2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Lublin

sobota, 11 listopada 2017
Dziennik pisany w listopadzie (odc. 1)

 


(Pablo Picasso, talerz ze zbiorów Muzeum w Antibes)

  

Proza jeden

Dusze wchodziły nieraz w czarne psy - zapamiętałem to z lektury u doktora Baraniuka - a pewnej zadusznej nocy, wychodząc na pierwszy poranny autobus z Lublina do Wa., ujrzałem dużego czarnego psa. Stał na osiedlu jak gdyby nigdy nic. Lubiłem ten poranny autobus, budziłem się w Rykach, a po paru minutach snów już na Stadionie w mokry, śmierdzący chińszczyzną poranek. Nie było wówczas żadnych obwodnic i budów, więc - nocą zaduszną - coraz to mijało się oświetlone pola cmentarzy. Piszę to w Zaduszki, roku od zamieszkania w Warszawie osiemnastego, kolega z pokoju wzywa mnie do odpustu (osiem dni, osiem odpustów, doktorze Marcinie). Przez te osiemnaście lat Zaduszki przestały być świętem (02.11.2017).

Proza dwa

Życie nie przestaje mnie zadziwiać, pomyślałem sobie w knajpie, gdzie kelner o wyglądzie Freddiego Mercury'ego z wczesnych siedemdziesiątych od razu się spoufalał, podając wegańskie burgery i wino. Otóż rozmawialiśmy sobie nad tym winem i wtedy się okazało, że Dż. nigdy nie jadła w Ikei (O! Utracone klopsiki!). 

A potem wychodziliśmy - straszny tłok przy stolikach, uwijał się kelner o wyglądzie F. M. z wczesnych siedemdziesiątych - popatrz, powiedziałem do R., nic sobie z tego nie robią, że nadciąga dyktatura. (Opowieści z czasów sprzed). (03.11.2017)

Fragment jeden

W Lublinie piękna złota jesień, nie moja, zobacz - powiedziałem do A. - to znak. Żaden znak - odpowiedziała - fronty atmosferyczne i tyle (04.11.2017).

*

W Ś. pokazuję Dziecku jak szpak wydziobuje jagody z żywopłotu

Fragment dwa

Spośród rzeczy pokazywanych na - świetnie zaaranżowanej - wystawie Picassa (ekspresjonisty, a nie kubisty!) w Lublinie, najbardziej zachwyca mnie talerz z bogiem-krabem-słońcem. Ma w sobie niespotykaną ilość Morza Śródziemnego, biorąc pod uwagę, gdzie się znajdujemy. Ceramika di Simone - mówi A. i myślimy o Syrakuzach. W poniedziałek zacznę planować Południe (05.11.2017, "Pablo Picasso - wizerunek wielokrotny").

*

Pozmywałam w sensie - pisze mi A.

Proza trzy

Tamtej jesieni, kiedy pomieszkiwała u nas M. - wymyśliłem sobie refren, może incipit do nostalgii za parę lat. M. pisząca długie elektroniczne listy, M. jadąca do Macedonii, a teraz M. wracająca późno do naszego domu. Dom staje się domem, jeśli po kolacji rozmawia się w nim długo w kuchni (kolejne próby definicji): najważniejsze jest ciepłe światło domu.

Osiemnaście lat temu mieszkałem na Śniardwach, nieopodal budowali Galerię Mokotów, która doczeka się w dwa lata później nawet powieści. Wtedy też miałem refren: W te noce, w które wracamy.

Dziś M. wyprowadziła się na Mokotów. Jej mieszkanie ma białe ściany i pachnie inaczej. Trochę nawet przypomina Śniardwy. Wysyłam jej właśnie czytany fragment z Maxa Frischa: Jeszcze przedwczoraj mówiliśmy: Idę teraz do mieszkania. Dziś mówimy: Idę teraz do domu. Właściwie już mieszkamy. Kartonowe pudła wyglądają jak meble. (06.11.2017)

*

W ostatniej chwili tam byliśmy, w Muzeum, nim wszystko rozpieprzą - napotkany towarzysz podróży do Gdańska.

