Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl
niedziela, 24 lutego 2019
Kafarnaum

 

(Jonas i Zejn, źródło: kinomuranow.pl)

 

Na "Kafarnaum" trafiam, a właściwie wybiera je A., w bardzo szczególnym momencie zastanawiania się nad sobą samym, tudzież nad tym, co w życiu jest istotne. I "Kafarnaum" przynosi, jak mi się wydaje, odpowiedź bardzo prostą, którą da się zawrzeć w jednym zdaniu.

To nie religia przynosi ludziom zbawienie, tylko zwyczajna dobroć, ta głęboka, ludzka solidarność ze skrzywdzonym, ba solidarność skrzywdzonych. A ci, co nie okazują solidarności, sami siebie stawiają na równi z krzywdzicielem.

Ten przebłysk, który pojawia się w filmie prowadzi mnie do doktora Rieux z "Dżumy". I w "Kafarnaum", to jest w przeklętym przez Boga mieście, i w Oranie, człowiek musi sam radzić sobie ze złem. Nic ponad. I nigdy nie będę kochał tego świata, gdzie dzieci są torturowane - mówi doktor, a równie dobrze mogłaby te słowa powtórzyć Nadine, adwokatka i Nadine, reżyserka, którą pamiętamy jeszcze z pełnego magicznego realizmu "Karmelu" (tutaj).

Czy jesteśmy krzywdzicielami? Kim są - zapytajmy więc - bohaterowie filmu? Czy to nie ci sami, przed którymi grodzimy się drutami kolczastymi i zamykamy porty? Czy jednym z możliwych zakończeń tego filmu nie byłby przepełniony ponton i Morze Śródziemne, i ciało topielca z krzyżykiem w ustach (jak opisuje Mikołajewski, tutaj)? Czy nie o nich mówi prezes tego państwa, że roznoszą choroby?

A jeśli ufamy, a ufaliśmy, że nasza religia ratuje nas ode złego, to powinniśmy zrozumieć, że bez tej solidarności, nasza religia jest tylko pustym frazesem, zestawem gestów, co "Kafarnaum" doskonale streszcza w dwóch więziennych scenach.

(I po raz kolejny dodam, że bardzo ciężko ogląda się smutne filmy o dzieciach, pamiętając, że w domu czeka na ciebie Dziecko.)

 

wtorek, 19 lutego 2019
Berlińskie psy, sezon 1

 


(Anna Maria Muehe jako Sabine Ludar w "Berlińskich psach", źródło: imdb.com)
 

Długoletnie Czytelniczki i Czytelnicy mogą pamiętać, że kiedyś ważną rolę w życiu autora bloga odegrał film pod tytułem "Hiszpański cyrk". Zdarzają się bowiem takie momenty w życiu, że aby samemu nie eksplodować, należy oglądać filmy, których producenci ostrzegają napisem seks, przemoc, wulgaryzmy. Witamy w serialu "Berlińskie psy"!

Najsampierw chwała należy się jego scenarzystom. Może w pierwszych odcinkach nie jest to tak widoczne, ale sposób splecenia wątków jest prawdziwym majstersztykiem. Pojedyczny odcinek potrafi trzymać w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty (dopisuje A., że w pierwszych odcinkach nie potrafi). Nieważne, że Berlin z serialu jest dystopijnym miastem rządzonym przez mafie (jak ktoś napisał w komentarzach: wygląda jak Islamabad, nie Berlin), które nie ma nic wspólnego z moim wyidealizowanym wiecznie słonecznym miastem (a także nic z hipsterskim pochmurnym miastem Jo.) To jest kawał mięsnego kina.

(Spojler) Ale nie byłbym sobą, gdybym nie napisał o wątku pobocznym, ale na swój sposób (mnie osobiście) ujmującym. To historia Sabine, dziewczyny z Marzahn, którą poznajemy jako kochankę głównego bohatera. "Berlińskie psy" stają się - dzięki niej - motywacyjną opowieścią o tym, jak upaść na dno i jak się z tego dna podnieść (a przy podnoszeniu mogą pomóc osoby, których o pomoc z pewnością byście nie podejrzewali). Sabine ma jeszcze jedną cechę, obcą pozostałym bohaterom: jest szczera i prostolinijna. Podejrzewam, że jako jedyna z nich ma zadatki na świętą.

Po czterystu siedemdziesięciu minutach seksu, przemocy i wulgaryzmów, docieramy do katharsis. Katharsis odbywa się w zwolnionym tempie, w tle leci "The Dogs" Moby'ego: This is how, how we tried/ This is where, where it died/ This is how, how we cried/ Like the dogs left outside. Już dobrze, można rano iść do pracy. 

  

poniedziałek, 11 lutego 2019
Rozmowy z mordercą. Taśmy Teda Bundy'ego

 


(Szkic sytuacyjny jednego z ataków Bundy'ego (także murderabilium), źródło: https://kingcountynews.files.wordpress.com)

 

Tuż po obejrzeniu serialu, przeczytałem gdzieś w sieci informację, że Netflix sugeruje nieoglądanie go w pojedynkę. Trochę się nie dziwię, zważywszy, że po odcinkach chodziliśmy sprawdzać drzwi, czy zamknięte.

