2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: książki

piątek, 06 lipca 2018
Gabriel Tallent, Moja Najdroższa, Agora 2018

 

 
(Sally Mann, bez tytułu z albumu "At Twelve", 1983/1985, źródło: pinterest.com)

 

O Boże (literatury), jakie to dobre, jakie gęste, jakie mięsiste, ale zaraz dochodzę do opisu amputacji palca: czytam zdanie, odwracam wzrok, czytam drugie, staram się pomyśleć o czymś innym. Ta gęstość jednak zachwycająca: opisy przyrody - czysta botanika - autor dostrzega i nazywa pojedyncze źdźbła. Daje to zaskakujący efekt: krajobraz rozłożony zostaje na części pierwsze, zupełnie inaczej pada wzrok czytelnika. Tak samo ciało. Przyzwyczajeni jesteśmy do naturalistycznych obrzydliwości, gdy tymczasem tutaj ona gardło ma przyciśnięte do poduszki, pełne papierowych wilgotnych liści, jakby sama nasączała je niczym zimna jesienna plucha, lodowata woda smakująca pieprzem i sosną, dębowymi liśćmi i zielonym aromatem polnej trawy. Doskonałość prozy.

Nietrudno w głównej bohaterce, Turtle nie dostrzec odbicia innej dziewczynki z północnoamerykańskiej prozy: Ani Shirley. Nie jest to jednak kolejna powieść o dorastaniu, raczej o tym jak drugą osobę można zniewolić, jak zawładnąć jej ciałem i umysłem. Tutrle przypomina więc dzikie dzieci tyle, że nie jest wychowywana przez wilki, ale przez psychopatycznego ojca. Ich opisywany jak scenografia horroru dom nad morzem jest przeciwieństwem ciepłego domu na Zielonym Wzgórzu. Jawi się więc "Moja Najdroższa" jako "anty-Ania z Zielonego Wzgórza".

Pojawiające się tu i ówdzie porównania z "Lolitą" należy z góry odrzucić, w ten sposób oceniać mogą ją tylko miłośnicy gazetowych uogólnień. Martin Alveston nie ma w sobie nic z Humberta Humberta: jest sk..ielem, którego od pierwszych stron ma się ochotę zabić. W jego relacji z córką nie ma żadnej gry, jest zwierzęcy instynkt, który odczłowiecza go w oczach czytelnika (zwróćcie uwagę jak fenomenalnie manipuluje nami autor!)

Przez chwilę tylko pomyślałem o charakterystyce Martina: biały mężczyzna, miłośnik broni palnej, oczekujący apokalipsy, ze zmarnowanym życiem, gdzieś w mieście na prowincji. Nieufny wobec państwa, co widać w stosunku do szkoły i służby zdrowia. Czy nie kryje się w nim portret zwolennika alt-rightu? Czy Martin Alverston nie głosowałby na Donalda Trumpa? (a w wersji wschodnioeuropejskiej na obecnie rządzących?)

 

sobota, 09 czerwca 2018
Andrzej Franaszek. Herbert. Biografia II. Pan Cogito, Znak 2018 (odc. 1)

 

Festiwal Dwu Światów

Jarosław w swoich dziennikach i listach nie wspomina wiele o Zbigniewie. Nie wspomina także w dobrym znaczeniu, to znaczy nie zazdrości, choć to właśnie bohater Franaszka osiąga w latach sześćdziesiątych to, o czym marzył patriarcha: staje się Europejczykiem.

Stał się pisarzem w rzeczy samej europejskim, jeśli za wykładnik tego możemy obok Nagrody Lenaua uznać także to, że (...) na okładkach katalogów Suhrkampa jego zdjęcie sąsiaduje z fotografiami Waltera Benjamina czy Jamesa Joyce'a (s 127).

