2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
sobota, 14 stycznia 2017
Dzienniki późniejsze. O szczęściu i nieszczęściu

 

(Usiłowałem znaleźć w swoich zdjęciach jakiś widoczek jako ilustrację. Nie ma. Fotografowałem wyłącznie ludzi.)

 

Muszę zmienić własną definicję literatury (literatura dąży do uogólnienia, wzniesienia się ponad ciąg zdarzeń). Nie, ona pojawia się tam, gdzie coś zostało zamknięte, gdzie pamięć i fikcja mają równe prawo do opisu wydarzeń. Wspomnienie w procesie zapominania staje się formą literacką: to dlatego dzienniki z A. nie są literaturą, bo nadal są czymś żywym.

Zeszyt 22 (warszawski), październik 1999 - grudzień 2001 [rkps zapisywany nieregularnie, potem okazjonalnie; fragmenty wierszy i prozy, recenzje, liczne skreślenia]. Dziennik zapominania, dziennik ucieczki. Mimo podtytułu, niewiele tam o Warszawie: bohater rozpamiętuje. Warszawa (nielubiana) jest tylko z okien autobusów.

Powtarza i przerabia bez przerwy wiersz z incipitem: W te noce, w które wracamy. Dom jest w Lublinie, ale w czasie coraz bardziej przeszłym. Potem pojawia się A., porzuca swój incipit, zaczyna zanudzać.

Zeszyt 23, listopad 1999 - wrzesień 2000 [rkps, kontynuacja zeszytu 21, w dużej części zniszczony po jakiejś kłótni z A. na ulicy Zamkowej w Lublinie; odczytany do maja]. Bohater wyjechał, ale wraca tydzień w tydzień. Pisze peany na cześć Lublina i na cześć J., którą umieścił na nieboskłonie.

Jednak w dzienniku najczęściej zastanawia się dlaczego telefon zadzwonił we wrześniu (por. zeszyt 21). Opisuje to w całkiem udanym literacko fragmencie: Odłożył słuchawkę i wyjrzał przez okno. Właśnie walił się wieżowiec stojący po drugiej stronie parkingu. Domy płonęły w chaosie. Krzyk ludzi unosił się w powietrzu. Z granatowego nieba spływały błyskawice, raz po raz, bez przerwy oświetlały świat. Jedni biegli, inni przywaleni odłamkami ruin i gradem padali jęcząc.

Wreszcie pewnego kwietniowego dnia, na rogu Bełdan i Lotników (tam była budka telefoniczna) dzwoni sam. Słowa są oszczędne. Ona pyta: Wybaczysz mi? On odpowiada: Tak... to na razie!

(Z uwagi na to, że późniejsze daty są w strzępkach, nie możemy się dowiedzieć, jak rozwiązały się wszystkie perypetie bohatera).

Zeszyt 24, wrzesień 2000 - czerwiec 2001 [rkps, prowadzony regularnie w Lublinie]. Kręci się wokół prawa sformułowanego przez Sz.: Ilość twojego szczęścia jest odwrotnie proporcjonalna do nieszczęścia kogoś. Równolegle toczy się więc opowieść o wyborze A. i o porzucaniu innych (całe szczęście, wbrew obawom bohatera, owe porzucone przyjaźnie przetrwały).

Ojczyzna nadal jest w Lublinie. Ojczyzny się nie wybiera - twierdzi bohater we wrześniu i wiele lat upłynie zanim zrozumie, że jednak się wybiera. Człowiek zyskuje sens przez innych, pisze bohater w październiku, i bardzo to różne od cytowania dwa lata wcześniej Sartre'a o innych jako piekle.

Zeszyt 25, czerwiec 2001 - kwiecień 2003 [rkps, prowadzony nieregularnie, dłuższa przerwa wiosną 2002 r., żeby żyć a nie pisać]. Zapominanie i porzucanie, pisze bohater: ale przyjaciele chyba od tego są, żeby ich tracić. Pamięć też jest chwilowa, a jeszcze wspomnieć by (...) - świat który nie istnieje. Może on nie istniał?

Dodaje później: ślepo kocham ludzi, nie kocham zwierząt.

