2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
piątek, 08 grudnia 2017
Klementyna Suchanow, Gombrowicz. Ja, geniusz, Czarne 2017

 


(Witold Gombrowicz, Vence, lata 60. XX wieku, fot. Bohdan Paczowski, źródło: culture.pl)

  

Nad telewizorem w dużym pokoju stało sobie - zdaje się - pięć tomów biało-czarnych dzieł zebranych (wybranych?) W.G. Nigdy do nich nie zaglądałem: bardziej kuszące wydawały się stojące obok tomy - z nazwiskiem napisanym niby-ręcznie - Hłaski. Szkoła zmusiła mnie do przeczytania "Ferdydurke". co zrobiłem z niewielką ochotą (trzeba jednak dodać, że np. Jo. kompletnie się "Ferdydurke" zachwyciła). Tak, muszę to napisać - choćbym został uznany za ignoranta - W.G. mnie nie zainteresował.

Kiedy dokonują się wytryski polskości, tak jak u nas ostatnio, prześmiewczy Gombrowicz wraca: raczej nieczytany, tylko cytowany, kiedy w urwanych fragmentach zwalcza tę siermiężną, brudzącą wszystko polskość. W takich chwilach odwołanie się do Gombrowicza to próba wyszukania w polskim patosie jakiegoś pierwiastka zdrowego rozsądku, spojrzenia na siebie ze świadomością swojego miejsca w świecie. Właśnie w takim momencie pojawia się dwutomowa biografia Gombrowicza autorstwa Klementyny Suchanow. Zanim nastąpi jej premiera, wytryśnięta polskość dobiera się do autorki: sieć obiega zdjęcie z wynoszenia jej przez policję z blokady polskich zombie-guseł, co to się odbywają dziesiątego.

Napisać dwa tomy o Gombrowiczu to duża sztuka, bo wiedzie on nadzwyczaj nieciekawe życie, jak wynika z biografii: życie zwyczajne, samolubne, zamknięte w wieży własnego (najpierw domniemywanego, potem uznanego) geniuszu. To zamknięcie przekłada się na kontakty towarzyskie, które W.G. sprowadza do minimum, wyśmiewając, obrażając i zamieniając potencjalnych przyjaciół w zaprzysięgłych wrogów. Nawet kochankowie zamieniają się w dosyć anonimowe małoletnie (!) postaci.

Nie pozwól aby cię roztopiły mdłe sentymentalizmy i słodkawe porozumienie z masą, w którym tyle utonęło polskiej literatury. Bądź zawsze obcy! Bądź zawsze niechętny, nieufny, trzeźwy, ostry i egzotyczny. Trzymaj się chłopcze! Nie daj się swoim oswoić, przyswoić! (s. 156).

Ciekawie dzieje się też obok biografii. Ustępy poświęcone rządom pułkowników w przedwojennej Polsce i ich nachalnej propagandzie sukcesu albo kampaniom nienawiści koordynowanym przez ubecję w latach sześćdziesiątych czyta się - zaskakująco i niepokojąco zarazem - jako coś znajomego. Historia Polski - taki lejtmotyw na tym blogu - znów zatacza koło, zmierzając do upragnionej narodowej katastrofy.

(Czymś wspaniałym - a w biografiach dotąd rzadko spotykanym - są zamieszczone mapy, pozwalające śledzić topografię Gombrowiczowej Warszawy, Buenos Aires, Berlina i Vence.)

 

środa, 29 listopada 2017
Edward N. Luttwak, Zamach stanu. Podręcznik, PWN 2017

 


(Augusto Pinochet, wrzesień 1973 r., brak szczegółów fotografii, źródło: http://www.goaldentimes.org/carlos-caszely)

  

O tym jak niebezpieczną książkę czytam świadczy cytat z przedmowy do kolejnego wydania: ciało Oufkira znaleziono jeszcze tego samego dnia, miało wiele ran postrzałowych. Gdy przeszukano gabinet ministra, na jego biurku znaleziono poplamione krwią i pokryte odręcznymi notatkami francuskie wydanie tej książki (s. 17).

Ostatnią książką o takiej sile rażenia, co wcale nie przekładało się na smak jej lektury, był "Pan Tadeusz", przez którego doszło - jak twierdzi Sienkiewicz - do katastrofy morskiej (patrz mizerna nowelka "Latarnik" tegoż).

Zresztą jest coś niepokojącego w tym, że - rzecz całkiem niewinna jeszcze parę lat temu za czasów rządów, które oskarżaliśmy o nudę - przestraszyłem się myśli o publikacji na facebooku zdjęcia autora bloga z rzeczoną książką. A nuż, ktoś uzna, że taka myśl to zbrodniomyśl. (Proszę nie zżymać się na użycie Orwella, przecież jego nazewnictwo już się w kraju panoszy, dajmy na to, Instytut Wolności).

