Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | Od 1 marca | TEKSTY
RSS
czwartek, 28 lutego 2019

 

DziennikiUrzednicze.org

 


poniedziałek, 25 lutego 2019
Miranda July, Pasujesz tu najlepiej, Pauza 2019

 

(Ilustracja z książki "The fountain of youth, or, Personal appearance and personal hygiene", 1905, źródło: archive.org)

 

Zabieram się do pisania o Mirandzie July jak pies do jeża. Co więcej, czeka na mnie jeszcze jeden tom jej autorstwa, zakupiony, gdy myślałem, że to trafiona proza. Tymczasem ten zbiór opowiadań to najdziwniejsza rzecz, którą ostatnio czytałem, czasem z dużym wysiłkiem. Przyznam: wolałem wyglądać przez okno tramwaju.

Z całą pewnością ta proza ma płeć: w każdym z opowiadań narratorką jest neurotyczna kobieta z zaburzonym życiem seksualnym. Ta powtarzalność perspektywy męczy, zwłaszcza, gdy porównuje się ją z ostatnio czytaną Sylvią Plath. Narratorka "Szklanego klosza" jest szczera, zupełnie inaczej niż bohaterki z "Pasujesz tu najlepiej" - jakby Miranda July eksperymentowała umieszczając w różnych scenografiach tę samą marionetkę.

Właściwie z całego tomu warto przeczytać (lub zapamiętać jak się przeczytało wszystko) dwa opowiadania:

Czarna i absurdalna "Drużyna pływacka", w której grupa staruszków w strojach kąpielowych - pod kierunkiem, oczywiście zgadliście, neurotyczki macha na sucho rękami w pokoju udającym basen. Zamyka się w tej króciutkiej prozie cały smutek samotności i starości, pogłębiany jeszcze tym, że rzecz dzieje się w jakimś samotnym pustynnym miasteczku, w dodatku w przeszłości, co oznacza, że trójka bohaterów - ze smutkiem stwierdza nasza neurotyczka - nie żyje.

Kończące tom "Jak opowiadać historyjki dzieciom" jest historią coming-of-age widzianą z perspektywy dorosłej przyjaciółki domu (jak się domyślacie: neurotyczki z zaburzonym życiem) perfekcyjnie pokazującej jak zmienia się relacja z dzieckiem: od przywiązania przez dojrzewanie aż do odchodzenia i zerwania. Bardzo melancholijny dla mnie w tym ton.

Moją prywatną miarą jakości prozy jest liczba cytatów, które chciałbym zachować. Nic nie zapisałem, może dlatego nie potrafię zachęcać do Mirandy July.

 

niedziela, 24 lutego 2019
Kafarnaum

 

(Jonas i Zejn, źródło: kinomuranow.pl)

 

Na "Kafarnaum" trafiam, a właściwie wybiera je A., w bardzo szczególnym momencie zastanawiania się nad sobą samym, tudzież nad tym, co w życiu jest istotne. I "Kafarnaum" przynosi, jak mi się wydaje, odpowiedź bardzo prostą, którą da się zawrzeć w jednym zdaniu.

To nie religia przynosi ludziom zbawienie, tylko zwyczajna dobroć, ta głęboka, ludzka solidarność ze skrzywdzonym, ba solidarność skrzywdzonych. A ci, co nie okazują solidarności, sami siebie stawiają na równi z krzywdzicielem.

Ten przebłysk, który pojawia się w filmie prowadzi mnie do doktora Rieux z "Dżumy". I w "Kafarnaum", to jest w przeklętym przez Boga mieście, i w Oranie, człowiek musi sam radzić sobie ze złem. Nic ponad. I nigdy nie będę kochał tego świata, gdzie dzieci są torturowane - mówi doktor, a równie dobrze mogłaby te słowa powtórzyć Nadine, adwokatka i Nadine, reżyserka, którą pamiętamy jeszcze z pełnego magicznego realizmu "Karmelu" (tutaj).

Czy jesteśmy krzywdzicielami? Kim są - zapytajmy więc - bohaterowie filmu? Czy to nie ci sami, przed którymi grodzimy się drutami kolczastymi i zamykamy porty? Czy jednym z możliwych zakończeń tego filmu nie byłby przepełniony ponton i Morze Śródziemne, i ciało topielca z krzyżykiem w ustach (jak opisuje Mikołajewski, tutaj)? Czy nie o nich mówi prezes tego państwa, że roznoszą choroby?