Zeszyt 26a, sierpień 2003 - kwiecień 2004 [fragment rkps; prowadzony bardzo rzadko, odnośniki do dziennika z Genewy (zeszyt 26b), który zaginął]. Życie dzieje się we fragmentach. Szczęście równoważy nieszczęście. Prawo Sz. jakby przestało działać. Bohater zaczyna inaczej patrzeć na fotografie (czyta Barthesa).

Wielkie narracje splatają się z małymi: w ostatnich zdaniach bohater zauważa, że jutro Polska wchodzi do Unii Europejskiej. Po bez mała dziesięciu latach porzuca dziennik. Za dwa lata, w styczniu 2006 r. odrodzi się jako autor bloga. Widać musi pisać.

(Dopisane: przez ostatnie dni usiłowałem skleić swoje życie. Każdemu polecam. Dokończyłem zeszyt 23.

Lato dwutysięcznego było dla bohatera wyjątkowe. Prawo Sz. obowiązywało w najlepsze. Ale, myślę dzisiaj, nic w nim wyjątkowego właściwie nie było. Każdy ma takie lato lub inną porę roku, kiedy dokonuje się wyborów, kiedy miłość i przyjaźń rodzi się, rozkwita i pulsuje. Coś, czego nie da się zapomnieć. Początek naszej ery.

Bohater czytał Kierkegaarda (w tłumaczeniu Iwaszkiewicza), Tischnera (właśnie zmarł) i Dostojewskiego (Jakie straszliwe tragedie wyprawia z ludźmi realizm). Po siedemnastu latach uświadamiam sobie, że J. mi nie oddała "Choroby na śmierć".)

 

Tagi: ja
10:45, kozmo1 , OSOBISTE
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 stycznia 2017
Dzienniki 1998-1999. Oddalanie

 

Pamięci W., jednej z głównych postaci tych dzienników

 

Zeszyt 18, czerwiec - wrzesień. Więc najpierw liryczna księga tęsknoty. Potem przedmieścia Paryża, zadymiony pub, wpatrywanie się w startujące samoloty i koniec. Da się określić daty. Dopiero teraz zaczynam się zastanawiać, czemu tak się stało. Miłość naprawdę jest złudna - zapisał wtedy po prostu.

Ale to już nie jest naiwna pisanina, to świadomy siebie bohater. Po J. wszystko jest już inaczej. Nawet język doznał przemiany. Przedtem nie wymyśliłby bezsennej Brabancji.

Niektóre wątki, które pojawiają się tutaj, wciąż będą powracać. Pytanie o dom, ojczyznę: wtedy odpowiada, że to duży pokój w R., tam jest środek świata.

Na fotografiach są ludzie, nie miejsca. Chce ich przechować tak jak w dzienniku. Tutaj ma całe zeszyty, czuje, że mu się nie udaje, tam jedynie trzydzieści sześć klatek: po latach zrozumie, że to niemożliwe.

Zeszyt 19, wrzesień - grudzień. Bohater zapisuje: pustkę wypełniam Bogiem. Ale Deus ex machina: jesień i zima należy do Marzeny, tej z czwartego zeszytu. Ten zeszyt mógłby mieć podtytuł "Wielkie nadzieje".

O zapominaniu ciąg dalszy: wykreślam Kaśkę L., bo nic do niej już teraz nie czuję i nie jest dla mnie kimś wielkim (po trzech latach).

O pamiętaniu: śnieg po kolana i wieś w dolinie rzeki (11 grudnia, do tej daty sięga mój sentyment dla Wyżyny).

Ostatnie zdanie: nadmierne przywiązanie do osób gubi ludzi.

Zeszyt 20, grudzień - kwiecień. Proponowany podtytuł "Długie rozstawanie": historia miłosna powinna się skończyć, ale bohater bezustannie ją resuscytuje. Męczą się oboje. Dziennik rwie się. 

