2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
niedziela, 09 lipca 2017
Dziennik portugalski trzeci

 


(Piec krematoryjny w Fatimie, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Scenki. Tomar

Piękniejsza od waszych rozkoszy geometrów, od zachwycających sklepień i od gęstych od światła krużganków jest stacja benzynowa - mówi Dziecko, które nie zna tylu słów, więc powtarza jedynie bija, bija (od pija - pić, gdzie zmiana głoski p na oznacza benzynę).

Dziennik z Fatimy. Magia sympatyczna (wg Frazera)

Podobnie jak na polach Majdanka, w Fatimie jest ciągle zimno: do pieca krematoryjnego wjeżdżają małe dzieci, nogi oraz wątroby. - Nie mam macicy – mówi pątniczka z Polski, więc cóż mogę od siebie wrzucić w ogień?

Dziennik z Fatimy. Drzewo

Pisałem wiersze o Fatimie, szczery ortodoks, ale teraz stoję na niekończących się schodach. Straszne zimno bije od ognia. Jedynie drzewo mogłoby zdradzić trzy tajemnice, ale ogrodzili je szczelnie, oddzielili od tłumów.

Dziennik z Fatimy. Wieś

Autokary jeden za drugim wjeżdżają do kamiennej wsi. W dwóch domach, na dwóch łóżkach umarł mały święty Franciszek. Znowu wyszukuję drzew, bo pamiętają i owieczek, bo Dziecko chce pogłaskać.

Dziennik z Fatimy. Cuda

Na początku Bóg opiekował się całymi narodami. Matka Boska otaczała wielkim gwiaździstym płaszczem armie, żeby wyrzynały się nawzajem. Potem było trzęsienie ziemi w Lizbonie i parę innych nieszczęść spadło na świat. Obrazili się filozofowie na Boga, co wrzucał w czyśćcowe płomienie i nie odzywał się, gdy płonęło bogobojne miasto. Od tej pory cuda stały się zindywidualizowane, a Opatrzność jeszcze bardziej wybiórcza. Z Matką Boską rozmawiają tylko małe dzieci.

 


(Śmierć Matki Boskiej, fragment reprodukcji witrażu z wystawy czasowej w klasztorze w Batalha, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Scenki. Batalha

Makatka ze sceną wiekopomnej bitwy - która miejscowości użyczyła nazwy a o której nic nie wiem - wita nas na schodach restauracji, takiej ceratowo-plastikowej - aż dziw bierze, że nie ma w niej wycieczek szkolnych. Podają tam do dań na raz frytki, ryż oraz purée z gałką.

Proszę się pospieszyć, o drugiej będzie zmiana warty - mówi kustosz. O tak, ja bardzo zmiany warty, krok marszu, tyle chwały. Na ekspozycji czasowej można sobie obejrzeć uśmiechniętego martwego króla, naturalnej wielkości z piaskowca.

Scenki. Porto

1.
Pierwszego dnia w Porto oglądałem pogrzeb Helmuta Kohla. A. wychodziła spod prysznica. Dziecko jeździło trabantami po poduszkach. Kiedy w deszczu w Spirze zagrały puzony, odwróciło się i uśmiechnęło.

2.
Mewy o krwi na dziobach okazały się niczym nadzwyczajnym, jednym z gatunków mew. Ale przez parę chwil – nieświadomi ornitologii - żyliśmy ich drapieżnym wyobrażeniem.

3.
Przyszliśmy na plażę starych ludzi. Ich kończyny były tak nieelastyczne jakby zrobione z fatimskiego wosku. Słońce robiło za piec.

4.
Nie warto więcej pisać, nie warto robić zdjęć – podszeptuje mi w kościele na wzgórzu święty Ildefons, bądź co bądź patron poetów. A może to tylko realistka A. leczy mnie z ułudy (tutaj).

 


(On, jasny chłopiec Jarosława, lipiec 2017, Porto, źródło: a.b.)