W ogóle ta książka mnie niepokoi z zupełnie innych powodów niż się spodziewałem. Dociera do mnie, w jej porównaniach, że Polska leży w innych rubrykach niż nam się do tej pory wszystkim zdawało. Państwo wodzowskie, w którym partia kontroluje państwo, a faktyczny przywódca nie pełni roli oficjalnej - to zdanie brzmiało kiedyś jak z podręczników historii. Kiedyś (a teraz dla odmiany posłuchajcie serwisów informacyjnych z kraju). Podobnie, gdy Luttwak pisze o propagandzie to tak, jakbym czytał o publicznej telewizji. Za naszym przyzwoleniem trafiliśmy więc tam, gdzie nasze miejsce (zgodnie z wolą Opatrzności lub Losu. Amen).

O samej książce:

Zamach stanu jest grą o sumie zerowej. Łatwo podzielić los marokańskiego ministra Oufkira, stąd założenie Luttwaka, żeby przedstawić w miarę naukowy sposób jego zaplanowania i przeprowadzenia. Tak jak pisze się podręczniki pisania przemówień lub prowadzenia kampanii wyborczych. Coś o czym studenci piszą kolokwia.

 

poniedziałek, 27 listopada 2017
Krzysztof Iszkowski, Ofiary losu. Inna historia Polski, Liberte 2017

 


(Anna Dymna w filmie "Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny", reż. Janusz Majewski, 1982, źródło: canalplus.pl; Radziwiłłówna zwiększała szanse na porzucenie przez Polskę katolicyzmu - tak długo, jak żyła (...). Gdyby zaś królowa nie tylko nie umarła, lecz także urodziła Zygmuntowi Augustowi męskiego potomka, prawdopodobieństwo utworzenia kościoła  narodowego dodatkowo by wzrosło (s. 69))

 

Skąd się bierze historia?

Kolega z pokoju twierdzi, że nad wszystkim czuwa Opatrzność, która przesuwa pionki na mapach. Nie doszliśmy do porozumienia, co do wpływu Opatrzności na zbrodnie przeciw ludzkości i ludobójstwa.

Ja twierdzę, że za wszystkim stoją decyzje i wybory pojedynczych osób. Historia byłaby więc sumą ludzkich wyborów, oczywiście biorących pod uwagę kontekst (jak na przykład susze, trzęsienia ziemi i zarazy), ale jednak podejmowanych za pomocą wolnej woli.

Z kolei autor "Ofiar losu", Krzysztof Iszkowski twierdzi, że za wszystkim stoją przypadki, zbiegi okoliczności, pociągi, które spóźniają się o pięć minut i królowie, którzy zapadają na śmiertelne przeziębienie na dzień przed walną bitwą. Zasadniczo wszystko jest zbiegiem okoliczności (s. 9). Los czyli taka ateistyczna Opatrzność.

To mój pierwszy problem z tą książką; nie wyczuwam szczególnej różnicy między postawą kolegi, z którym się o ową Opatrzność kłócę, a postawą autora. Drugi jest nawet większy - owszem czyta się wartko i z niemałą przyjemnością, ale brakuje w "Ofiarach losu" warsztatu naukowego. Książki o starożytnych bogach, które, jak pamiętacie, czytam dla rozrywki, bardzo wyczulają na różnice w jednym czy dwóch słowach. Tu nie potrafię powiedzieć, co ma poparcie w faktach, co jest wyobraźnią autora, a co andronami. Jakże inaczej czytało się Jana Sowę i jego fantomowe ciało.

Niemniej analiza Iszkowskiego i jego alternatywne historie zmuszają do myślenia. W czasach, gdy narracja historyczna zaczyna być monopolizowana przez specjalne instytucje służące jej zakłamywaniu, "Ofiary losu" pozwalają odetchnąć i zastanowić się nad mitami, które teraz stają się dla rządzących, a co gorsza dla uczących się, bezmyślnymi mantrami. Bezmyślna historia jest najbardziej niebezpieczna.

Czytam więc na głos koledze od Opatrzności fragmenty o prosperity w Królestwie Polskim i o II Rzeczpospolitej: państwie biednym, źle zorganizowanym i słabym pod względem tego, co w dzisiejszej dyplomacji określane jest mianem soft power (s. 119). Czytam oczywiście myśląc o dzisiejszej Polsce. 1 sierpnia 1939 r. ambasador von Moltke meldował: hasła propagandy rządowej spotykają się ze ślepym zaufaniem. Tak więc szerokie koła mają rzeczywiście przeświadczenie, że Polska znajduje się po stronie przyszłych zwycięzców, że w Niemczech ludność głoduje... że niemiecki sprzęt wojskowy jest wątpliwej jakości (s. 144). Jakże łatwo jest nabierać Polaków, nic ich nie uczy historia (a smutny wniosek, że Polska została w 1939 roku porzucona przez sojuszników, bo nikt jej nie lubił, czy nie do tego sprowadza się nasza dzisiejsza podmiotowa polityka zagraniczna?)