Fragment trzy

(O kuszeniu. Juliusz, Jep i Jarosław) W każdej fascynacji drugą osobą zawiera się jakiś pierwiastek erotyczny. Tego uczy Jarosław, ta jego łapczywość., bo choć Afrodyty są dwie, to obie jak siostry bliźniaczki (o poranku jeździmy z bliźniaczkami-manekinami, o poważnych papierowych twarzach, Dziecko się ich boi). Piszę o Jarosławie wpijającym się w usta, tym, który dzisiaj byłby wśród oskarżonych (07.11.2017).

Fragment cztery

Tamtej jesieni, kiedy czytałem dużo, nawet bez przyjemności, właściwie to kompulsywnie, żeby zająć czas. A. i Dziecko usypiali, a ja wymykałem się do pokoju i czytałem. Trafiłem na zapiski "Z dziennika berlińskiego" Frischa. Precyzja języka, ale jednak bardzo osobiste notatki. Z kim się spotyka, co sądzi o ludziach. Redaktorzy napracowali się tnąc. Pokusa, żeby przenieść się z bloga na zwykłe arkusze tekstu, jeszcze bardziej o sobie. Tymczasem czytanie (08.11.2017)

Fragment pięć

Tamtej jesieni, kiedy wszystko wydawało się takie same. Lato zresztą też. Sztuka z przyspieszaniem czasu polega głównie na tym, że dni się nie różnią. To nawet nie rytuały, to już bardziej niż rutyna, zwykłość. Dzień jak każdy inny z kompletu tych, co zostały. Chciałbym pokazać A. Południe, dokąd wyjedziemy, ale zawsze zasypia nim zdołam cokolwiek powiedzieć (09.11.2017).

*

Konszabelant - onomatopeja oddająca brzmienie niemieckich słów "komm' aus Schwabenland" (przybywam ze Szwabii)

Proza cztery

Trzy siwe wrony rozdziobują za plecami ministra kawałek placka. Odczytać by można to jako znak, ale tu nikt się niczego nie uczy. Żadnych znaków w tym przypadkowym kraju, któremu się wydaje, że tworzy historię. Stawiają świeże barierki, nazywają ulice, ciekawostka geograficzna, kaprys Boga: na chwilę są wolni, więc skaczą sobie do gardeł (10.11.2017).

    

środa, 16 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 3)

 


(Antanas Sutkus, Irena, 1959, źródło: pinterest.com)

 

Światło

Zatrzymuję się w oknie nad tym ostatnim zdaniem z Knausgarda o świetle, które jest wymiarem czasu. Bo przecież ten sam związek między czasem, światłem a okiem znajdowałem wcześniej w wierszach Kawafisa, w jego łapczywym spojrzeniu na aleksandryjskich młodzieńców albo w obrazach Muellera, kąpiących się w słońcu. Światło jako dotknięcie czasu. Światło moich oczu – wzywa w inwokacji Nabokov tę, która już dorosła i z dzieckiem przy boku pali papierosa w domu na przedmieściach, tę, w której nie da się rozpoznać tamtej zamkniętej we wspomnieniu. Światło moich oczu oznacza ni mniej, ni więcej pamięć chwili, zatrzymanie wzroku na jeden moment, który przebłyśnie i nigdy więcej nie powróci tak jak ujrzane ciało nigdy więcej nie będzie takim samym ciałem. Bo kiedy dany wieczór, ranek, rozmowa, przebywanie z drugim minie i pozostanie wspomnieniem, będzie tak samo niewyraźne jak obraz pokoju, do którego już przestały wpadać słoneczne promienie (11.08.2017).

Drzewa

Drzewa służą do pomiaru czasu. Bardzo abstrakcyjne wydawało mi się to całe przecinanie pni i sprawdzanie na słojach, kiedy co się stało. O, tu wybuchła pierwsza wojna, tu – druga, tu pierwszy człowiek stanął na Księżycu, a tu – narodził się autor bloga. Z czytaniem słojów to jednak za dużo zachodu, ale teraz wjeżdżam na znajome osiedle i spoglądam na drzewa. Większość z nich znam: ich cienkie pnie ledwie trzymały się prosto, przyczepione tasiemką do deszczułek. Teraz wchodzi się w ich cień, spacerując jak po parku. W ten sposób drzewa same liczą twój czas (12.08.2017).

