewo, łypał boa na krawaty. Ssss. Drobne radości urzędników.

Ballada o organie

Zamknęli mnie w najwyższym organie bez klamek
Uprzejmy szatniarz pozwolił podłączyć ładowanie
Bym mógł napisać Ratunku!
Nie dawali zaczerpnąć wilgotnego powietrza.

Byłem więc eremitą w klasztorze na skale
Latarnikiem na polarnej wyspie
Katowali mnie minutami tyrad
Aż żałowałem, że wśród nich nie zasiada koń,

Bo los bydlęcia bliski losowi urzędnika.

(15-21.09.2017)

 

sobota, 16 września 2017
Margo Jefferson, Negroland. Zapiski z życia afroamerykańskich elit, WAB 2017

 


(Denise, siostra autorki, przegląda się w lustrze, ok. 1951, źródło: http://bombmagazine.org/article/2658125/margo-jefferson)

 

Zacznijmy od tytułu, który w języku polskim nie wzbudza szczególnych kontrowersji. Tymczasem użyte słowo Negro jest wyraźnie nacechowane znaczeniami, także takimi, które powodują, że dziś wygumkowuje się z oficjalnych tekstów. Polskim odpowiednikiem mogłaby być więc Murzynlandia: sformułowanie, które samo w sobie budzi emocje.

Książka Margo Jefferson za to emocje skrzętnie ukrywa, jest chłodna, a równocześnie bardzo gorzka. W dużej części ma charakter autobiografii: przez swoje doświadczenie autorka usiłuje opowiedzieć o doświadczeniu zbiorowości (w sumie nie tak licznej) Czarnych, którzy z wyższością patrzyli zarówno na innych Czarnych, jak i na sporą część Białych. Czarna burżuazja: ten dziwny splot rasowo-klasowy. Pytanie o tożsamość pojawia się od pierwszych akapitów.

Widzę w tym pewną daleką analogię z Polakami, którzy są Wschodem, ale z pogardą patrzą na innych mieszkańców Wschodu. I usiłują przypisać sobie tak wielką zachodniość, że stają się - w swoim mniemaniu - bardziej zachodnim, prawdziwszym Zachodem.

Opowieść Jefferson jest opowieścią kobiecą. Mężczyzna opowiedziałby ją inaczej, podałby więcej faktów, a mniej własnych odczuć. Być może czytałoby mi się ją wówczas lepiej, choć zapewne straciłbym wywody na temat pielęgnacji kędzierzawych włosów (specjalne olejki!) i czarnoskórych łokci (w innym wypadku szarzeją!)

Zacząłem się zastanawiać nad kluczem doboru czytanych książek. Nieco wcześniej pytała o niego A., ale teraz jestem w kropce. Krążę, nie potrafię się odnaleźć, gdzieś między zamglonym Banatem a Chicago lat pięćdziesiątych. Wybór lektur jako diagnoza duszy.

   

piątek, 15 września 2017
Dziennik pisany we wrześniu (odc. 2)

 


(Pablo Picasso, Mężczyzna i kobieta, 1902, kol. pryw., źródło: pinterest.com)

 

Najpierw 

Co było najpierw? Najpierw były góry grzybów na hali, takie niewyobrażalne hałdy podgrzybków. A potem, potem było puste Krakowskie w słońcu i różowa dziewczynka rozmawiająca z psem. A później było dużo dźwięków, cała kakofonia sobotniej ulicy. Wreszcie przyjechały ciężarówki i ustawiły barierki, las barierek: podzieliły sobotę na dwoje.

To

A. źle się czuje, a Dziecko poszło spać. Stoję więc pod kościołem tego lata na wieczornej mszy (światło od środka) i zamiast kazania dociera do mnie Herbert:

to co po nas zostanie 
będzie jak płacz kochanków 
w małym brudnym hotelu 
kiedy świtają tapety

Przygoda

Wychowanie syna to jest prawdziwe wyzwanie dla mężczyzny - rzucił w sobotę mój kolega, ten z Pasa Biblijnego, kiedy przyprowadziłem Dziecko do pracy. Zmotywował mnie.

Teraz czeka nas prawdziwa męska przygoda - powiedziałem do Dziecka: Idziemy do carrefour express.

Dziecko wzięło nawet kaloszki, ale podczas p.m.p. napotkaliśmy tylko jedną kałużę.

Pożegnanie z Afryką

Dwadzieścia dwa lata spędziłem w Afryce - w dżdżystym autobusie dzwoni starszy facet. Jadę z sejmu, zamieniam się w słuch. Szumi sawanna: krople spływają po szybach.

