2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: dziecko

piątek, 06 lipca 2018
Dziennik. Druga podróż do Portugalii, druga podróż do granic Starego Świata

 

Czasami myślę, że życie nie może podarować mi czystszego i bardziej niezmąconego poranka, niż kiedy idę na spacer przez wrześniowy park całkowicie obcego miasta, w którym nie znam nikogo, nie mam żadnych zobowiązań, gidze nic mnie szczególnie nie cieszy, ale tez nic szczególnie nie boli (S. Márai, W podróży, s. 138 za: Herbert I, s. 631).

Zmęczony całodzienną wędrówką w słońcu (...) nie mogę zasnąć (...). Kawałek życia, którego nigdy nie dotknę. Turysta jest zawsze wygnańcem. Co mu pozostało? Akropole, grobowce
(Z. Herbert, Mistrz z Delft, s. 21 za: Herbert II, s. 57)

 

 

Pokład

Strajk kontrolerów lotu w Marsylii pozwala pasażerom - wciąż na płycie - wyrazić swoją polskość. Polskość wyraża najlepiej wolnocłowa wódka. Wtóruje chór niemowląt zapinanych pasami.

 

 

Hotel na peryferiach Sewilli

Gości witają palmy ustawione w dwuszereg. Pod hotelem na rowerze zziębnięty człowiek wskazuje drogę do restauracji nieopodal. Pod pomnikiem wolności ktoś poprawia czerwony dywan. Jutro złożą wieńce, dziś tylko nieustanny ruch ciężarówek, autostrada obok.

Imiona: Luna

Powroty do miejsc znajomych kłócą się z istotą podróży. Jak nie uczynić wyjątku, skoro Dziecko od roku chce wrócić do Luny (tu powinien być portret psa, labradora)? Więc teraz porównujemy: kolor gleb, krętość dróg, cennik pralni, zapach wieczornych krzewów, smak sosu z ryb i fasoli.

Nie wiem, czy lepiej, żeby było tak samo, czy być powinno inaczej. (Podróż do Andaluzji w 2016 roku: tutaj; podróż do Portugalii w 2017 roku: tutaj, tutaj i tutaj).

Imiona: Hieronim

- Hieronim, Hieronim - woła pan Antoni przez okno. Odpowiada ryk osła.

Notatki o przeszłości

Dawnej stolicy emirów strzegą bociany. Nie poznasz wielkości w gęstych zaułkach, w których rozkwitają jakarandy, takie jak pod teatrem w Palermo (dawna stolica także). Dziecko napycha kwiatami kieszenie. Na upalnych ulicach piszemy o rozstaniach. Kwiaty w kieszeniach brązowieją i plamią (Silves).

Zasady

Jedna fala, jeden surfer - z kodeksu surfera, tamże całoroczna rozpiska przypływów i odpływów.

Ujęcia 

Może przygotowuje projekt o brzydkich ludziach na plaży? Przechadzam się więc dumnie przed panią fotograf. Autor bloga zbierający muszle - taki byłby tytuł - ale nie, fotografuje tych, co na fali (Arrifana).

Imiona: Miłość

Myśleliśmy, że to Maryja. A to Miłość o arbuzowych piersiach krami otyłe dzieciątko. Przy niej Wiara i Nadzieja kruszynki. Trzy cnoty na złoconym suficie. Nawet Miłością można się przesycić (Lagos, kościół św. Antoniego).

Mitologie owadzie 

Kilometry drobnych śladów na piasku. Spośród mitów czarny żuk najbardziej ceni mit o Syzyfie (Arboreira).

Piosenka o supermarkecie

Jogini w kolorowych szatach w pozycji psa znad oceanu.
Hippisi, którzy wolną miłość, już uprawiają od pół wieku.
Surferzy w busach obwieszonych piankami prosto z fali.

Wszyscy się spotkamy w supermarkecie Intermarché (Aljezur).

Notatki hagiograficzne

Święty Krzysztof przenosi Dziecko przez rzekę. Na przekór pannom wodnym, których ciemne plecy lśnią kroplami. Takie są widmowe. Tacyśmy wydmowi (Bordeira).

Notatki sekretne

Prowadzi podwójne życie, tak się domyślamy, to miasto, które w ubiegłym roku pokazała nam M. Te sekretne kawiarnie, których się nie spodziewasz w zaułkach, czyjś w nich szept, ten zapach ryb na rusztach zza okna, śmiech, szelest figowca. Nic naprawdę nie wiemy o tym mieście, tylko słyszymy je i czujemy (Olhao).

Piosenka o naszym kraju

Nic się nie stało - uczymy Dziecko.