Słoń, czyli opowiastka z ulicy Bieruta

Doświadczeniem kształtującym moje lubelskie pokolenie był słoń. Musiało się to dziać w osiemdziesiątym szóstym albo osiemdziesiątym siódmym. Jednego z wieczorów podczas przedstawienia cyrkowego stała się rzecz niespodziewana: na środku areny słoń zrobił kupę. Następnego ranka w przedszkolu pożerały nas zazdrość i ciekawość. Słoń zrobił kupę – opowiadali jedni, zapewne z każdą opowieścią dorysowując do zdarzenia nowe szczegóły i co tam jeszcze im przyszło do głowy. Ach! – nie mogli wyjść z podziwu drudzy (wśród nich przyszły autor bloga) i prawdę powiedziawszy mogli jedynie słuchać z zazdrością, bo słoniowej kupie nic, ale to zupełnie nic, nie mogło dorównać.

Namiot cyrkowy stał w wąwozie u zbiegu Bieruta i Lenina. Jeszcze za pierwszej dekomunizacji Bieruta zamieniła się w Lwowską. I byłem tam chyba ostatni raz na weselu z dziewczyną, którą znałem dosyć pobieżnie, to musiało być co najmniej siedemnaście lat temu, w moim okresie maniakalno-klerykalnym, więc raczej nie bawiła się ze mną setnie. Od tej pory Bieruta (czy Lwowska) pozostawała ulicą nieobecną. I teraz kiedy przyjechaliśmy do Lublina, i mieliśmy nacieszyć się tym miastem, teraz właśnie zaczęło padać i padało rzęsiście i nieprzyjemnie, i z nacieszenia się wyszły nici, więc korzystając z tej niemożliwości pojechałem na wycieczkę ulicą Bieruta. Wycieraczki pracowały a ja myślałem o kupie słonia i o tym, że przez tyle lat nie stworzyłem żadnej opowieści, która mogłaby dorównać tamtej (13.08.2017).

Nauka rozczarowań

Czemu kupujesz mi ciągle książki? – spytała A. pięcioletnia kuzynka. Byłem współodpowiedzialny za to rozczarowanie, ale pomyślałem sobie, że to dopiero początek całej serii rozczarowań, którą potocznie nazywa się życiem. I że trzeba się do tych rozczarowań przyzwyczajać od małego, na długo przedtem zanim pojmie się, że cechą najpiękniejszych (najbardziej świetlistych) momentów jest ich nieosiągalność, ba nawet niewypowiadalność (czy metafora światła nie jest znowuż doskonałym sposobem opisu niewypowiadalnego?) A wówczas, kiedy człowiek zadaje sobie pytanie, czy zmarnowało się komuś życie, czy na szczęście tylko sobie, to te drobne małe rozczarowania wydają się być co najwyżej radosnymi wprawkami. Tego uczą właśnie książki (14.08.2017).

Melancholia

Rysowaliśmy wczoraj z Dzieckiem na trawie. Kiedy nie widziało, narysowałem najpiękniejszy koniec świata, ten z Larsa von Triera: z kosmicznym baletem do „Tristana i Izoldy” Wagnera, gdy oceany rozpryskują się ogniście razem z całą ludzkością i uciekającą Kirsten Dunst. I wyobraźcie sobie, że dzisiaj, jedząc obiad, Dziecko wzięło mój rysunek i tę nieszczęsną rozpadającą się na kawałki Ziemię na dodatek zbombardowało ziemniakami z masełkiem, bach, bach. Nie hukiem, ale ziemniaczkami (15.08.2017).

 

wtorek, 25 lipca 2017
Dziennik pisany w lipcu (odc. 3)

 

Z podróży służbowej. Trawniki

Pewnego lata siedziałem z L. w jednym pokoju w łatwo nagrzewającym się biurowcu typu Lipsk. (L. czytała wówczas mojego bloga i ciekawy jestem czy czyta go nadal?) I owa L. opowiadała mi o Opolszczyźnie, mniej więcej tak jak ja opowiadałem o Lu.