W dniu pogrzebu Julii H.

Nic nowego o życiu nie wymyśliłem, nic odkrywczego nie napisałem. Zdania zawsze grzeszą banałem. Inne pory roku. Jedynie próby, żeby pozostać zostać.

Schadzka

Środa. Następnym razem spotkamy się w październiku. Coraz rzadziej się spotykamy i coraz mniej wina. R. dopija drugi kieliszek prosecco. Dż. nakłada grynszpanowy płaszcz. H. ma czterdzieści lat, ale dopiero za rok a teraz się zbiera. To, co jest ważne, jest ważne w tej chwili. Ludzie są tylko zwierzętami w czasie, ale brakuje im czasu.

Polacy witają cudzoziemców w Ogrodzie Saskim

Maszerowaliśmy wieczorem przez Ogród Saski, rozmawiając skąd się bierze ta cała agresja teraz. Akurat zza zakrętu wyszło konferencyjne towarzystwo, Hindusi w garniturach i im podobni. Minął ich typowy parkowy facet z pieskiem i tylko mruknął pełen polskiej gościnności: skąd ta hołota przyjechała.

Autor bloga gubi się w czasie 

Czwartek. Ciągle jest środa. Zdawałem sobie sprawę, że dni się zmieniały, ale tak naprawdę nie różniły się zbytnio od siebie. Każdej niedzieli dziwiłem się, że już jest niedziela, ale tylko to. Wieczorna msza tego lata, dzieci biegające wokół kościoła. Coraz wcześniej zmrok. Ciągle jest środa: nie zapisuję dat, bo nie mają większego znaczenia. Zatraciłem umiejętność odnajdywania w dobach jakiejkolwiek odrębności. Gnębi nas tu jednakowość. Ciągle jest środa. Zdawałem sobie sprawę z ulotności wszystkiego, ale usilnie wyobrażałem sobie wyłącznie to, co niemożliwe.

[09-14.09.2017]

 

Matěj Hořava, Palinka. Prozy z Banatu, Książkowe klimaty 2017

 


(Irena Vanisova, Banat (c), źródło: http://vanisova.net/l2-landscape/romania-banat.html)

 

Być może to, że zwróciłem uwagę na cytrynówkę na Placu Zamkowym bierze się z czytanej na schodach koło świętej Anny prozy o palince. Jest to bowiem rodzaj prozy, którego nie polecam A., a za którym sam przepadam. Rzecz dzieje się w krainach marginalnych, zdaje się, nieistniejących, we wsiach, w których wszystko wygląda tak jakby czas nie upływał. Taki bywa Beskid Niski, taki jest Banat. Miejsca, w których realizm magiczny jest najlepszym sposobem opisywania rzeczywistości.

Jako że proza tego typu wiąże się z miejscem, dużą rolę odgrywa w niej krajobraz. Sen, mgła, magurskie doliny czy leje krasowe (jak w "Palince") wszystko to umożliwia istnienie takiego świata, co do którego zawsze będziemy mieli wątpliwości, czy istnieje. Aż nie znajdziemy się w nim pewnego dnia sami, w wymarłej łemkowskiej wsi ze świerszczami i nieziemskich zapachem łąki, i zrozumiemy, że innego realizmu niż magiczny tu nie ma.

Taki jest Banat z "Palinki", opowiastek wiejskiego nauczyciela z zagubionej krainy. Hořava pisze pociągająco, ale gdy zaczyna pisać o śmierci i o miłości  - pisze fenomenalnie.

Pewnego letniego wieczoru moje dziecięce dłonie dotknęły jej nagiego ciała (...); a potem pewnego grudniowego dnia pochłonęły ją płomienie. Syreny, śnieg, dym i płomienie strzelające z okna na drugim piętrze; ojciec i córka martwi ("Osiedle", s. 32). Zapis jest intensywny, w to łapczywe dziecięce życie wchodzi zaskakująca śmierć. Czytelnik staje się przerażonym gapiem, jeszcze niedawno podglądającym pierwsze wtajemniczenia bohaterów.

To samo poczucie intensywności emocji pojawia się w "Drugim pocałunku". Oto wymarzona rodzina, mąż, żona, dziecko, piękna Bawaria i nagle owo wyznanie czynione dawnej miłości, dziś gościowi w sielankowym domu: Gdybyś wiedział, jaka tu jestem nieszczęśliwa...Boże, na wieki wieków będzie mi huczeć to słowo, wypuszczone ze slodkich warg w rzekomo sielską noc: unglücklich (s. 128). Unglücklich.

