2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: dziecko

wtorek, 10 października 2017
Dziennik pisany na przełomie września i października

 


(Thomas Hoepker, Berlin Wschodni, 1974, źródło: www.vintag.es)

 

Nosorożec

- Nie każdy ma tatę-nosorożca - powiedział tata-nosorożec do Dziecka, przykleiwszy sobie róg z klonu do nosa. Już, już tata-nosorożec miał umieścić tatę-nosorożca na profilowym na fejsbuku, kiedy spojrzał na A., a ta popatrzyła na niego z powątpiewaniem. A więc zamiast tata-nosorożec rzucił się w te pędy szurać w liściach.

Ery. Paleozoik

Przeprowadzka M. z Lublina do Warszawy zamyka pewną erę. Kiedy pisaliśmy do siebie dużo elektronicznych listów, ona jedna była jeszcze Lublinem. Ta, która nie wyjechała, tak jak po kolei wyjeżdżali wszyscy ze szkoły podstawowej, z liceum, z innych miejsc i czasów. Rozstawali się z trolejbusami i Ogrodem Saskim w ten sam sposób, w jaki ja porzuciłem Lublin osiemnaście lat temu. Złotą jesienią, wśród złotych liści drogi numer siedemnaście, wprost na Śniardwy (ulicę, nie jezioro). Działo się to jeszcze przed naszą erą.

Alleluja

- Alleluja, alleluja - śpiewało Dziecko po powrocie z wieczornej mszy. Jako, że najłatwiejszą melodią, na którą mogliśmy je nakierować był Cohen, Dziecko śpiewało jego wersję. Oglądałem na ekranie zakrwawione twarze z Barcelony. - Alleluja, alleluja - kontynuowało Dziecko.

Fifik

Po zniknięciu Ninki i Ali, w życiu Dziecka na stałe zagościł Fifik. O Fifiku wiemy przede wszystkim to, że piszczy, a wiemy to z powodu dźwiękonaśladownictwa uprawianego przez Dziecko. Fifik piszczy i Dziecko piszczy. Poza tym to Fifik robi gababan, czyli rozrzuca zabawki w naszym domu, Fifik nie chce zupki, Fifik nie słucha się i wskakuje na kanapę.

Wczoraj na męskiej wyprawie po susi dowiedziałem się, że imię Fifik pochodzi od świeczek, dokładnie od czynności ich zdmuchiwania: fiii... fiii.... Fifik.

Sennik

Wigilia w takim domu jak pod Kielcami. Pełno borowików, bo ma przyjść prezes banku. Uciekam do kuchni, gdzie siedzą ci, co im się nie podoba. Po schodach, musimy się przebrać. Stryszek przypomina szatnię, światło jest bardzo gęste. Rozbieramy się. Zaczyna padać deszcz, naprawdę.

Z Joachima Sartoriusa

Małe wargi, nabrzmiałe pod miętą,
i najbardziej czuła krągłość świata.

Czwartek

W czwartek zdumiałem się, że to już czwartek. Wcale nie chodziło mi o upływ czasu - przyzwyczaiłem się do tego, że dni są tak niezmienne, deszcz uderzający o mankiety płaszcza, ciepła kawa. Nie potrafiłem jedynie przegonić myśli, były gdzieś indziej: w zeszły wtorek, w zaprzeszłą sobotę.

- Pojedźmy do lidla, jest festiwal ziemniaka - powiedziałem, A. przytaknęła, a Dziecko pobiegło krzyczeć pod drzwiami.

Ery. Mezozoik 

Wieczorem H. napisała esemesa o Julii H. Dawno, dawno temu - myli mi się chronologia: era H. za biurkiem jest przed erą korespondencji z M., ale za to dużo później niż mój wyjazd z Lu. - pisaliśmy do siebie sporo i często. Za wspomnianym biurkiem siedziała H., w pokoju obok R. a piętro niżej Dż. Esemesy od H. były wówczas bardzo ważne, chociaż nie czytałem jeszcze Dunbara, łatwo się domyślałem, że między innymi o nie chodzi w przyjaźni.