Największe wrażenie robi na mnie teza o 31 marca 1981 roku jako najważniejszej cezurze w dziejach polskiej transformacji, dniu, w którym pewien mężczyzna z wąsami (do spółki z mężem pewnej skrzypaczki) zatrzymał los, nie dopuszczając do radzieckiej interwencji, narodowego powstania i kolejnego mitu do zestawu z małym powstańcem. Byłby to następny przyczynek do wielkości Lecha Wałęsy lub - dla nienawistników - jeszcze jeden dowód, że nie pozwolił Polakom być Polakami (to znaczy ginąć bez sensu, płakać a potem mieć fumy i pretensje, że nikt nie docenił).

Po przeczytaniu "Ofiar losu", zacząłem się zastanawiać i przyglądać dyskusji o uchodźcach: ta wielogłosowość od elitarnych stwierdzeń o przedmurzu i polskiej obronie cywilizacji białego człowieka, poprzez umiarkowane, aż do radykalnych pochwał Ratko Mladicia jako specjalisty od ostatecznego rozwiązania kwestii muzułmańskiej, tudzież twierdzeń o herezji Franciszka, skoro głosi ewangelię. W ten sposób doszedłem do wniosku - dowód przez analogię - że postawa Polaków do Żydów w czasie II wojny światowej musiała wyrażać się przede wszystkim przez wydawanie i Judenjagd, a nie przez ratowanie ich za wszelką cenę, nawet jeśli dzisiejsi spece od pamięci narodowej twierdzą inaczej.

Tacy jesteśmy, kiedy się zedrze z nas pazłotko mitów.

 

środa, 22 listopada 2017
Jarosław Iwaszkiewicz, Andrzej Wajda, Korespondencja, Zeszyty Literackie 2013

 


(kadr z filmu "Brzezina" Andrzeja Wajdy na podstawie opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, 1970, źródło: imdb.com)

  

Listów nigdy nie można brać na serio, bo są pisane pod wpływem chwili (s. 16) - komu jak komu, ale Jarosławowi raczej się w tej kwestii nie powinno wierzyć, biorąc pod uwagę jego bujną korespondencję. Zbiorek listów wymienianych między starym poetą a reżyserem w średnim wieku jest za to raczej skromny, i jeśli miałby służyć jako miara zażyłości, to świadczy o sympatii, znajdowaniu wspólnego języka, ale też o dystansie.

Należy ta korespondencja do zbioru pism estetycznych a nie osobistych. Obaj - reżyser i pisarz -wymieniają uwagi na temat filmów i spektakli, ze szczególnym uwzględnieniem ekranizacji prozy Iwaszkiewicza. Owszem w tle jest Polska, są kłopoty rodzinne, podróże, ale meritum pozostaje dialog dwóch twórców o twórczości, zresztą pozbawiony jakiejś odkrywczości.

Obaj są dla siebie ważni. Dla Iwaszkiewicza filmy Wajdy to - wydaje się czytając - jakiś szczególny rodzaj późnego docenienia, znalezienia się na powrót w światowym obiegu, czyha więc na zagraniczne recenzje, wyławiając z nich swoje imię. Wajda natomiast szuka natchnionego tekstu i okazuje się nim być proza, której autor z roku na rok staje się żywym pomnikiem (a która, niestety, przetrwała krócej niż filmy Wajdy; dzisiaj "Brzezina" jest bardziej znana jako film niż jako opowiadanie; zresztą lada moment Miłosz dostanie nobla, a wybór dokonany przez Iwaszkiewicza oceniony zostanie za niewybaczalny błąd).

W swoim nekrologu dla Wajdy (tutaj) pisałem o Iwaszkiewiczu, ba, zamiast portretu reżysera, gra skojarzeń, umieściłem tam fotos Iwaszkiewicza, ale przecież blogów, podobnie jak listów, nigdy nie można brać na serio, bo są pisane pod wpływem chwili.

 

Barbara Seidler, Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe, Czarne 2017

 


(Bolesław Miedza, Rozpoczęcie procesu w tzw. aferze mięsnej, listopad 1964 r., PAP, źródło: https://magazyn.wp.pl/artykul/lepsza-lodowka-lepszy-telewizor-domek-za-miastem-i-kara-smierci)

 

W czasach, o których mi opowiadała, czyli bardzo dawno, Babcia jeździła do Lublina przysłuchiwać się rozprawom w sądzie. Sąd mieścił się w cieniu dawnego cmentarza ewangelickiego. Wtedy nie czytałem jeszcze reportaży, więc nie wiedziałem właściwie, co w tym sądzie mogło być ciekawego (choć w tym samym czasie z ochotą oglądałem "997"). Zwracam uwagę na to, bo kiedy Babcia przesiadywała w sądzie w Lublinie, na alei Świerczewskiego w Warszawie rozprawom przysłuchiwała się Barbara Seidler.