A jeśli ufamy, a ufaliśmy, że nasza religia ratuje nas ode złego, to powinniśmy zrozumieć, że bez tej solidarności, nasza religia jest tylko pustym frazesem, zestawem gestów, co "Kafarnaum" doskonale streszcza w dwóch więziennych scenach.

(I po raz kolejny dodam, że bardzo ciężko ogląda się smutne filmy o dzieciach, pamiętając, że w domu czeka na ciebie Dziecko.)

 

Pomniki

 

 

(Jan Paweł II z oferty handlowej odlewni Art-Odlew: konkurencyjna cena wykonania pomnika z brązu, podobieństwo uchwycone w rzeźbionej postaci Papieskiej, brak dodatkowych kosztów modelu odlewniczego, trwałość pomnika z brązu – w porównaniu do rzeźb wykonanych z żywicy. Źródło: art-odlew.pl)

 

Kiedy Tischner wydał książkę o Homo sovieticusie, jej katoliccy krytycy zarzucili mu, że Jan Paweł II też musiałby zostać objęty tym terminem, a to przecież niemożliwe. "Argument z Jana Pawła" (tak sądziłby papież, tak nie uważa papież, papież powiedział) stał się dla Polaków miejscową odmianą prawa Goodwina: można było nim zakończyć prawie każdą dyskusję.

Byliśmy całkowicie zdominowani przez postać papieża, nie mogąc pojąć, że gdzieś na świecie, a co gorsze - gdzieś w Kościele, o papieżu można mówić nie na kolanach. "Argument z papieża" działał: ucinał dyskusje o relacjach państwo-Kościół, o kościelnej hipokryzji (oddać należy, że stosowany był także, całkiem udanie, w obronie Unii Europejskiej czy przeciw antysemityzmowi).

Ale wyrastamy i któregoś dnia będziemy się musieli jako Polacy, i jako polski Kościół, zmierzyć z dziedzictwem Jana Pawła II, które nie jest do końca takie jak w naszej legendzie o wielkim papieżu. "Argument z papieża" utracił swój urok. (Być może uroczyste świętowanie czterdziestej rocznicy papieskiej pielgrzymki do Polski stanie się też - wbrew intencjom władzy - okazją do gorzkiej refleksji i rozliczeń). Ta konfrontacja będzie bolesna.

Tu powinno być osobiste wyznanie: osoby, która papieża uważała za nieomylnego a u wszelkich jego krytyków doszukiwała się złych intencji; która z nabożeństwem jeździła na papieskie msze w czasie pielgrzymek do Polski; która śmierć papieża przeżyła jakby była to śmierć kogoś bliskiego. I to nie była anegdota Franciszka, ani nawet sprawa ojca "Degrengolado", która zmusiła mnie do pełnej goryczy refleksji, ale przypadek kardynała Groera.

Przypomnijmy: wobec arcybiskupa Wiednia pojawiły się w 1995 roku udokumentowane zarzuty o molestowanie seksualne. Watykan staje po stronie Groera, ale pod naciskiem świeckich, przyjmuje jego rezygnację złożoną ze względu na wiek [szerszy artykuł na ten temat, tutaj]. W 1998 roku do Austrii udaje się Jan Paweł II. To, co mówi - czytane w kontekście sprawy kardynała - nie różni się niczym od tego w jaki sposób polscy biskupi (zresztą wychowankowie lub nominaci Jana Pawła) traktują przestępstwa seksualne:

Momenty, gdy zagmatwane i bolesne problemy sprawiają, że sprawowanie naszej posługi staje się szczególnie trudne, także dlatego iż jesteśmy narażeni na niezrozumienie i fałszywe interpretacje. Jakkolwiek jednak bolesne byłyby te doświadczenia, naszym wspólnym zadaniem jest «zwiastować dobrą nowinę» Kościołowi i światu, to znaczy wszystkim, którzy wiążą wielkie nadzieje ze zbliżającym się trzecim tysiącleciem (...).  Dlatego każda wspólnota musi okazywać głęboki szacunek powołaniu i misji każdego. W ramach tego, co wspólne wszystkim, każdy biskup musi mieć możność wypowiadania swoich poglądów i sprawowania własnej odpowiedzialności pasterskiej. Niezależnie od różnych umiejętności i charakterów, jakie reprezentują, każdy z nich posiada własny autorytet i dlatego słusznie jest nazywany «przełożonym ludu», którym kieruje. [Przemówienie do konferencji episkopatu Austrii, tutaj]

Nie da się tutaj użyć jakiegokolwiek "argumentu z papieża". Słowa mówią same za siebie, słowa bronią zła. Jan Paweł II okazuje się chronić instytucję i jej przywileje kosztem człowieka. (Tą samą ślepą uliczką usprawiedliwień podąża polski Kościół, nie potrafiąc nawet zrozumieć znaczenia gestu pokory wobec Marka Lisińskiego ani zgorszenia jakie wywołuje postać księdza Jankowskiego).