No więc jestem i pierwsze, co się rzuca w oczy to rabatki przed domami: całe mnóstwo nagietków, onętków i aksamitek, do tego białe krawężniki. Nie nawykłem do tego ordynku - przyznam.

 
(Opole, lipiec 2017, źródło: a.b.)

 

Z podróży służbowej. Edward

Wtedy też L. wyjaśniła mi o co chodzi z Potiszilem w piosence Stachury. Że to nie jest ani rodzaj koszenili, ani wyborny południowoamerykański trunek, ale mieszkaniec Opola. I o to w tymże Opolu stoję przed ścianą z wypisanym Stachurą. Pod ścianą stoi za to dziewczyna w kawiarnianym fartuszku i pisze smsa - a może notuje swojego bloga? - paląc papierosa. 

Z podróży służbowej. Zło

W porównaniu to nic – słyszę z siedzenia obok. Zło jest zawsze złem – odpowiadam. Drzewa dobrze rosną na masowych grobach, pachnie lasem. W muzeum winę ponosi wyłącznie jeden człowiek (- Ma błędne oczy – mówi któraś ze zwiedzających), ale dziwnym trafem nikt z miejscowych nie chce o tym rozmawiać. Jedynie nieopodal na placu zabaw słychać donośny śmiech.

Z podróży służbowej. Słowo

KLEKLIMANKA. Znacz. 1. ‘owad z rodziny chrząszczy; świetlik (Lampyridae)’ (…) 2. ‘demon, który porywa dzieci, pojawiający się w okresie, gdy zboże staje się wysokie’ (ze "Słownika gwar śląskich").

Z podróży służbowej. Muzeum

Dla wygasłych linii nie ma taryfy ulgowej. Usiłuję się dowiedzieć, gdzie są truchła z tamtych cynowych trumien na wystawie (każda może się pochwalić księciem bądź księżniczką). Nie wiedzą.
Działo się to w najsmutniejszym mieście, jakie znam, gdzie jedyną radością była wędrowna trupa błaznów.

Z podróży służbowej. Mgła

Nad środkiem Polski rozlewała się mgła, wystawały z niej jedynie koniuszki drzew i słupy z literką M. Parking, który mijaliśmy nazywał się Nowe Skoszewy, a ja już dobrze znałem topografię i wiedziałem, że tu zaraz Wilko.

Rozmowy w piątek

Posiwiałeś – mówi W., i włosy, i broda (ogolę się jutro). Dziecko, żona i ojczyzna – nietrudno poszarzeć.

Z podróży prywatnej. Miasto

Wyobrażałem sobie miasto, które było nie moje. Należeć miało od teraz do wspomnień Dziecka. Nie było nad placem drzewa ani przystanków, gdzie czekaliśmy na trzynastkę na dworzec, za to pośrodku znajdowała się fontanna. Wszedłem do niej razem z Dzieckiem. Kubeł zimnej wody na nostalgię, która zjawiała się wciąż na nowo, letnia, pod różnymi postaciami, wchodziła mi na zdjęcia, czytała Czechowicza i Hartwig, a potem zamawiała lody.

Końcowe frazy

Zauważyliście pewnie, że to ostatnie podrygi, że autor bloga przegrał z literaturą, tak jak – w ten lipcowy bunt – idealista przegrał z urzędnikiem rządu, który pcha kraj do nieszczęścia. Zaczyna się od nieumiejętności zestawiania słów tak, żeby pasowały i miały jakiś sens. Potem jest już tylko niechęć. Wszystko przestaje być niezwykłe, staje się przeciętne i powszednie. Takie małe życie, niewarte opisywania.

(19-23.07.2017)

 

środa, 07 czerwca 2017
Dziennik. Niechęć do pisania, melancholia, notatki

 

(Henri Matisse, Leżąca Odaliska w zielonych spodniach i z niebieskim paskiem, 1925-1927, Musée National d'Art Moderne, Paryż, źródło: pinterest.com)

 

1. 

