2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: poezja

poniedziałek, 28 sierpnia 2017
Konstandinos Kawafis, Wiersze zebrane, PIW 1981

 


(Twarz przypisywana Ptolemeuszowi II, 285-246 p.n.e., Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork, źródło: metmuseum.org)

 

Auden i tamto lato prowadzą mnie ku Kawafisowi, którego tomu w tłumaczeniu Kubiaka nie ma już w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Szczytnie. Tamtego lata pisałem o Kawafisowym oku (tutaj) i Mieście (tutaj). Tego lata zmysłowość Kawafisa jest mi obca, pomijając te nieliczne przejaśnienia, w których objawia się znienacka. Mógłbym przecież jak tamtego lata pisać ody o pępku, porównując go - dajmy na to - ze słońcem (tutaj), ale nie potrafię.

Autor bloga myśli o tym samym, co Kawafis: chciałby zatrzymać upływ czasu. Zresztą cała literatura i niby-literatura (taka jak blogi) jest temu poświęcona. Wydawać by się mogło, że Kawafisowi nawet się udaje - oto tak samo ponętni są młodzieńcy przed naszą erą, jak i w wąskich zaułkach Aleksandrii lat dziesiątych ubiegłego wieku, z taką samą czułością o nich mówi:

Ale utraciliśmy rzec cenniejszą: piękność jego,
która była apollińskim objawieniem ("Grób Euriona")

Tyle, że umierają. Coraz ich mniej, odjeżdżają do Smyrny, z której nie ma powrotu. Wie o tym dobrze urzędnik z wydziału nawadniania, któremu przyglądam się na zdjęciach. A może, znów budzi się we mnie to samo pytanie, a może owa łapczywość tego urzędnika jest jedynie wstydliwą przypadłością niedojrzałego wieku dojrzałego? 

Najbliższy Kawafisowi wydaje mi się Jarosław (zawsze wydaje mi się Jarosław) ze swoją pewnością przemijania, i równocześnie ze swoim wzrokiem wyszukującym zachwyconych młodzieńców, takich, którzy nie przeminą (mrzonka!) I ta miłość, której nie da się ukryć, a którą ukryć należy, żeby nie dojrzały jej nierozumne oczy. Szukałem Kawafisa w indeksach dzienników Jarosława: nie ma. 

Zapisuje urzędnik innego wydziału sto lat później, dwa i pół tysiąca kilometrów od Aleksandrii.

 

środa, 19 lipca 2017
Dziennik pisany w lipcu (odc. 2)

 

 

Pomarańczowa furgonetka

Staruszek-sprzedawca losów na loterie odwrócił się i spytał po portugalsku: samochód? Właściwie to domyśliliśmy się, że spytał właśnie o to, bo staliśmy we trójkę przed witryną pełną kolorowych aut a on wyciągnął klucz i ruszył w naszym kierunku. Otworzył szybkę. Dziecko wskazało na volkswagena (model T2 z 1962 roku), a on sięgnął po niego, ujął delikatnie w palce i gładząc pokazał otwierane drzwi i klapę bagażnika. Byliśmy zachwyceni, najbardziej Dziecko. Zapłaciliśmy a staruszek zamknął witrynę i poczłapał za kotarę.

Tak bardzo niewiele zostaje z podróży, ot, uchwycony fragment: sprzedawca losów w swoim sklepiku (bez daty).

Banał

Wieczór ciepły, co tego roku było wyjątkiem, siedzieliśmy na Chłodnej, jedząc węgierskie naleśniki. Dziecko biegało, zaglądając do środka beczki. Zatrzymał się koło nas mężczyzna z yorkiem i spytał, czy chcesz pogłaskać, ale Dziecko nie miało odwagi, jedynie uśmiechnęło się, on odwzajemnił i poszedł. Potem spotkaliśmy P. na randce, stygły mi naleśniki, i biegaliśmy koło piekarni, i zobaczyliśmy, że album Franceski Woodman jest na przecenie. Piękny wieczór, a jednak tego wieczoru - nie martw się problemami świata, powiada A., nic na to nie poradzisz - krążył wokół mnie wiersz. Wiecie jak bardzo unikałem patosu, starałem się być stonowany i flegmatyczny, ale tego wieczoru poczułem, że to już teraz, że ze swoją obojętnością, mieszczę się już w rubryce pierwszej, tak tej szerszej. Bo nie było wielkiego bum ani wielkiego ach, niepostrzeżenie i banalnie coś się z nami stało (14.07.2017).