A potem przestaliśmy pisać esemesy. Następnym razem spotkamy się w październiku. Coraz rzadziej się spotykamy i coraz mniej wina.

Spodek

Nieopodal starej, poczciwej Hali Mirowskiej, tej z wronami wysiadującymi na markizach, z wojowniczymi staruszkami z dwukółkami zamiast czołgów i zagranicznymi turystami fotografującymi rydze i kurki, wylądował statek obcych. W ramach rozrywek weszliśmy do niego z Dzieckiem. Nagle z targowego harmideru i liści sałaty pod stopami przenieśliśmy się do sterylnego wnętrza, w którym panowała oszałamiająca cisza (na nic trud didżeja). 

Dziecko chciało jak najszybciej wychodzić. Dobrze, bo nie stać nas było na kosmiczne jabłka bez glutenu.

Niedziela

- Trzeba cieszyć się życiem - strofuje mnie, apostoła małych radości, A. Niebo usiłuje wedrzeć się przez okna, więc zamykam je szczelnie. Mnie tu nie ma, jestem gdzieindziej. Nawet kawa jest dzisiaj na wynos.

Nad wodą wielką i czystą

Kiedyś nam ta Polska odpłynie, myślę sobie przy zmywaniu.

Dedykacja

Żegnałem Afrodytę Uranię w pół strony, w pół słowa. Samolot miał odlecieć rano. Dni na Północy robiły się coraz krótsze. 

Żegnałem Afrodytę Uranię - tylko ja o niej wiedziałem - w pół snu.

(29.09-10.10.2017)

 

piątek, 22 września 2017
Dziennik pisany we wrześniu (odc. 3)

 

 

(Sally Mann, Nowe matki, 1989, źródło: www.pleasurephoto.wordpress.com)

 

Intymność

W deszczu podreptaliśmy na pocztę (ten deszcz będzie towarzyszył nam przez kolejne dni, przez wszystkie dni, co jak rozumiecie wpływa na ogólny nastrój) odebrać paczkę. Przyszły albumy, Dziecko rozrzuciło pęczek ulotek na podłogę, tanie pożyczki, zupy siostry Faustyny.

"Immediate Family" Sally Mann intymnie opowiada o posiadaniu dzieci. Intymnie oznacza, że oko kieruje się tam, gdzie zwykle nie sięga, za pośrednictwem fotografii towarzyszy upływającemu czasowi. (Czym innym staje się ten blog, jeśli nie zapisem dorastania, co tyczy się i dorosłych, na przykład autora bloga, i dzieci?). Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę ten ciągły ruch do przodu, że jedenaście lat po tym albumie, Mann wydaje "What Remains": zapis ludzkich śladów na farmie umarłych.

Powstrzymanie czasu: oto chodzi w fotografowaniu dzieciństwa.

Światła

Czwórka na horyzoncie ulicy Poligonowej (taki numer nosi jelcz berliet, który odziedziczyło Dziecko). Okienka pociągów pod lasem, zanim żarłoczne miasto nie pochłonęło łąk. Okna w bloku naprzeciw w R. a w nich przedświąteczna krzątanina. Nocne światła Kurowa i Markuszowa: autor bloga wraca do Lu.

Zupełnie inne jest światło cudzych okien: pełno w nim tęsknoty.

Opowieść ze Wschodu

Jeśli kogoś uraziłoby stwierdzenie o Polakach, którzy są Wschodem, ale z pogardą patrzą na innych mieszkańców Wschodu. I usiłują przypisać sobie wielką zachodniość, powinien ów urażony w deszczowy wieczór wybrać się na Plac Defilad, skąd odjeżdżają autobusy na Wschód (a Lu. to też już z perspektywy Wa. Wschód). Widziałem takie dworce w Pekinie (długo usiłowaliśmy zrozumieć który z autobusów pojedzie do Chengde, a Chińczycy wokół jedli, pili wrzątek, pluli) i w Tbilisi (zaaferowany tłum szukający połączeń z Erewaniem), wyglądały nawet lepiej.

Widziałem - przez deszcz - zaaferowany tłum szukający połączeń z Białą Podlaską oraz Hrubieszowem. Polacy wokół jedli, pili napoje energetyczne i pluli.