To, co u Jarosława było marzeniem (w końcu odległość - także mentalna - z dalekiej Ukrainy do Paryża, jest sporo większa niż ze Lwowa), u Herberta staje się codziennością. Ogromna szkoda, że i sam poeta, i jego miłośnicy pod koniec XX wieku sprowadzą go, a potem uwiężą w deklinacji nazwy Polska.

Kiedy świtają tapety

 


(Angelika Hauff na fotosie z filmu "Lockende Gefahr", 1950, źródło: theatermuseum.at)

 

A.: pierwszy miesiąc (sześć tygodni) absolutnego oczarowania. Sposób poruszania, gatunek śmiechu i to, co mówi - wydaje się niepowtarzalne i nieporównywalne z niczym. Mój stosunek do A. - absolutne oddanie. Szczeniackie marzenia, żeby móc oddać jej krew. Sen o katastrofie automobilowej. następny etap: nie można żyć w stanie roztopienia się w drugiej osobie. Powrót do siebie. (...) Ostre ukłucie miłości (miłości opiekuńczej). Awantura o karczochy. A. wulgarna mieszczka. Należało odejść, ale zostałem. Płyty. Francuska piosenka na zgodę (s. 108, AZH, Akc. 17955, t. 87).

A już z całą pewnością wyznacznikiem światowości może być płomienny romans z gwiazdą filmową. W kategorii zaskoczeń, jakie przynosi ta biografia, plasuje się wyjątkowo wysoko. Oto czterdziestoletni przyszły polski pomnik uwodzi wiedeńską aktorkę, Angelikę Hauff. (Jarosław jedynie leciał z Sofią Loren do Palermo w burzy, biografia Z.H. okazuje się gotowym scenariuszem na porządny europejski dramat).

Składnia pozbawiona urody koniunktiwu

Urzędnikom, takim jak ja, pozostają za to wyznania pisane językiem pozbawionym krztyny poezji. Do Najwyższej Izby Kontroli: Autor (…) jest - jak większość poetów - indywidualnością podlegającą fluktuacjom nastrojów twórczych: choruje, popada w depresje. Potem nagle przynosi świetną książkę. Z tym trzeba się liczyć (s. 71).

  

środa, 06 czerwca 2018
Marketa Zahradnikova, Zbigniew Czendlik, Bóg nie jest automatem do kawy, Dowody na istnienie 2018

 


(Wlastimil Hofman, Rudowłosa i anioł, źródło: desa.pl; Niezależnie od księdza Czendlika, wczoraj przypomniałem sobie o polsko-czeskim Hofmanie.)

 

Reklama dźwignią handlu, pomyślałem sobie, bo do zakupu przekonał mnie Mariusz Szczygieł reklamujący Czendlika sloganem: gdybym był księdzem, byłbym Czendlikiem. Zresztą sama tytułowa metafora też była niczego sobie, choć oprócz niej nic z całego wywiadu nie wynotowałem.

Tutaj leży pies pogrzebany. Ksiądz Czendlik opowiada o rzeczach oczywistych i może dla kogoś, komu Kościół kojarzy się z większością polskich biskupów, jest to odświeżające. Niemniej nijak się to ma do księdza Halika. (A może w ten sposób odkrywam jaki jest kłopot z Franciszkiem, że oczekuje się od niego wykwintnej teologii, a on przypomina prostym językiem chrześcijańskie abecadło?) Sam Czendlik wspomina o Haliku i z pokorą zauważa - co zauważam i ja - że nie może się z nim porównać. Jeśli nie Halik, więc kto?

No właśnie, w polskim Kościele, wbrew pozorom, też działają wielkie duszpasterskie osobowości. Nie da się nie wymienić ojca Kramera z jego Bóg jest dobry. W momentach zwątpienia zaglądam na jego stronę, która promieniuje przedziwnym religijnym optymizmem (nie fanatyzmem, co w Polsce częstsze). Gdybym był księdzem, chciałbym być Kramerem, trawestując Mariusza Szczygła.