Nie wiem, czy przewidział to pewien Argentyńczyk, gdy przyjmował swoje papieskie imię. Wyobrażam sobie, że myślał raczej o "Pieśni słonecznej" niż o słowach: Idź odbuduj mój Kościół, bo popada w ruinę.

Przed Polakami bardzo przykra lekcja o tym, że los Kościoła - nie instytucji, ale wspólnoty - ważniejszy jest niż pomniki.

 

Dziennik pisany w lutym (odc. 2)

 

(Chaim Soutine, Ryby i pomidory, 1926-27, kol. pryw., źródło: wikiart.org)


Rzeczy idealne

Przestałem opisywać swoje wyobrażone państwo, widać starcza mi to własne, które przekracza wyobraźnię.

I tak ostało się najdłużej spośród poleis mojego dzieciństwa, pewnie będzie z tego więcej niż trzydzieści pięć lat. Wciąż panowanie tej samej królowej Joanny II: pamiętam nawet na czyją cześć imię. W tym państwie zresztą wszystko składa się z fragmentów widzianych widoków i osób, które mignęły.

Wieczorem nie szkicuję więc teraz map albo schematów instytucji państwowych: jak na małe królestwo, imponująca musiała być w nim biurokracja, czyżby jakieś przeczucie własnego losu? Bałem się pojechać do Meklemburgii, słusznie przypuszczając, że go tam nie ma, choć je zaplanowałem. Spis stacji telewizyjnych, wczesne dziewięćdziesiąte. Porozumienie graniczne z Niemcami, wczesny wiek dwudziesty pierwszy.

Przestałem: nie ma państw idealnych, idealnych ludzi, co gorsza, nie ma nawet idealnego mnie.

Pierwsze

O siódmej trzydzieści głos sikorki na balkonie. M. pisze, że ptasi koncert (na Mokotowie). Jestem jak świstak, potrafię wyczuć wiosnę, więc to jeszcze nie teraz, chociaż w miastach zapach jest w ogóle jakiś dziwny. Jeszcze nie pora porannych przywidoków, nie pora sztucznej trawy koło Hali Mirowskiej.

Wycieczka do zoo

Najbardziej podobają nam się flamingi. Różowieją na swych chudych nogach za szybą małego domku niedaleko wejścia. Dziecko zwierzęta dzieli na kolorowe i szare. Kolorowe (flamingi, ary, rybki akwariowe) są ładne, szare - brzydkie.

Druga linia podziału to groźne i niegroźne. Groźne się nam podobają (krokodyl, wilk, tygrys, choć się nie pojawił), niegroźne są nam obojętne, najbardziej niegroźne szare.

Kłopot z małpami. Małp Dziecko nie lubi. Ja też: ludzie to wyłysiałe małpy.

Inna droga

Stacja metra, na której dawno nie był. Tyle powietrza, że się zdziwił. Teraz po drodze niebo zasłaniają drzewa (chociaż miejscy drwale czynią starania). Pewnie dlatego upierał się tak, żeby Dziecko chodziło do przedszkola koło metra. Nie wyszło. Przyglądał się ludziom w autobusie, oczekując olśnienia. Nie zdarzyło się.

Towarzysz Wiesław czyta prasę zagraniczną

Towarzyszowi Gomułce nie spodobał się wywiad, którego jeden literat udzielił w zachodniej gazecie (w Lubece czy Bremie ośmielił się krytykować władzę ludową). Wściekł się towarzysz Wiesław, kazał napisać, że druk literata wstrzymany. Słysząc to Jarosław uniósł brew. Kłopot w tym, że to historyjka wcale nie z przeszłości. 

O tym, że się pozwala

Najpierw z goścmi, których bałbyś się spotkać w autobusie, ministrowie rządu negocjują wspólne maszerowanie po mieście (listopad). Potem ci goście rozwieszają po mieście bekanntmachungi, podszywając się pod swoich ideowych przodków, którzy to miasto obrócili w perzynę (luty). Wtedy ministrowie rządu oburzają się, że ktoś Polaków oskarżać się waży o antysemityzm.

Sprawa Anny G.