 

 

Notatki z wyspy

Patrzyłem na nich jak wysiadają z łodzi. Dzień był pochmurny, pomost pod latarnią morską. Nazwałem tę wyspę szczęśliwą, choć może mi się wydawało. Ojciec z córką? Mężczyzna z kochanką? Na ich twarzach smutna jasność. Nie da się dziś opalać.

Siatki na motyle - drogi Vladimirze - służą tutaj do połowu muszli (Farol).

Piosenka Dziecka

Jak się masz?
Wszyscy się kochają.

Łodzie

Atrakcją turystyczną jest cmentarzysko kotwic w wiosce, z której nikt już nie wypływa. Pijemy sok pomarańczowy: - Jak w Łodzi - mówi Dziecko, któremu Łódź kojarzy się z największym upadkiem (Barril).

Kadyks. Mapa

Czym jest - trudno określić. Nazywamy go wyspą albo półwyspem albo cyplem. Wcina się w ocean, choć jeszcze dwa lata temu nie nazywaliśmy go nawet oceanem. Tak nieprzewidywalny, że trzeba zakręcić na rondzie, by odnaleźć dopiero drogę.

Kadyks. Refektarz

Matka Boska na różańcu odmierza łyżki musli. Święty Jan pilnuje marmolady. Przy chorale gregoriańskim sadzone jajka. Wymienił się w hotel - stwierdza Dziecko w czarno-białym klasztorze. W nim spokój.

Kadyks. Piasek

- Ten statek - wpatrujemy się w jego odbicie w camera obscura - przywozi piasek: miasto ciągle rozsypuje się i trzeba je zagarniać na powrót z morza. Kruche są nasze domy i plany. Opowiada kobieta z wieży, ocierając pot z czoła.

Kadyks. Wieże

Od wody nadciąga mgła i zakrywa widok. Zaniepokojeni kupcy wspinają się na swoich czterdzieści wież, by wypatrywać karawel, które wiozą pieprz i gałkę muszkatołową. Horyzont jest jak z mleka. Nie wiadomo, kiedy nadpłyną. Nie wiadomo, czy w ogóle.

Kadyks. Zew

Punktualnie o drugiej po południu rodowici mieszkańcy Kadyksu zdają się słyszeć zew oceanu. Nie zmusza ich on jak kiedyś do poszukiwania najkrótszej drogi do Indii. W zamian za to wyciągają swoje leżaki i składane krzesła, tłumnie ruszając na wybrzeże. Nie da się ich zatrzymać - wiemy o tym, głusi, bo idziemy pod prąd.

Imiona: kardynał Ximenez

Na parkingu wita nas martwy ptak. Żółty. Oprócz niego wszystko będzie białe, tak że bolą oczy. Jakby ktoś na wzgórzach przyrządził ogromny flan figowy imienia kardynała Ximeneza (Vejer de la Frontera).

Notatki z ruin

O ile decumanus prowadzi od wybrzeżnych zarośli do starego drzewa, o tyle cardo urywa się na płocie, za którym stoją auta plażowiczów w kolorowych ręcznikach. Wyobrażona schodzi przez piasek na brzeg oceanu, a potem wynurza się już u podnóża gór Atlas.

Baelo Claudia w zachodniej prowincji jest pozbawione przepychu Agrygentu. Chociaż przez okno cieśniny widać z niego obce lądy, cesarz rządzi na obu brzegach.

 

 

Chłopiec, który się zagubił

Parada była. Rzucali cukierkami. Państwo Marokańczycy obok żuli pestki słonecznika. Mały chłopiec płakał.
- Gdzie jest twoja mama? - spytała starsza Hiszpanka.
- Nie wiem - przestraszony zalewał się łzami.
Starsza Hiszpanka podeszła do najbliższej kobiety w chuście:
- Czy pani jest mamą tego chłopca? - spytała.
- Nie jestem - i od razu nachyliła się nad dzieckiem.

Chłopiec stał teraz pomiędzy trzema Hiszpankami w sukienkach i trzema Hiszpankami w chustach. Jedna podniosła go wyżej, żeby mógł dostrzec mamę. Jakiś pan pobiegł na poszukiwania. Wreszcie mama odnalazła się i mocno przytuliła chłopca. Muzułmanki i chrześcijanki pobiegły oglądać paradę i łapać cukierki.

Wierzcie w to, że można żyć razem. Miłość o arbuzowych piersiach wszystkich wykarmi (Algeciras).

