2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: podsłuchy

środa, 18 lipca 2018
Dziennik pisany w lipcu (odc. 1)

 


(Dedykacja z filmu "Pelišky", reż. Jan Hrebejk; oglądaliśmy go któregoś wieczora z M. i J. Chyba najlepiej ze wszystkich znanych mi filmów definiuje czułość we wszystkich jej wymiarach, w tym także do ojczyzny.)

 

1. Na naszym ślubie świadkiem był kot, kot podglądacz. Teraz jest stary, ów kot, przychodzi w ponurym nastroju i kładzie się przy stole. Nikt nie chce go słuchać - takim stał się nihilistą. 

2. Dość powoli, z oporami dociera do mnie Polska. Najpierw przychodzi biskup, autor książeczek dla dzieci od pierwszej komunii (pseudonim: ksiądz Tymoteusz), i opowiada rzeczy wymiotne. Wszyscy klaszczą. Potem pod nieobecność najwyższego wodza, zastępowanego przez aparatczyków w makijażu, zespół "Mazowsze" wykonuje rytualny taniec wokół samolotu (stara kronika z lat pięćdziesiątych, ten sam zespół tańczy).

3. Jechałem z Wierzbna, tramwaj przejechał pieszą. Dziesiąty tydzień, mówiła przez telefon w metrze, wyznając po raz pierwszy i biorąc nas wszystkich za świadków. 

4. Opowiadam A., że założymy komunę na greckiej wyspie, będziemy pili wino i przechadzali się po sadach pomarańczowych. Spotykamy się wprawdzie coraz rzadziej, ale marzenia mamy ciągle śmielsze.

5. Fioletowa różyczko! - zapisuję w metrze inwokację, która dołącza do szeregu innych zapisków, które trudno rozszyfrować. Wieczorem, kiedy siedzimy z M., odczytuję wybrane daty z dziennika. Moje życie - jak się okazuje - składa się z kawy, westchnień i prognoz pogody. Najciekawsze jest to, czego nie zapisałem i zaraz potem zapomniałem.

6. Najważniejsze jest ciepłe światło domu (zapisałem jesienią, kiedy mieszkała z nami M.) Wszystko inne jest niedopowiedziane - dodaję teraz z czułością do życia. (Ideałem domu był ów dom w Dolinie Muminków, gdzie gdy tylko pojawiali się goście Mama Muminka szykowała dodatkowe nakrycie a Tata zbijał kolejne łóżko).

7-10. zob. Dziennik z Londynu. Lipiec

11. Tak nagle jak się pojawili. Klucze przekazane w biegu. Tęsknię przy zmywaniu.

12. Zapis na blogu, anegdota z podróży, pusty czerwony zeszyt. Najważniejsze - jak zawsze - pozostaje niewypowiedziane: czułość (nowe słowo klucz w dzienniku autora bloga) do czasu, czułość do osób.

13. Pędzą do ogrodzonego zamku autobusy na sygnale. Wiozą posłów - wszyscy cierpią na paraliż nóg, to druga faza choroby po paraliżu woli. Tylko ręce posłusznie cały czas głosują. Wyglądam przez okno i widzę stolicę małej satrapii na zbyt bliskim Wschodzie.

14. Koszulki, które zamówiłem przyszły o miesiąc za późno. Nie nadają się na plaże Portugalii ani do londyńskich muzeów. Ale warto było - przekonuję się dzisiaj w kawiarni, gdy zza lady nachyla się baristka, szepcząc: ale ładna.

15. Chmury zawieszone nisko. Wczesna jesień przyszła - pisze M. Nie chcesz wychodzić z domu. Na Woli łudzą cię przejaśnienia.

16. Helsinki. Ci, którzy od trzech lat usiłują wyciągnąć nas z Unii Europejskiej, zostawiają nas z ręką w nocniku. Oto jesteśmy już poza limesem, do którego wpychało nas pokolenie wielkich umarłych (takich jak Geremek czy Mazowiecki). A poza limesem nie ma lodów waniliowych. Jest próżnia i brzydko pachnie. Dobry wujek Trump, ten co doprowadził nas do orgazmu na Placu Krasińskich latem ubiegłego roku, dogaduje się ze złym wujkiem Wołodią, usiłując dobić NATO i naszymi rękami zadusić Unię.

17. Cztery lata byłem ciężko chory, przez cztery lata badałem cnotę u mieczyków - czy wszyscy sprzedawcy kwiatów muszą być szaleni? Pan z Trasy W-Z po latach opracował recepturę na pełne kłosy.

