2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: książki

niedziela, 08 października 2017
Renata Lis, Lesbos, Sic! 2017

 


(John William Godward, W czasach Safony, 1904, Getty Centre Los Angeles, źródło: wikimedia.org; Autorka odrzuca współczesne portrety Safony takie jak ten)

  

Tego dnia, kiedy czytałem "Lesbos" (tęczowe litery na okładce plus postać z greckiej wazy z lirą) Polacy ochoczo ruszyli z różańcami. Modlić się - jak przystało na prawdziwych chrześcijan - by nie przepuścić obcych. Jezus widać zapomniał wśród uczynków miłosierdzia dodać najważniejszego: mniemanie dobre o sobie utwierdzać. Że papież mówi inaczej: cóż może papież-herezjarcha? Stali więc na granicach naszej schorowanej wyobraźni w tę deszczową sobotę.

Wydawać by się mogło, że różaniec na granicach i lektura "Lesbos" mają niewiele wspólnego. Różaniec - ogród różany, biała róża z Lesbos pojawia się w kolejnych wcieleniach na kartach książki. Cytowana obficie obrazoburcza Winterston: Różaniec, który znajduję między twoimi nogami.

Wszystko tu jest grą skojarzeń, przypadkowych, nieprzypadkowych. Takie jest to czytanie, bo "Lesbos" nie mieści się wśród czystych (znów gra słów?) gatunków. Łączy w sobie esej, elementy biografii, krytykę literacką, wreszcie - to robi największe wrażenie na autorze bloga - reportaż z tytułowej wyspy.

Safona pojawia się więc w kolejnych wcieleniach: Sofii Parnok, Jeanette Winterston, Annie Kowalskiej. Naczytałem się tyle o związkach i romansach Jarosława, i dopiero teraz uświadamiam sobie, że wśród moich lektur zawsze umykał wątek miłości między kobietami, jakby podwójnie schowanej, z podwójnym piętnem.

Renata Lis trafia na Lesbos w marcu tego roku. Parę miesięcy później pojedzie tam Alina Czyżewska (tutaj) i za ten wyjazd będzie zbierała obelgi od Polaków: sporo z nich zapewne w sobotę czuwało z różańcem na granicach. Może udało im się przechwycić jakąś czeczeńską kobietę z dziećmi, obronić przed nią wybraną (do czego wybraną?) przez Boga Polskę. Modlitwa i obelgi w naszej polskiej religii znakomicie się łączą.

W rozdziale o Lesbos najmniej jest Safony, najwięcej ludzkiego losu. I pisze tam Renata Lis słowa, które muszę powtórzyć, bo są jakby wycięte z mojego mózgu:

Nawet jeśli w tej chwili niektórym z nas się wydaje, że ich to nie dotyczy i nigdy dotyczyć nie będzie, to jest to tylko naiwne złudzenie, dziecinne myślenie życzeniowe, bo w pewnej chwili, i to nawet bardzo prędko, my także możemy się znaleźć w jakimś obozie Moria, specjalnie dla nas zbudowanym, w takich samych białych namiotach przysypanych śniegiem, w których potrujemy się czadem, albo w metalowych barakach za drutami (s. 191).

Co robiliśmy, gdy trzeba było ratować tonących? Odmawialiśmy różaniec, byleby nie przypłynęli do nas.

 

sobota, 07 października 2017
Christopher Clark, Lunatycy. Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914, Dialog 2017 (odc. 3)

 


(Felix Valloton, Porwanie Europy, 1908, Muzeum Sztuki w Bernie, źródło: nzz.ch)

  

- A gdzie w tym wszystkim Opatrzność? - zapytał kolega zza biurka. No właśnie: nigdzie jej nie było widać w tej całej gmatwaninie przypadków, ans i zbyt wielu słów, które koniec końców doprowadziły do rzezi, jednej, a potem drugiej.

Założeniem Clarka jest to, że podejmowanie decyzji nie leży we właściwości abstrakcyjnych tworów, jakimi są państwa, ale konkretnych osób z ich historią życia, emocjami i przypadłościami. Stąd pojawiający się w literaturze nietrafiony, moim zdaniem, zarzut, że autor usprawiedliwia Niemcy. Tymczasem Clark nie usprawiedliwia żadnego państwa, ba, nie bierze ich w ogóle pod uwagę. Usiłuje za to wychwycić w jaki sposób splot zdarzeń staje się ciągiem przyczynowo-skutkowym, w którym momencie można się jeszcze wycofać, w którym już nie. 