Notatki obronne

Dwanaście oblężeń (dzisiaj Polacy grają z Kolumbią), trudno się dziwić armatom na ulicach. Wróg nadpływa od wschodu, zachodu, południa. Chce zdobyć Skałę. Miasto należy do mężczyzn. Kobiety i dzieci oczekują w jego najpiękniejszym skrawku, na ocienionym, cichutkim cmentarzu Trafalgar (Gibraltar).

Rozmowy na Skale

Wracając od małp Jej Królewskiej Mości (w tej całej wycieczce w gruncie rzeczy chodziło o małpy), spotykamy Stanisława (matka Polka, ja Russkij), rudego marynarz z tankowca na redzie. Słońce jest niemiłosierne, nawet małpy JKM śpią. Stanisław opowiada o nieznanych miastach i Polce z pizzerii u podnóża Skały.

O brzydocie 

Siedzimy na tarasie z widokiem na pęczniejący Księżyc. Sąsiad Japończyk ćmi pety obok butli z gazem.

- Jak to się dzieje - dziwi się A. - że jedne miasta wyrastają na piękne, a inne coraz bardziej popadają w brzydotę?

Jesteśmy w tym najbrzydszym, gdzie pani Mysz chowa się za ladą, a pierwszy napotkany sklep jest sklepem erotycznym. Nawet pani Róża z naszego hotelu wygląda jakby prowadziła zupełnie inny przybytek (Algeciras).

Chwila w mieście

Zbierały się chmury. Zajechaliśmy do miasteczka, które okazało się miastem. Była i katedra, i zara. Na parkingu podziemnym Albinioni, nad nim drzewka pomarańczowe. Wrócimy następnym razem, gubi nas ta pewność (Jerez de la Frontera).

Notatki o zmianie

Nie ma już smażalni kalmarów na Trianie. Przyglądamy się pustym niebieskim ścianom w upalny wieczór. Do wynajęcia - głosi napis i porcelanowe rybki.

Piliśmy sok pomarańczowy, ale za każdym razem inny. Jedliśmy smażone kalmary, nigdy nie są takie same.

Pod koniec podróży nieobecny sprzedawca kalmarów z Triany uczy nas, że wszystko - koniec końców - minie.

Koniec na peryferiach Sewilli

Dobrze wiemy - jechaliśmy północną obwodnicą - dokąd prowadzi ta fantastyczna plątanina biało-żółtych domów, letnich sukienek, bolesnych Matek Boskich i cierpiących Chrystusów. Piękny w paski jest gmach z napisem tanatorium (nie mylić z sanatorium. Odpoczynek wieczny).

(12-26.06.2018)

 

wtorek, 12 czerwca 2018
Dziennik pisany w czerwcu (odc. 2)

 


(Balthus, Tydzień czterech czwartków, 1949, kol. pryw., źródło: pinterest.com)

  

6. Bajka o smokach

(naśladowanie stylu Z.H.) Dawniej oddawano ludzkim rodzicom do wychowania małe smoki. Okiełznać smoka to było coś, skądś się musiały wziąć te wszystkie bajki i legendy o nafaszerowanych jakimś świństwem owieczkach i połykanych w całości dziewicach. W każdym razie smoki zaprawiały ludzkich rodziców do wszelkich wyzwań. Czym było wychowanie piątki szkrabów do wychowania zielonego gada? No, ale potem smoki zniknęły.

Więc teraz bezradnie siedzimy, jedząc gofry, gdy Dziecko wszczyna awanturę.

7. Oktawa 

Tego dnia, kiedy to modlą się za pierwociny, kolejką podziemną jedziemy prawie na sam koniec, do K. Pierwociny w upale (tam, gdzie mamy pojechać jest o niebo chłodniej), pierwociny w suszy, na schodach, na przystankach, w metrze. Kolejne słówko do prywatnego słownika.

8. Pokusa

Rankiem wychodziłem z Ogrodu. Rozejrzałem się: nigdzie policji. Ach, hop hop, wskoczyć na te czarne schody donikąd - kusiło. Dzielnie wybrałem kawę zamiast adrenaliny.

9. Czego nie będzie

Nici z zielonego wina - powiedziałem A. - pani doktor mówiła zdrobnieniami, obejrzała migdałki i przepisała mi wyciąg z niehalucynogennych grzybków z rodziny Trichocomaceae.

10. Podróżnicy

Dopiero wieczorem odważyliśmy się wyjść na zewnątrz, do tej krainy upalnej, w której nawet powietrze nabrało żółtego odcienia. 

- Ach, nie mamy mapy - martwiłem się, ale jakoś trafiliśmy do kościoła.

