Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Lublin

poniedziałek, 31 grudnia 2018
Dziennik pisany w grudniu (odc. 3)

 

20. Mizantropia

Poza wybranymi przed świętami nie znoszę ludzi, ich niecierpliwych ruchów Browna. Tego, jak wpadają pod samochody. Tego, jak wpadają samochodami. Jak chcieliby zabić, nie za ojczyznę, za klocki lego, bombkę i karpia. 

Przed świętami nie należy wychodzić z domu.

21. Anegdota

Siedziałem z tym mężczyzną - obok - na jakimś spotkaniu ostatnio w listopadzie. Opowiadał nieśmieszną anegdotę, ale uśmiechnąłem się lekko i przytaknąłem (tak zwykle czynię, jeśli nie wiem jak postąpić). Należał wówczas do wąskiej grupy ozdrowieńców, tych, co do których diagnozy były mylne i z jakichś zagranicznych klinik wracali z dodatkowym życiem (nowe czerwone serduszko na ekranie). 

Zawezwali go z powrotem z początkiem grudnia, tłumacząc, że zaszła pomyłka, że to nie on, nie jego. Nie będziemy od dzisiaj siedzieć obok na żadnych spotkaniach.

 


(Sześć słońc, poklatkowa fotografia dnia arktycznego, Donald MacMillan w trakcie ekspedycji w poszukiwaniu Crocker Land, ok. 1913-1917, źródło: https://www.facebook.com/stephen.ellcock)

 

22. Przesilenie

Nie pisz tylko, jak to się kończy - ostrzega mnie A., która dobrze zna - tyle razy już jej opowiadałem - eskimoskie obrzędy według Maussa. Kończy się noc ciemna, a zaczyna lato, stoimy z lampami w ogromnym kościele. A potem z nimi pojedziemy dalej, ciepłe ręce, świętować do jasnego domu, na jasne śniadanie.

23. Z zapisków księdza kanonika

Wprowadzenie fordowskiego modelu udzielania sakramentów świętych znacznie usprawniło pracę naszej parafii. Wikariusze na krzesłach pod kolumnami odpukują z częstotliwością jedne na minutę. Parzyści otrzymują loretańską, nieparzyści do Serca. Problemem jest tylko zarządzanie kolejką, ale od przyszłego sezonu pojawią się automaty z numerkami. Efektywność rośnie w tempie wykładniczym, tylko niestety coraz mniej wierzę w maszynowe przebaczenie.

24. Godzina okien kuchennych

Czternasta trzydzieści jest godziną okien kuchennych. W równych rzędach stoją oświetlone. Tylko ich energooszczędna szczelność zapobiega unoszeniu się nad blokiem chmur z karpi, grzybów i postnej kapusty.

Spoglądałem przez balkonowe okno w kuchenne w R. Była śnieżna zima i sztuczna choinka. Naprzeciw krzątały się kobiety, zaraz miała pojawić się pierwsza gwiazdka. Tyle tylko, że tamte jakoś się nazywały: Pela albo Lalka. Tutaj nikt, wszystkie okna są anonimowe.

25. Opowieść wigilijna

Nie był to chrobot, w końcu mrozik był lekki i śnieg świeży, więc to nie był ten dźwięk. Ale nie było to też chlupot, taki, co się wydobywa, gdy śnieg topi się i oblepia podeszwy. To było coś innego, miękkie jak wełna leżało pod gwiazdami na starym mieście. Noc była ciemnożółta, na wieży furgotał blaszany kogucik, szliśmy Złotą na Pasterkę (kosztowało to autora bloga tydzień indoktrynacji, podobnie jak sobotnie roraty, opowieści o orkiestrze grającej kolędy, muzyce dobiegającej ze starego kościoła w Lublinie). Pierwsza Pasterka odkąd pojawiło się Dziecko. Po północy zagrały skrzypce, była obiecana orkiestra: zadowolone Dziecko zasnęło przy pierwszej kolędzie.

26. Ekscelencja

Kiedy jedliśmy obiad z telewizora wyszedł tłusty biskup. Uważnie wyciągałem ości z jeszcze wigilijnej ryby i wykałaczki ze zrazów schabowych. Biskup mówił obficie (miał być to koncert kolęd, ale w rządowej telewizji, cóż to za koncert bez biskupa?)

W tym roku na Pasterkę nie musieli szukać zbyt długo parkingu i w kościele też nie było tłoku. Komunia zamiast czterech, tylko dwie kolędy - drobne znaki, których może nie dostrzec biskup przy obiedzie.  

