2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Lublin

środa, 07 czerwca 2017
Dziennik. Niechęć do pisania, melancholia, notatki

 

(Henri Matisse, Leżąca Odaliska w zielonych spodniach i z niebieskim paskiem, 1925-1927, Musée National d'Art Moderne, Paryż, źródło: pinterest.com)

 

1. 

Wojna wron jest tak gadatliwa, że niczym przy niej wszystkie nasze spory. Odrywam się od okna. Zamknąć – otworzyć. Piątek w tygodniu słonecznej melancholii. A jeśli, jeśli wszystko jest tylko przywidzeniem? Mnóstwem przywidoków? (02.06.2017)

2.

Byliśmy jak turyści. I nie miały dodatkowych znaczeń drzewa, przystanki, ławki. Z bramy wystawał rybi ogon. Tej nocy Lublin był wyobrażony: uniwersyteckie miasto, w którym panuje radość. Cały wieczór nikt nie zdejmuje tej maski. Te tysiące gerber, wylewające się kolorowe balony, światło letniego zachodu, ten tłum, w którym na próżno usiłuję odnaleźć przyjaciół z prehistorii. Wszystko się zmieniło. Mówi mi, że już z niego wyrosłem. Nazajutrz obudzi się ze snu i na nowo popadnie w stupor (03-04.06.2017).

3.

Świeżego siana kamienice - na drodze krajowej układam nieznane Czechowiczowi wiersze (04.06.2017).

4.

Nic na to nie wskazywało, ale wróciłem z nią, podstępną melancholijką, melancholią, zawleczoną z Lublina na nowy tydzień, tak jak się zarażasz grypą albo rotawirusem, tak też nią. Owa nieosiągalna bogini czarnowidzenia, może i nawet Kallipygos w letnim deszczu, podpowiada teraz: o niespełnieniu, o przemijaniu i ciągłej zmianie, o fantazjach, które nie są porządną literaturą, o tym, że wytną na Racławickich drzewa, o tym, że wiecznie będziesz się martwił o kogoś albo o coś. O tym, że nie zostanie nic wartego uwagi po tobie, potem.

- Dokąd uciekasz? - pytam, zamykając okno.

5.

- To nie ma sensu - pisze W. w poniedziałek.

- Może sens nie jest potrzebny? - dopisuje we wtorek.

A co jeśli skończymy jak pan Franek, co wyjada kanapki na bankietach i ma wizytówkę emerytowany urzędnik? (05-06.06.2017)

6.

Rano Matisse'owi przynoszono do pokoju hotelowego, wychodzącego wprost na nabrzeże, owoce morza z restauracji, tak aby mógł malować je na martwych naturach a potem oddać przed obiadem. (Był łapczywy, nie był głodny). Modelki pozowały w strojach lub w pół-negliżu, ich ubrania przypomniały o Afryce Północnej, gdzieś tam za horyzontem. Matisse malował je a potem wracały do miasta. Muskał jedynie oczyma, nie niepokojąc, ich powszedni przepych (Peter Schjeldahl, Finding Solace in Henri Matisse’s Nice, "The New Yorker", 18 lipca 2016).

7.

Spadł wreszcie oczekiwany deszcz. Jechaliśmy na japoński spektakl, więc deszcz miał postać długich równoległych linii. Na spektakl szła A. i bardzo nie chciała, ale to był prezent od Dziecka, a Dziecko może się jeszcze obrazić, ma obrażanie się po tatusiu. Wysiadła więc spóźniona na Agrykoli, a my pojechaliśmy na babeczkę. I w żadnej kawiarni - wyobraźcie sobie ten dziecięcy zawód - nie było babeczek z truskawkami.

Wtorek w tygodniu pochmurnej melancholii (06.06.2017).

 

sobota, 22 kwietnia 2017
Dziennik oszczędny w słowach

 

(E. Hartwig, Lublin, ul. Lubartowska, 1964, wyd. Ruch, źródło: https://fotolehardi.wordpress.com/category/pocztowki/lublin/1944-1989. Udowadnia, że wszystko się zmieniło)

 

Śnieg obsypał żółte forsycje.
Zniknął po chwili.

Cięli topole w porannym słońcu.
Padało jemiołą.

