2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
Kategorie: Wszystkie | DZIENNIK | KINO | KSIĘGARNIA | OSOBISTE | TEKSTY
RSS
poniedziałek, 27 lutego 2017
Szwedzka teoria miłości

 

 

1.

Grupy młodych Szwedów ukrywają się po lasach, aby móc swobodnie okazywać sobie uczucia i dotykać się nawzajem, próbując uciec od przymusu niezależności - kiedy oglądam tę scenę mam poczucie absurdu, jakby ten fragment reżyser żywcem wyjął, z któregoś ze skeczy "Latającego cyrku", ale nie, to jest dokument. To chyba ta scena czyni mnie nieprzekonanym.

2.

Szwedzka rodzina kojarzy mi się momentalnie z pastelowymi obrazkami Carla Larssona albo z sielankową opowieścią o Bullerbyn. Zresztą przebitka na czarno-białe filmiki o tym, jak było dawniej, opowiada właśnie o tym: o poważnych rodzicach i gromadce blond dziatek nad poranną owsianką. Podejrzenia, że coś jest nie tak rozbudzały już wcześniejsze lektury: "Polski hydraulik" Zaremby (tutaj) czy "W Lesie Wiedeńskim..." Asbrink (tutaj).

3.

Nie wiem, czemu nie podchwyciły tego prawicowe media. Zresztą może podchwyciły, ale nie doczytałem: to prawdziwa udręka usiłować przeczytać coś w tej mieszaninie jadu i manipulacji (a o Szwecji akurat piszą dużo i źle). "Szwedzka teoria miłości" opowiada o socjaldemokratycznej utopii, wśród której twórców jest sam Olof Palme. Jak każda utopia, ta też chciała zmienić społeczeństwo. Daleko jej do krwawych utopii komunistów, założenie było proste: dajmy ludziom niezależność, zupełną wolność od innych, autonomię. Jakiś głos w filmie co pewien czas powtarza złowieszczo te słowa klucze.

4.

Okazuje się, że człowiek pozbawiony więzi, jednostka samodzielna i autonomiczna, staje się jednostką nieszczęśliwą. Szczęście tkwi w relacjach. Zygmunt Bauman, który komentuje fabułę w ostatnich minutach filmu, podkreśla, że szczęście nie oznacza życia bez problemów. Temu, komu owe spostrzeżenia wydają się banalne, należy podpowiedzieć, że są one wnioskiem z czterdziestu lat inżynierii społecznej, która Szwedów zamieniła w smutnych odludków.

5.

O tym akurat piszą prawicowe media (chciałem napisać szczujnie): o napływie imigrantów do Szwecji. Nie, że jest im zimno, bo klimat. Jest im zimno, bo żyli w świecie, w którym relacje ludzkie wyglądały zupełnie inaczej, tak jak w Szwecji, zanim ktoś wpadł na pomysł uniezależnienia ludzi od siebie. Zresztą pada w tym filmie pytanie o to, kto od kogo ma się uczyć wartości. A odpowiedź na nie wcale nie jest łatwa.

Słowa klucze: milion koron, dzida, plemniki

4,0/3,5

 

(źródło: filmweb.pl)

niedziela, 19 lutego 2017
Manchester by the Sea

 

 

Rzadko zdarza mi się powiedzieć o jakimś filmie (zwłaszcza teraz, gdy rzadziej je oglądam), że jest wybitny. W "Manchester by the Sea" (myślałem początkowo, wybaczcie ignorancję, że toczy się on w tym zwyczajnym Manchesterze, a nie w Massachusetts, ale sprawdziłem - kierownice mieli po właściwej stronie) wszystko pasuje: poetyckie zdjęcia, dobrana muzyka (wyjątkowo dużo Haendla), przekonująca gra, scenariusz. A. wróciła przygnębiona, oczekiwałem więc, że u mnie będzie podobnie, ale nie - według mnie film pozostawia przestrzeń między widzem a fabułą, choć wywołuje ogromne emocje.

O wybitności świadczy również to, że można odczytywać go na wiele sposobów: jako opowieść o relacjach rodzinnych, o winie i karze albo o syndromie stresu pourazowego. Dla mnie - z racji ostatnich przemyśleń nad Opatrznością - wydaje się być filmem religijnym, stawiającym przed widzem fundamentalne pytania i niedającym żadnych odpowiedzi. Nie bez znaczenia jest to, że społeczność, w której dzieje się akcja "Manchesteru", to katolicy: zaznaczają to jedna czy dwie sceny, ale dzięki temu do opisu zdarzeń możemy zastosować ten sam język religijny.