  

wtorek, 05 czerwca 2018
Dziennik pisany w czerwcu (odc. 1)

 

Oaza

Przechodzą majowe upały. Rozpoczynają się czerwcowe. Czemu, ach czemu urzędnicy nie mogą do fontanny? Wychodzę po wodę, gdy zaczepia mnie spragniony turysta, który już tylko duka urywki zdań z odwodnienia:

- Excuse me, sir!... water... where...supermarket...?

Szczęście, że stoję pod drzwiami carrefoura i nie jestem fatamorganą.

(01.06.2018)

Hymn

(Na melodię "Matko, Tyś naród...". Publikowana po pięciu latach: w końcu planujemy wizytę w Londynie)

Sześćdziesiąt pięć lat Elżbieto z nami jesteś
z Buckinghamu wiernie trzymasz straż
Sześćdziesiąt pięć lat już bronisz nas od nieszczęść
By nie zginął brytyjski naród wasz

Numerologia

Nie poświęciłem wystarczającej uwagi autobusom w Lu. a przecież już w pierwszym miesiącu pisania bloga, zauważałem, że życie składa się z kombinacji ich numerów. Po raz pierwszy od lat wsiadam do dwadzieścia sześć, a przecież całe moje lubelskie życie jest po prostu zapisem: 15 13 42 26 31 150 45 (warszawskie też: 192 174 9 33 170 180 103).

(Dopisane: a jednak już to zrobiłem kiedyś: http://kozmo.blox.pl/2007/06/Moje-zycie-zapisane-w-komunikacji-miejskiej.html).

 


(Ulica Rybna w czasie Nocy Kultury, 2-3.06.2018, źródło: a.b.)

 

Miasto-sen 

Miasto nadawało się na passegiatty. Kiedyś z A. chodziliśmy po Gironie, nawet nie marząc, że tak będzie w Lu. Poduszki na ulicach, pachnące bramy, kolorowe latające ryby na ulicy Rybnej, marionetki na Dominikańskiej. Wszystko zniknie - jak w "Kopciuszku" - zaraz po drugiej.

W gruncie rzeczy tu jest smutek - piszę z przystanku Zana do M. (zauważyłem, że inicjał M. to trzy bardzo ważne dla autora bloga litery).

(02.06.2018)

Rycerstwo polskie nadciąga od ulicy Krótkiej

Dwóch husarzy niskich wzrostem acz ogromnych hartem popijało w upalne przedpołudnie sprajta na kaca. Przechodzili na czerwonym, ulice były i tak puste. Śniła im się Wielka Polska, z plakatu nad nimi spoglądał Marian Kowalski. I to był ten inny Lublin, ten, którego nie lubię.

(03.06.2018)

Banany

Nowy kolega jest dziwny. Napotkałem go dziś na korytarzu jak siedział przy stoliku i wcinał banany. Dokładnie czwartego, bo trzy skórki leżały już na blacie. Może tłumaczy go to, że jest archiwistą?

Beza

Sprawa salmonelli w ulubionej kawiarni przybiła wszystkich. Chodziliśmy jak struci, wymieniając wirtualnie uwagi, domysły i przypuszczenia. Ojciec założyciel przemówił wieczorem, ale A. mu nie do końca uwierzyła. Rzadko kiedy jakaś kawiarnia tak wczepia się w życie, dzień w dzień, że wizyty w niej są takim samym pewnikiem jak sprawdzanie fejsa i zakupy na hali.

Pola i chłopcy

Pola przepytuje chłopców, czy są zakochani. Potem opowiada: kiedy moja mama była mała, były takie konsolki, które nazywały się tamagoczi. Teraz jestem bardzo starcem, Zuzanno!

(04.06.2018) 

Manicure

Dziewczyna w pomarańczowej tunice całą drogę obgryzała paznokcie. Kiedy wysiedliśmy - chwilowa ulga, wiatr - patrzę a ona na deskorolce. Zielone, w pomarańczowej. Jak obgryzać, kiedy się mknie?

(05.06.2018)


sobota, 19 maja 2018
Dziennik pisany w maju (odc. 2)

 


(Imogen Cunningham, Kwitnąca magnolia, ok. 1925, © 2018 Estate of Imogen Cunningham, Museum of Modern Art, Nowy Jork, źródło: tumblr.com)

 

12.

