2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Warszawa

czwartek, 05 kwietnia 2018
Dziennik. Niezauważone święta

 


(Rossana di Rocco, kadr z filmu "Ewangelia według Mateusza" Pier Paolo Pasoliniego, 1964, źródło: https://jimfriedrich.com/tag/resurrection-in-zeffirellis-jesus-of-nazareth-movie/)

 

29. (rano śnieżyca) Nie da się odnaleźć czasu świętego. Po raz setny wznoszę dom nad tunelem kolejowym. Prawie jak na piasku.

30. (słońce) Proszę państwa, u Ducha świętego nie ma kolejki - szepnęła, a że kościół był prawie pusty szept rozszedł się głośnym echem.

31. (zachmurzenie duże) Ze wszystkich obrzędów ten pozostaje najbardziej uroczysty: mycie samochodów w paschalny wieczór nim zapalą ogniska. Jak zaciekle na Węglinie szoruje ten z Bemowa. Jakby czyścił namiastkę własnej duszy.

1. (w nocy zacinający deszcz uderzający o szyby) Przy stole wciąż o śmierci, choć to zmartwychwstanie.

2. (lekki śnieg przed południem) Piękna pogoda była zawsze dowodem na zmartwychwstanie. W gruncie rzeczy byłem panteistą, może nawet poganinem. Teraz pozostaje mi dowód z Pasoliniego, ateisty.

 

niedziela, 24 grudnia 2017
Dziennik. Trzeci tydzień Adwentu

 


(Hieronim Bosch, Kuszenie św. Antoniego (fragm.), 1510, Muzeum Sztuki Dawnej, Lizbona, źródło: wikimedia.org)

 

Szczęśliwe dni  

Rzadkie w tym Adwencie są szczęśliwe dni. Dzieci spoglądają na gwiazdę, która się rodzi w ciemności. 

Ludzie bez masek gazowych

Ledwo co się wydostałem z okopów tramwajem linii Ypres. Nad tunelem wisiał gaz, król z mieczem urywał się w połowie w żrącej chmurze. Zakaszlałem i przedarłem się przez linię wroga. Po kawę.

Płonące banki i niezręczni doręczyciele

Z okna wysokiej wieży tramwaje są malutkie i świecą pod ciemną spokojną plamą, to jest Saskim. Czekam, aż zapłonie chiński bank. Tyle wina na pożegnaniu T., że nie wiem, czy pójdę na pocztę: kolejna przygoda z doręczycielem, wykłócić się, że paczka nie zginęła, choć nie dotarło awizo.

Próby zamieniania życia w powieść

Ostatnią rzecz, o jaką bym cię posądzał, jest miłość - pierwsze zdania powieści zawsze przychodzą z trudem. Zatrzymuję się na nim. Nigdy nie wiesz, co się z niego rozwinie. Stygmaty na rękach, czy to nie jest czułość?

Prorocze wizje księdza profesora

Arabowie wchodzą do centrów miast - rozejrzałem się nerwowo z kąta za szafą, gdzie stałem. Nigdzie, w zasięgu wzroku, żadnego Araba, uff. Ksiądz profesor doprecyzował: w zachodniej Europie. Uff, po raz drugi, dobrze, że nie u nas. Słuchałem uważnie księdza profesora na spędzie zorganizowanym dla uczczenia urodzin małego Żyda, uchodźcy do Egiptu, dwa tysiące lat temu. Arabowie byli daleko. U nas było bezpiecznie. Pan Prezydent nas strzegł. Pan premier nas strzegł. Pan minister od bezpiecznych granic także. Żadnych Arabów w centrach miast. Ksiądz kończył - księża uwielbiają tak kończyć - Janem Pawłem.

Podróż świecącego balonika

Z tym balonikiem wracaliśmy przez Stare B. Ludzie zatrzymywali nas i pytali, skąd on? Biegły za nami dzieci i psy. Odpowiadałem, że na Krakowskim Przedmieściu dziewczynka z zapałkami sprzedaje baloniki, czekając na śnieg, który nie nadchodzi. (Drgający błysk w ciemnościach, tegoroczne święta).

Droga na Wschód 

Te skrzyżowania dróg prowadzących donikąd.
Ten deszcz, opętało wycieraczki, co za nic nie przypomina śniegu na obrazkach.
Ta dama na stacji benzynowej w Rykach, która każe parkować gdzie indziej.

Oglądajmy choinki w oknach - proponuję M., która siedzi obok - ale nie ma w oknach choinek, nie ma nawet okien, i świąt nie ma. Były, gdy byliśmy mali.