Ten sposób pisania o historii jest mi bardzo bliski (a jednocześnie jest jak najdalszy od tego, co dzisiaj pisze się w Polsce i o Polsce, usiłując mitami leczyć narodowe kompleksy i zasłaniać poczucie wstydu). Niemniej jeśli dobrze się przyjrzeć, książka Clarka okazuje się być historią biurokracji, tego złożonego z jednostek, powolnego tworu. To tu rozgrywa się to, co nazywamy historią: tu powstają decyzje, tu nielubiący się nawzajem ambasadorowie blokują rozmowy, a urzędnik gryzmoli ultimatum, stąd wreszcie wypływają informacje: prawdziwe i fałszywe, którym inni biurokraci - za biurkami pod innym herbem - muszą zaufać albo je odrzucić.

Wszyscy kluczowi aktorzy naszej opowieści - zauważa Clark - przefiltrowywali otaczający ich świat przez narracje zbudowane ze skrawków doświadczeń posklejanych z obawami, przewidywaniami oraz interesami, ukrywając to wszystko pod postacią upraszczających haseł (s. 591).

Czy byli ślepi, gdy nadciągała apokalipsa? Czy się spodziewali? Tak, sugeruje Clark, od pewnego momentu już się spodziewali. Nawet niektórzy dali się unieść wierze, że to dla nich szansa. Po latach wszyscy będą się wybielać, wymawiać cudzą winą i własną niewiedzą. Apokalipsy zza biurek wyglądają pięknie, co innego okazuje się wtedy ważniejsze:

Jego [premiera Asquitha] list zaczyna się od zdumiewającego stwierdzenia, iż "światło zgasło", lecz Asquith nie miał tutaj na myśli zbliżającego się unicestwienia cywilizacji europejskiej ale fakt, że tamtego poranka Venetia [jego młoda przyjaciółka i bratnia dusza] wyjechała z Londynu do swego rodzinnego domu wiejskiego w Anglesey (s. 522).

Clark - nie czyta się go łatwo, nie wiem zresztą, czyja w tym wina - zostawia nas z mnóstwem pytań, bo "Lunatycy" tak naprawdę opowiadają nam o teraźniejszości. Kim są ci, którzy decydują? Co sobie myślą? W jaki sposób dokonują wyborów? Czy będą potrafili dostrzec nadciągającą apokalipsę?

 

poniedziałek, 02 października 2017
Christopher Clark, Lunatycy. Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914, Dialog 2017 (odc. 2)

 

 
(Edvard Munch, Akt płaczący, 1913-1914, Muzeum Muncha, Oslo, źródło: pinterest.com; sztuka przedstawia przeczucia, Christopher Clark - siatkę powiązanych faktów).

 

Prezentyzm jest herezją, którą od dawna jak najzacieklej zwalczam. Niemniej, czytając obszerne fragmenty "Lunatyków" (ciągle niedokończonych, ciągle w trakcie, wymienianych na inne tomy w podręcznej torbie), nie mogę oprzeć się innemu wrażeniu - obym był złym prorokiem - że o to przed nami rozciąga się Wielkie Powtórzenie.

Zacytujmy Clarka, aby pokazać jak bardzo podobna jest sytuacja dzisiejsza do tej sprzed ponad stu laty.

Wypowiedzi kajzera były niepokojące, oczywiście. W środowisku, w którym rządy państwa nieustannie łamały sobie głowę nad intencjami pozostałych stron, stanowiły one potencjalne zagrożenie (...) Nic dziwnego, że perspektywa, iż zostanie się dopadniętym przez kajzera przy obiedzie lub kolacji, gdy ucieczka była niemożliwa, budziła przerażenie w sercach tak wielu członków europejskich rodzin królewskich (s. 206).

Jeszcze inni wychwalali wojnę za jej rzekome działanie terapeutyczne, uznając ją za "dobrodziejstwo dla społeczeństwa i siłę napędową awansu społecznego". (...) Broszura autorstwa wojowniczego duchownego z Nowej Zelandii wydana przez brytyjską Ligę Służby Narodowej wzywała każdego ucznia, aby pamiętał, że to on stoi "pomiędzy swoją matką i siostrą, swoją ukochaną i przyjaciółką, wszystkimi kobietami, jakie spotyka i na jakie patrzy, oraz niewyobrażalną hańbą obcej inwazji" (s 263).