Pokrótce - przypowieść o Lee Chandlerze jest historią o Opatrzności, która, z niewiadomych dla bohaterów przyczyn, nie czuwała nad nimi. A ten Haendel to jak na ironię.

Słowa klucze: mrożony kurczak, silnik do łodzi, mewy, Jowisz

4,5/5,0

 

(źródło: cineavatar.it)

środa, 15 lutego 2017
Toni Erdmann

 

 

To przeraźliwie smutny film o samotności, właściwie o dwóch samotnościach, różnych od siebie i nie mogących znaleźć żadnej wspólnej części. Nawet, kiedy pojawia się śmiech, a pojawia się często zwłaszcza w trzeciej godzinie filmu, to jest to gorzki śmiech. Ten smutek trwa długo a zdaniem i A., i moim, chyba za długo, bo żeby dojść do dość banalnego wniosku, że życie przepływa przez palce a dzieci rosną i odchodzą, wystarczyłoby półtorej godziny, nie prawie trzy.

Samotność ojca-emeryta, którą on usiłuje pokonać mniej lub bardziej nieudanymi żartami; samotność córki-międzynarodowej konsultantki, której życie toczy się między spotkaniami, prezentacjami oraz kokainą i seksem dla rozluźnienia: w kategorii najgorsze sceny erotyczne „Toni Erdmann” z zielonym ciasteczkiem staje na podium. Samotność, jak się okazuje w ostatnim dialogu, nie do przezwyciężenia. A gdzie tu sens życia, czymkolwiek on jest?

Ale ten film można potraktować też inaczej: jako krytykę systemu negującego wartość osoby (to, co mówi Franciszek!); kapitalizmu, który alienuje coraz bardziej na poziomie społeczeństw i jednostek. Na oddzielną rozprawkę zasługiwałby temat: „Rumunia w oczach Zachodu”. Biedne podwórka z umorusanymi dziećmi, ulegli i podlegli pracownicy z ambicjami, nocne kluby ze striptizem. Gdyby akcja „Toni Erdmann” toczyła się w Warszawie, występowałaby już reduta obrony narodu czy jak to się tam nazywa a dziennik telewizyjny poświęciłby tej niemiecko-austriackiej prowokacji cały materiał. Rumuni za to znoszą to cierpliwie: dyrektor Iliescu z „Toni Erdmann” to przecież komendant policji z „Egzaminu”.

Słowa klucze: pisanki, sztuczne zęby, mały palec u nogi

3,0/3,0

 

(źródło: filmweb.pl)

niedziela, 05 lutego 2017
Egzamin

 

 

Idź na ten film, namawiała mnie A., więc poszedłem. Błąd, to znaczy film bardzo dobry, trochę Kafka, trochę Ibsen, ale nie dzisiaj, gdy na głowę spadają tobie dodatkowo - prócz własnych telefonów - nieodebrane połączenia doktora Romeo Aldei.

W czasach, w których władza marzy o filmach o Polsce, dla Polski i za Polskę, powtarzam: najlepsze filmy rumuńskie są w gruncie rzeczy "antyrumuńskie", podobnie jak irańskie - "antyirańskie", itd. "Egzamin" jest tak "antyrumuński", że wychodząc z kina, zastanawiałem się, czy ta Rumunia nie jest nazbyt przerysowana. (To, po Hercie Mueller, druga rumuńska pozycja w moim tegorocznym repertuarze i mój lubelski spleen jawi się przy nich obu jako leciutka melancholijka).

W największym skrócie "Egzamin" opowiada o tym, że bycie uczciwym w małym(?) rumuńskim miasteczku jest niemożliwością. Że uczciwi na zawsze pracują jako szkolne bibliotekarki i mieszkają w obrzydliwych blokowiskach, na których nawet nie zagościła pasteloza. Że jedyną szansą, aby nie zmarnować życia jest ucieczka, ucieczka od cierpienia, za granicę, do wymarzonej (w filmie wymarzonej przez rodziców dla córki jedynaczki) Europy.