Jeśli coś można by określić jako klasyczne murderabilium - takiej nazwy używa czytany w styczniu komiks - to z pewnością są nim rozmowy z seryjnym mordercą nagrywane w celi śmierci. Wywołują właśnie ten dreszcz, o który chodzi widzowi. Palec na ekranie przyciska play na magnetofonie i spokojny głos mówi: nazywam się Ted Bundy.

Seryjni mordercy wzbudzają ciekawość swoją nieludzkością. W przypadku Bundy'ego ważne jest jeszcze jedno: kontrast. Oto sympatyczny, o błękitnych oczach, student prawa w swym sympatycznym samochodzie, pomarańczowym garbusie. Nic dziwnego, że wielbicielki wysyłają mu do więzienia listy. Czy ten młodzieniec może zrobić coś złego? To, co najciemniejsze, ten inny Ted Bundy nie pojawia się właściwie w filmie: pozostają tylko plamy krwi na poduszkach i sczerniałe kości w leśnej ściółce.

Ten kontrast - w innym kontekście - chyba najlepiej ujął Andrzej Bursa pisząc o komendancie Auschwitz: Kiedy czuję się zmęczony pracą /Gwiazdy obóz otoczą kolczaste /Pochylony w skrzypiącej kulbace /Pędzę konno chorowitym laskiem. Bundy, w przeciwieństwie do Hoessa, jest drapieżnikiem nocnym.

*

Dochodzimy do finału czwartego odcinka. Więzienie stanowe Florydy, poranek, kiedy stracą mordercę. Oglądamy tłuszczę z transparentami i lornetkami, oczekującą aż wywiozą ciało. Piknik z okazji egzekucji wzbudza najgłębszą odrazę. Prymitywne, chamskie rednecki - nie ma większego kontrastu z miłym studentem ze stanu Waszyngton. 

 

wtorek, 29 stycznia 2019
The Keepers

 


(Archbishop Keough High School w Baltimore, (c) Archidiecezja Baltimore, źródło: flickr.com)

 

Wbrew pozorom dokumentalny serial "Netflixa" i Proust mają ze sobą coś wspólnego: w obu kluczowa jest kwestia tego, jak i co pamiętamy. Osią fabuły "The Keepers" są bowiem odzyskane wspomnienia niejakiej Jane Doe, to na ich podstawie budowane są kolejne przypuszczenia i wątki. Zarzut ich niewiarygodności reżyserzy serialu odpierają - w mało elegancki sposób - podważając kompetencje eksperta, na podstawie opinii którego sąd na początku lat 90. nie uwierzył Jane Doe.

Tymczasem dyskusja o odzyskanych wspomnieniach wcale nie jest łatwa (por. tutaj). Lata dziewięćdziesiąte to przecież nie tylko Jane Doe, ale i Fallon Carrington z "Dynastii", która przypomina sobie porwanie przez UFO. Dowód jest wystarczający dla opery mydlanej, ale czy na pewno dla serialu dokumentalnego?

Kłopot w tym, że gdy poznajemy Jane Doe, wydaje się ona średnio wiarygodną ofiarą religijnej neurozy. W gruncie rzeczy jej odzyskane wspomnienia szkodzą samemu poszukiwaniu prawdy o zabójstwie zakonnicy Cathy Cesnik  i wykorzystywaniu uczennic przez ojca Maskella w katolickiej szkole w Baltimore, naprowadzając śledztwo w ślepe uliczki. Może dlatego autorom umykają rzeczy, wydawać się może, kluczowe (kto jako jedyny miał najjaśniejszy motyw zabójstwa?), zamiast tego skupiają się na zamazanych obrazach ze wspomnień Jane Doe.

Niespodziewany ostatni odcinek zamienia się w publicystykę. Nie przybliża nas to w żaden sposób do tajemnicy zabójstwa, natomiast bardzo ostro uderza w amerykański Kościół. Szkoda jedynie, że robi to w tak mało profesjonalny sposób.

 

czwartek, 04 października 2018
Kler

 

 

 

Chcę prezydenta a dają mi jakiegoś wicepremiera
(abp Mordowicz)

 

(Spojlery) W "Klerze" nie ma nic bluźnierczego i nic antyreligijnego. Widziałem zawód na wielu twarzach osób wychodzących z kina. Antyklerykalizm nie ma nic wspólnego ze zwalczaniem religii, ba, bardzo pomaga religię oczyścić, wydobyć z niej to, co najważniejsze.

Wbrew różnym opiniom odbieram ten film właśnie jako film religijny, przyjrzyjmy się detalom: ksiądz Trybus nawraca się dzięki Maryi, obrazkowi Matki Boskiej Karmiącej; Oko Opatrzności, które pojawia się w ostatniej scenie stoi po stronie (przegranej?) prawdy, nie biskupiej hipokryzji.