27. Meteorologia

Dlaczego dzień jest ponury? - spytało Dziecko. Listopad zaczął się od nowa wczorajszego ranka, choć jak donosiła J. trwał już wcześniej na rubieżach zachodnich. Po powrocie do Warszawy jedynie się nasilił. Teraz wyraźnie chlupotało, zupełnie bez śniegu i ciamkało, gdy buty przylepiały się do brudnego błota. Opowiedziałby Dziecku o nadciągającej klimatycznej katastrofie, ale wolał milczeć, zresztą w mieście Ś. dowiedział się, że to kłamstwo i wina tamtych od Tuska, to znaczy złych Niemców.

(Ironizowałem w grudniu, że w razie katastrofy sam Pan Bóg wyniesie Polaków na rękach, okazało się, że w Ś. to pewność, a nie ironia.)

28. Kieliszki

Zastanawiał się potem czemu właściwie kupił tych sześć wielgachnych kieliszków do czerwonego wina, na tyle dużych, że w szafce musiał poprzestawiać półki? Co więcej niósł te kieliszki w jednym ręku jak trofeum, na drugim dźwigając uśpione w ciepłym samochodzie Dziecko. Pojechali bez A., bo A. napotkała anginę i została w domu. A. zwykle hamowała jego zakupy, a teraz w ikei poszedł za Dzieckiem: klopsiki, zabawa w kuchence na dziale dziecięcym, cynamonowe bułeczki. Po drodze były kieliszki do czerwonego wina. Zwłaszcza, że piją zwykle białe, to on woli czerwone.

Ustalił w końcu: zrobił sobie prezent, taki na koniec roku, kiedy pozostają z niego tylko wspomnienia i zdjęcia. Widok z baru w galerii Tate na drugą stronę Tamizy, plaża nad Atlantykiem, czerwone wino gdzieś w okolicy jeziora Garda (tu nie mógł się zdecydować, może jednak - po ciemku - było białe).

29. Pożytki z klocków lego

Godzinami układaliśmy klocki lego. Może dlatego, że w ostatnie dni roku przestałem opisywać całkiem zwyczajne życie jako nadzwyczajne i uznałem, że nie przeczytam już pięćdziesiątej ósmej książki. Po prostu układałem, zresztą razem z A. i jej anginą, ćwicząc w sobie - klocki lego to prawie medytacja - cnotę. Na koniec Dziecko przebudowywało to, co zrobiłeś: taka to mandala.

30. Przedostatni

Choinka powoli nie daje rady. Wczołguję się pod nią z kubeczkiem, ale nie chce pić. Te dni między świętami a nowym początkiem dłużą się jej niemiłosiernie. 

(Za kim, za czym będzie tęsknić w tym nowym roku?)

31. Ostatni

Rachunki powinno się zakończyć przed godziną dwunastą roku starego. Podobnie pisanie, sprawdzam jak w poprzednich latach. W dwa piętnastym szedłem po obiad do Hindusa, w tym Hindus przyszedł do mnie.

Zacząłem czytać nową książkę, odebrałem ją na poczcie, i jest ponura, to znaczy prawdziwa.
Kupiłem czerwone wino, żeby wlać do kieliszków oraz więcej słonecznika dla sikorek i wróbli.

    

piątek, 05 października 2018
Dziennik pisany we wrześniu (odc. 4)

 

21. 

Tak się spieszą by tańczyć w ostatni - jak mówią - letni wieczór. Ciepła jest trawa, na której siadają przelotnie. Motyle w alei małych pocieszeń. Odjeżdżają im tramwaje.

22.

Nazajutrz zaczęło padać. W holu musieli chaczapuri, bo bez chaczapuri teraz nie ma soboty. Nawet jeśli wszystko przestało smakować i kawa americana, taka jaką pije M., to oni jeszcze chaczapuri.

23.

Pod kocem z szarych chmur pojechaliśmy na Muranów znudzeni takimi samymi kawiarniami, takimi samymi kawami, takimi samymi ciastami i takim samym życiem (wszystko przestało smakować). Usadowiliśmy na fotelu śpiące Dziecko i spoglądaliśmy z nie takiej samej perspektywy.

24.

Od zachodu pasami nadciągają chmury - uważnie obserwuję krajobraz. Czytam Bursę (nowe wydanie, ale niewiele szersze od starych wydań) i po dwudziestu latach na nowo odkrywam, że był genialny, i że dwadzieścia lat od momentu, kiedy zapisywałem go w swoich dziennikach, i opowiadałem z przejęciem drogiej W., nic a nic nie stracił z aktualności.

Uważnie obserwuję balkonowe niebo: jutro pełnia.

25.