11. O kopciuszku

Czarny brzuszek, rudy ogonek - wpisałem w wyszukiwarce a ona mi od razu pokazała kopciuszka, wypisz-wymaluj takiego jak siedział przede mną. Działo się to pod pałacem, dopiero co zegar wybił południe, nie północ. Potem spadł deszcz.



czwartek, 31 maja 2018
Dziennik pisany w maju (odc. 3)

 

23. Pachnie miękką pościelą, Dziecko nie chce wstawać. W poniedziałek, który jest środą, przepycham się na metrze Ratusz przez zgrabny tłum. Pachnie miękką pościelą.

24. Nieboskłon nóg.

25. Sobowtór generała Pinocheta rano karmi wróble. Nic dziwnego, że na krześle obok dosiada się wrona.

 


(Miejsce uświęcone wizytą Papieża Polaka Jana Pawła II w 1987 r.)

 

26. 27. 

Dziecka refleksje nad Planem Balcerowicza

Czemu tu nie jeżdżą pociągi?
Już nie ma pociągów. Już nie ma fabryki. Jak tu.

Wcale nie o dizajnie 

Po festiwalu dizajnu nie spodziewasz się niczego wstrząsającego. Tymczasem tegoroczna edycja Łódź Design Festival stawia pytania sięgające daleko poza kwestie użyteczności czy estetyki, które niejako automatycznie łączy się z projektowaniem. Powiem więcej, ekspozycja ta zasługiwałaby na to, żeby ją pokazywać i o niej dyskutować nie na niszowym festiwalu w Łodzi, ale w muzeum narodowym. Zamiast spierać się o przeszłość, zająć się tym, co dalej.

W pawilonie poświęconym szkłu i ceramice pojawia się nieśmiało pytanie o artystę w epoce sztucznej inteligencji. Człowiek wydaje się niepotrzebny: cyfrowa maszyna pamiętająca miliony połączeń dźwięków zastępuje kompozytora. Ze ściany spogląda portret Rembrandta, taki jaki powinien był namalować, gdyby żył dłużej.

Wystawy "Nothing but flowers" długo nie da się zapomnieć. Zaraz po wejściu na szkolnych krzesełkach napotykamy dość prymitywnego fabrycznego robota, który przepisuje pismem pilnego ucznia pierwsze prawo Asimowa.

Pytanie o religię: z głośnika wydobywa się słowo Bóg wypowiadane w języku, w którym akurat pojawiło się na twitterze. Panuje nieustanny szept, komputerowa glosolalia: jakby dowód na istnienie w erze technologii. Odłączenie kabla zasilającego system głośników zakrawałoby na bluźnierstwo (Noriuki Suzuki, Oh My).

Pytanie o stosunek do śmierci: Z każdym twitterowym oświadczeniem o odebraniu sobie życia, miniaturowy robot zdrapuje z bryły węgla 0,0054 grama. Stajemy więc wobec żywego miejsca pamięci, będąc świadkami czyjegoś umierania i nie mogąc nic zrobić. Ta bezradność i to - zapośredniczone maszynowo - współuczestnictwo dosłownie poraża (Fujita Keisuke, Voltaic Realism).

Pytanie o pamięć: elektroniczny cmentarzyk - 21 gramów ludzkich prochów, próbka kojarzącego się zapachu, iPhone z muzyką związaną z daną osobą. Można wziąć w podróż, można trzymać pod poduszką (Mark Sturkenboom, 21 grams)

Pamiątka pierwszej komunii

Niedziela po Dublinie. Upalna. Pod kościołem dzieci uroczyście zwisają z barierek, po pończochach spływają im oczka. Rodzice proszą księdza proboszcza o sakramentalną łaskę. Po kątach inni palą papierosy, w białym garniturze przepycha się wujek z twarzą rozbitą przez wczorajszą bójkę. Kościelny ogród zarastają pokrzywy, zarastają coraz bliżej. Kiedy ktoś będzie pytał, czy widziałem w Polsce laicyzację, odpowiem, że tak, tej niedzieli u świętego Józefa koło Manufaktury.

Widok słoneczny

Obrazek przychodzi do nas dopiero jak wrócimy. Że te ulice były całkiem śródziemnomorskie. Miasteczko raczej niż sześćsettysięczne miasto, upał żółci kwadraty kamienic. Wszyscy idą Piotrkowską do pierwszej komunii.

 

28. Czereśnie, które przyniosła E. Koniunkcja Księżyca z Jowiszem. Uczę się na nowo (i z wielkim trudem) doceniania codzienności (zasługa w tym wizyty w nadreńskim mieście).