 

sobota, 09 września 2017
John Gray, Czarna msza, Znak 2009

 


(Anton Koberger, Arka Noego, drzeworyt z Biblii Norymberskiej, 1483, Biblioteka Uniwersytetu w Leicester, źródło: http://staffblogs.le.ac.uk/specialcollections)

 

Utopię w potopie wasze utopie (Lao Che)

Po cóż zawracać sobie głowę globalnym ociepleniem,
jeśli nad ziemię nieuchronnie nadciąga Armagedon? (Gray, s. 190)

Przeczytaj, powiedział W., wszystko ci się rozjaśni. Całe życie parałem się utopiami, zarówno na poziomie osobistych uczuć, jak i poglądów politycznych. Na studiach stawałem w dyskusjach przeciw realistom w imię ideałów. Melijczycy mieli rację. Uważałem, że cały świat mogą zmienić prawa człowieka: ba, jeszcze niedawno tak sądziłem. Dopiero z czasem, z rosnącą podejrzliwością zacząłem podchodzić do wielkich idei. Do ludzkości, która staje się jedną szczęśliwą rodziną. No i teraz bach, John Gray wykazuje ułudę utopii w polityce i wymiarze społecznym. A dodatkowo oświadcza, że wszystkie one są z naszego kręgu kulturowego i wywodzą się z wczesnego chrześcijaństwa i oczekiwania, że świat się odmieni. Próbował to hamować - pisze Gray - Augustyn z Hippony, ale nie do końca mu się to udało, biorąc pod uwagę żywoty Robespierre'a, Hitlera i Mao.

Gray pisze tę ostrzegawczą książkę w czasach Busha i jego fanatycznej wyprawy na Irak, do której ochoczo przystąpili również Polacy, ale tak naprawdę dopiero czasy Obamy, Arabska Wiosna, i rozbicie - w imię demokracji - w proch i pył zamordystycznych reżimów Syrii i Libii doprowadziło do prawdziwej katastrofy. Utopia, która przerodziła się w nierozwiązywalny koszmar.

Żadna konstytucja nie może narzucić wolności tam, gdzie się jej nie pragnie, ani zachować jej tam, gdzie nie stanowi już ona wartości (s. 280) - te słowa prowadzą mnie wprost nad Wisłę do pytania o to, czy to nie mesjanistyczna utopia każe obecnej władzy siać zamęt. Jest to oczywiście zbawienie na miarę Polaków, nie jakiś globalny projekt, ale Chrystus narodów - miękka dyktatura megalomanów jak sprzed wojny. Skoro wolność nie jest dla Polaków, jak się okazało po jej dwudziestu ośmiu latach, wartością, łatwo ich omamić i narzucić własną wizję. Tego dnia akurat jestem na spotkaniu, na którym młody bolszewik w ministerialnym garniturze woła: Sztuka jest tylko narzędziem, kultura jest tylko narzędziem. Ów antykomunistyczny chłoptaś nie zdaje sobie sprawy, że powtarza za Anatolem Łunaczarskim (Moskwa, 1924): Sztuka to potężne narzędzie agitacji, i rewolucja starała się przystosować sztukę do celów agitacyjnych. Dowód, że Gray się nie mylił: w myśleniu utopijnym bez względu na ideologię, mówi się to samo. Zbawieni zostaną jedynie Polacy.

I znowuż Gray: Poczucie, że jest się ofiarą wszechświatowego spisku (...) nie jest raczej objawem zdrowia psychicznego. Paranoja jest często protestem przeciwko utracie znaczenia, a zbiorowe rojenia o prześladowaniach umacniają kruche poczucie sprawczości (s. 335). Czy cała narracja o podmiotowości Polski, tudzież o jej moralnej wyższości, o jej niekończących się cierpieniach i zniewagach, nie jest tylko kolejnym dowodem na to, że topimy się w utopii, nie patrząc na realia? Zawsze to przypuszczam, gdy czytam listy wypełnione patriotyczną nowomową, za którą kryje się buzująca frustracja.

Ale nawet na tych frustratów, warto spojrzeć ze współczuciem. Bo być może najważniejszym zdaniem książki jest to, w którym Gray opisuje nas jako krótko żyjące, szamoczące się zwierzęta, każde ze swoimi namiętnościami i złudzeniami (s. 307), bez względu na to, czy samych siebie będziemy uważać za wzniosłe posągi herosów czy dzielnych żołnierzy moralnej rewolucji.