2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Edward Stachura

czwartek, 12 lutego 2015
Katastrofizm okresu międzywojennego, Fundacja Cieszkowskiego 2014 (2)

 

O nauczkach z historii 

Wprawdzie historia nie jest nauką, więc niczego nie uczy (twierdzi Świętochowski), ale przynajmniej zastanawia nas, wychowanych w czasach fałszywego Fukuyamy i święcie wierzących w triumf ludzkości:

Bo czym jest demokracja? Jest panowaniem liczby, ale nie nad przywilejem tylko, lecz nad wiedzą i rozumem, więc panowaniem materii nad duchem, supremacją karierowiczów-demagogów, wiodących za sobą spodlone agitacją i roznamiętnione masy (...) rewolucje zwalają królów i magnatów jakby po to, aby na ich miejscu usadowić bankierów (...) Czy znaczy to, że pod rządami demokracji, którą rządzi finansjera, wielkie ideały zeszły z widowni? Nie, one istnieją, lecz "zwyciężają tylko w królestwie książek" (ss. 69-72, Zdziechowski cytujący Spenglera).

Albo to: Religia przypuszcza głębsze symboliczne ujmowanie rzeczywistości i polega na ułożeniu stosunku naszego ja do świata transcendentnego, uosobionego w Bogu. Kto zatrzymuje się na powierzchni zjawiskowej i ogranicza się do przeżywania wrażeń, ten nie rozumie rzeczywistości duchowej i życie religijne będzie dlań tylko niezrozumiałą abstrakcją (s. 99, Pastuszka).

Nie mówiąc już o tym: bardzo łatwo zniszczyć w nim [człowieku] idealizm i dyscyplinę wewnętrzną i w krótkim czasie zepchnąć go do poziomu bydlęcia lub bestii, nie dbającej o nic prócz zadowolenia swych potrzeb i zachcianek (s. 212, Znaniecki).

O S.I.W. i E.S.

Jakoś w niedługim czasie po sobie czytałem o Stachurze i o Witkacym. Pewnie nie jestem odkrywczy, ale nad tekstem filozoficznym Witkacego z tego tomu, nachodzi mnie myśl o następujących analogiach. (1) Kompletne niezrozumienie obu przez współczesność, niedocenianie przez krytyków, niezrozumienie jak można się zachwycić; (2) Tworzenie własnego systemu filozoficznego, hermetycznego, ale starającego się uchwycić całość świata (nawet rozmówcy Siedleckiej i autor Buchowski nic z niego nie rozumieją i uważają za objaw chorobowy); (3) Zachwyt pośmiertny, zupełnie wbrew krytyce, która uważa, że to tylko chwilowe, a nie że wyprzedza epokę myślenia i pisania, tylu pisarczyków przecież czeka, żeby zajęć miejsce; (4) dziwność osobowości, skupienie na własnej osobie, przesadne o siebie dbanie, łatwe wykreślanie przyjaciół z kajetu, poczucie wyjątkowości; (5) słowotwórstwo, które mnie zachwyca:

aprenuledelużyzm (s. 244).

O przyszłych lekturach szkolnych

Dopiero teraz, po latach ignorancji, czytam fragment "Niemytych dusz" i uważam, że to powinna być lektura szkolna jako szczepionka przed polską megalomanią, która występuje od katolickich publicystów po byłych ministrów spraw zagranicznych. Witkacy trafia w samo sedno Polski:

Znudzone naszą ohydą państwa ościenne odebrały nam swobodę dalszego gnicia we własnym śmierdzącym sosie (o demokracji szlacheckiej, s. 242).

Takie ilości ludzi zostawały szlachtą za byle co, głównie za podlizywanie się i służalstwo wobec możnych. Do tego dołączała się kwestia kolonizowania szlachtą kresów wschodnich, tej stale otwartej rany państwa polskiego. Też nie była ta kresowość instytucją zbyt moralną, bo stwarzała ze szlachty ciemięzców (...), a z chłopów ujarzmionych tubylców kolonialnych (á propos reprywatyzacji, mitu polskich dworków i Ukrainy, s. 246).