29. Po tygodniu nieosiągalnych połączeń, zadzwoniła do mnie fryzjerka. - Czy pan się obciął? - zapytała wprost (wiedziała przecież, że z lenistwa dzwoniłem tylko do niej). Tym sposobem musiałem dzisiaj spojrzeć w lustro (powiem Wam: wolę przyglądać się innym).

30.

Puławska w gorącu. Tak samo jak wtedy, gdy biegłem ze szpitala tamtego ranka, kiedy pojawiło się Dziecko.

Wracam radośnie, obładowany głaskami z ankiet ewaluacyjnych od moich studentów.
- Czy masz pewność, że pisali szczerze? - nokautuje mnie na progu A.

31.

Coś się porobiło z Bożym Ciałem. Te gorące procesje, cztery ołtarze ze strzyżonym dywanem, kwiaty piwonii pod butami (Boże Ciało spośród wielu świąt wyróżnia zapach zemdlonych płatków), zabawa trawą na nudnym kazaniu przy Leszetyckiego i wszystko - zaczynając od spodni -uroczyście białe. Coś się porobiło z Bożym Ciałem - myślę, idąc o poranku na plac zabaw. Codzienność pożarła sacrum.

 

Pamięć mrówek

Kiedy będziemy sobie obcy (a czytanie biografii cudzych i własnych potwierdza, że to się zdarza, więc warto przygotować się zawczasu ze spokojem), starać się będziemy przypomnieć z kim też w to ostatnie majowe upalne popołudnie prowadziliśmy eksperymenty na mrówkach.

Za pomocą pięciu szklanek po lemoniadzie, tyluż czarnych słomek, badaliśmy pamięć mrówek. Nieliczne wyruszały ciemnym lepkim tunelem w podróż na drugi brzeg. Kilka spadło - upadek mrówki ze szklanki to prawie wieża bazylejskiej katedry (miara długości używana przez Dziecko). Nieliczne dotarły na miejsce.

Teraz trwa druga część eksperymentu: sprawdzamy czy nasza - bez fotografii - pamięć chwil trwa dłużej niźli pamięć mrówek.

  

piątek, 25 maja 2018
Dziennik nadreński

 

 

Widok ogólny

W podręczniku do architektury parę rycin przedstawia nadreńskie miasto rozłożone na wzgórzach, jedno z przedmieść leży na drugim brzegu. Nad miastem górują dwie wieże katedry, tutaj Jerzy i Marcin (na rycinie czwartej, czego nie widać, źli kalwiniści wybebeszyli katedrę ze wszystkich świętych). Handel rozwija się w najlepsze aż do ryciny szóstej, kiedy wchodzą Francuzi. Z nieszczęść: dżuma pominięta na rycinie drugiej. Na rycinie ósmej albo dziewiątej (nie ma w podręczniku) do miasta przybywamy my.

Znak wodny (1)

Dziecko wdało się w autora bloga. Też kolekcjonuje. Kolekcjonuje fontanny, do każdej musi podejść, umyć ręce albo napić się. Może niewiele zapamięta z Bazylei (myli mu się z Berlinem), ale fontanny na pewno.

Wyjście poza kategorię cudu

Jedni nazywają to zbiegiem okoliczności, inni - łaską: ksiądz doktor szuka w betonie Ducha Świętego, nie wie nawet, że całkiem nowy wątek dodaje do wieloletnich rozmyślań autora bloga.

 

 

Znak wodny (2)

Opowiada M., że kiedy nadchodzi upał (a nadchodzi - sprawdzam w Wikipedii - przez Bramę Burgundzką), misy fontann zapełniają się kąpiącymi się dziećmi. Ta także. Fontanna, przy której po drodze z domu na uniwersytet zatrzymywał się Nietzsche. Nabożnie przyglądam się więc autentycznej wodzie.

Powiększenie

Tramwaje podobne są tutaj do szparagów: zielone. Stolik obok siedzi kobieta z brodą. Obce miasta zawsze - na pierwszy rzut oka - wydają się dziwne. Dziecko, żeby je zobaczyć, wchodzi na najwyższy stopień, obok kościoła karmelitów, z którego pozostała jedynie nazwa.

Dom

Dom jest jasny z kojącym widokiem na ogród i jeża. Ptaki o poranku śpiewają w językach obcych (kto zna się na ptakach?). Nieważne gdzie, ważne z kim spędza się czas - mówi A. z od dawna nieznanym spokojem.

Znak wodny (3)

Dziecko! Ulice rzeczywiście podobne do ulicy Fontany (jedynie więcej przy nich maserati i porsche), ale rozmawiamy o fontannach przez dwa, nie jedno n.