Komsomoł

Ach, te endeckie mordeczki w za dużych garniturach. Patrzę jak siadają dookoła na małych stołeczkach i zaznaczają na listach, któż to jest wróg ludu. Jak się ogląda rewolucję od środka, pozostaje z niej pusty śmiech.

Gwiazdka

Szedłem do biura, kiedy wyskoczyli z bramy. Sporo ich było a potem pojawiła się ona. Mizdrzyła się zalotnie. Mijałem ją, a ona trwała w pozie, pstryk, pstryk - robiło stadko fotografów. Być może była nawet znana, ale szukałem później w kolorowych magazynach i nadal nie wiem kto to.

Plasterek

Uciąłem sobie kawałek palca w piekarniku - nie narzekam. Wyszukałem plaster, czerwony z wężem boa. Dawałem sobie ściskać rękę ach i och, na prawo i lewo, łypał boa na krawaty. Ssss. Drobne radości urzędników.

Ballada o organie

Zamknęli mnie w najwyższym organie bez klamek
Uprzejmy szatniarz pozwolił podłączyć ładowanie
Bym mógł napisać Ratunku!
Nie dawali zaczerpnąć wilgotnego powietrza.

Byłem więc eremitą w klasztorze na skale
Latarnikiem na polarnej wyspie
Katowali mnie minutami tyrad
Aż żałowałem, że wśród nich nie zasiada koń,

Bo los bydlęcia bliski losowi urzędnika.

(15-21.09.2017)

 

piątek, 15 września 2017
Dziennik pisany we wrześniu (odc. 2)

 


(Pablo Picasso, Mężczyzna i kobieta, 1902, kol. pryw., źródło: pinterest.com)

 

Najpierw 

Co było najpierw? Najpierw były góry grzybów na hali, takie niewyobrażalne hałdy podgrzybków. A potem, potem było puste Krakowskie w słońcu i różowa dziewczynka rozmawiająca z psem. A później było dużo dźwięków, cała kakofonia sobotniej ulicy. Wreszcie przyjechały ciężarówki i ustawiły barierki, las barierek: podzieliły sobotę na dwoje.

To

A. źle się czuje, a Dziecko poszło spać. Stoję więc pod kościołem tego lata na wieczornej mszy (światło od środka) i zamiast kazania dociera do mnie Herbert:

to co po nas zostanie 
będzie jak płacz kochanków 
w małym brudnym hotelu 
kiedy świtają tapety

Przygoda

Wychowanie syna to jest prawdziwe wyzwanie dla mężczyzny - rzucił w sobotę mój kolega, ten z Pasa Biblijnego, kiedy przyprowadziłem Dziecko do pracy. Zmotywował mnie.

Teraz czeka nas prawdziwa męska przygoda - powiedziałem do Dziecka: Idziemy do carrefour express.

Dziecko wzięło nawet kaloszki, ale podczas p.m.p. napotkaliśmy tylko jedną kałużę.

Pożegnanie z Afryką

Dwadzieścia dwa lata spędziłem w Afryce - w dżdżystym autobusie dzwoni starszy facet. Jadę z sejmu, zamieniam się w słuch. Szumi sawanna: krople spływają po szybach.

W dniu pogrzebu Julii H.

Nic nowego o życiu nie wymyśliłem, nic odkrywczego nie napisałem. Zdania zawsze grzeszą banałem. Inne pory roku. Jedynie próby, żeby pozostać zostać.

Schadzka

Środa. Następnym razem spotkamy się w październiku. Coraz rzadziej się spotykamy i coraz mniej wina. R. dopija drugi kieliszek prosecco. Dż. nakłada grynszpanowy płaszcz. H. ma czterdzieści lat, ale dopiero za rok a teraz się zbiera. To, co jest ważne, jest ważne w tej chwili. Ludzie są tylko zwierzętami w czasie, ale brakuje im czasu.

Polacy witają cudzoziemców w Ogrodzie Saskim

Maszerowaliśmy wieczorem przez Ogród Saski, rozmawiając skąd się bierze ta cała agresja teraz. Akurat zza zakrętu wyszło konferencyjne towarzystwo, Hindusi w garniturach i im podobni. Minął ich typowy parkowy facet z pieskiem i tylko mruknął pełen polskiej gościnności: skąd ta hołota przyjechała.

