2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
poniedziałek, 30 stycznia 2006
Wykład z historii całkiem współczesnej
Czasami zdarza mi się myśleć, że historia nie istniała. Oczywiście istnieje moja prywatna historia, która zaczyna się w moim umyśle od okolic drugiego roku życia, ale... ale, co było przedtem? Oczywiście, póki istnieje czas opowieści osób, które znam lub znałem, to te wydarzenia miały miejsce. Zaczyna się to w 1912 r., gdy urodziła się moja Prababcia. Ale co było przedtem?
Zdarza mi się myśleć, że mnie okłamano, że niemożliwe, iż oni wszyscy poumierali: cesarze, królowie, święci, cała ta plejada znanych i nieznanych. Ten święty, co pod schodami siedział i obierki jadł (Aleksy?). Król Jagiełło na polach Grunwaldu. I tak dalej.
Skąd mam wiedzieć, że istnieli, skoro zaludniają tylko moją wyobraźnię. Historia jest równie nierzeczywista jak smoki, czy gwiezdne wojny. Przecież nawet przetrząśnięte grobowce nie mówią nic, o tym, co oni czuli.

Historia dla mnie jest naprawdę historią prywatną. Tylko ta się liczy. Tylko ta jest soczysta i prawdziwa, i zalega gdzieś w umyśle. W tej historii liczą się ludzie i emocje, i to nic, że fakty gubią chronologię.

Historia prywatna to historia wdzięczności. Że zechcieliście, drodzy Pamiętani i Zapomniani, wejść przez chwilę w moją historię. To były takie mikroświaty, które potem się rozpadały. Bo tworzył się nowy mikroświat. Nowe historie wplatały się w moją.

Tylko ja mogę połaczyć te wątki w spójną opowieść. Opowieść o sobie samym.

Autobus 13 w Tutam. Autobus 192 w Tamtu.
(Nie biorąc pod uwagę mojego ulubionego, po skasowaniu 44, tramwaju nr 9 w Tamtu)

Albo też: Kasztanowiec pod herbaciarnią IKA. Śnieg na polach koło Dąbrowicy. Zapach boazerii w mieszkaniu na Bobrowskiego. Kapliczki w pełnym słońca Ćmielowie. Komańcza Railway Station Time. Koza pasąca się przy ścieżce między Brodnicą Dolną a Górną. Śnieg w Sopocie.

Cały labirynt. Moja historia prywatna. Moja wdzięczność.

(a to jest dobry czas, by okazać wdzięczność. By powiedzić, że dobrze, że byliście i dobrze, że jesteście.)

(a potem się dowiem, że jestem sentymentalny. Ech)
niedziela, 29 stycznia 2006







Jeśli byłaby kiedykolwiek gołębia żałoba, to chyba właśnie teraz...

(a ten wczorajszy wieczór, gdy ludzie w telewizji publicznej oglądali idiotyczne piosenki, kojarzy mi się tylko z jednym: z tą karuzelą przy murach getta, która grała w najlepsze, gdy ginęli ludzie)

(i nie wiem, czy w ogóle pisać coś jeszcze. Ja wciąż myślę o tych komórkach, które już nie odbierały. Które dzwoniły, gdzieś w tym rumowisku, aż do wyczerpania baterii. I o tych, co nerwowo wybierali znajomy numer - tak jak robili to codziennie do tej pory - i słyszeli głos "abonent chwilowo niedostępny", i powoli tracili nadzieję. A potem już nie było nic)


________________________________________________________________________



"Godz. 19. 30. Policja przegania spod hali gapiów i dziennikarzy. Do naszej grupki chwiejnym krokiem podchodzi okrągły, białowłosy pan w czarnym garniturze i białej koszuli. Prosi o papierosa. Gdy częstuję, bierze całą paczkę i wciska mi 20 zł. - Bierz, ja już nie mam na kogo wydawać pieniędzy.

Wyciąga komórkę. - Pomóż mi wybrać numer.

Wybieram do Adama. - Odbierz, synu!

Wybieram do Lidzi. - Córeczko moja!

Wybieram do Zygi: - Zięciu, odezwij się!

Za każdym razem słychać sygnał, ale nikt nie odbiera.

Mężczyzna płacze: - Po co ja żyję?"





(źródła zdjęć i tekstu: www.gazeta.pl)
Bezsenność nie na Saskiej Kępie III
Czy ja jestem szczególnie smutny? Albo melancholijny? Hmmm...
Może tak się wydaje, gdy siedzę w nocy i mam coś zrobić.
A ostatnio coraz częściej i coraz więcej mam coś zrobić.

Jak patrzę na ludzi na ulicach, to wydaje mi się, że w ogóle jestem jedną z najweselszych osób na świecie. W przekonaniu tym stanowczo utwierdza mnie poranny przejazd 9 w Tamtu.
Może się nie uśmiecham, ale się cieszę, że jakiś nowy dzień wstał i że w Tutam czeka Ktoś.

Bo w Tutam to już kompletnie jestem szczęśliwy.
Chyba, że zaczynam czytać wiadomości nocą.

I zastanawiać się, co czują rodziny tych, których komórki się nie odzywają. Choć dzwonią.
Dzwonią i to już przestaje być dla nich dzwonek komórki. To zaczyna bić kościelny dzwon.

(a w telewizji tymczasem pełna radość, wesołość i smsowy konkurs.
C'est la vie)

Mam wyrzuty sumienia, że mam czelność być dzisiaj szczęśliwym.
sobota, 28 stycznia 2006
Happy Birthday Wolfgang!!!
Tak się zagalopowałem z tym wszystkim. I z kolegą R.
Że zapomniałem.