 

 

Obrazki z wystawy

Pary obściskują się po ciemnych ulicach a w urynale grasuje pedofil. Pan burmistrz składa pamiątkową wiązankę ku czci cesarza i dawnej wielkości. Będzie przemówienie o żołnierzach wyklętych spod Verdun i o tym jak nas zdradzono. Pożądać należy jedynie wielkości - doda, ale na spełnienie fantazji przyjdzie mu czekać lat szesnaście z okładem (Georg Scholz, Małe niemieckie miasteczko nocą, 1923, tutaj).

Spoglądamy na wieczność, kiedy tylko wychodzimy z windy. Wieczność spogląda na nas. Jakby podtrzymywały niebo, owe panny ogromne. Jak ogromny jest nasz zaniemówiony zachwyt (Ferdinand Hodler, Spojrzenie w wieczność, 1913/14-1916).

Nic w tym triumfie nie ma z majestatu. Nadciągają szubienice, wrony czekające na padlinę, zaraza. Równo maszerują kościotrupie zastępy: ktoś z wiejskich scen rodzajowych pozdejmował skórę, wieki wcześniej przewidując wiek dwudziesty (Piotr Brueghel młodszy, Triumf śmierci (kopia z Piotra Brueghela starszego), XVII w.)

(Kunstmuseum Basel)

W górę

Naprzód na wieżę. Po schodach by, po schodach. Po linach by, po linach. Muszą państwo zejść przed siedemnastą - protestancki kasjer jest niereformowany. Nic, że chciałbym widzieć jak uderza dzwon.

Sielanka

Kiedy wszyscy będą nieziemsko bogaci i nie będzie już powodów do nienawiści ani wojen, świat będzie wyglądał jak plac zabaw w Bazylei. (Skąd znam te obrazki, czyżby ze "Strażnicy"?)

Rzeczy po nas

Trzeba się powoli przyzwyczajać do swojej egzotyki. Obok masek z Nigerii, kielich i patena, artefakt kultury katolickiej obecnej wśród europejskich tubylców mniej więcej do połowy XX wieku. Karteczki do spowiedzi (niech wybaczą pierwszokomunijne dzieci) są umieszczone pomiędzy Janem Nepomucenem a reklamami londyńskich zamtuzów. (Muzeum Kultur w Bazylei odchodzi od opowieści o innym widzianym oczyma Europejczyków, jak w klasycznym modelu etnologii (Volkskunde), porządkując wszystkie kultury jako równorzędne i wycofując się z europejskości. I powiem Wam, człowiek podający się za etnografa, że nie jestem przekonany, że to jest w porządku).

Ta średniowieczna taśma pokryta zapiskami - głosi podpis w katalogu - to talizman: miara długości Chrystusa. Czy jeszcze chroni?

Koda

Uzależniony od zapachu książek, ściskając pożółkły album Degasa (wydanie paryskie, rok trzydziesty siódmy) wychodzę z antykwariatu w obawie, że mógłbym w nim zostać i przegapić samolot powrotny. Przekonuje mnie A.: poszukaj jeszcze! Może znajdziesz podręcznik do architektury z rycinami przedstawiającymi nadreńskie miasto?

(19-22.05.2018)

 

sobota, 19 maja 2018
Dziennik pisany w maju (odc. 2)

 


(Imogen Cunningham, Kwitnąca magnolia, ok. 1925, © 2018 Estate of Imogen Cunningham, Museum of Modern Art, Nowy Jork, źródło: tumblr.com)

 

12.

Żeby nie uciekać się znowu do mapy (w notesiku jest już dwunasta), opowiem Wam jak było. Wsiadam z wózkiem do tramwaju pod Halą. Piramida wieku: odwrócony trójkąt. Łapy przy dupie - woła jedna staruszka do drugiej, a ta druga łap nie trzyma, aż staruszek obok już chciał nią potrząsać, coby ją przekonać. Nieładnie - skomentował inny staruszek obok wózka.

Nagrodę muzealną otrzymało Muzeum Wojennego Dzieciństwa w Sarajewie, opowiadające o wojnie tak jak się starało o niej mówić gdańskie muzeum (nie historia, ale historie) nim przejęli je ignoranci wołający Polska, Polska, którym umysłem bliżej do maszerujących po Gdańsku chłopców w mundurkach koloru palisandru. Ci, co nie zrozumieli podstawowej lekcji z wojny: każda niepotrzebna duma i zbytnia cześć dla pojęć abstrakcyjnych prowadzi do nieszczęścia. (Jeszcze ten nieszczęsny plakat, który wywiesili. Świat byłby lepszy, gdyby ludzie z innych krajów byli bardziej podobni do Polaków. Na muzeum, które opowiadać miało dokąd wiedzie poczucie bycia lepszym od innych.)