Plama po wylanej kawie.
Mój kawałek Krakowskiego Przedmieścia.

Zasiedli za kamiennym stołem.
Patrz, przekwitają już drzewa.

Młode słońce prześwietla okna.
Jakiś ptak usiadł na balkonie.

Promienie, kiedy wyszliśmy.
Deszcz, kiedy wracaliśmy.

(18-23.04.2017)

 

poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Dziennik. Wszystko się zmieniło

 

 

1.

Triduum to jest Kosmos. W końcu wyprowadza cię w święty czas, taki, co tkwi poza czasem i dzieją się w nim rzeczy, których nie pojmiesz na zdrowy rozum. Na przykład jednej nocy na nowo stwarza się świat a innej umiera Bóg. Ale z Dzieckiem to też jest kosmos. A skoro żąda uwagi właśnie tu i teraz, to nie możesz po prostu zniknąć. Nigdy tak daleko nie było mnie od Kosmosu.

2.

Opowieści świąteczne, które pisuję dwa razy do roku zawsze mają ten sam przewidywalny układ. Będzie McDonald w Garwolinie, zachwyt na Wyżyną z jej środka i melancholia w Lu. Zawsze są te trzy: czytanie autora bloga staje się cokolwiek nudne. Teraz też - właśnie w piątek, omijając korki drogami wojewódzkimi i krajowymi, poczułem ochotę na fishmaca, głód po tygodniowym, niedobrowolnym poście. I pojechaliśmy do Garwolina i wyciągnęliśmy Dziecko, i znowu był w środku gwar i szczebiot. I tylko ryba w bułce okazała się nie spełniać moich wyobrażeń. Ale na to było za późno, jeden raz do syta, z frytkami. Zaczynało padać.

3.

- Po co ratować owieczkę z połamanymi wszystkimi nóżkami? - komentowałem A. fragment jakiegoś kazania z wieczornego czuwania.
- Po co Calineczka ratowała jaskółkę? - odpowiedziała pytaniem A.

4.

Może to dlatego, że niebo było ołowiane, a może dlatego, że za dwa dni mieliśmy znowu je opuścić i znowu zapomnieć, Miasto w wielkosobotnie popołudnie popadło w melancholijny nastrój. U kapucynów ludzie tłoczyli się do spowiedzi na ostatni moment, u wizytek i Ducha zamknięte, sprzątali, u Pawła - harcerze przy grobie wyglądali jak siedem nieszczęść, a w dawnym kościele jezuitów Dziecko obudziło się i przeraziło manieryzmem na suficie. Wszystko się zmieniło, chciałem powiedzieć A., ale przypomniałem sobie, że wyjechałem z Miasta prawie dwadzieścia lat temu, więc je akurat spokojnie mogę usprawiedliwić.

5.

Gdy Pan Bóg stwarzał świat, ksiądz kanonik wyciągnął z kieszonki złożony birecik, wygładził brzegi, pogłaskał purpurowy pomponik, nałożył na głowę i powrócił do snu o wielkości.

6.

Przez pewien czas na Wielkanoc nastawiałem Haendla na piątą trzydzieści. Alle-lu-ja - budził cały dom i zrywaliśmy się w słoneczny poranek na rezurekcje. Dziecko dzielnie zastępuje londyński chór, woła buła i zrywamy się, ale przeczekujemy bicie dzwonów. Wszystko się zmieniło - nie chcę zanudzać A. swoimi refleksjami - Wielkanoc też.

(Poza tym my; polne ścieżki, które stały się alejami; babeczki, które zmieniły ciasto; miejsca przy stole inaczej zajęte; potrawy, które zaczęły a które przestały smakować; widoki z okien; wierzchołki drzew, itd., itp.)

7.

Tego dnia powinno się przemykać do kościoła między kałużami, unikając wiader i butelek, nasłuchując wesołego harmideru, krzyków i bieganiny. Jeszcze parę lat temu właśnie tak było, ale teraz zalega cisza: żadnych mokrych ubrań, ociekających włosów, wodnych bitew pomiędzy blokami. W tej ciszy, mimo Zmartwychwstania martwej, opuszczamy Wyżynę. Dopiero jakieś sto kilometrów dalej, na mazowieckiej wsi natrafiamy na pierwszy (i ostatni) tego dnia Śmigus Dyngus. A więc to też już jest inaczej - odzywa się w autorze bloga etnograf i skrupulatnie notuje

8.