Przez kolejne strony wywiadu z polskim księdzem z czeskiego miasteczka wciąż mi przychodził na myśl ksiądz Sowa, no i to nie było dobre skojarzenie. Nie wiem, czy przez słabość do drogich perfum, czy przez jakąś taką telewizyjną lekkość. Chciałbym ujrzeć Halika a ujrzałem Sowę.

  

poniedziałek, 04 czerwca 2018
Andrzej Franaszek, Herbert. Biografia I. Niepokój, Znak 2018

 


(Luca Signorelli, Potępieni w piekle (fragm.), 1499-1502, kaplica San Brizio, Orvieto, źródło: wikimedia.org)

 

Recenzja, w której autor bloga pisze głównie o sobie 

Rzadko kiedy czytanie cudzej biografii przynosi tak dogłębne rozczarowanie własnym życiem, połączone z refleksją o jego miałkości. Być może po części wynika to z tego, że życiorys Herberta jawił mi się jako dosyć nudny i przewidywalny, bardzo pomnikowy, a Franaszek zaskakuje mnie na każdej stronie. 

Poprzednio czytałem Franaszka i jego biografię Miłosza, kiedy zmieniałem pracę na Skwer Hoovera i okolice. Mozolnie go czytałem a Miłosz stawał się patronem jakiejś mojej życiowej przemiany. Miałem trzydzieści jeden lat i jeszcze nie byłem tak rozczarowany. Owszem wymyślałem urojone państwa, żeby o nich decydować, ale święcie wierzyłem w swój sposób życia. Teraz, po pierwszym tomie dręczy mnie za to poczucie, że nie żyłem i nie żyję naprawdę.

Kornik napisze twój uładzony życiorys

Zresztą Herbert też jest na swój sposób rozczarowany. Chciał być wielkim bohaterem, takim ze swoich wierszy. Z jakiego powodu Herbert (...) w latach pięćdziesiątych, chciał ukazać siebie w roli nie dość że konspiratora, to jeszcze chłopca, którego nie złamało parodniowe przesłuchanie przez NKWD? Na co mu była potrzebna ta sama legenda w latach osiemdziesiątych? (s. 143) - dopytuje, nie odpowiadając, autor. 

Czy kłamie? Pytanie pojawia się jeszcze kilkakrotnie. Herbert-pomnik stara się upiększać swoją biografię i to nie na poziomie literatury, ale już w listach, wywiadach, opowieściach. Wyidealizowany staje się własnym bohaterem literackim. (Co nie oznacza, że Herbert tchórzy, przeciwnie staje zawsze po stronie sekowanych, niewinnych i pogardzanych. Obsesyjnie wprost stoi po stronie przegranych, odsuwając się od nich, gdy tylko odwróci się karta).

Bądź wierny idź

Bardziej niż bohaterem, autor bloga chciał być Don Juanem. Cała jego, to jest autora bloga, wczesna poezja poświęcona jest temu tematowi. Właśnie dzięki spotkaniu z Herbertem et consortes, wykształcił sobie autor bloga idealistyczne podejście, co do ludzkich uczuć, do kierujących nimi zasad moralnych. "Przesłanie Pana Cogito" miało stać się credo życiowym.

Tyle, że Herbert wprawdzie nie okazuje się być bohaterem, ale właśnie - jak opisuje to Franaszek - Don Juanem. I jest to zaskakujące, niespodziewane i niezwykłe. Imiona i listy miłosne (listy uwielbia pisać) zmieniają się. Pisze z jedną, w podróż jedzie z inną, a tęskni za trzecią. Kryteriów, które stawia czytelnikowi Pan Cogito, w żaden sposób nie da się zastosować do związku Herberta z H.M., jego szamotania się, zdrad, kłamstw i kazań o grzechu. Czuję się wyżęta z wszystkich uczuć prócz rozpaczy i głuchej wściekłości - pisze mu H.M., a autor książki nie dopowiada, o czym jeszcze jest ten list, choć łatwo się domyśli ten, kto czyta między słowami (s. 344).