13.

Msze z Dzieckiem spędzamy pod kościołem (dopiero błogosławieństwo na koniec powoduje u Dziecka nagły przypływ chęci wejścia do środka). Dzisiaj przez kościelną furtkę wmaszerowała około ewangelii homoseksualna para, kaczek krzyżówek. W czasie kazania całowała się na oczach Dziecka, wydreptywała ścieżki ku Dziecka wielkiemu zadowoleniu, wystawiała kacze szyjki. (Co Bóg chce nam powiedzieć wysyłając homoseksualne kaczki na mszę?)

Wieczór był kwitnący robiniami, ciepły, w sam raz na passeggiatę (nie żaden rześki majowy, ale taki duszny jak latem na Wyspie, a nie w Fobema). Marzy mi się już Południe.

14.

(c.d) ale przecież - jak donosi prasa - przenoszą się do Polski ulubione aleksandretty. Radość południowych miast.

"Stanem lirycznym nie są bowiem bezpośrednie doznania subiektywnych uczuć, lecz ich estetyczna kontemplacja." (...) Siłę wyrazu można osiągnąć dzięki oddaleniu się od własnego "ja" (A. Franaszek, Herbert, t. 1,s. 294, cytat z Ostapa Ortwina). To, co tak dręczy autora bloga - utracona umiejętność wzniesienia się ponad emocje. Ćwiczenia z poezji chińskiej. Kontemplacja ptaków za oknem i roślin ozdobnych. Cokolwiek próbuję, zawsze wracam do rzeczy prostych i nie do opisania: zapisów zmysłów i odczuć.

Oko, które nie potrafi oderwać się od obrazu.

15.

Dopiero teraz, w kontekście powyższego cytatu, zrozumiałem, co to znaczy, że fajka nie jest fajką (u Magritte'a).

Na Hajoty kwitnie jaśmin. 

16.

Co ja im powiem? - martwię się, stary piernik, w tych swoich śmiesznych garniturach (prosto z pralni), zalany deszczem przy metrze Wierzbno. Ta wyszczekana, co jedzie za ocean i ustawicznie ucieka z zajęć, zauważa coś ironicznie. W pewnym wieku odechciewa się już ironii. Skrzeczę więc, gderam i opowiadam o ludobójstwie.

Wy się kłócicie? - dziwi się P. nad kotletem schabowym, niedobrym, w tej piwnicy dobre mają tylko ziemniaki. Nie opowiadam jej wiele. Nie pozna więc okopów spod Verdun, wspaniałych szarż Napoleona i odwrotów spod Stalingradu. Nie spostrzega nawet jak pakuję na wieczór żelazne racje prowiantu.

17.

Przyszło do mnie słowo cudeńko. I wiem nawet, o czym bym pisał układając listę cudeniek, tak jak kolekcjoner przyszpila w swoich zbiorach rzadkie motyle. Ale ufam - elektroniczny ekshibicjonista - że się nie dowiecie nic o cudeńkach, bo muszę mieć coś dla siebie. Coś, czego nie zapiszę.

Natknąłem się na redaktor M. w przejściu podziemnym. Redaktor M. pędziła w kierunku placu zabaw, ja też. Ona biegła zadawać pytania, ja silić się na odpowiedzi.

18.

Biodro, fragment muślinu, cień ramienia, przywidokom poświęcał niewiele czasu. Ot, jakieś przebłyski, że jest coś innego poza kalendarzem, w którym wszystko wiadomo.

19.

Kazanie sejmowe: mówić się dziś powinno nie o władzy nieludzkiej, niesprawiedliwej, bez serca, ale o bezbożnej. Podobnie jak bezbożny okazał się hierarchiczny Kościół, którego braknie na podłodze Sejmu. Ten, co tak głośno wołał o ochronie życia. Jeśli ktoś miał złudzenia dokąd prowadzi ten mariaż tronu i ołtarza, chyba się ich pozbył. Czytajcie Mateusza, rozdział 23, czytajcie o Polsce:

Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje ornaty i wydłużają frędzle u stuły. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w kościołach. Biada wam, arcybiskupi i biskupi, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą. Z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i nieprawości. 

 

piątek, 11 maja 2018
Dziennik pisany w maju (odc. 1)

 

 

1.

Zamiast opisywać dni, postanowiłem rysować mapy. Kartografia wydaje się być pewniejsza od ortografii (powyżej starannie opisany pierwszy maja z J. i M.)