Nie ma też w tym filmie nic, czego już nie wiemy. Oczywiście film podaje nam ową wiedzę w skondensowanej fabule, ale fakty już znamy, od wielu lat: Tochman o Tylawie, siostra Bernadetta, reportaże Overbeeka. Jeśli chodzi o biskupią hipokryzję warto przeczytać tom kazań wydawnictwa "Biały Kruk" (tutaj), w którym narodowa megalomania, mesjanizm i poglądy rodem ze średniowiecza łączą się w homiliach zupełnie pozbawionych Ewangelii. Smarzowski zbiera to wszystko w jednym obrazie, żebyśmy nie zapomnieli.

Kogo to szokuje? Chyba najbardziej uderza w układ zawarty pomiędzy Kościołem a Partią. To najbardziej boli. A każda odsłona ataku na film okazuje się tylko potwierdzać tezy reżysera. Co więcej, na miejscu rozeźlonych propagandystów i polityków, nie rzucałbym bezmyślnie fraz tylko świnie siedzą w kinie ani nie powielał plakatu z Janem Pawłem II w miejscu Mordowicza. Po obejrzeniu filmu od razu czuć w tym pewną dwuznaczność, ba, nie wiem, czy niechcący plakat z papieżem nie mówi więcej niż film.

Odpowiedzią Partii, o czym pisałem w "Jesieni", jest przypominanie kościelnych zasług. Traf chciał, że premiera filmu zbiegła się w czasie z wyrzuceniem ze stanu kapłańskiego chilijskiego księdza Cristiana Prechta, wybitnego obrońcy praw człowieka, jednego z twórców Wikariatu Solidarności (w miejscu Popiełuszki na wiadomym plakacie), a jednocześnie sprawcy przestępstw seksualnych. Nic do rzeczy nie miały cnoty w życiorysie.

Oglądam "Kler" zastanawiając się nad pytaniem What Jesus would do? W porównaniu z ciągłymi - jakby to powiedziała partyjna propaganda - wściekłymi i odrażającymi atakami Jezusa na ówczesnych przedstawicieli kleru i to kleru powiązanego z okupacyjną władzą, parabola o czterech kapłanach (tak określmy "Kler") nie wydaje się zbyt bezwzględna. Każdy z nich zbłądził, ale nikt nie został ostatecznie potępiony.

 

poniedziałek, 27 lutego 2017
Szwedzka teoria miłości

 

 

1.

Grupy młodych Szwedów ukrywają się po lasach, aby móc swobodnie okazywać sobie uczucia i dotykać się nawzajem, próbując uciec od przymusu niezależności - kiedy oglądam tę scenę mam poczucie absurdu, jakby ten fragment reżyser żywcem wyjął, z któregoś ze skeczy "Latającego cyrku", ale nie, to jest dokument. To chyba ta scena czyni mnie nieprzekonanym.

2.

Szwedzka rodzina kojarzy mi się momentalnie z pastelowymi obrazkami Carla Larssona albo z sielankową opowieścią o Bullerbyn. Zresztą przebitka na czarno-białe filmiki o tym, jak było dawniej, opowiada właśnie o tym: o poważnych rodzicach i gromadce blond dziatek nad poranną owsianką. Podejrzenia, że coś jest nie tak rozbudzały już wcześniejsze lektury: "Polski hydraulik" Zaremby (tutaj) czy "W Lesie Wiedeńskim..." Asbrink (tutaj).

3.

Nie wiem, czemu nie podchwyciły tego prawicowe media. Zresztą może podchwyciły, ale nie doczytałem: to prawdziwa udręka usiłować przeczytać coś w tej mieszaninie jadu i manipulacji (a o Szwecji akurat piszą dużo i źle). "Szwedzka teoria miłości" opowiada o socjaldemokratycznej utopii, wśród której twórców jest sam Olof Palme. Jak każda utopia, ta też chciała zmienić społeczeństwo. Daleko jej do krwawych utopii komunistów, założenie było proste: dajmy ludziom niezależność, zupełną wolność od innych, autonomię. Jakiś głos w filmie co pewien czas powtarza złowieszczo te słowa klucze.

4.

Okazuje się, że człowiek pozbawiony więzi, jednostka samodzielna i autonomiczna, staje się jednostką nieszczęśliwą. Szczęście tkwi w relacjach. Zygmunt Bauman, który komentuje fabułę w ostatnich minutach filmu, podkreśla, że szczęście nie oznacza życia bez problemów. Temu, komu owe spostrzeżenia wydają się banalne, należy podpowiedzieć, że są one wnioskiem z czterdziestu lat inżynierii społecznej, która Szwedów zamieniła w smutnych odludków.

5.

O tym akurat piszą prawicowe media (chciałem napisać szczujnie): o napływie imigrantów do Szwecji. Nie, że jest im zimno, bo klimat. Jest im zimno, bo żyli w świecie, w którym relacje ludzkie wyglądały zupełnie inaczej, tak jak w Szwecji, zanim ktoś wpadł na pomysł uniezależnienia ludzi od siebie. Zresztą pada w tym filmie pytanie o to, kto od kogo ma się uczyć wartości. A odpowiedź na nie wcale nie jest łatwa.

Słowa klucze: milion koron, dzida, plemniki

4,0/3,5

 

(źródło: filmweb.pl)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 80