Jednocześnie bohater, tak wpatrzony we własne uczucia (Pusta aula, ja sam ze szczotką, zmiatający resztkę baloników. Przy pianinie K. - para J. grający coś chyba smutnego. I wtedy recytowałem "Piotra Płaksina"), nie zauważa cudzych. Łowiąc chimery (nieprzypadkowo, "Tren Fortynbrasa" staje się mottem bohatera), ignoruje czyjeś zmyślone miłości. Dopiero egzegeza tekstu dokonywana teraz przez autora bloga pozwala dostrzec słowa i znaki: inne scenariusze.

Znowu jedzie do Warszawy, ale się waha: brudne, ohydne metropolis. Szare, pełne monumentalnych gmachów (...) pełne osób mówiących giętkim językiem i noszących głowę wysoko, powyżej budynków.

O zapominaniu nadal: za kilka lat będziemy sobie obcy. Pewnie, że najpierw to jeszcze kartki, potem już tylko zaproszenia na ślub, a w końcu koniec (od idealizmu do realizmu w jeden rok).

Zeszyt 21, kwiecień - czerwiec - listopad. Posiadam przynależną bóstwom potrzebę adoracji zapisuje bohater. Pisze teraz drobnym pismem, coraz częściej równoważnikami zdań, cytatami jakby z bloga.

O zapominaniu (wzbudza znów lęk teraźniejszy): Kiedyś nie uwierzyłbym tym, którzy mówili, że to się szybko urywa. Najlepsi przyjaciele nagle znikają. A teraz w to wierzę, bo jakby ziemia się rozstąpiła. Jesteśmy znowu dla siebie obcy. Te 4 lata już nie są ważne - minęły. Nasza radość i nasz strach nie warte nic. Nikt cię nie chce znać, bo jesteś tylko wspomnieniem.

Już wie, że wyjedzie. O 9.41 miał nastąpić koniec świata, tymczasem o 11.15 (jak napisano w awizo) listonosz przyniósł mi zawiadomienie o przyjęciu na Uniwersytet Warszawski. Wcześniej wspominał, że preferowałby ten koniec. Zresztą świat mu się wali we wrześniu, kiedy raz dwa, jednym telefonem, kończy się długie rozstawanie i zaczyna Stachura. Stachura prorok, Stachura pocieszyciel (będzie się jeszcze pojawiał na początku bloga).

Co porabia teraz J.? Co porabia Marzena? - zastanawiam się nad ostatnimi stronami. Boję się go pozostawiać samego w Warszawie: Szukam w barach mlecznych, księgarniach, bibliotekach, pracowniach internetowych, szatniach, supermarketach - czegoś. A znajduję tylko siebie.

 

Dzienniki 1997-1998. Coś, co można wydać

 

- Ten czwarty [17 – przyp. a.b.] zeszyt mógłbym wydać, tylko trzeba zmienić postaci i przerobić to na literaturę.
- Na powieść?
- Raczej krótkie absurdalne opowiadanie.

 

To postanowione: jest ich dwóch – miły, liryczny, dobroduszny bohater i złośliwy, gorzki, zazdrosny osobnik piszący dziennik (27.09.1997). Potem będzie się to zmieniało. Ostatnio miły i liryczny bywa piszący (co może potwierdzić A.)

Zeszyt 14, sierpień – październik. Ogląda Paryż, Paryż - coś pięknego – zapisze. Ale większe wrażenie zrobi na nim zimą widok ze wzgórza Czwartek na zamglony Lublin (widok zapamiętany, nie potrzebuje dziennika ani fotografii).

Zeszyt 15, październik – grudzień. Wygląda na idealistę (tak twierdzi M., która pojawia się też na blogu, a bohater jak nikogo darzy M. estymą). Znowu pogrąża się w zmyślonych miłościach. Nic nie wskazuje na to, co się ma stać w marcu.

Zeszyt 16, grudzień – marzec. Wierzy, że przetrwają fotografie. Skrzętnie je opisuje: biegnie po odbiór zdjęć, ufając, że dzięki temu zachowa chwilę.

I nagle na ostatniej stronie zapisuje o J.: i teraz ona jest dla mnie ważna.

Zeszyt 17, marzec – czerwiec. O żadnej innej wiośnie przez siedemnaście lat, nie napisze, że to najpiękniejsza wiosna życia. Zmienia się wszystko łącznie ze sposobem zapisu, intensywnością zdań. Trzy miesiące  przedziwnej opowieści o uczuciu, które potrafi przeorać rozum. J. Od tej pory wszystko będzie już inaczej.