(17-23.12.2017)

 

sobota, 11 listopada 2017
Dziennik pisany w listopadzie (odc. 1)

 


(Pablo Picasso, talerz ze zbiorów Muzeum w Antibes)

  

Proza jeden

Dusze wchodziły nieraz w czarne psy - zapamiętałem to z lektury u doktora Baraniuka - a pewnej zadusznej nocy, wychodząc na pierwszy poranny autobus z Lublina do Wa., ujrzałem dużego czarnego psa. Stał na osiedlu jak gdyby nigdy nic. Lubiłem ten poranny autobus, budziłem się w Rykach, a po paru minutach snów już na Stadionie w mokry, śmierdzący chińszczyzną poranek. Nie było wówczas żadnych obwodnic i budów, więc - nocą zaduszną - coraz to mijało się oświetlone pola cmentarzy. Piszę to w Zaduszki, roku od zamieszkania w Warszawie osiemnastego, kolega z pokoju wzywa mnie do odpustu (osiem dni, osiem odpustów, doktorze Marcinie). Przez te osiemnaście lat Zaduszki przestały być świętem (02.11.2017).

Proza dwa

Życie nie przestaje mnie zadziwiać, pomyślałem sobie w knajpie, gdzie kelner o wyglądzie Freddiego Mercury'ego z wczesnych siedemdziesiątych od razu się spoufalał, podając wegańskie burgery i wino. Otóż rozmawialiśmy sobie nad tym winem i wtedy się okazało, że Dż. nigdy nie jadła w Ikei (O! Utracone klopsiki!). 

A potem wychodziliśmy - straszny tłok przy stolikach, uwijał się kelner o wyglądzie F. M. z wczesnych siedemdziesiątych - popatrz, powiedziałem do R., nic sobie z tego nie robią, że nadciąga dyktatura. (Opowieści z czasów sprzed). (03.11.2017)

Fragment jeden

W Lublinie piękna złota jesień, nie moja, zobacz - powiedziałem do A. - to znak. Żaden znak - odpowiedziała - fronty atmosferyczne i tyle (04.11.2017).

*

W Ś. pokazuję Dziecku jak szpak wydziobuje jagody z żywopłotu

Fragment dwa

Spośród rzeczy pokazywanych na - świetnie zaaranżowanej - wystawie Picassa (ekspresjonisty, a nie kubisty!) w Lublinie, najbardziej zachwyca mnie talerz z bogiem-krabem-słońcem. Ma w sobie niespotykaną ilość Morza Śródziemnego, biorąc pod uwagę, gdzie się znajdujemy. Ceramika di Simone - mówi A. i myślimy o Syrakuzach. W poniedziałek zacznę planować Południe (05.11.2017, "Pablo Picasso - wizerunek wielokrotny").

*

Pozmywałam w sensie - pisze mi A.

Proza trzy

Tamtej jesieni, kiedy pomieszkiwała u nas M. - wymyśliłem sobie refren, może incipit do nostalgii za parę lat. M. pisząca długie elektroniczne listy, M. jadąca do Macedonii, a teraz M. wracająca późno do naszego domu. Dom staje się domem, jeśli po kolacji rozmawia się w nim długo w kuchni (kolejne próby definicji): najważniejsze jest ciepłe światło domu.

Osiemnaście lat temu mieszkałem na Śniardwach, nieopodal budowali Galerię Mokotów, która doczeka się w dwa lata później nawet powieści. Wtedy też miałem refren: W te noce, w które wracamy.

Dziś M. wyprowadziła się na Mokotów. Jej mieszkanie ma białe ściany i pachnie inaczej. Trochę nawet przypomina Śniardwy. Wysyłam jej właśnie czytany fragment z Maxa Frischa: Jeszcze przedwczoraj mówiliśmy: Idę teraz do mieszkania. Dziś mówimy: Idę teraz do domu. Właściwie już mieszkamy. Kartonowe pudła wyglądają jak meble. (06.11.2017)

*

W ostatniej chwili tam byliśmy, w Muzeum, nim wszystko rozpieprzą - napotkany towarzysz podróży do Gdańska.

Fragment trzy

(O kuszeniu. Juliusz, Jep i Jarosław) W każdej fascynacji drugą osobą zawiera się jakiś pierwiastek erotyczny. Tego uczy Jarosław, ta jego łapczywość., bo choć Afrodyty są dwie, to obie jak siostry bliźniaczki (o poranku jeździmy z bliźniaczkami-manekinami, o poważnych papierowych twarzach, Dziecko się ich boi). Piszę o Jarosławie wpijającym się w usta, tym, który dzisiaj byłby wśród oskarżonych (07.11.2017).