Słowa klucze: woda źródlana z lidla, dzwonek komórki, bezdomne psy

4,0/3,5

 

(źródło: filmweb.pl)

niedziela, 29 stycznia 2017
Paterson

 

 

(Spojler) Trudno, żebym nie lubił bohatera, który jest najzwyczajniejszy ze zwyczajnych: Paterson z miasta Paterson, a który chciałby osiągnąć coś wyjątkowego: stać się poetą (a może nawet trafić do encyklopedii?). Otóż, tytułowy bohater prowadzi tajny notatnik z wierszami (brzmi znajomo?), któremu (jeszcze większy spojler) przydarza się defragmentacja. Nie będę znowu pisał o własnych dziennikach, ale przyznacie sami, że pragnienie sławy, tajne notatki, ich rwanie i sklejanie to coś, co zajmowało mnie ostatnio. Niespodzianką jest jednak to, że z głównym bohaterem, wbrew pozorom, się nie utożsamiłem.

Równie znajoma (i to zdanie nas obojga a film oglądaliśmy w odstępie tygodnia) jest żona głównego bohatera. Malowanie mebli i drzwi, czarno-białe babeczki, warzywniak za domkiem, komosa zamiast kuskusu i na obiad tarta z cheddarem i brukselkami. Przecież to portret kolejnej z bohaterek pojawiających się na blogu, to znaczy Jo.!

Jarmush nie zaskakuje: dba o najmniejsze szczegóły, pozwala historiom układać się równolegle, przypadkowo spotkane osoby wnoszą do fabuły zupełnie nowe opowieści (obojgu nam przypadł do gustu japoński poeta). Powstaje pogodny film, w sam raz na wychodzenie z zimowego snu.

Film ogląda się tak przyjemnie, że wyznałem A., iż odwiedzimy Paterson jak tylko znajdziemy się w Stanach. Ni mniej, ni więcej oznacza to, że filmowa promocja miasta ze starymi przędzalniami, ławeczką naprzeciw wodospadu i poetami na każdym rogu powiodła się.

Słowa klucze: bliźniaczki, William Carlos Williams, buldog angielski

3,5/4,0

 

(źródło: weekendnotes.com)

niedziela, 25 września 2016
Zjednoczone stany miłości

 

 

Przerost formy nad treścią - oburzała się Jo. na Berlinale, więc bardzo chciałem Jo. udowodnić, że się pomyliła, wiele trudu mnie to kosztowało, niedzielne popołudnie poświęciłem i jesienią pachnący Mokotów, i na nic. Nie widziałem do tej pory tak antykobiecego filmu. W ogóle dziwna z nim historia.

Forma. Zdjęcia są perfekcyjne, dawno nie widziałem takich ujęć. Wanna w niebieskiej łazience. Nocne osiedle (pamiętam takie nocne osiedla i ich przepastną tęsknotę). Symetria klatki schodowej. Gdyby to był album z fotografiami, przeglądałbym zachwycony, szturchając łokciem A. i mrucząc: no, zobacz, genialne.

Udało mu się pokazać schyłek, który jest początkiem. Szukam we własnych wspomnieniach i nawet cud odnajduję. Że rysa na policzku Matki Boskiej będzie szła do jej serca, a jak dojdzie - to koniec świata. O tym rozmawiają dwie dziewczynki w szkole, oglądając obrazki. Zrozumie to tylko ten, kto żył w tamtych betonowych czasach, na osiedlach z pawilonami handlowymi, kaplicami kościołów w budowie i widokiem na szczere pole.

Treść. Każdą z tych historii, bo na film składają się trzy historie (w sumie cztery, ale bohaterka czwartej jest w tle każdej z pozostałych), obejrzałbym chętnie jako klasyczną fabułę. Może poza pierwszą, bo temat romansu z księdzem jest już oklepany i nikogo nie bawi. (Spojler) Za to opowiastka o dyrektorce szkoły ze sznurem pereł na szyi topiącej uczennicę, córkę swojego kochanka, jest majstersztykiem.

Niestety mój problem z filmem Tomasza Wasilewskiego pojawia się tam, gdzie forma łączy się z treścią. Nijak mi jedno do drugiego nie pasuje. To, co wydawać by się mogło wyrafinowane lub wysmakowane, okazuje się być pretensjonalne i nudnawe. Wszyscy troje widzimy w formie podobieństwo do Seidla, ale on stosuje ją w zupełnie innym kontekście fabularnym. Nagość u Seidla jest uzasadniona, podczas gdy tu dla części scen (np. kąpieli nagich staruszek) uzasadnieniem jest jedynie wymóg formy. (Przyznaję, zdarzają się też sceny, w których forma i treść łączą się bez zarzutu, jak choćby scena obmywania w ostatnich minutach filmu).

Słowa klucze: ajerkoniak, kanarki, plakat z koncertu Whitney Houston

(3,5/3,0)

 

(źródło: stopklatka.pl)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 79