Jej reportaże, właściwie pitawale, relacjonujące dzień po dniu procesy w sprawach różnych - od zabójstw po malwersacje - pokazują chyba najlepiej jak bardzo zmieniło się, pod względem umysłowym, społeczeństwo. Kto dziś będzie czytał streszczenia wypowiedzi oskarżycieli i obrońców? Kto przygląda się uważniej oskarżonym? Po co to, skoro codzienne szmatławce na pierwszej stronie już wydają wyrok, wiedząc lepiej? Ach, jaka Barbara Seidler jest staromodna.

Są trzy miejsca w tym zbiorze, które przykuwają moją uwagę.

Pierwsze, to gwałtowna filipika autorki przeciwko karze śmierci. Wbrew ówczesnemu prawu, wbrew opinii publicznej tamtej i dzisiejszej. Wielki tekst. Trzeba było sporo odwagi, żeby tak pisać.

Drugie, to wspomniana historia z Żoliborza, o nauczycielce katującej przybranego synka. Historia z ciągiem dalszym w postaci reportażu "Śliczny i posłuszny" Mariusza Szczygła z 2013 r., w którym odnajdujemy ową morderczynię - po zatarciu skazania - jako pobożną ekspertkę Ministerstwa Edukacji.

Trzecie, to rodzynki, akurat otwieram nową paczkę i czytam: na jesieni 1975 roku wykorzystaliśmy już wszystkie zapasy rodzynków. Zacząłem ograniczać wyroby z rodzynkami. To były wyroby najtańsze: babka drożdżowa, lody. Zwróciłem się do kombinatu o zmianę receptury, ale się nie zgodzili. Mówili, że starają się o rodzynki (s. 215). Wyobraź sobie świat, w którym nie możesz dostać rodzynek (bardziej mnie - miłośnika małych radości - to wstrząsa niż okrutne zabójstwo).

  

wtorek, 21 listopada 2017
Max Frisch, Z dziennika berlińskiego, Czarne 2017

 


(Barbara Ann Spengler, Kurfurstendamm, Berlin Zachodni, luty 1970, źródło: https://www.flickr.com/photos/sillysocks/sets/72157670096654156)

 

Ćwiczenia z wyobraźni: noc i w papierosowym dymie zamglone światło. Pety zwinięte w popielniczkach. Po schodach na piętro wchodzi Zbigniew H., patrzy na stiukowego anioła na brązowym suficie i siada do stolika. Trzecia czy czwarta, właśnie wówczas Zbigniew H. mieszka w B. i chce zamówić setkę. Coś notuje na zmiętych paragonach.

1970: w Berlinie mieszka Zbigniew Herbert
1973: do Berlina przeprowadza się Max Frisch
1976: przyjeżdża do Berlina David Bowie

Często myślę o Berlinie - wyspie, tamtym Berlinie otoczonym murem, w którym wszystko było inaczej. Należy do minionych krain z wyobraźni, podobnie jak powojenny Lublin. Miasta, których nie mogłem zobaczyć, choć byłem bardzo ciekaw. 

Moja wiedza o Maksie Frischu ograniczała się do notki z Wikipedii, więc to nie o niego chodzi (choć podziwiam teraz jego zwięzły sposób zapisu), ale właśnie o Berlin. Jeszcze jedna opowieść z wyspy. Często myślę o Berlinie, wtedy kiedy chodzę po dzielnicy, w której mieszka Jo. Max Frisch mógłby być jej sąsiadem (czym są dwie stacje metra?)

Ale - jeśli przyjrzeć się bliżej - bardzo mało w dziennikach jest tego Zachodniego Berlina. Frisch przypatruje się Wschodowi, ogląda enerdowską telewizję i ciągle czmycha za mur spotykać się ze wschodnimi literatami (którzy w dużej części, zapewne, notują te spotkania w swoich dziennikach na zlecenie Stasi).

Bacznie obserwuje Wschód a jego notatki brzmią niepokojąco w teraźniejszej Polsce: przez krytykę rozumieją wyłącznie krytykowanie przeciwnika, w kółko to samo, i nawet jeśli człowiek na podstawie doświadczenia zgadza się z tą krytyką, i tak wieje grozą, nic prócz litanii werbalnych samopotwierdzeń, myślenie szukające wyłącznie pytań, na które odpowiedź jest już z góry ułożona, a fakty pojawiają się tylko w tej mierze, w jakiej dowodzą słuszności dogmatu (s. 44; po wielu obrotach niebieskich sfer, dotarliśmy znów do Honeckera, towarzysze).

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 65