2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Włochy

wtorek, 20 marca 2018
Kalabria. Dziennik (2)

 

7. El Castella - Scolaricum - Reggio Calabria

Nawet dla weteranów siedemnastki, droga krajowa SS 106 nazywana Jońską jest nie lada wyzwaniem. Z zaplanowanych trzech godzin jazdy, wychodzi bez mała siedem. Miasta są brzydkie, po lewej za oknem linia kolejowa (przez czas jazdy nic nią nie przejeżdża), za nią Morze Jońskie. Trzeba nauczyć się - podobnie jak na Wyspie - hamować nagle, bo ktoś poszedł po ciastka, przejeżdżać mostami z jednym pasem ruchu, wymijać stare fiaty pandy, które w swoim tempie jadą pomiędzy kolejnymi miejscowościami, z których każda miała niegdyś grecką nazwę. Podróż po Wielkiej Grecji. Najprościej opisać drogę mówiąc, że jedziemy po podeszwie włoskiego buta. Stąd, gdy dojeżdżamy do palców pojawia się w nas jakaś dziwna radość. Przed nami morze, i zaraz, zaraz pojawi się Wyspa króla Rogera.

 


(Scolaricum)

Geometria gajów oliwnych naprzeciw gramatyki napisów nagrobnych. Pozbawione popiołów urny w gablotach i dziewięć szczeniąt labradora na podwórku za muzeum, gdzie pracownicy i studenci wychodzą palić. Tyle po drodze jest historii, a my dalej do carrefoura.

Lubię miasta - powiedziała A. - kiedy znaleźliśmy się w Reggio, z którym - jak się już połapało w zasadach ruchu drogowego - wszystko było w porządku. Deptak, te same sklepy co wszędzie, pizza na kawałki czynna do późna. (Dzień, w którym pomyślałem, że i tak chcę już wracać, albowiem:

Piosenka ze Stilo: Dotarliśmy do ruiny: ruiny naszych płonnych nadziei, podróżnych zamierzeń i chęci odpoczynku. Nie wysiedliśmy w Stilo).

 

 
(Wota Persefony)

 

8. Reggio Calabria - Scilla

O poranku całe Reggio wypełniło się całującymi parami. Wszyscy z widokiem na morze, bo każda ulica była tu z widokiem na morze, ach jakie to romantyczne miasto (dopóki nie spróbujesz wyjechać z niego w południe i nie zrozumiesz, że Południe oznacza całkowitą dowolność jazdy wąskimi uliczkami pod górę, a potem ulicą świętej Anny do autostrady, skręt w lewo).

Z muzeów archeologicznych to jest - może poza Agrygentem - najpiękniejsze w całych południowych Włoszech. Można oczywiście za radą przewodnika podziwiać na parterze wyłącznie brązy z Riace (zobacz jaką pan ma pupę - pokazujemy Dziecku starożytne pośladki), ale na górnych piętrach obfitość. To tutaj przywołują wota Persefonę (tę samą, co ją po Wyspie razem z jej matką goniliśmy).

Pensjonat prowadzi staruszka (długo zajmuje mi rozszyfrowanie wykaligrafowanego hasła wi-fi). Zresztą całe miasto jest stare, wąskie i słone, morze wylewa się na nie co jakiś czas. Na nasz balkon też. Nasz balkon wisi nad falami i może udawać łódź. Niebieską łódź, taką jak w małym rybackim porcie, do którego chadzają koty.

Pani była Polką (za dużo tych kotów - mówi, a tam siedzi akurat taki rudy z rudymi oczami i zapewne chciałby coś opowiedzieć), ale podawała gęsty krupnik z soczewicą, taki jak jedliśmy dawno temu w Modice na Wyspie (Wyspę widać z zamku): zupę ubogich prowincji Południa. Śpiewał Fabrizio De André. Rudy z rudymi oczami przypatrywał się podejrzliwie.

Trudno uwierzyć, że Scylla była potworem.