Poczułem się oszukany, ja, który ciągle wierzyłem w kryształowe pojęcia

Kiedyś się spierałem z Sz. (w czasach, w którym ufałem bezgranicznie Panu Cogito: miałem dwadzieścia lat) o piękno i dobro, ich wzajemny związek. Jednej z kochanek (gdzie dobro?) dedykuje Herbert erotyk, który mnie oniemia (piękno!): Kasztelanko mych palców pani moich włosów/ władczyni punktów bólu mej ogromnej skóry (...)

*

Czy zestawianie Herberta i Kawafisa ma sens? Zastanawiam się nad tym od czasu komentarza Drakainy, która stwierdziła: Odkąd przeczytałam Kawafisa, zwątpiłam w oryginalną wielkość poety Zbigniewa. Kawafis pisał tak, jak oddychał - Śródziemnomorzem. Herbert do Morza Śródziemnego dorasta, dobrze wie, że spadkobiercą jest w niewielkim stopniu, toteż podpisuje się jako barbarzyńca. To, myślę, zupełnie dwa różne głosy - kiedy jesteś aleksandryjczykiem i kiedy wyobrażasz sobie Aleksandrię. Zwodzą tylko podobieństwa w tematach.

*

Popisuję się zagadką, kto w listach niemiłosnych podpisywał się Twoja Kicia. Wszyscy indagowani z niedowierzaniem przyjmują (podobnie jak ja), że to Herbert.

*

Był duży, a tak bał się śmierci - przepisuję incipit z najbardziej wzruszającego wiersza o Jarosławie (autorstwa Z.H.)

*

Trudno nie docenić dzieła Franaszka i ogromu pracy, jaki włożył w pisanie o Herbercie. Niemniej od czasu biografii Gombrowicza, mapy miast, w których żył bohater, z zaznaczonymi ważnymi miejscami powinny być elementem obowiązkowym każdego opracowania. Nie chodzi o to, że żyjemy w epoce infografik, ale o odtworzenie topografii czyjegoś życia.

  

wtorek, 29 maja 2018
Pierre J. Mejlak, Co pozwala powiedzieć noc, Książkowe klimaty 2018

 


(Powody były czysto ekonomiczne. Ludzie nie czytają książek, fot. Maciej Kaczanowski, źródło: http://www.dziennikwschodni.pl/lublin/zamkneli-ksiegarnie-w-centrum-lublina-istniala-59-lat-ludzie-nie-czytaja-ksiazek,n,1000202566.html) 

 

- Autorka nalega, by wieczór autorski odbył się w Lublinie - poinformował polskiego wydawcę agent. - Proszę mnie nie pytać, dlaczego akurat to miasto. Nie mam zielonego pojęcia. Wola mistrza naszym rozkazem.

Ustalono datę imprezy w największej księgarni miasta, ruszyła promocja (s. 189).

Oczywiście najpierw nasuwa się pytanie, skąd autor z dalekiego kraju (byłem na Malcie, więc wiem, że daleko) zna Lublin. Dlaczego akurat to miasto, a nie dajmy na to Toruń? Ale pytaniem, które pojawia się zaraz potem, jest pytanie o to, która to mogłaby być księgarnia. Wcale nie łatwe. Jeszcze dwadzieścia lat temu było ich sporo, dziś musiałby to być empik w którymś z centrów handlowych. W przeciwieństwie do Bazylei, Lublin - miasto uniwersyteckie nie inwestuje w rynek księgarski. Przyznam, że gdy sobie wyobrażam ten wieczór autorski z ostatniego opowiadania jak rozgrywa się w Plazie albo Felicity, to cały urok tego, że dzieje się to w moim Lublinie, ginie raz dwa.