"Przyszłość będzie inna" w Zachęcie odchodzi od triumfalistycznej wizji dwudziestolecia jaką próbuje się rozprzestrzeniać w ostatnim czasie. Pierwszego zawału prawdziwy patriota doznaje w momencie, w którym po wejściu na wielkim ekranie dzieci śpiewają piosenki w jidysz. Potem jest tylko gorzej (dla prawdziwych patriotów). Akurat czytam wspomnienia Zygmunta Klukowskiego i wystawa w Zachęcie - w porównaniu z nimi - wydaje się być i tak wyidealizowaną wersją dziejów.

Karuzela w Ogrodzie Krasińskim - czy człowiek się nigdy nie może oderwać od nadmiaru skojarzeń? Po prostu kręcić się z Dzieckiem i M., a nie myśleć o karuzeli obok, o chmurze pierza i płonącym mieście?

2. Globalne ocieplenie nieźle namieszało mieszkańcom miast, dla których przyroda i tak pozostaje ledwie jakimś dalekim punktem odniesienia. Najpierw jak szalone rozkwitły bzy (a one z majem przychodzić powinny), w kwietniowym tygodniu daleko od matur kasztanowce, ba konwalie też przestały być wyłącznie majowe. Przyglądam się temu, jak wszystko się spieszy i wyobrażam sobie złotą jesień w sierpniu.

3-5. Dziennik pisany w Berlinie (tutaj)

6. Skoro nie bzów i konwalii, maj jest miesiącem książki. Oburza się A., że autor bloga ukrywa się za tomami. Cóż skoro wybrał wszystko powyżej czterystu stron: "Zamojszczyznę", biografię Herberta i "Dalej jest noc".

7.

Zapytałem czy są te małe babeczki w kawiarni. Nie ma jeszcze - odpowiedzieli. Jeszcze wiosna, choć na dworze lato.

Pośród tych babeczek właśnie  - pamiętajmy o tle - urodziło się Dziecko.

8.

Tydzień upałów. P. pokazał mi jak się szuka przyjaciół w telefonie, więc teraz szukam, wołam, lokalizuję. A choćby wszyscy wieszali psy na Marku Zuckerbergu, zawsze będę mu wdzięczny, że nosić ich mogę w niebieskim liniuszku.

9. 

Opowiadałem im potem o sposobach upadku demokracji bardzo tragicznych i pełnych patosu. Prezydent wygłasza przemówienie, bombowce nadlatują nad pałac, na stadionie jest ból i strach. Ale przedtem - zanim ciepły wiosenny deszcz oczyścił mnie na metrze Wierzbno - widziałem jak demokracja upada zdecydowanie mniej widowiskowo.

Widziałem biały budynek otoczony płotem, pogardę na korytarzach i krzywy uśmiech młodego wielbiciela białej rasy, co podpisał listę, żeby dostać dietę, i wyszedł bredzić swoje dyrdymały.

(Dochodzę do wniosku, po lekturze "Zamojszczyzny", że walka w obronie państwa, które samo pcha się ku upadkowi, jest jedną z najgłupszych rzeczy jaką robią ludzie).

 

 

10.

Kolejna z wystaw, co się nie podoba chirurgom historii i tym, co w Lutym na powrót zanurzyli się w - jak się wydawało - dawno zarośnięte bagno. "Obcy w domu" jest dla mnie świetnym uzupełnieniem wystawy stałej "Polin", tych sal powojennych, co przez nie już szybko.

Chodzą wycieczki szkolne, notują. Może choć to ich nieco uodporni na język, który na nowo objawił się w Lutym? W anonimowych antysemickich zapiskach luminarze dobrej zmiany odkryli cytaty z siebie, cóż za oburzenie.

Bo o Polsce trzeba pisać tylko wielkimi literami (a móc to zrobić - oznacza karmić się mitami). "Obcy w domu" mówi o tym, że istnieją mechanizmy, które raz uruchomione prowadzą do dramatu. Trudno się w tej wystawie odnaleźć, skoro samemu je się uruchamia.

11.

Tak pięknie się zaczął. Do biurowców wbiegały młode mężatki. Malały stopy procentowe. A ja z biografii Herberta kontemplowałem w słońcu jedno zdanie: krakowianki mają kosztowną jedwabną bieliznę zwykle koloru łososiowego (s. 191), jedząc pastę jajeczną i marząc o tym, o czym zwykłem marzyć.

Teraz nadchodzą w garniturach i psują wszystko, co było dotąd. Ich dłonie, upaćkane w wazelinie, śliskie jak rybie płetwy. To przez nich upadają państwa, wówczas, gdy idioty nie możesz nazywać idiotą.

  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31