Żeby nie uciekać się znowu do mapy (w notesiku jest już dwunasta), opowiem Wam jak było. Wsiadam z wózkiem do tramwaju pod Halą. Piramida wieku: odwrócony trójkąt. Łapy przy dupie - woła jedna staruszka do drugiej, a ta druga łap nie trzyma, aż staruszek obok już chciał nią potrząsać, coby ją przekonać. Nieładnie - skomentował inny staruszek obok wózka.

Nagrodę muzealną otrzymało Muzeum Wojennego Dzieciństwa w Sarajewie, opowiadające o wojnie tak jak się starało o niej mówić gdańskie muzeum (nie historia, ale historie) nim przejęli je ignoranci wołający Polska, Polska, którym umysłem bliżej do maszerujących po Gdańsku chłopców w mundurkach koloru palisandru. Ci, co nie zrozumieli podstawowej lekcji z wojny: każda niepotrzebna duma i zbytnia cześć dla pojęć abstrakcyjnych prowadzi do nieszczęścia. (Jeszcze ten nieszczęsny plakat, który wywiesili. Świat byłby lepszy, gdyby ludzie z innych krajów byli bardziej podobni do Polaków. Na muzeum, które opowiadać miało dokąd wiedzie poczucie bycia lepszym od innych.)

13.

Msze z Dzieckiem spędzamy pod kościołem (dopiero błogosławieństwo na koniec powoduje u Dziecka nagły przypływ chęci wejścia do środka). Dzisiaj przez kościelną furtkę wmaszerowała około ewangelii homoseksualna para, kaczek krzyżówek. W czasie kazania całowała się na oczach Dziecka, wydreptywała ścieżki ku Dziecka wielkiemu zadowoleniu, wystawiała kacze szyjki. (Co Bóg chce nam powiedzieć wysyłając homoseksualne kaczki na mszę?)

Wieczór był kwitnący robiniami, ciepły, w sam raz na passeggiatę (nie żaden rześki majowy, ale taki duszny jak latem na Wyspie, a nie w Fobema). Marzy mi się już Południe.

14.

(c.d) ale przecież - jak donosi prasa - przenoszą się do Polski ulubione aleksandretty. Radość południowych miast.

"Stanem lirycznym nie są bowiem bezpośrednie doznania subiektywnych uczuć, lecz ich estetyczna kontemplacja." (...) Siłę wyrazu można osiągnąć dzięki oddaleniu się od własnego "ja" (A. Franaszek, Herbert, t. 1,s. 294, cytat z Ostapa Ortwina). To, co tak dręczy autora bloga - utracona umiejętność wzniesienia się ponad emocje. Ćwiczenia z poezji chińskiej. Kontemplacja ptaków za oknem i roślin ozdobnych. Cokolwiek próbuję, zawsze wracam do rzeczy prostych i nie do opisania: zapisów zmysłów i odczuć.

Oko, które nie potrafi oderwać się od obrazu.

15.

Dopiero teraz, w kontekście powyższego cytatu, zrozumiałem, co to znaczy, że fajka nie jest fajką (u Magritte'a).

Na Hajoty kwitnie jaśmin. 

16.

Co ja im powiem? - martwię się, stary piernik, w tych swoich śmiesznych garniturach (prosto z pralni), zalany deszczem przy metrze Wierzbno. Ta wyszczekana, co jedzie za ocean i ustawicznie ucieka z zajęć, zauważa coś ironicznie. W pewnym wieku odechciewa się już ironii. Skrzeczę więc, gderam i opowiadam o ludobójstwie.

Wy się kłócicie? - dziwi się P. nad kotletem schabowym, niedobrym, w tej piwnicy dobre mają tylko ziemniaki. Nie opowiadam jej wiele. Nie pozna więc okopów spod Verdun, wspaniałych szarż Napoleona i odwrotów spod Stalingradu. Nie spostrzega nawet jak pakuję na wieczór żelazne racje prowiantu.

17.

Przyszło do mnie słowo cudeńko. I wiem nawet, o czym bym pisał układając listę cudeniek, tak jak kolekcjoner przyszpila w swoich zbiorach rzadkie motyle. Ale ufam - elektroniczny ekshibicjonista - że się nie dowiecie nic o cudeńkach, bo muszę mieć coś dla siebie. Coś, czego nie zapiszę.

Natknąłem się na redaktor M. w przejściu podziemnym. Redaktor M. pędziła w kierunku placu zabaw, ja też. Ona biegła zadawać pytania, ja silić się na odpowiedzi.