Tego człowieka, bohatera, już dobrze znam.

 

Tagi: ja
10:17, kozmo1 , OSOBISTE
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 stycznia 2017
Dzienniki 1996-1997. Syndrom lubelski

 

Tym, co łączy bohatera dzienników z bohaterem "W poszukiwaniu straconego czasu" jest fakt, że obaj spędzają długie godziny nad uczuciowymi dywagacjami, roztrząsając rozterki dotyczące np. wierności Albertyny albo tego, czy Monika odpisze na list. W obu wypadkach interesuje ich nie tyle samo działanie, toteż wolą leżeć i myśleć, ile stan wewnętrzny - szczęście lub nieszczęście - którym potrafią się rozkoszować. Oczywiście tutaj podobieństwa się kończą. Dzienniki nie są niestety literaturą, wbrew ówczesnym wyobrażeniom ich autora, który co jakiś czas wspomina o potrzebie ich publikacji. Literatura dąży do uogólnienia, wzniesienia się ponad ciąg zdarzeń. Autor dzienników, próżny trud, wznieść się nie potrafi.

Wbrew być może temu, co da się wyczytać z bloga, Lublin wcale nie jawi się jeszcze wówczas jako miasto idealne. Miasta idealne rodzą się wtedy, gdy je porzucamy. Przypuszczam za to, że ten sposób pisania, ten sposób przeżywania to właśnie świadectwo owej nieuleczalnej lubelskiej melancholii, znajomego uczucia, które mieszkańców miasta wprowadza w nieustający minorowy nastrój.

Zeszyt 11, wrzesień - grudzień. Chociaż bohaterowi nie udaje się wypożyczyć z biblioteki "Cierpień młodego Wertera", fantazjuje on o miłości, która oznaczać ma przytulenie się do cudzego ciepłego swetra. Zakochuje się więc siłą sugestii. Oto szkolny kolega pisze poemat o bohaterze i Kate (taka pisownia w dziennikach) a urzeczony bohater postanawia poezję zamienić na prozę, co stanowić będzie główny wątek dziennika.

Dużo rzeczy jest wtedy pierwszych: pierwsza wizyta w Krakowie, pierwszy e-mail, pierwsze słuchanie jazzu, które daje przyjemność i pierwsze zastosowanie Cohena dla napawania się melancholią. Ba, pierwszy raz pojawia się wówczas przezwisko Kozmo (październik 1996 r.), którego autorem jest ów kolega o sporej sile sugestii.

Zeszyt 12, grudzień - luty. Bohater tropi nihilizm. W sumie z jego poglądami mógłby się dzisiaj zgodzić mój kolega z pokoju. Nihilizm to bardzo pojemna kategoria oznaczająca właściwie wszystko, co nie jest chrześcijaństwem.

Po raz pierwszy pojawia się też Iwaszkiewicz. Bohater odczytuje fragmenty o nim z "Dziennika" Kisiela. Zapewne, choć o tym nie pisze, kwalifikuje go jako nihilistę.

Zeszyt 13, luty - sierpień. Aby oderwać się od najlepszej szkoły na wschód od Renu (cytat z jej dyrektora), która - co odkrywa bohater - przeżarta jest korupcją i pozorem, bohater spaceruje po księgarniach. Czasem sam, czasem z kimś. Tamten Lublin składa się z księgarń (dlatego dziś nie da powtórzyć się spaceru bohatera).

W końcu w sierpniu, udaje mu się przytulić do cudzego, ciepłego swetra, tyle tylko, że to nie jest - jak się okazuje - miłość.

 

środa, 04 stycznia 2017
Dzienniki 1995-1996. Metamorfozy

 

(Impresja. Wschód słońca nad Wrotkowem, czyli inaczej widok z przystanku o 6.52, 16.01.1996, źródło: a.b.)