 


(Morze wylewa się na Scillę co jakiś czas)

 

9. Scilla - Tropea

Nie należy wierzyć Włochom, jeśli mówią o odległościach na piechotę. Maszerowaliśmy do Tropei już trochę czasu i wciąż nie było pewne, czy dwadzieścia minut jest za nami, czy przed nami. Wokół rozciągały się pola czerwonej cebuli i pachniało szczypiorkiem. Kiedy wreszcie dotarliśmy, wspięliśmy się po nieskończoności schodków, zdarzył się nam mit. Ten o Midasie. Pragnęliśmy makaronu, ale za każdym razem, gdy znajdowaliśmy jakiś bar okazywało się, że możemy zjeść w nim jedynie trufle. Wszystko zamieniało się w słodycz, ciągle słodycz, aż w końcu jakaś pani za kontuarem spojrzała na Dziecko i na nas, i powiedziała bolognese.

Ciche miasteczko. Góruje nad nim zamknięty na cztery spusty sierociniec. W piekarni Any mieszkańcy rozmawiają o karetce, która zabrała kogoś z zawałem. Ciasto Any jest pulchne, drożdżowe, pachnące, przypomina dzieciństwo. Słychać morze.

10. Tropea

Widać morze. W piniach śpiewają ptaki (napisałbym słowiki, ale pewności żadnej). Słońce wpada do willi pana Aleksandra, który grywa w golfa. Ze ścian spoglądają przodkowie.

Na plaży pięć Amerykanek. Spędzą tu cały dzień a przyszły przed nami. Ich kolorowe stroje widać będzie z tarasu, gdzie właśnie para młoda ma samotną sesję. Czekamy na obiad. Dzisiaj po zimie otworzyli restaurację. Pojawiają się dzieci i mówią po polsku (tutaj pani też była Polką i podawała kalmary).

11. Tropea - Lamezia Terme

W wyjazdach cenię wanny i sny. Ten jest o zlinczowanej dziewczynce, która miałaby mieszkać w Lu. i śpiewać o Czasie. Nazywano ją Zegarynka i nie wiedziano, skąd się wzięła. Źli mieszkańcy zaciągnęli ją na świeżo zaorane pola i zabili, a nikt nie pomógł: po prostu zniknęła z miasta. Dwa razy mi się śni, więc za drugim razem budzę się i zapisuję przykładnie jak Nabokov.

Na plaży pięć Amerykanek. Wiszą nad nimi kolorowe domy. Kalabria jak z folderu.

 

niedziela, 18 marca 2018
Kalabria. Dziennik (1)

 

4. Lamezia Terme 

Postanowiłem poważnie opisywać podróże, nie jakieś pojedyncze wrażenia, ale - owszem - prawdziwy dziennik. Zwłaszcza, że w tutejszych księgarniach można nabyć dzienniki z Kalabrii Aleksandra Dumasa (pięć dziewięćdziesiąt euro) i Edwarda Leara (dziesięć euro, drożej, co zrozumiałe, zważywszy, że Kalabrię zwiedzał na piechotę). Samolot przylatuje wieczorem, rzuca nim, kiedy schodzi znad morza na ląd (pull up, pull up - szepcę ze strachem). Nazwa lotniska nic nie mówi. Pani w wypożyczalni samochodów łatwo ulega urokowi Dziecka.

Wieczór, w którym znowu wygrywa Silvio Berlusconi

Hotel był naprzeciw stacji kolejowej.
Wiatr wiał, aż palmy się chyliły.
Właściciel zrobił herbatę w pokoju z lamperią
a A. rzuciła się rozpakowywać jakby świat nie istniał.

 


(San Giovanni in Fiore)

 

5. Lamezia Terme - San Giovanni in Fiore

Wjeżdżaliśmy coraz wyżej w Apeniny, koniec Apeninów przyciągający jak wszystkie końce, śnieg na poboczach. Patrz, mówi A., jakie monumentalne drzewa. Aż wyjechaliśmy na płaskowyż Sila, gęsty deszcz na szybach. Miasto wyglądało jak umarłe. Szybko pogubiliśmy się pomiędzy kamiennymi domami i zamkniętymi restauracjami z napisem "sprzedam lokal". 

Chciałem u miejscowego jubilera zrealizować swoje marzenie: sprzedawał złote korony - do wyboru: otwarte, zamknięte, potrójne papieskie. Poza tym jego sklep wydawał się - pomijając przystanek autobusowy - najżywszym miejscem w San Giovanni in Fiore. Przestań chodzić z głową w chmurach - pomyślałem sobie, ale było to trudne, zważywszy na to, że miasto chowało się w deszczowych obłokach i trudno było rozróżnić, co było miastem, a co chmurą.