18.

Biodro, fragment muślinu, cień ramienia, przywidokom poświęcał niewiele czasu. Ot, jakieś przebłyski, że jest coś innego poza kalendarzem, w którym wszystko wiadomo.

19.

Kazanie sejmowe: mówić się dziś powinno nie o władzy nieludzkiej, niesprawiedliwej, bez serca, ale o bezbożnej. Podobnie jak bezbożny okazał się hierarchiczny Kościół, którego braknie na podłodze Sejmu. Ten, co tak głośno wołał o ochronie życia. Jeśli ktoś miał złudzenia dokąd prowadzi ten mariaż tronu i ołtarza, chyba się ich pozbył. Czytajcie Mateusza, rozdział 23, czytajcie o Polsce:

Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje ornaty i wydłużają frędzle u stuły. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w kościołach. Biada wam, arcybiskupi i biskupi, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą. Z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i nieprawości. 

 

sobota, 03 marca 2018
Dziennik pisany w lutym

 

Luty to taki miesiąc, dla którego nawet nie mogę odnaleźć obrazów (za wyjątkiem podróży oczywiście)

 

1. Cukiernia

- Nie lubię ciastek tu - powiedziała A., kiedy poszliśmy do cukierni, żeby luty zacząć lepiej niż skończył się styczeń, to znaczy nie wielokropkiem w nawiasie. Każde ciastko miało karteczkę ze składem, w każdym był alkohol. - Wybornie - pomyślał autor bloga i zamówił tiramisu. Przedzierał się przez nie widelcem, ale nie odnalazł ani śladu amaretto.

2. Wieżowiec

Żeby zaznaczyć swoją obecność, autor bloga postanowił w każdym dniu odnajdywać coś wyjątkowego, coś, co mógłby zapisać: osobę, miejsce albo wydarzenie. I już drugiego lutego był w kropce. Żadnej opowieści:

kiedy wyszedł od fryzjerki, łagodnie pod jego stopami wylądował tlący się papieros, zrzucony z balkonu wieżowca.

3. Podróże

Próbuję oswajać dręczącą mnie rajzefibrę. Jarosław - pisze Romaniuk w "Innym życiu" - aby tworzyć, musiał wyjeżdżać. Choćby niedaleko, ale po prostu nie w tym samym miejscu. Autor bloga w tym szarym styczniu i takim samym lutym, krąży po tanich liniach i bookingach, ogląda, wybiera, chce się stąd zabrać.

Nawet Dziecko z kanapy i foteli buduje samolot, układa zabawki na poduszkach, każe nam siadać i mówi, że do Luny, do Potugalii. Siadamy więc, zapinamy wyimaginowane pasy i odlatujemy. Każdego dnia na nowo.

4. Nadal podróże

Nie ma horyzontu. Szare do cna niebo styka się z szarą powierzchnią ziemi. Kiedy lecimy w lutym? - dopytuje Dziecko.

5. 6. 7. por. tutaj (noce w ogrodach Hiszpanii)

8. Powroty

Zupełny brak wniebowzięć w codzienności.

9. Sennik

Nawet snów nie pamiętam.

10. Polska

- Czy mogę zwrócić majtki? - pyta kasjerkę odpychająca kobieta wpychająca się między mnie a Dziecko. Już w piątej kasie pyta - mówi nadchodząca antypatyczna kierowniczka. - Nie może pani - burczy. 

11. Przygotowania do przeprowadzki

Dziecko - tłumaczę A. - ma większe prawo do naszego łóżka, skoro sypia w nim od urodzenia, a my tylko kilka lat.

12. Archeologia

Dno szuflady: test z dwoma kreskami, kartka od K. z Brukseli, rachunek za hotel z podróży poślubnej, tabaka z Chmielna, drobne juany, notes na adresy, w którym wciąż jest W.

13. Pod powiekami

Nie do opisania jest to, co bym chciał opisać, niewypowiadalne jak latem. Rozczesuję pojedyncze obrazy, zapisane słowa. Czułość pamięci albo pamięć czułości. Coraz częściej zamiast: wielokropek w nawiasie.

14. Data 

Zapomnieli, że są.

15. Bateria

Numer milion dwieście piętnaście w kolejce w ikei. Telefon się wyczerpał. Dziecko też.

16. Ponownie o kurierach

Zapowiedziany kurier zadzwonił raz, a potem już nie odbierał. Kolejne zranione serce?