Nie rozdziobią nas kruki, ni wrony. Rozdziobią wróble, całe czyhające stado, które nie boi się z papierka, ani nawet z ręki, nawet z nogi. Wpatrują się bestie w mufinka, który przestał smakować. Lądują. Rozdziobują. Na finał tragikomicznego września.

Z Andy Rottenberg: Znam miarę, ale też wiem, że większość napisanych kiedykolwiek powieści, wierzy, uczonych, rozpraw i artykułów to nikomu niepotrzebna makulatura zalegająca na śmietniku historii, jako dowód ludzkiej słabości związanej z potrzebą przedłużenia swego jednostkowego istnienia ponad jego biologiczny kres (s. 160).

Jest jakiś ponury sarkazm w tym, że czego dotknę swoją stopą, zamienia się w popiół. W sierpniu o mały włos nie spłonął dom Luny, teraz ogień pełza po Górach Pizańskich, zagrażając młynowi, i świetlikom, i kartuzji, w której trzymają dinozaura (patrz: tutaj).

 

 

26.

Kiedy się obudziłem w fiolecie i różu, obok spało Dziecko, budzik jeszcze nie dzwonił. Z poprzedniego wieczora pozostał ponad blokiem księżyc w pełni, ale bladł w oczach i zniknął.

Ostatnią deską ratunku - jeśli traci się smak - bywa McDonald. W brązowym płaszczu siedzi w nim autor bloga: wydaje się, że jako jedyny nie uczestniczy w wycieczce szkolnej. Owszem dziewiętnaście lat temu wybrał się na takową, i od tej pory nie może powrócić. (Wreszcie coś mu smakuje).

27.

Czytam. Czytanie jako ersatz rzeczywistości, której nie warto nawet zapisywać (nie pamiętał jeszcze tak fatalnego września). 

28.

Wyobrażał sobie, że jadą w gości tramwajem do pewnego mieszkania przy pętli. Wieczór sprzyjałby wycieczkom, ale piątek, piątek jest dniem awantury urządzanej przez Dziecko (dopisuję tydzień później).

29.

Mieliśmy nie jechać, ale przyśnił mi się dzwon, co go mają na Wieży Trynitarskiej, a który kiedyś był dzwonem farnym. Dzwoniliśmy nim ja, i A., i J. (J. też zaplątana do tej historii). Dziecko też chciało dzwonić. A kiedy się obudziłem i zobaczyłem, że dzisiaj św. Michała, patrona dawnej fary i tegoż dzwonu, to już wiedziałem, że to Lublin wzywa. Lublin calling.

30.

Miałem ochotę coś zmienić. W sobotę pojechaliśmy przez wyciszony Garwolin a w niedzielę skręciliśmy na Radom. Złota polska jesień waliła prosto w oczy, oślepiając na szosie numer dwanaście. Ach, jakie brzydkie Mazowsze, gdy już się przekroczy naprędce Wisłę i znajdzie się po naszej - obecnie - stronie. 

 

środa, 01 sierpnia 2018
Dziennik pisany w lipcu (odc. 3)

 

25. Sprzęty

Stanowczo za mało pisze się o lodówkach. Owszem docenia się rolę rzeczy w życiu ludzkim (pióro atrament lampa), ale rzadko mówi o dużym agd (wyjątkiem piec podobny do bramy triumfalnej). Pamiętam brazylijski film, w którym ważną rolę odgrywała pralka. W przeciwieństwie do drobnicy, z którą jesteśmy związani, tego typu sprzęty wydają się nie mieć duszy.

Ale przecież, kiedy ją zabierają, naszą kremową lodówkę, to czuć rodzaj żalu. Naprawdę.

26. Marionetka

Podpisał. Akurat siedzieliśmy nad Wisłą i chórem wypowiedzieliśmy słowo, które od chóru różni jedna głoska.

27. Cienie

Żeby nie zasnąć, choć bardzo chciałem. Czekałem na balkonie aż powróci do dawnego światła. Byłem tylko maleńkim kawałkiem cienia na jego tarczy. Wyłączyłem telefon.

Myślałem o W., która też jest kawałkiem Cienia: o tym jak uczyliśmy się o egipskich bogach, który z nich opiekował się Księżycem? To było w czasach, kiedy chodziliśmy przez nawłocie.

Jeśli długo wpatrujesz się w księżycową tarczę, zaczyna wirować.

 


 

28. Liny

Nad naszymi głowami na linach chodzili sztukmistrze. Nie da się znaleźć nic bardziej nielubelskiego od ludzi, którzy tańczą w chmurach.

Zadzieraliśmy głowy, podziwialiśmy.