Mejlak pisze o życiu a życie w jego opowiadaniach składa się z serii małych i dużych kłamstw. Związki, pozornie całkiem w porządku, okazują się na dłuższą metę źródłem neurozy i jedynie śmierć - prawdziwa bądź udawana - pozwala na jako taką prawdę. Musiałem aż sprawdzić notę biograficzną: nie myliłem się - autor w wieku podobnym, to i przemyślenia o życiu podobne.

Każda z krótkich fabuł zaskakuje, choć te zaskoczenia - wiem, że zabrzmi to paradoksalnie - bywają przewidywalne. Nie oznacza to, że przyjemność jest mniejsza, nie, Mejlak perfekcyjnie wykorzystuje formę, przy okazji stawiając czytelnikowi straszne pytanie: co ty zrobiłeś ze swoim życiem?

 

środa, 09 maja 2018
Zygmunt Klukowski, Zamojszczyzna 1918-1959, Karta 2017

 


(Widok Szczebrzeszyna na początku XX w., źródło: http://shtetlroutes.eu)

  

Podręczniki do historii zawsze kłamią, powtarzam to swoim studentom, tym nielicznym, którzy nie wychodzą w trakcie przerwy, udając, że to wcale nie oni. Jeśli więc historia ma być nauczycielką życia, potrzebne są bezpośrednie relacje, dowody na istnienie. Tylko w ten sposób można zwalczyć złudne idee. Tom Klukowskiego jest w tym zakresie dziełem bezcenny.

Historia pisana z perspektywy Szczebrzeszyna jest inna niż ta warszawska, mniej patetyczna, bardziej okrutna. Nie poddaje się dyktaturze jednoznaczności. Opowieść o wielkich Polakach staje się opowieścią o ludzkim losie, w którym bohaterstwo miesza się ze zdradą, a czyny wspaniałe z czynami podłymi. Historia widziana w ten sposób nie nadaje się do budowania pomników, za to pozwala zobaczyć to, czego autorzy podręczników pokazać nie chcą. Zwyczajność życia i śmierci.

Spróbujmy z Zygmuntem Klukowskim przyjrzeć się historii przez pryzmat dzisiejszych mitów (wspaniałość II Rzeczypospolitej, największe drzewo w Yad Vashem, którego wciąż nie ma):

Za trumnami szły wielkie tłumy ludzi. Rzucał się w oczy zupełny brak księży. Okazało się, że w całym Zamościu nie było ani jednego księdza, czy to cywila, czy kapelana wojskowego. Wszyscy zwiali przed bolszewikami, bez skrupułów porzucając swoich wiernych parafian (s. 18).

W którymś roku sprowadzono z zagranicy jakieś nowe ogromne maszyny do tartaku. Okazało się, że na ustawienie tych maszyn tartak się nie nadaje, zaczęto go przerabiać, dostosowywać, a maszyny stały na dworze i psuły się. I w rezultacie nic z tego nie wyszło, a koszty związane z tą imprezą wynosiły miliony złotych (s. 46).

Paragraf aryjski został uchwalony niemal jednogłośnie, bo zaledwie około sześciu delegatów głosowało przeciw niemu (...) Nie pozwalano wypowiedzieć się tym kolegom, których wywody nie odpowiadały intencjom fanatycznego antysemickiego ogółu (s. 110).

W 1938 roku na dobre rozszalała się akcja tępienia prawosławia (...) [Starosta] zaprosił mnie zaraz do starostwa i w swoim służbowym gabinecie w bardzo serdecznej i poufnej rozmowie zaczął szeroko rozwodzić się nad koniecznością zwalczania prawosławia, wskazał na otrzymywane okólniki i instrukcje urzędowe (s. 113-114).