17. Tulipany

Pierwszego roku razem kupowaliśmy co tydzień inny kolor tulipanów. Zostało z niego mnóstwo zdjęć w pokoju na Saskiej Kępie. Teraz tylko zapisuję: fioletowy, czerwony, różowy, czerwony.

18. Szczelina

- Ciągle trzeba się martwić - mówię A., kiedy wracam z kościoła wieczorem. 

W kościele mówili, że nie trzeba - takie świadectwo. Trzeba zostawić szczelinę a Bóg wszystko załatwi. - Skąd się biorą ci beztroscy ludzie?

- Tak, ciągle - czuwa A.

19. Polska

Kiedy minister przyszedł po raz pierwszy na karteczce nad biurkiem sekretarki wykreślił tytuły nie dla niego. Zostały same te, co czytał zawsze, te o Bogu i ojczyźnie. Podejrzewam, że wszyscy zrobili tak samo. 

Nie powinni się teraz dziwić: kilka tych samych nazwisk w kółko, kilka gazet, ich cały czarno-biały świat, który nie istnieje naprawdę.

20. Pieśń na wyjście

in blue

21. Rozmowa nad kubeczkiem

- Poproszę bezkofeinową.
- Badania?
- ...
- Zrobię panu zbożową, jest lepsza.

(Nieprawda.) 

22. Rysunek

Nie zapomnieli, że są. A. namalowała w zeszycie, w którym pisał bloga czerwone. Ale on już dawno nie pisał bloga, znalazł dopiero dzisiaj.

23. Krajobraz z nimi

Odlatując, zostawiali za sobą ruiny i zgliszcza.

24. 25. 26. z A. i J. i M. i Dzieckiem w Londynie (por. tutaj)

27. Podróże znowu

Po powrocie cała codzienność jest jeszcze bardziej codzienna. Utrzymują cię kroplówki ze zdjęć i krótkich zdań. Zasypiasz nadzwyczajnie wcześniej. (Podróżowanie jako sposób na niezmarnowanie do końca). 

28. O czytaniu

Studentka naprzeciw czyta zawzięcie jakąś dużą prozę. Skrywa tytuł za plecami koleżanki (też tak robiłem) a ja jestem niezmiernie ciekawy co to. Niestety nie mogę wyjść z roli nudnego wykładowcy, więc nigdy się nie dowiem.

  

czwartek, 16 listopada 2017
Dziennik pisany w listopadzie (odc. 2)

 


("Czego nie mogliśmy wykrzyczeć światu", wystawa w Żydowskim Instytucie Historycznym, listopad 2017)

 

Motyl 

Tego motyla, co zapomniał o lecie, co trzepotał uparty w lampie, musiałem wyprosić. Za okno, w jesień. Okazało się, że A. nie lubi gości.

Naczelne

Mieliśmy pójść do zoo, ale Dziecko nie chciało, a chodzenie do zoo, gdy Dziecko nie chce, jest zupełnie bez sensu, bo nas podglądanie zwierząt, pomijając ptaki, niezbyt interesuje. Zresztą w porze kawy, ulice zapełniły się stadami naczelnych z opaskami na rękach (obrączkowanie?) i nie trzeba wcale było iść do zoo. 

Bóg przychodzi w racach

My chcemy Boga: jednak mają mniej wiary niż ich zachodni koledzy, którzy na klamerkach wyrażali pewność, że Bóg jest z nimi. Zamiast Boga przemawia Roberto Fiore, lej na dworcu w Bolonii, nasza podróż poślubna, osiemdziesiąt ofiar na liście w poczekalni.

Bóg przychodzi w racach. Tłum. Takiego go hodowali biskupi (tutaj: pouczająca lektura kazań), rząd głaskał po głowie: lęk pozwala utrzymywać się przy władzy, podsuwał bohaterów instytut od fałszowania historii, nie ma się co dziwić, gdy krzyczy wieloma gardłami.

Ostatnie są liście dębu, złote. Ale już coraz głębiej w zimę, w ziemię.

*

Brzydota poranków głębokiej jesieni, kiedy nie możesz czytać, bo strony zwijają się od wilgoci.

Baśń dalekowschodnia

Czytając do tramwaju. Ziendobry! - zagląda mi w twarz twarz Chińczyka. Idziesz do placy? - kiedy wsiadam, tylko zdołam tak. Tramwaj odjeżdża. Co za historia.