 

5.
W tym białym słońcu pod filarem mostu, on jasny chłopiec Jarosława. Widziałaś? – spytałem A., ale nie zwróciła uwagi. A przecież ja też, podglądacz straconego czasu, nigdy bym nie spojrzał, gdyby nie to nagłe światło.

6.
W łodzi monotonny głos każe spoglądać w lewo albo w prawo, i tak nie rozróżniam. Na przekór rozglądam się wkoło (nie będzie mi jakiś głos mówił, co mam robić). Turyści zmęczeni upałem przysypiają przy ławach. Biała Rosjanka omdlewa.

7.
Opisywanie zachodów słońca na cudzoziemskich plażach bądź co bądź nie jest zajęciem, które przystoi. Ciała oblewa ciepłe światło, światło stało się refrenem. Módl się za nami, Panno Wodna, kiedy nadchodzą Flamandowie i powtarzają, chichocząc, ku..a mać!

Powrót

Polska. Dziś międzynarodowy dzień hot-doga, kawa będzie w niższej cenie. Pytamy Dziecka, kosmopolityczni manipulanci, podoba ci się tutaj?
Nie.

(30.06-04.07.2017)

 

Dziennik portugalski drugi

 

Scenki. Arrifana

Ocean zabiera nasze budowle, A. zabiera koc i przenosi wyżej. Przypływ. Suszą się panny wodne o piaskowej barwie, co przed chwilą wyszły z fal. Przypływ.

Scenki. Portimão

Kiedy przechodzi A. i poprawia włosy, starzy mężczyźni podnoszą głowy znad sportowych dzienników głowy w kawiarni i wydmuchują serca z papierosowego dymu.

 


(Olhão: jeszcze jeden labirynt Minotaura, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Fragment opowieści M.

Zanim pewnego południa przyjedziemy do Olhão, zostaje ono dokładnie opowiedziane przez M., wygląda więc zupełnie znajomo. Znikające wyspy majaczą niczym fatamorgana, po hali targowej spacerują kraby, a uliczki zamieniają się w labirynt. Olhão - zauważa A. - jest tak śródziemnomorskie jak powinno być: jak Splantzia (tutaj) albo Trapani. Jeszcze jeden labirynt Minotaura.

Z notatek. Legenda o ptakach

Ten niewielki zbiornik jest niezwykle potrzebny, bo lądują w nim ptaki lecące z Afryki - tłumaczy M. sprzedawca rejsów znad ogrodzonej sadzawki, w której mętna woda.

Z Nabokova

Czarowały szyldziki na drzwiach szaletów - Chłopcy-Dziewczęta, John-Jane, Jaś-Małgosia, a nawet Koziołek-Kózka (V. N., "Lolita", s. 196). Tutaj przy plaży: Syrenki-Piraci.

Dziennik z Lizbony. Katastrofa

Do tamtego dnia wszystko było jasne. Król właśnie stał się królem najwierniejszym. Okręty przywoziły pieprz i niewolników. Opatrzność czuwała i odmierzała cuda. Wszyscy święci patronowali zgodnie z właściwością.

W swoim genialnym "Terremoto" (tutaj) Jarosław Mikołajewski naprowadza mnie na Woltera i jego poemat o trzęsieniu ziemi w Lizbonie w dniu Wszystkich Świętych 1755 roku (tutaj).

Kiedy nie ma już Lizbony, nie ma już pewności. Niebo zaczyna się chwiać: wszystko, co jest dalej, zaczyna się tutaj - pytania, które stawiamy, niewysłuchane modlitwy (Religia wydaje się być czyhaniem na cud, próbą zmuszania Boga do wysiłku. Taka religia - placebo, powtarzanie uśmierzających rytuałów.)

Ruina kościoła karmelitów w tle, gdy pijemy porto ze śpiącym Dzieckiem w wózku.

Dziennik z Lizbony. Szelest

Brodzimy w złotych liściach platanów pod kościołem Rocha. Tłumaczę Dziecku, że lato to przedwczesna jesień.