Trójca: trzy okrągłe okna w absydzie kościoła. Zastanawiam się, co było pierwsze: one czy teza tutejszego opata Joachima o trzech epokach w historii ludzkości?

 


(Willa Pani Lopez, San Giovanni in Fiore)

 

W willi ukrytej za młynem, nieopodal miasteczka, mieszkała pani Lopez. W pierwszej chwili stwierdziliśmy, że posiada - oprócz dziwnej willi - dziwne hiszpańskie nazwisko, ale w San Giovanni znajdował się pałac Lopezów a na owej willi tabliczka informująca, że została wybudowana dla pradziadka Lopeza w 1904 roku. Druga tabliczka, świeżo wydrukowana na drzwiach, stwierdzała, że obcym nie wolno wchodzić. Wbrew naszym obawom willa nie była nawiedzona a jedyne kroki za drzwiami były krokami pani Lopez przechadzającej się wśród rycin przedstawiających konie, zabytkowej porcelany i rodzinnych zdjęć.

Jestem ciekawa świata, pani Lopez pyta o Polskę, byłam jedynie w Rumunii, no i w Słowenii i Chorwacji, ale Słowenia i Chorwacja to przecież też Włochy.

Ludzie z Sila

Nie są piękni, tajemnicze plemię żyjące na płaskowyżu (jedno z wielu: zapuszczając się głębiej można napotkać Arboreszów oraz mówiących językiem griko). Miejscowy fotograf, Saverio Marra, przez pięćdziesiąt lat ustawiał ich do zdjęć na pamiątkę (do zawieszenia w domu, do wysłania dla ojca w Etiopii albo do syna w Nowym Jorku). Przyglądamy się im w albumie w szafce u pani Lopez (Lopezowie są też oczywiście na zdjęciach).

 


(źródło:  Saverio Marra fotografo: immagini del mondo popolare silano nei primi decenni del secolo, Electa, Mediolan 1984)

 

6. San Giovanni in Fiore - Santa Severina - Capo Colonna - El Castella

Zjazd z Sila w kierunku Morza Jońskiego oznacza zmianę pory roku. Ilekroć (a robimy to trzy razy) tego dnia przyjeżdżamy do muzeum, powtarza się ten sam rytuał. Dziwią się, zapalają światło, następnie: we czwórkę usiłują po włosku opowiadać, co widać (San Giovanni in Fiore); dają po sobie poznać, że spieszą się na obiad i jak tylko wyjdziemy przekręcą klucz w zamku i przemkną do miasta (Santa Severina); przyglądają się nam, bo z Dzieckiem jesteśmy ciekawsi niż greckie urny (Capo Colonna).

 


(Capo Colonna)

 

Hery nie lubiłem nigdy: pewnie przez Parandowskiego, Herkulesa i jego niemiłe przygody. Na miejsce jej świątyni przypłynęła potem cudowna Matka Boska. Dla której ze świętych kwitną więc dzisiaj jaskry, pytam sam siebie w ruinach?

Drobnica morska. Lampy oliwne. Głowy nieznanych wschodnich bogów. Lwy na ścianę. Dużo monet. Tyle zostaje.

Duje wiatr. W zimowe miesiące Morze Jońskie wcina się w cypel. Na ulicy Katedralnej jest tylko mały kościółek oraz ośrodek wczasowy, który mruga "San Francisco". Jesteśmy jedynymi gośćmi w hotelu "Hannibal" (nikt po Zamie nie myślał tutaj o dehannibalizacji), który chlubi się słoniem w herbie (czy słonie pływały okrętami?). Rodzin tutaj niewiele (sprawdzam dopiero w Reggio), pamiątek nie sprzedają o tej porze roku, pani piecze dla nas rogaliki.