Radość soboty (we wtorek)

Ten ceglany mur przypomina zdjęcia z kostnicy w Tuzli. Nigdy więcej wojny - notuję z wystąpień - to zawsze ocierało się o banał. Warszawskie getto, Srebrenica, Morze Śródziemne.

*

Żywopłot puchaty od wróbli na Bielańskiej.

Baśń francuska

Stoimy na przystanku Stare Miasto. Gdzie jest Stare Miasto? - pyta po angielsku stary Francuz. Tam, piechotą dwieście metrów. - A autobusem? Bo ona nie chce iść - wskazuje na maksymalnie wkurzoną francuską żonę. Potrafię sobie wyobrazić jego rozpacz.

Kwiaty umierają o poranku

Rano w środę szedłem Ogrodem Saskim. Jechały na śmieciarce biało-czerwone wieńce od nieznanego żołnierza. Każde święta kiedyś się kończą.

(11-15.11.2017)

 

czwartek, 31 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 5)

 


(Otto Mueller, Trzy akty w lustrze, 1912, Buchheim Museum, Bernried, źródło: pinterest.com)

  

Z Południa

Nadciągają Italiani. Ich wozy, cztery, skręcają do naszego lidla. Dwie pary zamawiają rano cappuccino w mojej kawiarni. Czym ich kusi nieprzyjazna Północ? Czemu ich nie ma w Syrakuzach, gdzie ja bym chciał być? (24.08.2017)

Litery

Przechowała się taka oto prozaiczna notatka poety, opatrzona datą: 9 XI 1902 (...) "Lecz piszę przynajmniej literę T, jako symbol tej chwili". (...) W zapisanej przez poetę tajemniczej literze T jeden z komentatorów dopatrywał się aluzji do tytułu wiersza Mury (...), po grecku Teiche. Najprawdopodobniej jednak jest to inicjał czyjegoś imienia (Z. Kubiak, Kawafis i jego Aleksandria, s. 21).

Ćwiczę skupianie się na jednym punkcie u zbiegu linii. Ale mógłbym również zapisać tu jakąś literę, ba, nawet cały alfabet, i tylko ja bym wiedział, która co oznacza. Przywilej autorów, których ktoś chce czytać, zresztą inicjały od dawna na tym blogu są wieloznaczne: wymienić mogę trzy rozwinięcia litery M.

Maliny

Kiedyś nie myłam malin, bo się rozpadają - opowiada w kolejce jedna pani - ale potem zrozumiałam, że każdą dotykały czyjeś ręce, od tej pory zawsze myję (26.08.2017).

Potop szwedzki

Ile osób zmieści się w Ikei? - rozmyślam usiłując rachować ręce, nogi, całe mnóstwo. Ulewa potrząsa szwedzką flagą. Zły pomysł na niedzielę. Ledwo da się znaleźć stolik. Hans Memling z klopsikami (27.08.2017).

Sklep niemiecki

- Co to? - zapytało Dziecko, wskazując na pozostałości wczorajszego wieczoru, rozrywki, kiedy już zasnęło.
-To jest butelka wina -
wyjaśniłem grzecznie, oblizując się na myśl.
- Ydla -
oceniło zadowolone Dziecko, które do lidla lubi jeździć prawie tak samo jak ja (tutaj).

(28.08.2017)

Na koniec sierpnia (I)

Baletnice czekają w kolejce po tajskie lody, ale nic ona wobec tłumów z lipca.
Nikt nie wie, co zostało zobaczone, a co przywidziane: nie tylko lato przemija (29.08.2017).

Na koniec sierpnia (II)

Dzień się robi coraz krótszy: zawsze pod koniec sierpnia ten ton elegijny.
Próbuję się podzielić swoim niedosytem (30.08.2017).

Pieczywo francuskie

Z powodu upokorzeń, które znosić musimy od Francuzów, postanowiłem nie kupować Dziecku croissanta a zamiast niego wybrać staropolską grahamkę. Dziecko zaprotestowało głośno. Kupiłem więc dwa, jeden dla siebie. (Szczęśliwie udało mi się omijać w tym, co piszę, sprawy publiczne).

Na koniec sierpnia (III)

A. wyciąga z doniczek marcinki, które uschły w słońcu. Dziecko goni bańki mydlane: jeszcze nie pojęło, że Ninka (tutaj) idzie do przedszkola, co oznacza bezpowrotną stratę.

(31.08.2017)

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19