2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
środa, 25 stycznia 2006
Sen mój monastyczny
Okropne jest uczucie, gdy zasypiając o 3 nad ranem, człowiek wie, ze musi tak, czy inaczej zwlec się o 7.10 najpóźniej. Bo się już kilka razy zaspało, a więcej możliwości nie ma. Sen wówczas jest niespokojny. I pewnie dlatego śnił mi się dziwny koszmar (cóż innego mogłoby mi się śnić po przeczytaniu jednej z przedostatnich scen w "Widmach w mieście Breslau": sceny przesłuchania w prosektorium?)

Śniło mi się, że jestem nowicjuszem w klasztorze. Klasztor był dziwny: koedukacyjny (zresztą nie przypominam sobie, by reguła panująca w tym przybytku ograniczała w jakikolwiek sposób kontakty między płciami. Akurat tego nie regulowała). Klasztor, a może to było opactwo: stu nowicjuszy, liczny zastęp mnichów, miał swoją przełożoną. Ksieni była kobietą starszą, wyrażająca się powoli i wielce zasłużoną. Za zasługi dla życia monastycznego dostała nawet medal św. Bonawentury. (Ile szczegółów może pomieścić się w takim śnie). Jednocześnie była osobą surową, zarówno dla nowicjuszy (i nowicjuszek), jak i mnichów (i mniszek).
Reguła była dość surowa. Wstawanie co dzień na ósmą może nie było szczytem poświęcenia. Podobnie jak noszenia, zamiast habitu, swego nazwiska na szyi (mnisi poznawali nasze nazwiska, dzięki księgom dostęnym tylko dla nich). Istotą reguły była kontrola: kontrola serc, umysłów, ba korespondencji. Nowicjusz miał być przykładnie ułożony. Miał być posłuszny i wierny. Przede wszystkim miał czuć, ze klasztor jest dla niego wszystkim, że zastępuje mu okrutny świat. Dodatkowo, nowicjusze mieli porównywać siebie, dzielić się na lepszych i gorszych, a przez to coraz bardziej szukać ucieczki w posłuszeństwie regule.
Męczyłem się. Wiedziałem, że sam wybrałem klasztor, że nie mogę poddać się i uciec, ale męczyłem się. Gadaniną o naszym wybraniu, o wielkości klasztoru, o idei wiecznego posłuszeństwa. Męczyłem się. Inni nowicjusze byli obok, niektórych polubiłem bardziej, innych mniej (nie wiedziałem do tej nocy, że przez sen można kogoś lubić albo nie lubić). Z niektórymi wcale nie rozmawiałem. Siedziałem w oddaleniu i patrzyłem na dom, który sobie wybrałem. I ogarnął mnie lęk.
Że nie potrafię z nimi pójść przez połoninę (nie chcieliby chyba tego), że nie potrafię na serio i szczerze rozmawiać z nimi o "seksie i religii" tak jak w te wieczory na poddaszu chmieleńskiego domu. Nie potrafię. I nie ucieknę. I miałem dość...

Zadzwonił budzik. Drzemka. Jedna. Druga. Strach, że zaśpię. Mróz na dworze. Tramwaj. Psi mocz na śniegu. Gazeciarz przemarźnięty znikł ze swego miejsca. Otwieram drzwi. Bratu furtianowi mówię "Dzień dobry"...

wtorek, 24 stycznia 2006
Dlaczego marzną mi ręce, gdy myję zęby?



Jestem pewien, że to się stanie.
Jeszcze dzień, dwa.
A w mojej łazience zalęgną się pingwiny.




Wyznania przemarźniętego grzesznika
Znowu to zrobiłem. Zgrzeszyłem przeciwko swemu żołądkowi i swemu rozsądkowi. To znaczy byłem zmęczony, miałem mało czasu i wszedłem do lokalu przy Jerozolimskich, w "Smyku" dokładnie, w celu konsumpcji dwóch hamburgerów. Wyrzuty sumienia mam do teraz.