Myślę o Wielkim Powtórzeniu, patrząc na polski obłęd, patrząc na obłęd amerykański, i na to, co dzieje się w transmisji na żywo w pięknej Barcelonie, gdzie trwałość naszego szczęścia okazuje się być ułudą, gdy zaczynają do głosu dochodzić zbiorowe fetysze: fetysz jedności prawicowego rządu, który na ulice wysyła zomowców i fetysz narodu u Katalończyków, ten sam fetysz, który dał o sobie znać dwadzieścia parę lat temu w równie pięknym i szczęśliwym Sarajewie. (Nie da się jednak dzisiaj pisać inaczej, oglądając zdjęcia z Katalonii, niż z potępieniem kroczącego w stronę eskalacji rządu w Madrycie).

Jeśli projekt europejski, na co liczy w Polsce wielu, zbyt wielu, miałby się nie powieść, czeka nas Wielkie Powtórzenie, rozbudzenie drzemiących w Europejczykach demonów, tych samych, które ponad wiek temu kazały ruszyć im w okopy Verdun i Gorlic. Unia Europejska chronić miała bowiem przed ich odrodzeniem i - jak się okazuje - w swej obecnej formie nie podołała temu zadaniu.

 

sobota, 30 września 2017
Tove Jansson, Słoneczne miasto, Marginesy 2017

 


(Flip Schulke, Emeryci w South Beach na Florydzie, 1973, 412-DA-6101, źródło: archives.gov. Fotoreportaż Schulkego z emeryckiej Florydy jest zapisem bliźniaczo podobnym, choć używającym innych środków, do prozy Jansson.)

 

Wydany przez "Marginesy" żółty tom zawiera dwa utwory. "Kamienne pole" jest opowiadaniem, do którego klimatu u Tove przywykliśmy: rozsiane po bałtyckim wybrzeżu wysepki, melancholicy z niejasną przeszłością i rybacy. W gruncie rzeczy ludzie też są jakimś gatunkiem małych trolli.

Tytułowa powieść jest czymś zupełnie odmiennym od opowiadań, jest niespodzianką, która po pierwszych zdaniach powoduje dysonans poznawczy. Gdzież do Helsinek z Saint Petersburga na Florydzie? Jednocześnie "Słoneczne miasto" ma w sobie taki potencjał teatralności, że nie mogę przestać myśleć o jego inscenizacji:

Weranda przy pustawej ulicy porośniętej wiekowymi drzewami. Cisza i tylko skrzypienie huśtających się bujanych foteli, rytmicznie, jakby łapały razem tajemniczy rytm. Skrzyp, skrzyp, skrzyp. Utwór na sześć foteli bujanych, motocykl i nagą pokojówkę.

Ta Tove jest zupełnie inna od wszystkich swoich utworów, ale w opisywaniu starości okazuje się fenomenalna, wydobywając całą gamę odcieni, dziwactw i przekleństw wieku dojrzałego (Ona wchodzi już w dojrzałość. Ma prawie osiemdziesiąt lat - powiedział ktoś na konferencji, której byłem gościem).

Czytam "Słoneczne miasto" w słonecznym mieście, zlewają mi się pocztówki z Florydy z ulicą Świętojańską. W gruncie rzeczy ta powieść jest okrutna, ale brzmi nieco inaczej dla mnie, gdy czytam ją w Gdyni:

Tu jest jak w żłobku, pomyślała. Człowiek nie zdaje sobie sprawy, ile okrucieństw jest w jednym żłobku (s. 35).

Potem w pociągu wysyłam do W. fragmenty o Thompsonie (Thompsona mogę porównać do Piżmowca z Doliny Muminków. Właściwie raz jeszcze mogę powtórzyć, co zapisałem powyżej: ludzie są gatunkiem małych trolli).