Wojna wron jest tak gadatliwa, że niczym przy niej wszystkie nasze spory. Odrywam się od okna. Zamknąć – otworzyć. Piątek w tygodniu słonecznej melancholii. A jeśli, jeśli wszystko jest tylko przywidzeniem? Mnóstwem przywidoków? (02.06.2017)

2.

Byliśmy jak turyści. I nie miały dodatkowych znaczeń drzewa, przystanki, ławki. Z bramy wystawał rybi ogon. Tej nocy Lublin był wyobrażony: uniwersyteckie miasto, w którym panuje radość. Cały wieczór nikt nie zdejmuje tej maski. Te tysiące gerber, wylewające się kolorowe balony, światło letniego zachodu, ten tłum, w którym na próżno usiłuję odnaleźć przyjaciół z prehistorii. Wszystko się zmieniło. Mówi mi, że już z niego wyrosłem. Nazajutrz obudzi się ze snu i na nowo popadnie w stupor (03-04.06.2017).

3.

Świeżego siana kamienice - na drodze krajowej układam nieznane Czechowiczowi wiersze (04.06.2017).

4.

Nic na to nie wskazywało, ale wróciłem z nią, podstępną melancholijką, melancholią, zawleczoną z Lublina na nowy tydzień, tak jak się zarażasz grypą albo rotawirusem, tak też nią. Owa nieosiągalna bogini czarnowidzenia, może i nawet Kallipygos w letnim deszczu, podpowiada teraz: o niespełnieniu, o przemijaniu i ciągłej zmianie, o fantazjach, które nie są porządną literaturą, o tym, że wytną na Racławickich drzewa, o tym, że wiecznie będziesz się martwił o kogoś albo o coś. O tym, że nie zostanie nic wartego uwagi po tobie, potem.

- Dokąd uciekasz? - pytam, zamykając okno.

5.

- To nie ma sensu - pisze W. w poniedziałek.

- Może sens nie jest potrzebny? - dopisuje we wtorek.

A co jeśli skończymy jak pan Franek, co wyjada kanapki na bankietach i ma wizytówkę emerytowany urzędnik? (05-06.06.2017)

6.

Rano Matisse'owi przynoszono do pokoju hotelowego, wychodzącego wprost na nabrzeże, owoce morza z restauracji, tak aby mógł malować je na martwych naturach a potem oddać przed obiadem. (Był łapczywy, nie był głodny). Modelki pozowały w strojach lub w pół-negliżu, ich ubrania przypomniały o Afryce Północnej, gdzieś tam za horyzontem. Matisse malował je a potem wracały do miasta. Muskał jedynie oczyma, nie niepokojąc, ich powszedni przepych (Peter Schjeldahl, Finding Solace in Henri Matisse’s Nice, "The New Yorker", 18 lipca 2016).

7.

Spadł wreszcie oczekiwany deszcz. Jechaliśmy na japoński spektakl, więc deszcz miał postać długich równoległych linii. Na spektakl szła A. i bardzo nie chciała, ale to był prezent od Dziecka, a Dziecko może się jeszcze obrazić, ma obrażanie się po tatusiu. Wysiadła więc spóźniona na Agrykoli, a my pojechaliśmy na babeczkę. I w żadnej kawiarni - wyobraźcie sobie ten dziecięcy zawód - nie było babeczek z truskawkami.

Wtorek w tygodniu pochmurnej melancholii (06.06.2017).

 

sobota, 22 kwietnia 2017
Dziennik oszczędny w słowach

 

(E. Hartwig, Lublin, ul. Lubartowska, 1964, wyd. Ruch, źródło: https://fotolehardi.wordpress.com/category/pocztowki/lublin/1944-1989. Udowadnia, że wszystko się zmieniło)

 

Śnieg obsypał żółte forsycje.
Zniknął po chwili.

Cięli topole w porannym słońcu.
Padało jemiołą.

Plama po wylanej kawie.
Mój kawałek Krakowskiego Przedmieścia.

Zasiedli za kamiennym stołem.
Patrz, przekwitają już drzewa.

Młode słońce prześwietla okna.
Jakiś ptak usiadł na balkonie.

Promienie, kiedy wyszliśmy.
Deszcz, kiedy wracaliśmy.

(18-23.04.2017)

 

poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Dziennik. Wszystko się zmieniło

 

 

1.