 

sobota, 27 maja 2017
Jarosław Mikołajewski, Terremoto, Dowody na Istnienie 2017

 



(Trzęsienie ziemi we Włoszech, styczeń 2017 r., (c) AFP, źródło: lelibre.br)

 

Zaczynam od ostatniego zdania, czyli od dedykacji. Pisze autor: Włochom - za to, że wśród nieszczęść, które spadają na nich spod ziemi, z nieba, z powietrza, wody i ognia, mają siłę pamiętać, że są najpierw ludźmi a dopiero potem Włochami (s. 135). I chyba dobrze odczytuję to, że owo zdanie skierowane jest do członków innego narodu, do tych, którzy zapomnieli, że nie są tylko Polakami, ale również ludźmi. A jeszcze to: jesteśmy dziećmi Antygony, czy nie? (s. 13) Odrzuciliśmy nad Wisłą zarówno Antygonę, jak i Ewangelię. Zachodzę w głowę, kiedy się to stało, czy da się wskazać jakiś jeden moment, w którym się ukazało nasze barbarzyństwo, nasze nieludzkie oblicze. Temat na czyjś reportaż.

Przychodzi mi na myśl, że "Dowody na Istnienie" powinny zainaugurować nową serię - teologiczną. Otwierają ją obie książki Mikołajewskiego, z których każda jest rodzajem poetyckiego traktatu. W czasach gdy nikt na serio nie pyta o teodyceę, Mikołajewski czyni to, nie udzielając infantylnych odpowiedzi. Nie udzielając żadnych odpowiedzi.

Pisałem w Neapolu zeszłego lata, że pewność katastrofy, kruchość zastanego świata, który bez ostrzeżenia może się zawalić, wpływa na odmienny stosunek do życia (tutaj). Dla przybyszów ze stepu ziemia jest największym pewnikiem, tym, co nigdy nie zawiedzie, stąd nieprzetłumaczalne są dla nich odczucia mieszkańców Apeninów. Ziemia się trzęsie - od tych słów rozpoczyna się przecież druga zwrotka jednej z najradośniejszych pieśni kościelnych w Polsce.

 

czwartek, 15 września 2016
Dziennik z podróży do Neapolu (5)

 


(Autor bloga kolekcjonuje, Salerno, wrzesień 2016, źródło: a.b.)

 

Nabrzeże, wieczór

Przypominam sobie, że dawno temu wieczorami spacerowało się. Tak było przynajmniej w mieście R. w ciepłe lata. Dobry wieczór - mówiło się uprzejmie, bo mijało się samych znajomych, zagadywało się, co słychać, wymieniało najświeższe plotki, wnuczek, jest na wakacjach. Potem przyszła telewizja, i pośpiech, i zabiły spacery. Może dlatego zazdroszczę miastom Południa umiejętności passeggiaty?

(Salerno, 10.09.2016)

W ruinach (1) 

Śniła mi się wojna, A. opowiada koszmar. Byliśmy uchodźcami i nie mieliśmy żadnego zawodu, trzeba było uciekać. Układać na nowo życie w zrujnowanych miastach.

W ruinach (2)

Jaszczurka spaceruje po pokoju. Mieszkanie słoneczne prz ulicy Świętej, niedaleko teatr i siłownia. Stacja kolejowa jedyna w całym Cesarstwie.

(Paestum, 11.09.2016)

O nieprawdziwości podróży

Tylko wycinek miasta, tyle zobaczyliśmy. Nie wiemy, co jest za murami, w których trzymają nas, turystów. Nie wychodzimy dalej, szkoda czasu. Z pociągu widać jakieś bloki, ogrody, szpitale i cmentarze. Coś najzupełniej zwyczajnego, aż strach się przyjrzeć. Pojąć, że w gruncie rzeczy jest tak samo.

Pępek

Mało piszę o Dziecku w podróży, wcale o tym jak je chwalą: que belle bimbo! (rodzice rozanieleni) To są właściwie dwie podróże, myślę sobie, ta jedna do Neapolu, ta druga na oślep. Ale dzisiaj napiszę: odkryć własny pępek to przecież ważniejsze niż zwiedzać Salerno.

(Salerno, 11-12.09.2016)

Scherzo

W tym samolocie sprawiają przyjemność zarówno rodzicom (to będzie infant - mówi stewardessa, podając pas), jak i miłośnikom archeologii (szepczą między fotelami: zbieramy pozostałości).