29. Nostalgia

Bardzo zazdroszczę A. tego, że nie przywiązuje się do miejsc. Nie musi za sobą ciągnąć - prawie dwadzieścia lat - trzystusześdziesięciotysięcznego miasta. Nic ją nie obchodzą wieże, które widać z dala i zapach wąwozów wieczorem. Ot, pakuje się i wyjeżdża. Mnie z trudem da się oderwać od własnego biurka.

30. Wyż

Upał taki, że w galeriach handlowych ludzie prawie pełzają po ruchomych schodach. Proszą o wodę w zgrzewkach po sześć butelek.

Piszę i paruję.

31. Młociny

Panna Lipiec w zielonych spodniach z falbanką odwraca się na schodach ostatniej stacji metra, uśmiechem ogarnia odjeżdżający pociąg i Dziecko w jagodowym pączku. Odprowadzamy pannę Lipiec na tramwaj, a potem jeszcze mnóstwo ludzi odprowadzamy po pętli.

O tramwajach też stanowczo za mało.

 

wtorek, 05 czerwca 2018
Dziennik pisany w czerwcu (odc. 1)

 

Oaza

Przechodzą majowe upały. Rozpoczynają się czerwcowe. Czemu, ach czemu urzędnicy nie mogą do fontanny? Wychodzę po wodę, gdy zaczepia mnie spragniony turysta, który już tylko duka urywki zdań z odwodnienia:

- Excuse me, sir!... water... where...supermarket...?

Szczęście, że stoję pod drzwiami carrefoura i nie jestem fatamorganą.

(01.06.2018)

Hymn

(Na melodię "Matko, Tyś naród...". Publikowana po pięciu latach: w końcu planujemy wizytę w Londynie)

Sześćdziesiąt pięć lat Elżbieto z nami jesteś
z Buckinghamu wiernie trzymasz straż
Sześćdziesiąt pięć lat już bronisz nas od nieszczęść
By nie zginął brytyjski naród wasz

Numerologia

Nie poświęciłem wystarczającej uwagi autobusom w Lu. a przecież już w pierwszym miesiącu pisania bloga, zauważałem, że życie składa się z kombinacji ich numerów. Po raz pierwszy od lat wsiadam do dwadzieścia sześć, a przecież całe moje lubelskie życie jest po prostu zapisem: 15 13 42 26 31 150 45 (warszawskie też: 192 174 9 33 170 180 103).

(Dopisane: a jednak już to zrobiłem kiedyś: http://kozmo.blox.pl/2007/06/Moje-zycie-zapisane-w-komunikacji-miejskiej.html).

 


(Ulica Rybna w czasie Nocy Kultury, 2-3.06.2018, źródło: a.b.)

 

Miasto-sen 

Miasto nadawało się na passegiatty. Kiedyś z A. chodziliśmy po Gironie, nawet nie marząc, że tak będzie w Lu. Poduszki na ulicach, pachnące bramy, kolorowe latające ryby na ulicy Rybnej, marionetki na Dominikańskiej. Wszystko zniknie - jak w "Kopciuszku" - zaraz po drugiej.

W gruncie rzeczy tu jest smutek - piszę z przystanku Zana do M. (zauważyłem, że inicjał M. to trzy bardzo ważne dla autora bloga litery).

(02.06.2018)

Rycerstwo polskie nadciąga od ulicy Krótkiej

Dwóch husarzy niskich wzrostem acz ogromnych hartem popijało w upalne przedpołudnie sprajta na kaca. Przechodzili na czerwonym, ulice były i tak puste. Śniła im się Wielka Polska, z plakatu nad nimi spoglądał Marian Kowalski. I to był ten inny Lublin, ten, którego nie lubię.

(03.06.2018)

Banany

Nowy kolega jest dziwny. Napotkałem go dziś na korytarzu jak siedział przy stoliku i wcinał banany. Dokładnie czwartego, bo trzy skórki leżały już na blacie. Może tłumaczy go to, że jest archiwistą?

Beza

Sprawa salmonelli w ulubionej kawiarni przybiła wszystkich. Chodziliśmy jak struci, wymieniając wirtualnie uwagi, domysły i przypuszczenia. Ojciec założyciel przemówił wieczorem, ale A. mu nie do końca uwierzyła. Rzadko kiedy jakaś kawiarnia tak wczepia się w życie, dzień w dzień, że wizyty w niej są takim samym pewnikiem jak sprawdzanie fejsa i zakupy na hali.

Pola i chłopcy

Pola przepytuje chłopców, czy są zakochani. Potem opowiada: kiedy moja mama była mała, były takie konsolki, które nazywały się tamagoczi. Teraz jestem bardzo starcem, Zuzanno!