 


(Ogród tropikalny w Belem, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Dziennik. z Lizbony. Antoni

Pielgrzymka Libańczyków przepycha się w korytarzu i zderza z księżmi stojącymi za potrzebą. Na końcu korytarza, za sklepem z dewocjonaliami i zakrystią, schodki prowadzą do małej celki, tam się urodził. Święty Antoni Padewski, którego tutaj nazywają wyłącznie Lizbońskim.

Dziennik z Lizbony. Katolickie Państwo Narodu Portugalskiego

Siedziba tajnej policji dyktatora (dzisiaj muzeum, nie wejdziemy, bo poniedziałek) mieści się naprzeciw patriarchalnej katedry. Nie ma lepszej lekcji dla zdrajców w porządnym narodowo-katolickim kraju, niż kiedy podczas tortur da się usłyszeć na Anioł Pański dzwony. (Tego ranka włączyłem wiadomości z kraju i przeczytawszy postanowiłem nie wracać).

Sny kolonialne

(piosenka) Kabowerdyjki, Angolijki, Mozambiczanki*, co spoglądają zza firanki, gdy syn Odyna pije mleko ze swojej hotelowej szklanki.

Kabowerdyjki, Angolijki, Mozambiczanki: bramy ogrodu wieńczą głowy według najlepszych wzorców tubylczej urody.

(didaskalia) Po ogrodzie, Jardim Tropical, przechadzają się kury. Salazar też hodował kury - czytam u Klementowskiej (tutaj) - bardzo skromny dyktator. Choć nie miał rozmachu Leopolda, to skłonność do przesady zachowywał dla architektonicznych uniesień (Czy wszyscy dyktatorzy lubują się w monstrualnych posągach?). Pomniki i kury zostają z imperium. Ogród powoli zarasta: trudno znaleźć czarne głowy według najlepszych...

(notatka) Na nabrzeżu Tagu, gdzie pijemy wino, śpiewa Santos Cabral z Zielonego Przylądka. Płyta po piętnaście euro. Zapisuje nam na niej swój numer: gdybyśmy mogli zorganizować koncert, on chętnie znad Tagu nad Wisłę. 

(piosenka) Kabowerdyjki, Angolijki, Mozambiczanki, itd.

Z Nabokova

Doskonały jest opis podróży u Nabokova: to nagromadzenie nazw atrakcji, przelotnych wrażeń, opisów i cen moteli, zmienność widoków i nastrojów. Ten cały utracony, nie do zapamiętania czas, z którego pozostaje jedynie jakiś szczegół - dajmy na to - pomarańczowobrązowy brzuch (V. N., "Lolita, s. 202).

 


(Napis na murze w Alfamie, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Scenki. Alfama

- Oni muszą nas nienawidzić – mówię A. Wchodzimy im prawie do domów, podsłuchujemy ich papużki nierozłączki, wdychamy mydliny z ich prania. Starają się unikać naszego wzroku, zaciskają, pozbawione aparatów, pięści.

(22.06-29.06.2017)

 

*Prawidłowa forma: Mozambijki.

sobota, 08 lipca 2017
Dziennik portugalski pierwszy

 


(Calderaida w jednej z restauracji w Cacilhas, czerwiec 2017, źródło: a.b.) 

 

Przedmowa

Opowieść o Portugalii to cudza opowieść. Nie mam dla niej nawet własnego języka. Próbuję, składa się więc z wrażeń (choć wydaje się pozbawiona zmysłowości), cytatów, fragmentów: przestaję wierzyć w umiejętność zapisu, w jego sens. Może pora w Portugalii zakończyć pisanie bloga?

Skoro niespodziewanie podróż staje się podróżą kuchenną, usiłowanie opowieści o niej przypominać zaczyna açordę ze słów albo calderaidę, do której autor bloga wrzuca notatki z telefonu i żółtego notesika.

Zmysły. Węch

Zapach słonego oceanu na lotniskowym parkingu.
Zapach świerszczących ziół.
Zapach zmęczonego morza.

 


(Świerszczące zioła, Monchique, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Z notatek. Sen

- Did you sleep well?
- Actually I have insomnia.