Autor bloga gubi się w czasie 

Czwartek. Ciągle jest środa. Zdawałem sobie sprawę, że dni się zmieniały, ale tak naprawdę nie różniły się zbytnio od siebie. Każdej niedzieli dziwiłem się, że już jest niedziela, ale tylko to. Wieczorna msza tego lata, dzieci biegające wokół kościoła. Coraz wcześniej zmrok. Ciągle jest środa: nie zapisuję dat, bo nie mają większego znaczenia. Zatraciłem umiejętność odnajdywania w dobach jakiejkolwiek odrębności. Gnębi nas tu jednakowość. Ciągle jest środa. Zdawałem sobie sprawę z ulotności wszystkiego, ale usilnie wyobrażałem sobie wyłącznie to, co niemożliwe.

[09-14.09.2017]

 

czwartek, 31 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 5)

 


(Otto Mueller, Trzy akty w lustrze, 1912, Buchheim Museum, Bernried, źródło: pinterest.com)

  

Z Południa

Nadciągają Italiani. Ich wozy, cztery, skręcają do naszego lidla. Dwie pary zamawiają rano cappuccino w mojej kawiarni. Czym ich kusi nieprzyjazna Północ? Czemu ich nie ma w Syrakuzach, gdzie ja bym chciał być? (24.08.2017)

Litery

Przechowała się taka oto prozaiczna notatka poety, opatrzona datą: 9 XI 1902 (...) "Lecz piszę przynajmniej literę T, jako symbol tej chwili". (...) W zapisanej przez poetę tajemniczej literze T jeden z komentatorów dopatrywał się aluzji do tytułu wiersza Mury (...), po grecku Teiche. Najprawdopodobniej jednak jest to inicjał czyjegoś imienia (Z. Kubiak, Kawafis i jego Aleksandria, s. 21).

Ćwiczę skupianie się na jednym punkcie u zbiegu linii. Ale mógłbym również zapisać tu jakąś literę, ba, nawet cały alfabet, i tylko ja bym wiedział, która co oznacza. Przywilej autorów, których ktoś chce czytać, zresztą inicjały od dawna na tym blogu są wieloznaczne: wymienić mogę trzy rozwinięcia litery M.

Maliny

Kiedyś nie myłam malin, bo się rozpadają - opowiada w kolejce jedna pani - ale potem zrozumiałam, że każdą dotykały czyjeś ręce, od tej pory zawsze myję (26.08.2017).

Potop szwedzki

Ile osób zmieści się w Ikei? - rozmyślam usiłując rachować ręce, nogi, całe mnóstwo. Ulewa potrząsa szwedzką flagą. Zły pomysł na niedzielę. Ledwo da się znaleźć stolik. Hans Memling z klopsikami (27.08.2017).

Sklep niemiecki

- Co to? - zapytało Dziecko, wskazując na pozostałości wczorajszego wieczoru, rozrywki, kiedy już zasnęło.
-To jest butelka wina -
wyjaśniłem grzecznie, oblizując się na myśl.
- Ydla -
oceniło zadowolone Dziecko, które do lidla lubi jeździć prawie tak samo jak ja (tutaj).

(28.08.2017)

Na koniec sierpnia (I)

Baletnice czekają w kolejce po tajskie lody, ale nic ona wobec tłumów z lipca.
Nikt nie wie, co zostało zobaczone, a co przywidziane: nie tylko lato przemija (29.08.2017).

Na koniec sierpnia (II)

Dzień się robi coraz krótszy: zawsze pod koniec sierpnia ten ton elegijny.
Próbuję się podzielić swoim niedosytem (30.08.2017).

Pieczywo francuskie

Z powodu upokorzeń, które znosić musimy od Francuzów, postanowiłem nie kupować Dziecku croissanta a zamiast niego wybrać staropolską grahamkę. Dziecko zaprotestowało głośno. Kupiłem więc dwa, jeden dla siebie. (Szczęśliwie udało mi się omijać w tym, co piszę, sprawy publiczne).