(04.06.2018) 

Manicure

Dziewczyna w pomarańczowej tunice całą drogę obgryzała paznokcie. Kiedy wysiedliśmy - chwilowa ulga, wiatr - patrzę a ona na deskorolce. Zielone, w pomarańczowej. Jak obgryzać, kiedy się mknie?

(05.06.2018)


czwartek, 05 kwietnia 2018
Dziennik. Niezauważone święta

 


(Rossana di Rocco, kadr z filmu "Ewangelia według Mateusza" Pier Paolo Pasoliniego, 1964, źródło: https://jimfriedrich.com/tag/resurrection-in-zeffirellis-jesus-of-nazareth-movie/)

 

29. (rano śnieżyca) Nie da się odnaleźć czasu świętego. Po raz setny wznoszę dom nad tunelem kolejowym. Prawie jak na piasku.

30. (słońce) Proszę państwa, u Ducha świętego nie ma kolejki - szepnęła, a że kościół był prawie pusty szept rozszedł się głośnym echem.

31. (zachmurzenie duże) Ze wszystkich obrzędów ten pozostaje najbardziej uroczysty: mycie samochodów w paschalny wieczór nim zapalą ogniska. Jak zaciekle na Węglinie szoruje ten z Bemowa. Jakby czyścił namiastkę własnej duszy.

1. (w nocy zacinający deszcz uderzający o szyby) Przy stole wciąż o śmierci, choć to zmartwychwstanie.

2. (lekki śnieg przed południem) Piękna pogoda była zawsze dowodem na zmartwychwstanie. W gruncie rzeczy byłem panteistą, może nawet poganinem. Teraz pozostaje mi dowód z Pasoliniego, ateisty.

 

sobota, 30 grudnia 2017
Dziennik. Boże Narodzenie

 


(Lu., 26.12.2017, źródło: a.b.)

 

Głosy świąteczne

- Wszyscy jesteśmy przerażeni muzułmanami - ksiądz spowiednik w Lu. nadwyręża moją słabą wiarę w czwarty z sakramentów.

- Żebyś przestał popierać tych komunistów - życzy mi B.: nie jest tak - widać - ze mną źle.

- Nie może wchodzić do kuchni, nie może podbiegać do ręki, nie może bawić się papierkami, nie może słyszeć muzyki - Jo. prezentuje regulamin wychowania kota. Boże, jakżeśmy rozpuścili Dziecko.

- Do domku na-sze-go - Dziecko za to ma dość świąt.

Pokoik w Filadelfii 

W Ubimie święta są posępne, w Iniku - krzykliwe. Odnajduję się tym razem - nie wierzyłem, że do tego dorosnę - w wierszu Charlesa Bukowskiego: Najlepsze Boże Narodzenie, jakie pamiętam / spędziłem w maleńkim pokoju/ w Filadelfii/ zaciągnąłem wszystkie żaluzje/ położyłem się do łóżka/ i naciągnąłem na siebie wszystkie/ koce (...)

O! Wyżyno!

Z regularnością godną maszyn cyfrowych, w każde święta rozpływam się nad Wyżyną. I teraz kiedy w długich światłach widzę samotne drzewo przy drodze do Gorzkowa, a jest wieczór, pustka, pierwszy dzień Świąt, myślę właśnie: tu jest jej Środek. (o, mały włos w tym Środku byśmy nie pozostali, kiedy przednie koła zakopały się w błocie).

Zapiski z Pasa Biblijnego

W Ś. dominicantes i communicantes jest grubo ponad sto procent, paski telewizji rządowej czyta się z nabożną uwagą, zachęcając też dzieci, a gdy prezydent, ten prezydent, przylatuje śpiewać kolędy, to prawie jest to równe Bożemu narodzeniu.

W Ś. na tablicy ogłoszeń wisi generał Jaruzelski i ogłasza stan wojenny. Pod nim informuje się, że miejscowymi donosicielami byli - tu lista pięciu nazwisk. Ujawnić zdrajców na klatce schodowej, chociaż taki substytut upragnionego wieszania w pobożnym mieście.

Marcepan

Porobiło się tak, że kiedy wróciliśmy do domku na-sze-go, w drugi dzień, wieczorem, mogłem jeść tylko czekoladę i marcepan. Na nic innego nie mogłem spojrzeć, ale na ferrero owszem (och, ten lubieżny szelest złotego pazłotka). Do łóżka Dziecko przynosiło mi kawałki marcepanu, na myśl o których oblizywałem się i wołałem o jeszcze, jakby chciał mój organizm święta oblepić masą z migdałów, żeby były wreszcie wesołe.

(24-26.12.2017)

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19