Początek cudzej opowieści

Na parkingu pod supermarketem zatrzymała się biała furgonetka, wyładowana torbami i deskami. Wysiadła z niej panna wodna w bordowym kostiumie, ostrożnie postawiła stopy na ciepłym asfalcie. Nigdy nie byłam w Kalifornii - powiedziała.

Zmysły. Wzrok

Brązowe doliny w wieczornej mgle przy autostradzie A22. Rude włosy czekające na skwerze na miejsce w restauracji w Aljezur. Rudy, wpadający w czerwony: kolor tutejszej ziemi. Niebieska linia na murze. Białe światło słońca.

Scenki. Monchique 

1.
Starsze panie wypatrują w progach domów. Chowają się dopiero kiedy metr, dwa. Dwoje staruszków w pergoli spogląda na Dziecko. Chłopiec czy dziewczynka? - pytają, ale zrozumiemy to daleko na górze.

2.
Strażacy siedzą przy opuszczonej do połowy masztu fladze. Domyślamy się wówczas żałoby narodowej. Czy nieszczęście jest bardziej prawdopodobne, gdy się nie ruszasz z domu, czy gdy wyjeżdżasz?

3.
Pani w markecie: jakie piękne dziecko! Moja córka ma czternaście miesięcy. Wzruszają ją inne dzieci, też tak mam.

 


(Przylądek św. Wincentego, czerwiec 2017, źródło: a.b.)

 

Z końca Europy 

To jest koniec naszych marzeń, ostatni skrawek, cypel. Dalej na południe i zachód nie ma już nic. Ocean z hukiem spada po skorupie żółwia. Na krańcu Europy: kamyczki, potargane wiatrem krzewinki, lidl. Tam pójdziemy, tak jak chce Dziecko.

Scenki. Sagres

Smutek południa. Szare polskie chmury. Ta sama tęsknota przyjmuje inny przedmiot: Polacy śnią o stepach, Portugalczycy o oceanie. W smażalni ryb na osiedlu takich samych letniskowych domów jedyną kobietą jest A., jeśli nie liczyć leciwej kucharki o złych ustach. Wybieram ryby, których wygląd i nazwy nie mówią mi zupełnie nic. Ryby są złote. Zaraz nadejdą turyści i ich chorobliwy chichot.

Scenki. Lagos

Czarnoskóre kobiety w kapeluszach nad koktajlami w barze przy dawnym targu niewolników.

Z notatek. Liczby

40 mieszkańców w tej wsi tutaj, 50 dni płonie w środku drzewo - opowiada Antonio.

(18-21.06.2017)

 

sobota, 17 czerwca 2017
Dziennik. Kroniki rajzefibry

 

(Pablo Picasso, Gołębie, 1957, Museo Picasso, Barcelona, źródło: tumblr.com)

 

Dzień 1

Bez opuszczania nie ma podróżowania. Być może z tego powodu wielu uważa, że podróże powodują tyle kłopotów, że aż nie mają sensu. Opuścić, czyli porzucić dające pewność rytuały i wyimaginowane światy. Opuścić, czyli trochę umrzeć.

Jest taki fragment w dziennikach, tych czytanych w styczniu (choćby tutaj), gdy ich autor jedzie rejsowym autokarem, hen gdzieś daleko, po alei Tysiąclecia jedzie, i - właśnie się zakochał po raz kolejny albo mu się zdaje, że się zakochał, co na jedno wychodzi - myśli sobie, że wcale nie chce nigdzie wyjeżdżać. Bo ta niewyznana, fantastyczna ułuda bardzo mu odpowiada.

Przypominam sobie o tym, gdy zaczyna się pakowanie.

Dzień 2 

O ryzyku planowania podróży z Dzieckiem pamiętam od czasu - jeszcze Dziecka nie było - kiedy Dż. nie pojechała do Jane Austen a miała już wszystko gotowe, tylko wsiadać. Trochę mnie to powstrzymuje od przygotowań, a nuż jeszcze dostanie temperatury i trzeba będzie się z wielkim żalem rozpakowywać. Biegamy więc za Dzieckiem z niebieskim światełkiem, przekrzykując się co chwila: trzydzieści sześć i pół! trzydzieści sześć i siedem!