Triduum to jest Kosmos. W końcu wyprowadza cię w święty czas, taki, co tkwi poza czasem i dzieją się w nim rzeczy, których nie pojmiesz na zdrowy rozum. Na przykład jednej nocy na nowo stwarza się świat a innej umiera Bóg. Ale z Dzieckiem to też jest kosmos. A skoro żąda uwagi właśnie tu i teraz, to nie możesz po prostu zniknąć. Nigdy tak daleko nie było mnie od Kosmosu.

2.

Opowieści świąteczne, które pisuję dwa razy do roku zawsze mają ten sam przewidywalny układ. Będzie McDonald w Garwolinie, zachwyt na Wyżyną z jej środka i melancholia w Lu. Zawsze są te trzy: czytanie autora bloga staje się cokolwiek nudne. Teraz też - właśnie w piątek, omijając korki drogami wojewódzkimi i krajowymi, poczułem ochotę na fishmaca, głód po tygodniowym, niedobrowolnym poście. I pojechaliśmy do Garwolina i wyciągnęliśmy Dziecko, i znowu był w środku gwar i szczebiot. I tylko ryba w bułce okazała się nie spełniać moich wyobrażeń. Ale na to było za późno, jeden raz do syta, z frytkami. Zaczynało padać.

3.

- Po co ratować owieczkę z połamanymi wszystkimi nóżkami? - komentowałem A. fragment jakiegoś kazania z wieczornego czuwania.
- Po co Calineczka ratowała jaskółkę? - odpowiedziała pytaniem A.

4.

Może to dlatego, że niebo było ołowiane, a może dlatego, że za dwa dni mieliśmy znowu je opuścić i znowu zapomnieć, Miasto w wielkosobotnie popołudnie popadło w melancholijny nastrój. U kapucynów ludzie tłoczyli się do spowiedzi na ostatni moment, u wizytek i Ducha zamknięte, sprzątali, u Pawła - harcerze przy grobie wyglądali jak siedem nieszczęść, a w dawnym kościele jezuitów Dziecko obudziło się i przeraziło manieryzmem na suficie. Wszystko się zmieniło, chciałem powiedzieć A., ale przypomniałem sobie, że wyjechałem z Miasta prawie dwadzieścia lat temu, więc je akurat spokojnie mogę usprawiedliwić.

5.

Gdy Pan Bóg stwarzał świat, ksiądz kanonik wyciągnął z kieszonki złożony birecik, wygładził brzegi, pogłaskał purpurowy pomponik, nałożył na głowę i powrócił do snu o wielkości.

6.

Przez pewien czas na Wielkanoc nastawiałem Haendla na piątą trzydzieści. Alle-lu-ja - budził cały dom i zrywaliśmy się w słoneczny poranek na rezurekcje. Dziecko dzielnie zastępuje londyński chór, woła buła i zrywamy się, ale przeczekujemy bicie dzwonów. Wszystko się zmieniło - nie chcę zanudzać A. swoimi refleksjami - Wielkanoc też.

(Poza tym my; polne ścieżki, które stały się alejami; babeczki, które zmieniły ciasto; miejsca przy stole inaczej zajęte; potrawy, które zaczęły a które przestały smakować; widoki z okien; wierzchołki drzew, itd., itp.)

7.

Tego dnia powinno się przemykać do kościoła między kałużami, unikając wiader i butelek, nasłuchując wesołego harmideru, krzyków i bieganiny. Jeszcze parę lat temu właśnie tak było, ale teraz zalega cisza: żadnych mokrych ubrań, ociekających włosów, wodnych bitew pomiędzy blokami. W tej ciszy, mimo Zmartwychwstania martwej, opuszczamy Wyżynę. Dopiero jakieś sto kilometrów dalej, na mazowieckiej wsi natrafiamy na pierwszy (i ostatni) tego dnia Śmigus Dyngus. A więc to też już jest inaczej - odzywa się w autorze bloga etnograf i skrupulatnie notuje

8.

Czytanie autora bloga staje się cokolwiek nudne. Bez dziennika, przynajmniej na jakiś czas.

(13-17.04.2017)

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18