Wiktor Woroszylski, Państwa faszystowskie (1970)

Niedługo po wojnie 1914–1918 w Europie powstały pierwsze
państwa faszystowskie W tych państwach
słońce wschodziło i zachodziło o normalnej porze opromieniając
dachy domostw i wzgórz zieloną spadzistość W oborach
łagodnie ryczało bydło Matki o świcie
budziły dzieci całując je w czoło Ojcowie wracając z pracy
ze znużeniem radosnym w kościach wdychali
dym domowego ogniska zaś po obiedzie
zasypiali w fotelu bądź też majsterkowali wytrwale bądź też
muzykowali z zapałem Dzieci
bawiły się w klipę w klasy i w chowanego Małym
dziewczynkom rosły piersi i dziewczynki z dnia na dzień
zamieniały się w duże dziewczyny wypełnione szeptem
szmerem jak drzewa w lesie chichotem nagłym na którego
dźwięk chłopcom zasychało w gardle W letnie wieczory
na firankach podświetlonych od wewnątrz schodziły się cienie
rozchodziły i znów schodziły miłośnie Zaś zimą
kochankowie łowili ustami parę z ust w ośnieżonych ogrodach I jeszcze
można wspomnieć o kotach wyginających się w kabłąk o wróblach
wzlatujących nad jezdnią o staruszkach na przyzbie o kwiatach
ciętych i doniczkowych o pielęgniarkach
podających chorym termometr o ludziach z miotłą
zamiatających ulice O drewnie
rozsychającym się bruździe w polu wilgotnej wietrze w zaroślach I jeszcze można
wiele wymienić zjawisk świadczących że

Albowiem nie było znaków na niebie komet żałobnych
wody w krew zamienionej krzaków płonących albowiem
życie biegło zwyczajnie więc naprawdę w państwach tych wielu było
ludzi zwyczajnych i ludzi dobrych i takich którzy
nie wiedzieli o niczym i którym
nie przychodziło na myśl i którzy
nie czuli się współwinowajcami i którzy
nie mieli z tym nic wspólnego i którzy nawet
nie czytali gazet lub też czytali niedbale zajęci
myślami o tym że trzeba naprawić
przeciekający dach oddać
buty do szewca oświadczyć się wypić
kufel piwa wymieszać farby zapalić świeczkę i którzy
naprawdę nie dostrzegali strachu w oczach sąsiada nie
słyszeli drżenia w głosie pytającego o drogę nie
dostrzegali różnicy nie słyszeli
głosu w sobie albo skoro
domyślali się czegoś nie mogli nic zrobić i pocieszali się
mówiąc My przynajmniej
nie robimy nic złego żyjemy jak żyliśmy zawsze Co było prawdą

A jednak były to
państwa faszystowskie

Moje życie z Julią Hartwig

Rano we wpisie dalekiej znajomej znajduję dwie daty. W wiadomościach napiszą o niej za godzinę. Sięgam do regału i odszukuję autograf. Julia Hartwig z Lublina pojawia się rok w rok w tle.

Luty 2007: W kawiarni na rogu ciastka po 9,5 złotego i Julia Hartwig. Maj 2011: Julia Hartwig przechodzi przez jezdnię/ warkocz ma zupełnie jak mojej prababci./ większy jej cień niż markizy na przystanku foksal. Październik 2014: Na śniadaniu pachnie sterylnie i parówkowo. Niezauważenie przy stoliku po przekątnej siada Julia Hartwig.

Zauważyłem, że tamtego cudownego lata, nagle zamilkła. Potem pojawił się ów gęsty wiersz ("Kwartalnik Artystyczny", 1/2016).

CISZA SPOKÓJ i zastygłe istnienie
zapomniałam kształtów i barw
wszystko było i niczego nie szkoda
bo tyle wiem że czas to zawsze czas
I tak właśnie kończy się świat
Nie hukiem ale skomleniem
a miejsce miejscem jest i niczym więcej
a co się dzieje dzieje się tylko raz

I jeszcze kartka z Pensylwanii - w której jak na całym Wschodnim Wybrzeżu - szalały śnieżyce ("Kwartalnik Artystyczny", 1/2017): Piękny widok z okna, cisza jeszcze głębsza, śnieg przykrył okolice domu. Julia Hartwig z Lublina znika teraz w bieli, mały punkcik na nieboskłonie.

Listopad 2014: Na tych targach to było tak. Ja nie mam śmiałości do poetów, ale patrzę, że jeszcze przy stoisku a5 siedzi Julia Hartwig i podpisuje. Więc kupiłem tomik raz, dwa (...) i podbiegłem do stolika. Ale tak nieśmiało, że nawet nie zdążyłem czegoś więcej powiedzieć. Potem patrzę a w "Dzienniku", często ocenia spotkania autorskie i wyławia ludzi ciekawych z ogonków do podpisu. Więc mogłem i ja, ale nie potrafiłem, a może trafiłaby nawet tu na bloga, bliżej. 