(Neapol, lotnisko, 12.09.2016)

 

Dodatek. Porady dla podróżujących z dziećmi. PAESTUM. Dojazd pociągiem regionalnym nie sprawia problemu. Z peronu wózek trzeba znosić (jest przykryta pledem platforma dla wózków). Zarówno muzeum, jak i wykopaliska są bardzo dobrze dostosowane do jeżdżenia z wózkiem. NEAPOL LOTNISKO. Przy kontroli bezpieczeństwa istnieje szybka ścieżka dla rodzin, które kierowane są do wydzielonej od reszty kolejki sali.

 

środa, 14 września 2016
Dziennik z podróży do Neapolu (4)

 

(Donica w Cetarze, wrzesień 2016, źródło: a.b.)

 

Wybrzeże, odsłona pierwsza

Wybrzeże Matek Boskich, tych uciekających i porywanych z Konstantynopola, o których pisze Hans Belting (tutaj). Za chwilę zamkną kościół, ale widzę Jej sowie oczy, jak wypatrują, dużo dalej niż nasze.

O zgubnej literaturze

Miasteczko, do którego dopłynęliśmy było ofiarą literatów. Oni pierwsi opisywali je jako niezapomnianą perłę (dokładniej uczynił to John Steinbeck w "Harper's Bazaar" w maju 1953 roku), potem powtórzyły to przewodniki i biura podróży. O, nieszczęśni złoczyńcy! Przepychamy się po makiecie miasta, które kiedyś było. Norman Lewis, który patronował nam w Neapolu (tutaj), teraz opowiada o zagładzie rybackiej wioski Farol (tutaj).

(Positano, 08.09.2016)

Wybrzeże, odsłona druga

Nawet Liz Taylor mogła się mylić. Daleko Amalfi do piękna liguryjskiego Pięcioziemu. Jest to Wybrzeże Miodowych Miesięcy, wypatrujemy więc ludzi w parach. Oni: perfekcyjne kurteczki nad morze, on na dziobie fotografuje krajobrazy, ona w letnim kapeluszu czyta na pokładzie, znudzona Anna Karenina. Albo oni: młody Leonardo di Caprio usiłuje rozmawiać z nią, niezainteresowaną. Ona udaje, że śpi. On teraz też, ale tak aby dotknąć jej stóp. Albo i oni: on w różowych butach i on w ciemnych okularach, wpatrują się razem w skały za oknem, symetria idealna.

Albo my.

O powtarzalności katastrofy (po raz drugi) 

Równie pouczające, co Pompeje, jest Amalfi, jeśli posłuchać opowieści o potędze, która spłynęła w morze. Z dumnej republiki pozostają osły, które przynoszą z gór owoce i ser.

Sejsmika chroni przed mocarstwowymi fantazjami. Na sam koniec osły stają się magnesami na lodówkę (do pamiątek podróżnych).

Wybrzeże, odsłona trzecia

Kapitan stoi na mostku i wypatruje syren, które pojawiają się i zwodzą statki na mielizny. Syreny (bo to Wybrzeże Syren) wracają z plaży, mówią po hiszpańsku i nie śpiewają (śpiewa Dziecku autor bloga).

(Amalfi, 09.09.2016)

C.

Boję się pisać o C. Mieszkańcy C. też się boją, stają się nerwowi, zakazują kusych strojów na spacerach, a trapy promów stawiają prawie na sztorc, żeby nikt nie wysiadał. Bo C. jest prawdziwa. O dobry połów modlą się tam do świętego Piotra, który wciąż podrzuca ryby do sieci. Wiedzą, że któregoś dnia może się to skończyć, barbarzyńcy z aparatami zajmą C. i przerobią w pocztówkę. Więc o C. tylko po cichutku.

(Cetara, 10.09.2016)

 

Dodatek. Porady dla podróżujących z dziećmi. POSITANO. O ile transport promem nie sprawia trudności, o tyle zatłoczone i pełne schodów miasteczko już tak. Poruszanie się wózkiem jest poza wybrzeżem niemożliwe, toteż podróż z małym dzieckiem nie wchodzi raczej w grę. AMALFI. Załoga promów jest pomocna we wprowadzaniu wózka na pokład (nie ma opłaty bagażowej). W Amalfi schodów jest mniej, spory jest za to ruch samochodowy. CETARA. Promy do C. są niewielkimi stateczkami, trudno wnieść wózek po trapie. Może się również nie zmieścić w drzwiach do kabiny. Poza tym miejscowość jak najbardziej do zwiedzenia z dzieckiem. Plaża łatwo dostępna, choć kamienista.