Czytanie autora bloga staje się cokolwiek nudne. Bez dziennika, przynajmniej na jakiś czas.

(13-17.04.2017)

 

niedziela, 19 marca 2017
Dziennik. Opowiastki z szosy nr 17

 

Doskonałość według Jo.

Rozmowy z Jo., która pojawia się u nas w środku nocy, zawsze są zasadnicze. Z tym sprzętem - mówi Jo. - osiągnęłam już wszystko, nie mogę osiągnąć większej doskonałości. Doskonałość będzie wówczas, gdy obraz i odwzorowanie staną się tym samym - fotografia osiągnie swój cel, kopiując życie jakim jest. Czyli nigdy.

Pożegnanie z widokiem

Zapamiętuj drzewa. Gościniec: klon. Krajobraz, który nie doczeka złotego października. Zawilcowy zagajnik: olcha. Patrz, tylko pnie. Cmentarz: kasztanowiec.

Poemat o mieście Garwolinie 

Z fragmentów dotyczących McDonalda w Garwolinie złożyłby się już spory poemat dygresyjny. Zajeżdżamy tak wcześnie, że nie podają hamburgerów i w rannym słońcu Dziecko krąży między stolikami z darmową kawą.

(Przykładowe fragmenty: tutaj i tutaj).

Stan umysłu 

U jubilera Leonardo da Vinci w wersji srebrnej. Szaty apostołów pokolorowane, każda inna. Jesteśmy w Ś., miejscu najbardziej prawym, choć galeria handlowa ku czci pogańskiego bóstwa (bóstwo okazuje piersi pośród sztucznych kwiatów). Nie ma chyba większego w tym kraju skupiska mormonów (tutaj). Poza nimi mieszkają tu jedynie poskramiacze węży (tutaj).

Opowiadania nienapisane 

Lubiłem spędzać letnie wieczory na balkonie i zaglądać ludziom w okna. Wtedy myślałem, że będę poetą a ominął mnie całkiem dobry kawałek prozy, taki, co się nie nadaje ani na listy ani na dziennik (tylko, żeby obmyślać jak się bezmyślnie jedzie).

Co się śni Dziecku? 

W środku nocy Dziecko powtarza imię swojej koleżanki Nina, Nina, ale parę snów później decyduje się na inną Ala, Ala. Oby tylko nie odziedziczyło mojego chronicznego niezdecydowania, tego, co w dziennikach (Na pierwszych trzech stronach bohater dwukrotnie wyznaje miłość różnym osobom).

Obrazek z zimą

Pisała mi M., odnosząc się do mojego narzekania na warszawską nijakość zim: zima w Lublinie w tym roku była jak z obrazka. Jakby na potwierdzenie słów z listu, gdy rano wyszliśmy z kościoła, rzuciło w nas śniegiem.

(18-19.03.2017)

 

sobota, 07 stycznia 2017
Dzienniki 1996-1997. Syndrom lubelski

 

Tym, co łączy bohatera dzienników z bohaterem "W poszukiwaniu straconego czasu" jest fakt, że obaj spędzają długie godziny nad uczuciowymi dywagacjami, roztrząsając rozterki dotyczące np. wierności Albertyny albo tego, czy Monika odpisze na list. W obu wypadkach interesuje ich nie tyle samo działanie, toteż wolą leżeć i myśleć, ile stan wewnętrzny - szczęście lub nieszczęście - którym potrafią się rozkoszować. Oczywiście tutaj podobieństwa się kończą. Dzienniki nie są niestety literaturą, wbrew ówczesnym wyobrażeniom ich autora, który co jakiś czas wspomina o potrzebie ich publikacji. Literatura dąży do uogólnienia, wzniesienia się ponad ciąg zdarzeń. Autor dzienników, próżny trud, wznieść się nie potrafi.

Wbrew być może temu, co da się wyczytać z bloga, Lublin wcale nie jawi się jeszcze wówczas jako miasto idealne. Miasta idealne rodzą się wtedy, gdy je porzucamy. Przypuszczam za to, że ten sposób pisania, ten sposób przeżywania to właśnie świadectwo owej nieuleczalnej lubelskiej melancholii, znajomego uczucia, które mieszkańców miasta wprowadza w nieustający minorowy nastrój.