Na koniec sierpnia (III)

A. wyciąga z doniczek marcinki, które uschły w słońcu. Dziecko goni bańki mydlane: jeszcze nie pojęło, że Ninka (tutaj) idzie do przedszkola, co oznacza bezpowrotną stratę.

(31.08.2017)

 

środa, 23 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 4)

 

(Edward Hopper, rysunek dziewięcioletniego Edwarda na świadectwie z trzeciej klasy, 23.10.1891; źródło: https://davidkanigan.com/2017/08/08/edward-hopper-third-grade-report-card) 

 

Jajo

Z łatwością przejmuję cudze style pisania. Na przykład teraz po Knausgardzie, mam podświadomą ochotę pisać Knausgardem. Zapisywać mój osobisty słownik: drzewa, jajo. Tęsknię za słowami, całe dnie brakuje mi rozmowy, czegoś, co wyrasta ponad proste komunikaty:

- Chcesz coś zjeść? – pytam Dziecka.
- Tato, jajo! – odpowiada.
- Na pewno? – dociekam.
- Jajo! – powtarza.

(Knausgardem: Lubię ten moment, kiedy rozbijam je i spada na rozgrzane masło. Białko ścina się prawie natychmiast. Pilnuję żółtka. Nauczyłem się w domu pod Pizą, żeby jajecznicę smażyć właśnie w ten sposób: dopiero ścięte mieszać, nie wcześniej, nie w kubeczku zanim na patelnię. Lubię ich żółty kolor, którego nie ma w żadnym zestawie kredek Dziecka, ale po cichu przyznam: wolałbym zjeść je na miękko). (16.08.2017)

Na skróty

Skrócenie dnia, przykurcz mięśni, zmrużone oczy. W drugiej połowie sierpnia wszystkiego ubywa. Żal jest miast odległych, nieodbytych podróży, książek, które się miało przeczytać. Ruch autobusów rytmicznie wyznacza każdy dzień. Porządek panuje w Warszawie: sejmikują w niej siwe wrony, a nie gawrony jak w Lu. (17.08.2017)

Moje życie z Edwardem Stachurą

Doprawdy nie wyobrażam sobie siebie wtedy: owej wiosennej pielgrzymki, którą odbyłem na Grochów, aby szukać śladów, bez przerwy słuchania nagrań i powtarzania wersów o trzęsieniu ziemi w Peru i o tym, że z nim będziesz szczęśliwsza. Kiedy opuszczałem Lublin, patronował mi Edward, ten sam, który kiedyś opuścił Lublin, rozczarowany i niechętny. Wybór poety jest tak naprawdę wyborem języka, który potrafisz przyswoić. Z wiekiem otwiera się przed tobą zupełnie odmienny wybór metafor: zaczynasz rozumieć nowe języki, zapominasz starych.

Nieprawda, że się zestarzał, osiemdziesięcioletni Edward Stachura, choć go zaniedbałem, ciągle uczy, że wszystko przemija (lekcja z "Listów do Danuty Pawłowskiej" czytanych jeszcze naiwnie). 

(18.08.2017)

O przemianach pór roku

Letniość sukienek niech cię nie oszuka. Truskawki przecież już jesienne.

Niemniej tamtego lata, wiele lat temu, tego dnia, kiedy byliśmy szczęśliwi, był środek lata. Jesień przychodzi teraz dużo wcześniej. Pory roku są jedynie naszymi uczuciami (19.08.2017).

Mgławica

Mgławicowy oznacza bardziej niż mglisty. Niepewność kryje się w tym dniu. Roi się nam rzeczywistość: babeczka z borówkami, tramwaje w deszczu wzdłuż hali, błogosławieństwo na koniec - albowiem rozkoszować się należy dniami bez wyjątku, nie wiedząc ile ich jeszcze (20.08.2017).

Deszcz

Dzień był lekki. Jasna ciocia uśmiechnęła się i podała Dziecko, Dziecko uśmiechnęło się i pozwoliło usadzić w wózku. Okryłem je kurtką. Padało, ale to był dobry deszcz: drobny i pachniał chmurami. Na przystanku jakiś facet jadł śledzie, które kupiłem mu przed chwilą. Poszliśmy z Dzieckiem do piekarni spytać o ciepłą herbatę dla niego. Była (21.08.2017).