(15.07.2017)

Wosk

Nie poszliśmy, bo Dziecko usnęło a jak się obudziło pilnie chciało jajecznicę, ale już mieliśmy gotowe świece z Fatimy, bo jak bronić sądu najwyższego przed złymi mocami, to największym kalibrem. W ogóle - myślę teraz, co mogłoby pomóc - należałoby Polskę ulepić z wosku i wrzucić do pieca na Placu Modlitewnym (16.07.2017).

Księżniczka

Pewnej jesieni (bezskutecznie) wypatrywałem w oknach hotelu "Bristol" nieszczęśliwej monegaskiej księżniczki (tutaj). Ci tutaj wyglądają na szczęśliwych. Czy ich ręce leczą jeszcze skrofuły? (17.07.2017)

Żółta ciężarówka

Zapamiętaj to z tego dnia, na długo zapamiętaj: szczęk rozkładanych barierek. Robotnicy zdejmują je z żółtej ciężarówki i składają w płot. W tle na Krakowskim rzewny Elvis Can't help falling in love with you (18.07.2017; siedzę przed komputerem, zamiast walczyć o wolność).

 

niedziela, 11 czerwca 2017
Dziennik. Zuzanna i starcy

 

(Edvard Munch, Dojrzewanie, 1894-1894, Narodowe Muzeum Sztuki w Oslo, źródło: wikimedia.org)

 

Zuzanna I

A jest rozkwit przekosmatych sasanek
o przedświcie, o wschodzie, o poranku -
a gdy słońce odpoczywa na drzewach,
im zalążnia jak serce dojrzewa;

Usiadłem wieczorem i doznałem olśnienia. Takich wersów pięknie harmonijnych, pulsujących niespotykanymi zestawieniami słów, nie spotkałem od dawna. I nie było w tym, co ów podlotek pisał  dawno, dawno temu, tak mi się wydaje, niczego nieprawdziwego (Zuzanna Ginczanka, Mądrość jak rozkosz, Czuły Barbarzyńca Press 2017)

Odpust zupełny I

Picie porannej kawy. Przypadek stanowi, że właśnie tu i teraz mogę, w porannym słońcu. Po cichu płacę więc statkom (tutaj), żeby uzyskać odpust za to całe szczęście, jakie mnie spotyka.

Odpust zupełny II

Czy jesteś za tym, żeby ich wszystkich potopić w Morzu Śródziemnym jak ślepe koty? - pytanie, które łapiący hostie prezydent powinien zadać swoim równie pobożnym współobywatelom.

My I

Dni są takie same. Wszystko jest takie same i zarazem wszystko się zmieniło – skarży się A. po zachodzie słońca, talerze piętrzą się w zlewie.

Who by Fire

Tego wieczoru w restauracji rybnej Dż. i R. na przemian opowiadali o czymś na kształt krematoryjnego pieca w Fatimie, do którego wrzuca się woskowe kończyny oraz inne członki. Cena zależy od rozmiaru. Chciałbym pojechać do Fatimy, odpowiedziałem im na to.

My II

Mam trzydzieści siedem lat i nie lubię patrzeć w lustro. Coraz rzadziej używam wyobraźni, przeraża mnie pisanie dziennika.

Zuzanna II

Kiedy po raz pierwszy przywdziewają, wycięte w talii letnie sukienki, dumne są słońcem padającym na szyję. Spoglądają zza firanek starcy - zatracili dawno swój rozsądek.

Z ulubionych fotografów

Być może pragnienie [Nan] Goldin, aby udokumentować swoje życie oraz życie osób dookoła niej, aby utrwalić chwile, było sposobem uporania się z tym, co stało się z jej siostrą. "Nie pamiętam jej zupełnie - pisała (...) - Pamiętam swój obraz jej, rzeczy, które mówiła, to, ile znaczyła dla mnie; ale nie pamiętam jaka była w rzeczywistości... jakiego koloru miała oczy, jak brzmiał jej głos. Nie chcę już nigdy więcej stracić prawdziwej pamięci o kimś" (...). Robienie zdjęć to dla niej pełna tęsknoty przemiana, pomimo tego, że chwila znika w czasie rzeczywistym (Hilton Als, Nan Goldin's Life in Progress, "The New Yorker", 4 lipca 2016).