Nadal jest zimno. Wczoraj w nocy podgrzałem sobie Egri Bikavera z cynamonem, co spowodowało w mym ciele uczucie błogiego spokoju, ciepła i lenistwa. Zwłaszcza lenistwo musiało być dojmujące, bo obudziełem się o 8.10 z poczuciem, że chyba zaspałem. I to na Eryka... Ale pogoda była błękitnopiękna.

A na najładniejszej ze znanych mi w tym mieście ulic: Uniwersyteckiej (Dziwne, w okolicy nie ma żadnego uniwersytetu) sroka łaziła po obmurówce balkonu strząsając śnieg. Piękne.

Tylko teraz na Saskiej jakoś zimno, mimo okien zamkniętych. I to akurat w tym mrozie mi się nie podoba.
poniedziałek, 23 stycznia 2006
Retrospekcja glacjalna
Wczoraj ogłosili, że noc wczorajsza jest najzimniejsza tej zimy (a ja bardzo lubię rzeczy rekordowe: do dziś pamiętam przyspieszone bicie serca na przylądku Rozewie, na Opołonku niestety nie byłem). Czekałem bezsennie. A dziś nastawiam wiadomości i słyszę, że najzimniejsza będzie noc z poniedziałku na wtorek, czyli dzisiejsza. Ale entuzjazm mój już wystygł. I "wystygł" to w obecnej sytuacji najodpowiedniejsze słowo. Zamarzł nawet.

Tak się zastanawiam, czy nie zacząć pisać o przeszłości. Nie to nie chodzi o kryzys wieku średniego. Tylko o to, że jak tu siedzę przed kompuerem to zaczynam tęsknić za ludźmi i miejscami, za światem, który minął, bo każdy świat mija. I wszystko, co nas otacza, ludzie, miejsca, przedmioty, należą do nas tylko tymaczasowo. Zamykam oczy i widzę: wieczorną drogę z Sianowa do Garcza, cień wieży chmieleńskiego kościoła we mgle, autobus pekaesu wiozący nas ulicą Kartuską do Innego, magicznego świata. I widzę też: pokój w Lądku Zdroju i autobus o piątej rano pod Śnieżnik, uprzejmość wiedeńskich tramwajarzy, mszę wieczorną w Sacre Coeur, gotującą się glaję w schronisku w Ustrzykach Dolnych. Tudzież Rzym widzę i tego widoku nie zapomnę.
A nirwana na Piotrusiu, Szymonie?

I żal, że to już przeszłość.
Nieważne, przecież, gdzie się jest, ale z kim się jest.
I brakuje mi Was, choć wiem, że tak musi być. Że tempus fugit a wieczność czeka.

I dziękuję Ci, że jesteś.
(a w końcu nadejdzie sierpień)

Tak w najmroźniejszą noc tej zimy zebrało mi się na wspomnienia. Tak, tak, wieczory w skarpetkach i z herbatką. Albo można wspominać, albo czytać kryminały (od pięciu dni jestem zapalonym czytelnikiem kryminałów).

niedziela, 22 stycznia 2006
Śnieżność i mroźność na Saskiej Kępie
Wróciłem do Tamtu. Miasto, o którym piszę (trudno się domyślić jakie: gdzie w Polsce tramwaj nr 9 łączy Saską Kępę z Ochotą?) pokryte śniegiem i skute mrozem wygląda, muszę przyznać, całkiem gustownie. Idąc z Dworca Wschodniego do 123 patrzyłem jak błyszczy się śnieg w świetle sodowych latarni. I poczułem, że to też jest jakieś piękno, nawet w tym mieście.

Którego nie znosiłem.

Kilka lat temu powrót z Tutam (wtedy to było po prostu Tu) był dla mnie rozdarciem, dramatem i straconym wieczorem. A dziś trzyma mnie coś przy względnym optymiźmie: nadzieja na Sierpień. Na dzień, w którym świat odmieni się. Nastąpi ryt przejścia, przedostatni w moim życiu.

Bo już nie ma nic smutnego, tylko tęsknota, która się wypełni pewnego dnia OSOBĄ.

To przez ten śnieg się jakiś romantyczny zrobiłem.
Czas powrócić do pracy.
Pod bananowce...

Haiku matematyczne na dzień dzisiejszy



Położyłem się o 5.
Wstałem o 12.
Jadę o 18.