Anna Geislerova to były początki naszego chodzenia do kina i początki naszego w Warszawie mieszkania. Wyobrażałem sobie, że jest inna od tych naszych udawanych gwiazdek ze ścianek, idealna Anna Geislerova. W drodze do pracy napotykam plakat z jakiegoś nowego filmu. Anna Geislerova ma ponad czterdzieści lat.

*

Więc leżę wieczorem i rozmyślam o wieku Anny Geislerovej. Rachuję sobie, że ja też się postarzałem. Nie, wcale czas nie leci szybko, to raczej pamięć płata figle i nienaturalnie przybliża rzeczy dalekie: dwudziestolecie matury, jesień w Ljubljanie. Jestem o dziewięć lat starszy od Sylvii Plath w chwili, gdy ułożyła głowę do snu w piekarniku.

*

Zacznij żyć własnym życiem - napomina mnie ciągle A., choć chyba wie, że to nie starcza. Liczę sobie, nie śpiąc, ile czasu zostało jeszcze. Co rano Anna Geislerova dopytuje czy już wiem, co dalej.

Pachnidło

Czasami urząd zamienia się w biuro poezji. Opisuję do specjalnego formularza smaki i zapachy. Wymyślam całe popołudnie ile nut ma krem dyniowy z mlekiem kokosowym i co można poczuć w filiżance espresso (przydałyby się korepetycje u berlińskich baristów, por. tutaj).

Wrona

Siwa wrona przechadza się po poręczy balkonu w piękny zimowy poranek, bo nigdy nie wiesz jaka pora roku cię obudzi (wraz ze zmianą klimatu luty zamienił się w kwiecień, ten, co przeplata, a przy okazji ten najokrutniejszy). Siwa wrona zagląda do naszej sypialni. Pewnie się we trójkę teraz odbijamy w jej błyszczącym czarnym ślepiu.

Piekło

Jak zwykle przy Powązkowskiej A. postanawia objaśniać Dziecku rzeczy ostateczne. Nie opowiadaj mu o piekle - strofuję - myślisz, że czym irlandzcy księża straszyli w konfesjonałach swoje ofiary. "Nic nie mów, bo trafisz do piekła".

Im mniej strachu w religii, tym bardziej staje się religią.

(16-23.02.2019)

 

wtorek, 19 lutego 2019
Berlińskie psy, sezon 1

 


(Anna Maria Muehe jako Sabine Ludar w "Berlińskich psach", źródło: imdb.com)
 

Długoletnie Czytelniczki i Czytelnicy mogą pamiętać, że kiedyś ważną rolę w życiu autora bloga odegrał film pod tytułem "Hiszpański cyrk". Zdarzają się bowiem takie momenty w życiu, że aby samemu nie eksplodować, należy oglądać filmy, których producenci ostrzegają napisem seks, przemoc, wulgaryzmy. Witamy w serialu "Berlińskie psy"!

Najsampierw chwała należy się jego scenarzystom. Może w pierwszych odcinkach nie jest to tak widoczne, ale sposób splecenia wątków jest prawdziwym majstersztykiem. Pojedyczny odcinek potrafi trzymać w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty (dopisuje A., że w pierwszych odcinkach nie potrafi). Nieważne, że Berlin z serialu jest dystopijnym miastem rządzonym przez mafie (jak ktoś napisał w komentarzach: wygląda jak Islamabad, nie Berlin), które nie ma nic wspólnego z moim wyidealizowanym wiecznie słonecznym miastem (a także nic z hipsterskim pochmurnym miastem Jo.) To jest kawał mięsnego kina.

(Spojler) Ale nie byłbym sobą, gdybym nie napisał o wątku pobocznym, ale na swój sposób (mnie osobiście) ujmującym. To historia Sabine, dziewczyny z Marzahn, którą poznajemy jako kochankę głównego bohatera. "Berlińskie psy" stają się - dzięki niej - motywacyjną opowieścią o tym, jak upaść na dno i jak się z tego dna podnieść (a przy podnoszeniu mogą pomóc osoby, których o pomoc z pewnością byście nie podejrzewali). Sabine ma jeszcze jedną cechę, obcą pozostałym bohaterom: jest szczera i prostolinijna. Podejrzewam, że jako jedyna z nich ma zadatki na świętą.

Po czterystu siedemdziesięciu minutach seksu, przemocy i wulgaryzmów, docieramy do katharsis. Katharsis odbywa się w zwolnionym tempie, w tle leci "The Dogs" Moby'ego: This is how, how we tried/ This is where, where it died/ This is how, how we cried/ Like the dogs left outside. Już dobrze, można rano iść do pracy. 

  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 749