Zaczęto od szykanowania w najrozmaitszy sposób. Od wszystkich urzędów i instytucji samorządowych zażądano spisu prawosławnych i Ukraińców i stopniowo usuwano ich z posad, niezależenie od kwalifikacji (...) rejenci mieli wyraźne polecenie, by nie dopuszczać do nabywania nieruchomości przez nie-Polaków. W kilku miejscowościach odpowiednio nastawiona ludność rozebrała, rzekomo samorzutnie, drewniane cerkwie prawosławne (s. 118).

7 września. Ewakuują z Warszawy ministerstwa. Dygnitarze z rodzinami, ministrowie, wyżsi wojskowi, korpus dyplomatyczny - wszyscy pędzą na wschód i na południe. Przy wielu samochodach chorągiewki państwowe. Ucieka elita, wnosząc niesłychane zamieszanie, graniczące z paniką (s. 136).

21 września. Piękne limuzyny, niektóre jeszcze lśniące, a przeważnie celowo niemyte lub nawet całe wysmarowane gliną dla zamaskowania przed okiem nieprzyjacielskich lotników, najczęściej ze znakami rejestracyjnymi Warszawy, przeładowane były uciekającymi i ich rzeczami. Niezwykle przykre wrażenie sprawiał widok stosunkowo dużej liczby oficerów wyższych szarż uciekających razem z rodzinami (s. 143).

6 grudnia [1939]. Niestety, nawet sami Niemcy przyznają, że broń znajdują we wsiach najczęściej wskutek donosów rozmaitych kolegów, sąsiadów (s. 180).

17 grudnia [1939]. Ludzie się łudzą na różne sposoby. Jedni wierzyli w przepowiednie św. Andrzeja Boboli, że niewola trwać będzie 101 dni, i obliczali dzień wyzwolenia na 8 grudnia, inni znów entuzjazmowali się opowiadaniami o tym, jak Matka Boska na cudownym obrazie w Częstochowie rozłożyła ręce i na dłoniach można było wyraźnie wyczytać datę 12 grudnia (s. 183).

11 stycznia [1940]. Wezwano mnie dzisiaj do chorego Żyda z odmrożonymi stopami. Jechał z Warszawy koleją z zakupionym towarem. Opowiadał z płaczem, jak jeszcze na dworcu w Warszawie wyrzucili go z wagonu pasażerowie Polacy, zabierając część towaru (...) Metody niemieckie znajdują grunt w niektórych sferach społeczeństwa polskiego (s. 189).

19 lutego [1940]. Nigdy nie przypuszczałem, że szerokie warstwy ludności polskiej są tak słabego ducha i tak dalece pozbawione godności osobistej i narodowej. Z wyjazdem na roboty do Niemiec dzieją się rzeczy nieoczekiwane. Ludzie zgłaszają się dobrowolnie, nieraz całymi rodzinami (s. 196).

17 lipca [1940]. Całej brance [łapance Żydów] przyglądało się dużo ludności polskiej. Na wielu twarzach nie było znać najmniejszego współczucia, przeciwnie śmiano się i dowcipkowano (s. 221).

12 sierpnia [1940]. Zaczęła się obława [na Żydów] na mieście i w pobliskich wsiach. Brali w niej udział oprócz policji i dwóch milicjantów dość liczni obywatele miasta na ochotnika, z burmistrzem Boruckim na czele (s. 226).

Podobnie ma się sprawa z żołnierzami wyklętymi (oczywiście tak nienazywanymi). Klukowski, sam oficer Armii Krajowej, opisuje postępującą demoralizację: ostatecznie giną przypadkowi ludzie, bandyci pozują na bohaterów, a niegdysiejsi bohaterowie zajmują się bandyterką. Oddział opiewanego przez dzisiejszych historyków Dekutowskiego morduje czteroletniego chłopca tylko dlatego, że jego ojciec służył nowej władzy. Nie, nie ma tu heroizmu, jest brutalna wojna, która nie chce się skończyć.

Cóż o niej mogą wiedzieć ci młodzieniaszkowie w odzieży patriotycznej? 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 107