(w ogóle czytelników i nieczytelników przepraszam za personalne wstawki, ale czasem się można zdenerwować, nie? Odtąd będzie apersonalnie lub może nawet depersonalnie. W końcu nikt nie musi wiedzieć, że istnieje kolega R., skoro sam nie raczyłem się przedstawić. Ale przyjmijmy, że kolega R. istnieje i ma się dobrze. Tudzież przyjmijmy, że autor tych słów też istnieje. Choć nie wiem, czy ma się równie dobrze. Bredzi w każdym razie).

Zapomniałem, że wczoraj.

(powinno być to pisane przed północą, ale jako, że się zapomniałem, to mi data się zmieniła. Choć tu należy zauważyć, że w Kingston na Jamajce lub w Castries na Santa Lucia, a nawet w Port of Spain na Trynidadzie i Tobago jest nadal dzień wczorajszy).

Wczoraj były urodziny.
Joannesa Chrysostomusa Wolfgangusa Theophilusa.
Mozarta.

Dwieście pięćdziesiąte.

(a ja wciąż jestem zachwycony jego "Requiem" i wciąż moim ulubionym filmem jest "Amadeusz". I ta scena: "A teraz smyczki... prawdziwe piekło". I ten głos "Con-fu-tatis ma-le-dictis")

(Czas wracać do Karaibów)





(ostatnia strona partytury "Requiem" napisanej przez Mozarta. Hostias. źródło:www.carringbush.net)






piątek, 27 stycznia 2006
Ciężka choroba kolegi R.
O 16 zapaliłem w oknie świecznik. Było to jedyne światło świecy w mojej okolicy. Obawiam się, że być może jedno z nielicznych w całym Tutam. Bo co to dzisiaj kogo obchodzi?

Kolega R. (inteligentny student warszawskiej geografii, geologii lub geochemii) odpisał mi, że nie zapali świecy, bo nie obchodzi się rocznicy masakry Deir Yassin, w której, w 1948 r. izraelscy osadnicy zabili 250 Palestyńczyków. Koledze proporcje się pomyliły, a może w łebku mu coś się pomieszało. Zdarza się. Coraz częściej.

A ja tęsknię za tymi miastami, w których w piątkowy wieczór ustawał ruch, zapalały się w oknach świece i słychać było śpiew kantora. Tęsknię i wciąż przypominają mi się te twarze zczytane z kart książek: stary rabin, który w ostatnią drogę ubiera się w modlitewne szaty, matka trująca własne dzieci, żeby nie cierpiały, nagie ciała zabitych układane na śneigu przez nieniemieckich złodziei, którzy pozbawili je resztek łachmanów.

Po przeczytaniu wspomnień Całka Perechodnika nie mogę już przejechać spokojnie przez stację Otwock, bo tam na brukowanym placu rozdzielili ich wszystkich, ładując w ostatnią drogę.

I nie oszukujmy się: w naszym arcywszelakim narodzie tkwi też ziarno nienawiści. Z łatwością zapomnieliśmy, że byli. Czasem po domach, ktoś kryje jeszcze nieswoje złoto. A jakaś świnia na przystanku wlepia kartkę, żeby "nas za Jedwabne przeprosili". A potem kolega R. wstaje i mówi, że czym jest 6 milionów Żydów wobec 250 niewinnych Palestyńczyków. Bo kolega R. też się już zaraził.

I co ja mam mu powiedzieć. Ja, który przez wiele lat, wciąż chciałem być Żydem.

____________________________________________________________

Nie masz już, nie masz w Polsce żydowskich miasteczek,
W Hrubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy
Próżno byś szukał w oknach zapalonych świeczek,
I śpiewu nasłuchiwał z drewnianej bóżnicy.

Znikły resztki ostatnie, żydowskie łachmany,
Krew piaskiem przysypano, ślady uprzątnięto
I wapnem sinym czysto wybielono ściany
Jak po zarazie jakiejś lub na wielkie święto.

Błyszczy tu księżyc jeden, chłodny, blady, obcy,
Już za miastem na szosie, gdy noc się rozpala,
Krewni moi żydowscy, poetyczni chłopcy,
Nie odnajdą dwu złotych księżyców Chagala.

Te księżyce nad inną już chodzą planetą,
Odfrunęły spłoszone milczeniem ponurym.
Już nie ma tych miasteczek, gdzie szewc był poetą,
Zegarmistrz filozofem, fryzjer trubadurem.

Nie ma już tych miasteczek, gdzie biblijne pieśni
Wiatr łączył z polską piosnką i słowiańskim żalem,
Gdzie starzy Żydzi w sadach pod cieniem czereśni
Opłakiwali święte mury Jeruzalem.

Nie ma już tych miasteczek, przeminęły cieniem,
I cień ten kłaść się będzie między nasze słowa,
Nim się zbliżą bratersko i złączą od nowa
Dwa narody karmione stuleci cierpieniem.
(Antoni Słonimski)



Bezsenność nie na Saskiej Kępie II
No to noc. Siedzimy w pokoju, w Tutam, nad kawą zimną już od kilku godzin: ja i mój komputer. Tworzymy, zapamiętujemy, czasem niszczymy twórczość przyciskiem "delete". I tak nam upływa noc. Godzina za godziną, bezsen za bezsnem.

Jak dobrze, że jutro urlop zdrowotny trwa. I nie trzeba do tramwaju się wpychać. Tylko spokojnie emigrować na Barbados.

Każdy ma taki Barbados na jaki sobie zasłużył.
A mój Barbados jest wtedy i tylko wtedy, gdy obok jesteś Ty.

Barbados
Barbanos
Barbanoc
Darbanoc
Dorbanoc
Dobranoc