 

Dziennik z podróży do Neapolu (3)

 

Maurice Denis, Printemps dans le foret

(Maurice Denis, Wiosna w lesie, 1907, Musée Maurice Denis, Saint-Germain-en-Laye , źródło: cbx41.com)

 

O przypadkach (1)

Nazywa się Viola, ma trzy i pół roku i jest oliwkowa (właśnie jak ze zdjęć Wayne'a Millera). Mówi do Dziecka: masz piękne uszko i to chyba największy komplement, jaki może usłyszeć od kobiety. Spotykają się przypadkiem w jednej z restauracji, w jednej z bocznych ulic. Nie będą tego pamiętać. Dziecko skubie chleb, Viola je winogrona, potem odejdzie od wózka, a potem dorośnie. A może, może, tak dziwnie się złoży - nie ma przecież przypadków - spotkają się znowu, nie wiedząc o tym tu, teraz.

Zdemaskowanie autora bloga

Poszukujesz dzikości, a mnie ona nie zachwyca - w ustach A. brzmi to jak oskarżenie. Spacerujemy właśnie po czterogwiazdkowym bulwarze, obojętnie mijając zgubiony na chodniku kolczyk z diamentami.

Neapol, dwa miasta

(Z dziennika obserwacji). Mieszkańcy Góry pachną dobrymi perfumami, są wyżsi i szczuplejsi. Ubierają się na sposób elegancki, nawet moda młodzieżowa jest gustowna. Nie wiem, czy spotykają tych z Dołu poza dworcem oraz nagłymi przypadkami, takimi jak wizyta śmieciarki albo straży pożarnej. Kiedy - zdarza się to niezwykle rzadko - pochopnie zjadą kolejką na ostatnią stację natrafiają na najzwyklejszy dolny targ, polewany wodą chodnik i hałas skuterów. Po takich wypadkach mają czarne myśli, długo nie mogą zasnąć i wpatrują się w nocne niebo, byleby nie dostrzec kipiącego pod nim miasta.

Napisy

Do pamiątek podróżnych, obok duszy czyśćcowej żeńskiej, dokupuję, spodziewając się jakichś życiowych porad albo przesłań sprzed katastrofy, Vincenta Huninka "Oh Happy Place! Pompeii in 1000 Graffiti" (Apeiron 2014), skąd wypisuję przykładowe napisy:

Najlepszego laleczko, niech Cię Wenus z Pompejów ma w opiece (21); Piep..yłem służącą (154); Felicio, pedale! (521); Philocalus to k..as (699).

O przypadkach (2)

Trudno uwierzyć, ale spośród sal pełnych pompejańskich mozaik, Wenus o zgrabnych tyłkach i rzeźb żołnierzy, które każdy dyktator chciałby ustawić na swoim dziedzińcu, najbardziej ujął mnie obraz Maurice'a Denisa w muzealnej księgarni, na okładce katalogu starej wystawy z Rzymu. Rozpoznałem od razu to ukłucie zachwytu, które za nic ma konwenanse i przewodniki turystyczne.

(Neapol, 06-07.09.2016)

Moda męska

Autor bloga podziwia zapach sklepów z garniturami (a każdy z nich ma datę założenia zaczynającą się co najmniej wiek temu). Patrz, jacy smutni krawcy siedzą za ladami, mówi A. wieczorem.

(Salerno, 07.09.2016)

 

Dodatek. Porady dla podróżujących z dziećmi. SALERNO. Dworzec kolejowy posiada windy, ale nie na każdym peronie. Samo miasto jest dosyć prowincjonalne, ruch jest dużo mniejszy niż w Neapolu, a na stare miasto prowadzi deptak (podobny deptak jest nadbrzeżną promenadą). Ulice na starym mieście są wąskie, ale bez schodów. Do katedry można wejść z ulicy od lewej strony. W klatkach schodowych nie zawsze może zmieścić się wózek.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8