Zeszyt 11, wrzesień - grudzień. Chociaż bohaterowi nie udaje się wypożyczyć z biblioteki "Cierpień młodego Wertera", fantazjuje on o miłości, która oznaczać ma przytulenie się do cudzego ciepłego swetra. Zakochuje się więc siłą sugestii. Oto szkolny kolega pisze poemat o bohaterze i Kate (taka pisownia w dziennikach) a urzeczony bohater postanawia poezję zamienić na prozę, co stanowić będzie główny wątek dziennika.

Dużo rzeczy jest wtedy pierwszych: pierwsza wizyta w Krakowie, pierwszy e-mail, pierwsze słuchanie jazzu, które daje przyjemność i pierwsze zastosowanie Cohena dla napawania się melancholią. Ba, pierwszy raz pojawia się wówczas przezwisko Kozmo (październik 1996 r.), którego autorem jest ów kolega o sporej sile sugestii.

Zeszyt 12, grudzień - luty. Bohater tropi nihilizm. W sumie z jego poglądami mógłby się dzisiaj zgodzić mój kolega z pokoju. Nihilizm to bardzo pojemna kategoria oznaczająca właściwie wszystko, co nie jest chrześcijaństwem.

Po raz pierwszy pojawia się też Iwaszkiewicz. Bohater odczytuje fragmenty o nim z "Dziennika" Kisiela. Zapewne, choć o tym nie pisze, kwalifikuje go jako nihilistę.

Zeszyt 13, luty - sierpień. Aby oderwać się od najlepszej szkoły na wschód od Renu (cytat z jej dyrektora), która - co odkrywa bohater - przeżarta jest korupcją i pozorem, bohater spaceruje po księgarniach. Czasem sam, czasem z kimś. Tamten Lublin składa się z księgarń (dlatego dziś nie da powtórzyć się spaceru bohatera).

W końcu w sierpniu, udaje mu się przytulić do cudzego, ciepłego swetra, tyle tylko, że to nie jest - jak się okazuje - miłość.

 

niedziela, 18 grudnia 2016
Dziennik. VHS

 

Pustka. Za oknem świeci słońce - zapisywał autor ówczesnego dziennika piętnastego lipca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku. Dziwne, ale bardzo mało uwagi poświęcałem wówczas miejscom. Tak naprawdę dopiero wyjazd z Lublina, dokonał we mnie zwrotu od siebie i swoich emocji ku tłu. Okazało się wówczas, że pamięć jest umiejscowiona, że ludzie i zdarzenia mogą istnieć tylko w określonym miejscu i czasie. Że mapa jest podstawowym narzędziem pamięci: ta ławka, ten przystanek, ten trawnik, to drzewo. Wiem oczywiście, że ogłaszam odkrycie prawd znanych, co najmniej od wieku, czyli od Combray.

Jeśli usiłuję sobie przypomnieć jakieś zdarzenie, to zawsze w określonym miejscu (rzadko pamiętam pogodę czy czas, ale miejsce jest konieczne). Spacerowaliśmy z U. i S. od gmachu liceum przez całe Krakowskie aż do Bramy. Ulica była rozkopana, ale nie potrafię przypomnieć sobie wyglądu budynków albo szyldów. W przeciwieństwie do głębokiego dzieciństwa, te zdarzenia i miejsca pamięć umieszcza w przegródce "całkiem niedawno". Toteż z pewnym zadziwieniem odkrywam, że minęło już dwadzieścia lat od tamtego lipca (a skoro to grudzień, to na dodatek jeszcze kilka miesięcy).

Wszystko przez film, który pojawił się w sieci (tutaj). Ktoś ten lipiec w Lublinie zachował na kasecie VHS. Kiedy ja nie dbałem o miejsce, ktoś zapisał tło dla mojej pamięci. Rzeczywiście piętnastego lipca świeci słońce a pustka nie jest tylko stanem duszy, ale i cechą krajobrazu. Nie mogę uwierzyć, że w tamtym mieście mieszkają moje wspomnienia. Wygląda na to, że to bardzo dawno (15.07.1996 - 15.12.2016).

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17