Dzień 3

Pakuje A., pacyfikuję ja. Wyobrażam sobie rozgwieżdżone południowe niebo i siebie na leżaku czytającego przy małej lampce na zmianę "Lolitę" oraz "Chorobę na śmierć" (obie spakowane). Oprócz ułudy codzienności (patrz powyżej) istnieje bowiem ułuda planowanych podróży.

(15-17.06.2017)

 

Biedni Polacy zrywają kwiaty i patrzą na płonący wieżowiec

 

Nie dajcie sobie wmówić, że niechęć do Polaków to coś złego. Polacy nie są wyjątkiem w Europie.
(możliwe odczytanie)

 

W środę przed Bożym Ciałem jest w Polsce dzień wielkiego rwania - do reklamówek z biedronki i do koszyków - pójdą róża, piwonia, koniczyna. Wszyscy skubią po trawnikach i krzakach.

Wśród ofiar nie było Polaków - podają wstępne szacunki. Zaczyna się przeczesywanie zgliszcz. Jakieś dramatyczne relacje, krzyki rodziców z dwudziestego piętra i czterolatki, które zgubiły się dymie.

Polacy zasiadają do komputerów. Płatki już narwane. Można zacząć pisać: Jeśli chodzi o muslimów, to nie żal mi nawet dzieci albo kebaby się smażą albo mogli drewna dorzucić bo przygasa. Nie każdy musi być Ludwiką Wawrzyńską (tutaj), czasem wystarczy nie być ch....

Podżeganie z równoczesnym forsowaniem narodowej megalomanii, które stały się polityczną strategią rządzących i zapełniają oficjalne szczekaczki, podbijając sondaże (znajdź słabszego do siebie i wyżyj się na nim to zawsze działało) zaczęły ostatnio przerażać nawet popleczników władzy (tutaj: świetny artykuł). Za późno. Znowu się robi mała, coraz mniejsza (tutaj).

Czwartek. Dezodorant, biała koszula, trzeba się zbierać na procesję, wyznawać wiarę w puste gesty.

 

piątek, 16 czerwca 2017
Wells Tower, Ruiny i zgliszcza, Karakter 2017

 

(Naśladowca Hieronima Boscha, Zstąpienie Chrystusa do piekieł (fragm.), ok. 1575, Indianapolis Museum of Art, źródło: pinterest.com).

 

Są szpetni. Chyba przy drugim opowiadaniu odkrywam, że Tower oprowadza czytelników po gabinecie osobliwości, perwersyjnym ludzkim zoo, pełnym ułomnych i odrzuconych: pypeć na wardze przypominający kotleta, znamię na nodze, odrąbana ręka, blizna ciągnąca się po ramieniu i zaropiałe oczy. A może tak właśnie wygląda rzekomy Czyściec? Czy nie dlatego w żadnym z opowiadań w tomie nie ma szczęśliwego zakończenia?

Chociaż tytułowe opowiadanie jest ostatnim w książce, porusza mnie najbardziej. Dzieje się w czasach normańskich najazdów, które - na poziomie mikro - okazują się być takimi samymi czasami jak nasze (w końcu starożytni nie wiedzieli, że są starożytni). Żadnych archaizmów, giezeł, ochędóstw, tylko ludzkie emocje, takie jak u nas: życie takie, jakim jest i śmierć, która bohaterów "Ruin i zgliszcz" odprowadza w niepojęte Nigdy. Bo o ile potrafisz sobie wyobrazić opisany i namalowany żywot na cesarskim dworze, o tyle gubi ci się tych kilkanaście miliardów anonimowych stworzeń, z których każde wierzyło we własną - w jakiejś formie - wieczność.

Prawie wariujesz, a jednak kurczowo wczepiasz się w najbliższych i zamykasz oczy na całą resztę. Ale i tak późną nocą budzisz się i leżysz, nasłuchując skrzypnięć i plusku wioseł, szczęku stali; wytężasz słuch, bo a nuż jacyś ludzie płyną ku twojemu domowi (s. 272).