Fragment cztery

Tamtej jesieni, kiedy czytałem dużo, nawet bez przyjemności, właściwie to kompulsywnie, żeby zająć czas. A. i Dziecko usypiali, a ja wymykałem się do pokoju i czytałem. Trafiłem na zapiski "Z dziennika berlińskiego" Frischa. Precyzja języka, ale jednak bardzo osobiste notatki. Z kim się spotyka, co sądzi o ludziach. Redaktorzy napracowali się tnąc. Pokusa, żeby przenieść się z bloga na zwykłe arkusze tekstu, jeszcze bardziej o sobie. Tymczasem czytanie (08.11.2017)

Fragment pięć

Tamtej jesieni, kiedy wszystko wydawało się takie same. Lato zresztą też. Sztuka z przyspieszaniem czasu polega głównie na tym, że dni się nie różnią. To nawet nie rytuały, to już bardziej niż rutyna, zwykłość. Dzień jak każdy inny z kompletu tych, co zostały. Chciałbym pokazać A. Południe, dokąd wyjedziemy, ale zawsze zasypia nim zdołam cokolwiek powiedzieć (09.11.2017).

*

Konszabelant - onomatopeja oddająca brzmienie niemieckich słów "komm' aus Schwabenland" (przybywam ze Szwabii)

Proza cztery

Trzy siwe wrony rozdziobują za plecami ministra kawałek placka. Odczytać by można to jako znak, ale tu nikt się niczego nie uczy. Żadnych znaków w tym przypadkowym kraju, któremu się wydaje, że tworzy historię. Stawiają świeże barierki, nazywają ulice, ciekawostka geograficzna, kaprys Boga: na chwilę są wolni, więc skaczą sobie do gardeł (10.11.2017).

    

wtorek, 06 czerwca 2017
Ludzie-nnik

 

Dzwoni pieśń (...) o tych dwojgu ludzieńkach
 (Bolesław Leśmian)

Ten człowiek, który je pachnące ciastko w sto dwadzieścia dwa, nie zważając przy tym, że leci na wszystkie strony, skręca i wpada. On je ciastko. Lubię jego spokój.

Lub ta dziewczyna, która biegnie płacząc wzdłuż ściany urzędów. Ma czerwone powieki i mówi: uczyłam się całą noc a zadał pytanie. Jeszcze nie wie, że to nieważne.

Lub może ten facet, który na głównej ulicy odwrócił się w kącie koło galerii sztuki i podlewa mur. Nie bacząc na wysokie instytucje za tym murem.

(01.06.2017)

 

środa, 24 maja 2017
Remigiusz Ryziński, Foucault w Warszawie, Dowody na Istnienie 2017

 

(Michel Foucault w Uppsali, przed 1959, źródło: http://www.openculture.com/2014/04/the-lonely-photo-of-michel-foucault-with-a-full-head-of-hair.html)

 

Pierwszą rzeczą, jaką robię po dobraniu się do tej książki, jest poszukiwanie indeksu nazwisk. Nie, nie ma. Nerwowe kartkowanie: czy jest? Jest, nie mogłoby w niej nie być Jarosława. Więcej, pojawia się nawet - jako trop - Edward S.

Michela Foucaulta, ówczesnego dyrektora Ośrodka Kultury Francuskiej w Warszawie, spotyka ta sama niemiła przygoda, która dwadzieścia lat wcześniej dotknęła Iwaszkiewicza (jak się zdaje - nikt nie ujawnił wprost przyczyn wyjazdu dyplomaty z Brukseli): zostaje wydalony z placówki z paragrafów dotyczących obrazy moralności.

Ryziński podejmuje śledztwo. (Sam odczuwam dreszcze na myśl, co się kryje w zakurzonych teczkach, które autor przegląda w archiwach instytutu pamięci. Znowu łapię się na tym, że nie interesuje mnie tak bardzo Foucault a dużo bardziej Jarosław). Opierając się na opowieści na wpół legendarnej, krok po kroku odtwarza pobyt Francuza w Warszawie, a pewnym momencie zaczyna odtwarzać samą homoseksualną Warszawę: miasto Hertza, Zawieyskiego, Mycielskiego i Iwaszkiewicza, i czyni to w sposób perfekcyjny.

Śmiałe są jego tezy dotyczące wpływu Warszawy na twórczość Foucault, który w niej ukończył "Historię szaleństwa". Ryziński podsuwa bardzo przyjemną myśl, że idea panoptykonu ma związek z Pałacem Kultury i Nauki górującym nad szarym wschodnioeuropejskim miastem.

  

sobota, 22 kwietnia 2017
Dziennik oszczędny w słowach

 

(E. Hartwig, Lublin, ul. Lubartowska, 1964, wyd. Ruch, źródło: https://fotolehardi.wordpress.com/category/pocztowki/lublin/1944-1989. Udowadnia, że wszystko się zmieniło)

 

Śnieg obsypał żółte forsycje.
Zniknął po chwili.

Cięli topole w porannym słońcu.
Padało jemiołą.

Plama po wylanej kawie.
Mój kawałek Krakowskiego Przedmieścia.

Zasiedli za kamiennym stołem.
Patrz, przekwitają już drzewa.

Młode słońce prześwietla okna.
Jakiś ptak usiadł na balkonie.

Promienie, kiedy wyszliśmy.
Deszcz, kiedy wracaliśmy.

(18-23.04.2017)

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46