 

Te dzienniki od poprzednich rozdziela niewidzialna granica. Nie potrafię tego wytłumaczyć, tej przedziwnej zmiany sposobu pisania i zachowania bohatera. Inaczej też je czytam: kilkoro bohaterów pozostało ważnych mimo upływu lat. Ten dziennik już bezpośrednio, jedną narracją, kombinacją wyborów i decyzji, prowadzi do miejsca, w którym jestem teraz.

To opowieść o potędze zapominania. Kasia L., której poświęcał jeszcze tyle tekstu w zeszycie 7, tutaj pojawia się jako wspomnienie dopiero na początku grudnia. Przez pierwsze strony szukam jej usilnie, czytam uważnie, ale nie, nie ma, zniknęła, została wymazana.

W styczniu znajdujemy zapis: nie łączy mnie nic z [tamtą szkołą]. Jestem dziś nowym człowiekiem. W połowie lutego uważny obserwator zapominania doda: teraz już znikły więzy szkolne (...) Kontakt z Kaśką (...) i Kaśką Wł. urwał się już na początku, we wrześniu - Marek, w październiku - Dagny, w grudniu -  K (...), Daniel, Dominika. Ta już nie mówi "Cześć". Tylko jeszcze Beata rozmawia czasem ze mną. A więc doświadczalnie wykazuje, że relacje międzyludzkie nie są stałe, że chyboczą i że z czasem przestajemy się nawet rozpoznawać. (Długo usiłuję sobie przypomnieć kim był wspomniany Daniel, ale nie mam pojęcia). Wszystko ulega zapomnieniu. A może [te strony] powodują utratę pamięci. Bo każdy dzień życia nie jest doświadczeniem, tylko kartką.

Kiedy w kolejnym wrześniu do szkoły dołączy Kasia L., okaże się już tylko cieniem z przeszłości. Ona już nigdy nie będzie Kasią L., którą "kochałem" w VIII klasie - zapisuje autor, stawiając cudzysłów, traktując przeszłość jako rodzaj literatury. Nigdy. Tylko raz, w jednym momencie, pojawia się możliwość. Wyłącznie raz. Wtedy, gdy tańczyli razem "Always" Bon Jovi albo wtedy, gdy mógł podarować jej gazetę z hollywoodzkimi gwiazdami. Jeden moment decyduje o wszystkim, ale zauważasz to dopiero później, kiedy wybór zostaje dokonany - tak albo nie. (Próbowałem to, podobnie nieporadnie jak dzisiaj, tłumaczyć tutaj: tylko na chwilę, tu i teraz są obok siebie, a za chwilę odejdą i nigdy w życiu już się nie spotkają).

Zeszyt 8, wrzesień - listopad. Bohater okazuje się znawcą mody damskiej i prowadzi rozliczne klasyfikacje. Ocenia ostro i bezwzględnie, później się wycofuje, żałując zapisów.

Zeszyt 9, listopad - kwiecień. W listopadzie bohater jedzie do Warszawy. To ważna podróż: od tego momentu sentymentem darzy Powiśle i zimowe wieczory na Marszałkowskiej. Lubię to miasto, już oświetlone Bożym Narodzeniem, lubię tłoczne i szerokie ulice, monumentalne budynki. Za parę lat okaże się, że zmienił zdanie, ale wtedy będzie za późno: zamieszka w tym mieście.

Zawsze w czasie tych kilku dni myślę o sensie życia - zapisuje pod koniec grudnia. Por. tutaj.

Zeszyt 10, kwiecień - wrzesień. Bohater nikomu nie wyznaje miłości, zaczyna za to uciekać w dewocyjną religię. Objawia się znów jego skłonność do patosu. Po raz pierwszy z bliska napotyka Śmierć. Wówczas dochodzi do wniosku, że to koniec dzieciństwa.

 

Tagi: ja
21:37, kozmo1 , OSOBISTE
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 stycznia 2017
Dzienniki 1994-1995. Łatwość zapominania

 

- Pisałeś dzienniki, żeby je upublicznić?
- Tak, to miała być wielka literatura a ja miałem być sławny.