- Jak wyglądali? Byli w kawałkach? Jak znaleźli się na tych palmach? Nabili się na nie - triumfował [Thompson]. - Już sobie to wyobrażam, jak jakiś emeryt nabija się na łysą palmę. Surrealistyczne! (s. 64)

  

Wstaje świt. Dzienniki młodych z lat powojennych, Karta 2017

 

 
(Kadr z filmu "Prawo i pięść", reż. E. Skórzewski, J. Hoffman, 1964, źródło: alekinoplus.pl; z filmu pochodzi utwór "Nim wstanie dzień" w wykonaniu Edmunda Fettinga).

 

Gdyby sobie wyobrazili, że za siedemdziesiąt lat powstanie instytucja, której zadaniem będzie zmielenie ich życiorysów i wyprodukowanie jednej uładzonej historii, co by sobie pomyśleli? Ci, którzy odbudowywali miasta są teraz zdrajcami, ci, którzy strzelali do wiejskich nauczycieli okazują się być bohaterami. Nawet z czasów wojny: cały sejm wstaje i czci kolaborantów, którym marzył się rodzimy narodowy socjalizm, a powoli zapomina o tych, co budowali podziemne państwo. Historia nie jest nauczycielką niczego.

Procent bohaterów w przeciętnym społeczeństwie jest niewielki, mniejszy nawet niż procent bandytów. Większość stanowią zwyczajni ludzie, tacy jak ci, co piszą te pamiętniki. Dajmy na to Mieczysław, który sporo miejsca poświęca zakochiwaniu się i oczarowywaniu zupełnie jak autor bloga, kiedy miał piętnaście lat i pisał swój dziennik. Jesteśmy podobni, a przy tym zupełnie niewyjątkowi. Czyżby pisanie dziennika - jeśli ktoś zechce go opublikować - można jednak uznać za wystarczający sposób przetrwania?

Wbrew dzisiejszej propagandzie życie nie było nigdy czarno-białe. I było wyzwolenie, chociaż pracują na zamówienie dzielni historycy w wielkich gmaszyskach, żebyśmy w nie nie wierzyli. Życiorysy pojedynczych osób zawsze stawiają pytania na przekór wielkim narracjom.

A jeśli ktoś myśli - ogarnięty gorączką prawicowego umysłu - że wojna to jest szkoła hartu ducha, niech przeczyta dziennik Bronka:

Byłem na filmie (...) Gdy dziecko skarży się przed rówieśnikami: "A moja matka znów przyszła do domu pijana" - sala wybuchła gromkim śmiechem. Gdy matka pociesza malca, iż niedługo umrze, reakcja widowni identyczna. Zarykiwali się z uciechy dorośli i młode dziewczyny, przyszłe matki. Może to wojna odwrażliwiła ludzi? (s. 291)

 

Robin Dunbar, Anatomia miłości i zdrady, Copernicus Center Press 2016

 


(Elliott Erwitt, Nowy Jork, 1955, Magnum Photos, źródło: mprnews.org)

  

Już gdy czytałem biografię człowieka (tutaj), styl Dunbara uznałem za urzekający. Całe mnóstwo u niego wyników badań, które stają się świetnymi anegdotkami. Częstuję nimi potem A. (jak ta o pięciu miejscach) i kolegów z pracy: dlaczego ludzie się całują? czemu rodzina matki powtarza, że niemowlę podobne jest do ojca? kim jest idealny partner i dlaczego nie istnieje?

Tym razem Dunbar bardziej jest popularyzatorski niż naukowy, stąd mniej danych ilościowych, historii ewolucyjnej i hulanie po różnych dziedzinach z poezją włącznie. Wszystko to niesie raczej przykre wnioski: choćby człowiek nie wiem jak bardzo wierzył w swą własną wyjątkowość, okazuje się, że podlega podobnym prawom i doświadcza podobnych emocji jak inne osobniki jego gatunku dawniej i obecnie. Takim doświadczeniem jest pojawianie się w życiu ludzi i ich znikanie. Usiłuję ich wciąż zatrzymać, zapisując na tym blogu, ale na nic. Tylu już ich poznikało.

Nie oznaczało to - pisze Dunbar - że przyjaźnie nagle całkowicie się kończą - raczej wkraczają na podstępną i na pozór nieszkodliwą ścieżkę ciągłego rozmywania się relacji. Jeśli aktywnie nie przeciwdziałamy temu procesowi, po mniej więcej roku dana osoba powoli coraz bardziej się od nas oddala, by w końcu (...) stać się jednym z anonimowych znajomych (s. 162).

Przeciw rozmywaniu!

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 100