Pozory są ważniejsze niż rzeczywistość, wobec dalekich perspektyw użycie i pozorna twórczość jest istotniejsza niż spełnianie trudnych czasem i niewdzięcznych zadań na daleki dystans, z myślą o drugich współczesnych i dalszych pokoleniach ("katechizm Polaków", s. 250).

Jako jedyny ratunek przeciw nie spełnionym ambicjom musieli widzieć w sztucznym napuszaniu się do nie osiągniętej realnie wielkości: pić, bić się i puszyć do ostatecznych granic możliwości - to był jedyny ratunek na nieprzyjemny podświadomy podkład poczucia własnej małości (o Polakach, s. 251).

O tym, że powyższe powinno być lekturą...

...świadczy następny fragment z książki, w którym Jerzy Braun przekonuje, że Polska ma jakieś wyjątkowe posłannictwo historyczne a ważnym zagadnieniem jest zagadnienie imperium środkowoeuropejskiego pod przewodnictwem Polski, którego stworzenie jest warunkiem nieodzownym naszego ostania się wobec najazdu idei i potęg obcych (s. 260). Biorąc pod uwagę, że dzieje tego imperium kończą się w Zaleszczykach, musimy przyznać rację Witkacemu.

(A czytając Wasilewskiego z zaskoczeniem konstatujemy, że umysł prawdziwie narodowy, w wersji prawicowej, nie ulega przez lata ewolucji. Idea jego jest prymitywna, ogląd sytuacji ograniczony. Wszystko jedno Wasilewski czy Braun, Grzegorz, tfu!, tym razem).

 

środa, 07 stycznia 2015
Marian Buchowski, Buty Ikara, Iskry 2014 (3)

 

Ten adresownik to przecież także, pozbawiony narracji, kondensat dużego fragmentu życiorysu Edwarda Stachury. Światowe metropolie obok małych polskich miasteczek i wiosek, kilkugwiazdkowe hotele i młodzieżowe schroniska, adresy lub telefony ambasad, konsulatów, redakcji czasopism, wydawnictw, restauracji, klubów, stowarzyszeń i organizacji, punktów informacji kolejowej, autobusowej i lotniczej (s. 394; na marginesie zastanawiania się nad własnymi kalendarzami).

Okropnie powoli się czyta. Może do końca nie potrafiłem wyjaśnić, co mi się w sposobie pisania nie podobało, ale gdy autor uszczypliwie zaatakował niedoceniających go doktorów nauk humanistycznych (s. 371), to wtedy ja - doktor nauk politycznych - doznałem olśnienia. Chodzi o ścisłość. Chciałem przeczytać biografię napisaną według prawideł tworzonych przez owych doktorów nauk humanistycznych, a czytam biograficzną publicystykę. Pewnie stąd zawód.

 

czwartek, 01 stycznia 2015
Marian Buchowski, Buty Ikara, Iskry 2014 (2)

 

Uważaj na Iwachę. Mnie też on dawał kiedyś nagrodę i niby w policzek mnie chciał pocałować, a ja patrzę, że on mnie w szyję próbuje, skubany, więc wiesz (s. 115).

Pojawia się on, kolejna postać, która stała mi się bliska, już za tych blogowych czasów, Jarosław. Marian Buchowski spory fragment poświęca podobieństwom między nim a E.S. Każdy idolatra, a autor bloga ma skłonność do literackich idolatrii, doszukuje się kolejnych podobieństw: z sobą. To chyba to: cecha uważana za najważniejszą z ważnych: intensywność przeżyć (s. 117). Czy nie bliska temu czułość wobec świata, którą proponuje Franciszek?

(Styl Buchowskiego zbyt gawędziarski, za mało w nim precyzji badacza. Zresztą ja do E.S. stosunek mam własny, osobny, wyobrażony, taki, co istnieje pomimo książek. Życioczytanie?)