Narada

Cóż mogę ja prosty urzędnik wiedzieć o zepsuciu władzą?
Siedzieliśmy, dziesięciu mężczyzn, za stołem zdobnym w motywy klasyczne i koreczki z rzodkiewką. Wśród nas wielu walczyło kiedyś, ale nikomu nie dało się przeskoczyć płotu. Zastygliśmy w śmiesznych pozach obok, na pośmiewisko historii, która znowu zapragnęła zabawić się nami. Bolały nas niespełnione sny o krwawych rewolucjach: teraz w gabinecie zależało od nas niewiele, ale jednak trochę. Popijaliśmy więc herbatę i wypowiadaliśmy dramatyczne kwestie: powinien zniknąć, potrzeba przesilenia. Och, jak brzydziły nas: polityczna poprawność, uchodźcy i prezydent Słupska. Najbardziej za to podniecała nas możliwość napisania na nowo naszych życiorysów. Żeby zakończyć taniec żałosnych figur, żebyśmy byli wielcy (b.d.)

Rzeczy ważne

Tutaj nie ma sensu - orzekła A., wychodząc. Szukaliśmy sensu (i kaloszków) w sklepie obuwniczym (21.08.2017).

Nadaremno

Powinienem się zdziwić, kiedy kolega-mormon powiedział mi, że nie kupuje w Ikei, bo ona wspiera eldżibiti. Ale nie zdziwiłem, bo działo się to w tygodniu, w którym katolicki ksiądz w państwowej telewizji oświadczył, że zamach w Barcelonie jest boską karą za rozwiązłość a pewien gwiazdor odkrył, że wichura pustoszyła domy grzeszników, omijając te z kapliczkami.

Napisałem do kolegi z krainy zameczków i księżniczek, że mam poważny kłopot z byciem katolikiem w Polsce. Nie lubię form, w których dawno nie ma treści (22.08.2017).

Środa

Trzeci dzień łapie nas deszcz zenitalny około czwartej popołudniu. Zaczyna na Krakowskim i mija, kiedy wsiadam do autobusu, potem z nową siłą uderza, gdy wysiadam z metra. Aż A. kupiła wczoraj parasolkę.

Pocztą przyszedł Kawafis. Chciałbym zacząć pisać nim a nie Knausgardem. Kawafis miał pokreślone pieczątki z biblioteki w Szczytnie. Sprawdziłem, że tam już go nie ma w żadnym katalogu.

Piękne kurki miała kobieta na Wilsonie. Nieziemski z nich zrobiłem sos.

(23.08.2017)

  

środa, 16 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 3)

 


(Antanas Sutkus, Irena, 1959, źródło: pinterest.com)

 

Światło

Zatrzymuję się w oknie nad tym ostatnim zdaniem z Knausgarda o świetle, które jest wymiarem czasu. Bo przecież ten sam związek między czasem, światłem a okiem znajdowałem wcześniej w wierszach Kawafisa, w jego łapczywym spojrzeniu na aleksandryjskich młodzieńców albo w obrazach Muellera, kąpiących się w słońcu. Światło jako dotknięcie czasu. Światło moich oczu – wzywa w inwokacji Nabokov tę, która już dorosła i z dzieckiem przy boku pali papierosa w domu na przedmieściach, tę, w której nie da się rozpoznać tamtej zamkniętej we wspomnieniu. Światło moich oczu oznacza ni mniej, ni więcej pamięć chwili, zatrzymanie wzroku na jeden moment, który przebłyśnie i nigdy więcej nie powróci tak jak ujrzane ciało nigdy więcej nie będzie takim samym ciałem. Bo kiedy dany wieczór, ranek, rozmowa, przebywanie z drugim minie i pozostanie wspomnieniem, będzie tak samo niewyraźne jak obraz pokoju, do którego już przestały wpadać słoneczne promienie (11.08.2017).