 

Zeszyt 1, wrzesień - styczeń. Na pierwszych trzech stronach bohater dwukrotnie wyznaje miłość różnym osobom, potem wyzna ją jeszcze swojej podstawówce en masse. Skrupulatnie zapisuje z kim rozmawia, w której sali lekcja i z czego pytali. Kolekcjonuje rzeczywistość. Obżera się lodami bambino, wafelkami i paluszkami. Patrz, w sumie miałem cechy, aby zostać bezwzględnym karierowiczem, a potem coś się zmieniło.

Zeszyt 2, styczeń - kwiecień. Tu jest zapisane z kim rozmawiasz, a nie ma o czym - dziwi się A. Pamięć jest wybiórcza, całe to ze szczegółami zapisywane tło rozmyło się, ale palce Arka, kiedy grał na flecie i tak nas to śmieszyło, widzę od razu; doskonale pamiętam "Always" Bon Jovi, kiedy tańczyłem z Kasią L.: nawet potrafię opowiedzieć swoje ówczesne uczucia: wtedy zapis jest tylko katalizatorem.

Zeszyt 3, kwiecień – maj. Coraz większą sympatię czuję do bohatera. Ta jego naiwna, patetyczna, niewyznana nigdy, obsesyjna miłość do Kasi L., jego tęsknota, notatki w co się ubiera i wyczekiwanie na przystanku, wszystko to zaczyna żyć własnym życiem, staje się fabułą. Dlaczego miałoby mu się nie udać, zapytuję sam siebie, a przecież wiem, co będzie dalej.

Wyciągam z szafki album ze zdjęciami. Teraz pamięć może oprócz tekstu posiłkować się fotografią. Przyglądam się, ale to chyba niemożliwe, na zdjęciach są jakieś dzieciaki.

Zeszyt 4, maj - czerwiec. Przestraszyłem się, bo tak bardzo bardzo zależało mu/mi na nich, a dzisiaj są tak zupełnie dalecy. Bez Piotrka nie wyobrażałem sobie żadnej lekcji, a dziś nie rozpoznajemy siebie na ulicach Wa. (tutaj). Anka mieszka kilka bloków dalej, widujemy się raz na trzy-cztery lata, przypadkiem, w autobusie, a tyle jej poświęciłem zdań i tyle czułości na papierze. Przestraszyłem się, że ci, którzy są dzisiaj, ci najważniejsi (oni wiedzą którzy) także zostaną zapomniani.

Tego balu nie zapomnę - zapisałem w dzienniku. Owszem, nic nie pamiętam. Dopiero z perspektywy da się powiedzieć "niezapomniane".

Zabawne, bo dopiero dzięki zdjęciom przypominam sobie o najlepszej koleżance Kasi L., której bohater początkowo zupełnie nie zauważa, potem nazywa ją Justyna, aż w końcu zapisuje, że to Marzena. Zabawne, bo za parę lat, to ona stanie się tematem dziennika.

Zeszyt 5, czerwiec. Bohater wpada w nastrój refleksyjny, wreszcie uświadamia sobie wielkie zapominanie. Co będzie z naszą klasą za kilka lat? Zdjęcia utrwalają martwo, to co żywe mija, zachodzi w niepamięć. Nie da się już tam wrócić. Wszystko odpłynie.

Przypomniałem sobie, że siedem lat temu też już pisałem o tym: tutaj.

Nie potrafię rozstać się z lekturą, bo robi mi się smutno. Chciałbym jakoś pomóc bohaterowi.

Zeszyt 6 (cienki), czerwiec. Tymczasem jemu wydaje się, że osiągnął sławę, o jakiej marzył w dzieciństwie. Nie wie jeszcze, że bezcelowa pogoń za upragnioną sławą zajmie mu kolejne lata.

Zeszyt 7 (cienki), czerwiec - wrzesień. Jak w smutnym filmie o dorastaniu, czasami nie da się nie wzruszyć, więc wzruszam się. Polubiłem go bardziej niż wtedy. Ostatnie zdanie brzmi: Wracałem 9 z nadzieją, że może spotkam Kasię L. na Wileńskiej. Nic z tego.

 

(Z uwagi na brak kontaktu z bohaterami dzienników, zdecydowałem się używać w tym wpisie ich prawdziwych imion, a nie inicjałów).

Tagi: ja
14:36, kozmo1 , OSOBISTE
Link Dodaj komentarz »