 

wtorek, 30 grudnia 2014
Marian Buchowski, Buty Ikara, Iskry 2014 (1)

 

Dziwnym (?) trafem moje grzebanie w dziennikach zbiegło się w czasie z lekturą biografii Edwarda Stachury (bardzo bogatej w treść, choć napisanej czasem nieznośnym, kumpelskim tonem). W pewnym okresie, gdy jeszcze pisałem dziennik a nie pisałem bloga, zacząłem u E.S. odnajdywać wszystko to, co samemu chciałem, nieudolnie się siląc, wyrazić. Obrałem jego pisanie za swój własny głos, odczytałem go i zawłaszczyłem (to był dziwny pomysł: przeżywanie cudzego pisania, choć ówczesny autor dzienników miewał sporo dziwnych pomysłów). Nawet wyliczyłem, że moje poczęcie lokuje się gdzieś w pobliżu daty jego samobójczej śmierci (tego odkrycia dokonałem, pamiętam jak dziś, na rowerze w nadmorskim parku w Gdańsku, zapewne w lipcu). Nie mówiąc już o tym, że Annopol, w którym co sierpień u rodziny państwa Majów jadłem pomidorową, wydawał się - dzięki "Falując na wietrze" - miastem zaczarowanym. Potem natomiast, zacząłem naśladować szyk, frazę, rytm tego, co E.S. pisał. Z pożytkiem dla oszczędności słów na tym blogu. Chyba.

Poczucie wyjątkowości, drażliwość na swoim punkcie, chorobliwy (na pograniczu patologii) narcyzm - jak określały to osoby, które się z nim spotykały: E.S. To, co pisze Buchowski i to, co czytam w zielonych zeszytach jakoś dziwnie współgra. To jest ten moment, w którym rozumiesz, dlaczego wybrałeś tego a nie innego poetę za przewodnika. (Dopisane: czy chorobliwy (na pograniczu patologii) narcyzm to właśnie nie jest źródło każdej potrzeby pisania? Gdy własne życie odczuwasz jako tak wyjątkowe, że należałoby je utrwalić?) 

 

czwartek, 24 lipca 2014
Dziennik. Trzydzieści pięć

 

Prawie bym nie zauważył, prawie bym ominął.
A przecież kiedyś pamiętałem zawsze cudne manowce.

Uświadamiam sobie to kiedyś, że ono już dawno, że ja już dawno i blog ten dawno. Odkrywam nagle, po obiedzie z O., przypływy i odpływy czasu. Dawno, kiedyś, ja już też tak mówię. Lu. też tak dawno. Ogród Saski dawno.

I nagle zaczynam mówić znów o sobie. Ciągle o sobie. Zaczekaj, trochę zaczekaj!

 

(źródło: last.fm)

niedziela, 15 lipca 2012
Biała lokomotywa w kierunku Brooklynu

 

Dwudziesty czwarty lipca niedługo. "Biała lokomotywa" - wydanie płytowo-książkowe, przepyszne, choć ilustracje nie zachwycają. Stachura działa jak najlepszy antydepresant a jeszcze z melodiami Satanowskiego daje ogromne poczucie chęci życia. Teraz nucę i uśmiecham się do siebie.

(Niech nie myślą, że wszyscy w tym ministerstwie mylą Stachurę ze Stachurskim).

W 1999 roku doszedłem do wniosku, że brookliński most jest metaforą samobójstwa (pisałem to już tutaj w związku z Marilyn), tzn. wybór jest albo heroiczny: przemienić w jasny, nowy dzień najsmutniejszą noc albo nieheroiczny, ba tchórzliwy, czyli z mostu brooklińskiego się rzucić.

Wczoraj słuchana piosenka naprowadziła mnie na zupełnie inną interpretację. Most brookliński jawi się tu jako cud techniki, niebywałe inżynieryjne osiągnięcie. Coś. Niemniej prawdziwym osiągnięciem nie jest budowa mostu, nie w technice leży wielkość człowieka, ale w człowieku. Przemienienie w jasny, nowy dzień najsmutniejszej nocy - to jest dopiero coś!

Dodaje siły.

(źródło: Simone Roda, pl.wikipedia.org)

 
1 , 2