Drzewa

Drzewa służą do pomiaru czasu. Bardzo abstrakcyjne wydawało mi się to całe przecinanie pni i sprawdzanie na słojach, kiedy co się stało. O, tu wybuchła pierwsza wojna, tu – druga, tu pierwszy człowiek stanął na Księżycu, a tu – narodził się autor bloga. Z czytaniem słojów to jednak za dużo zachodu, ale teraz wjeżdżam na znajome osiedle i spoglądam na drzewa. Większość z nich znam: ich cienkie pnie ledwie trzymały się prosto, przyczepione tasiemką do deszczułek. Teraz wchodzi się w ich cień, spacerując jak po parku. W ten sposób drzewa same liczą twój czas (12.08.2017).

Słoń, czyli opowiastka z ulicy Bieruta

Doświadczeniem kształtującym moje lubelskie pokolenie był słoń. Musiało się to dziać w osiemdziesiątym szóstym albo osiemdziesiątym siódmym. Jednego z wieczorów podczas przedstawienia cyrkowego stała się rzecz niespodziewana: na środku areny słoń zrobił kupę. Następnego ranka w przedszkolu pożerały nas zazdrość i ciekawość. Słoń zrobił kupę – opowiadali jedni, zapewne z każdą opowieścią dorysowując do zdarzenia nowe szczegóły i co tam jeszcze im przyszło do głowy. Ach! – nie mogli wyjść z podziwu drudzy (wśród nich przyszły autor bloga) i prawdę powiedziawszy mogli jedynie słuchać z zazdrością, bo słoniowej kupie nic, ale to zupełnie nic, nie mogło dorównać.

Namiot cyrkowy stał w wąwozie u zbiegu Bieruta i Lenina. Jeszcze za pierwszej dekomunizacji Bieruta zamieniła się w Lwowską. I byłem tam chyba ostatni raz na weselu z dziewczyną, którą znałem dosyć pobieżnie, to musiało być co najmniej siedemnaście lat temu, w moim okresie maniakalno-klerykalnym, więc raczej nie bawiła się ze mną setnie. Od tej pory Bieruta (czy Lwowska) pozostawała ulicą nieobecną. I teraz kiedy przyjechaliśmy do Lublina, i mieliśmy nacieszyć się tym miastem, teraz właśnie zaczęło padać i padało rzęsiście i nieprzyjemnie, i z nacieszenia się wyszły nici, więc korzystając z tej niemożliwości pojechałem na wycieczkę ulicą Bieruta. Wycieraczki pracowały a ja myślałem o kupie słonia i o tym, że przez tyle lat nie stworzyłem żadnej opowieści, która mogłaby dorównać tamtej (13.08.2017).

Nauka rozczarowań

Czemu kupujesz mi ciągle książki? – spytała A. pięcioletnia kuzynka. Byłem współodpowiedzialny za to rozczarowanie, ale pomyślałem sobie, że to dopiero początek całej serii rozczarowań, którą potocznie nazywa się życiem. I że trzeba się do tych rozczarowań przyzwyczajać od małego, na długo przedtem zanim pojmie się, że cechą najpiękniejszych (najbardziej świetlistych) momentów jest ich nieosiągalność, ba nawet niewypowiadalność (czy metafora światła nie jest znowuż doskonałym sposobem opisu niewypowiadalnego?) A wówczas, kiedy człowiek zadaje sobie pytanie, czy zmarnowało się komuś życie, czy na szczęście tylko sobie, to te drobne małe rozczarowania wydają się być co najwyżej radosnymi wprawkami. Tego uczą właśnie książki (14.08.2017).

Melancholia

Rysowaliśmy wczoraj z Dzieckiem na trawie. Kiedy nie widziało, narysowałem najpiękniejszy koniec świata, ten z Larsa von Triera: z kosmicznym baletem do „Tristana i Izoldy” Wagnera, gdy oceany rozpryskują się ogniście razem z całą ludzkością i uciekającą Kirsten Dunst. I wyobraźcie sobie, że dzisiaj, jedząc obiad, Dziecko wzięło mój rysunek i tę nieszczęsną rozpadającą się na kawałki Ziemię na dodatek zbombardowało ziemniakami z masełkiem, bach, bach. Nie hukiem, ale ziemniaczkami (15.08.2017).

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27