Zuzanna III

W swe miejsce nad rzeką zabiera cię Zuzanna (...) i pozwala mówić rzece. Piosenek syren obawia się uwiązany Odys. Światło wpada do fontanny tej, co zawsze, a zupełnie innej. A Robert Lewandowski błogosławi małe dzieci.

(07-11.06.2017)

 

czwartek, 28 kwietnia 2016
Dziennik. Zapiski mimochodem (odc. 2)

 

(Grzegorz Wróblewski, "Nasze latające obiekty, Allanowi F. Na motywie z Charlesa Bukowskiego", źródło: https://www.facebook.com/literaturapolska)

 

Ojcowie (odc. 4), Ptaki (odc. 5)

Dziecko leży na mnie. Modraszka. Podsłuchuję balkon za głową. Pytam A., która się krząta: jest coś za oknem, ptaszki jakieś? G..no nie ptaszki odpowiada A. (23.04.2016)

Ojcowie (odc. 5)

Dziecko leży na mnie. W telefonie kołysanka Umer i Turnaua, kiedyś tam będziesz miał dorosłą duszę. No i się wzruszam. Dziecko jak nie spało, tak nie śpi (23.04.2016).

Jeże (odc. 1)

Przejeżdżanie jeży pod znakiem uwaga jeże. Jechałem akurat po pudełko. Jeż leżał. Nikt się nie przejmuje jeżem, powiem wam, nikogo w galerii handlowej nie obchodził jeż. Minuta ciszy jeżom nie przynależy (24.04.2016).

Poezja

W zeszłym roku, kiedy wszystko rosło i rozkwitało, i było nowe i niezwykłe, obserwowaliśmy z lubością sikory. W wierszu powyżej brakuje tego etapu, brakuje cnoty sikory, kiedy ćwiczysz uważność wobec świata (24.04.2016).

Firanki

Odzyskanie urzędowych firanek daje złudne poczucie prywatności. Bo przecież jesteśmy tutaj zupełnie przezroczyści. Ludzie z celofanu (25.04.2016).

Ptaki (odc. 6)

Karmiące się modraszki pokazuję rano dziecku. Świat jeszcze niewyspany a one, czysta miłość, trel, gdyby nie było lepszych metafor ze świata zwierząt, można by o nich więcej (26.04.2016).

Ptaki (odc. 7)

Kos. Dwa dni ogrodnik strzygł dziedziniec, pedant jakiś, żebym mógł spotkać kosa jak rano z kawą. Nastrój bardziej na kosy niż na biurko (26.04.2016).

Proza

Dniom brakuje melodii. Zielony atrament partytury wyblakł w deszczu. Rok temu o tej samej porze (27.04.2016).

Ptaki (odc. 8)

Wróbel. Przesiedliśmy się z ławeczki do ogródka. Wróble (wróble, nie mazurki!) kradną okruchy. Odważniejsze są samiczki. Wydziobują ser koryciński z kanapki W. Moglibyśmy tak spędzić cały dzień, mówi W. patrząc w słońce, ale J. spieszy się do pracy (28.04.2016).

Jeże (odc. 2)

Po kilku dniach staje się płaskorzeźbą w asfalcie z materiału ciałopodobnego, pomiędzy kwitnącymi sadami, tam, gdzie artyści zwykle umieszczają jeże. Brakuje jedynie czerwonego jabłka (28.04.2016).

 

niedziela, 25 października 2015
Dziennik. Rozmowy przy grabieniu liści (2)

 

Jeśli się od jesieni odejmie jej światło, pozostaną jedynie gorycz i rozmawianie z umarłymi. Ciągłe silenie się na opisy jesiennych wrażeń: - w kółko piszesz to samo - mówi przed snem A. a ja nie mogę nie przyznać jej racji. Kiedy odkryłem "Autumnal" Ernesta Christophera Dowsona pomyślałem, że pasowałby do wczorajszego obrazu, ale może pasuje także do dzisiaj? Właściwie on brzmi inaczej, ma rym i rytm, melodię, która urzeka od pierwszego wersu. A to tłumaczenie tutaj jest kolejnym sileniem się na coś o czym się nie ma pojęcia (nie znalazłem innego, więc jest na biało).

Jesienny

Blado bursztynowy promień prześwituje
przez czerwieniejące liście października
kołysane wietrzykiem delikatnym tak jak
w lato. Odejście lata, kochanie moje, wydaje się
niewielką stratą w taki dzień jak dziś.

Niech będzie z nami mglista jesień!
Tak słodki jest roku zmierzch, gdzie
ciemność z cieniem napotyka naszą
miłość, zmierzch w sercu, co pozwala
oszukać coraz krótszy czas.

Czy nam nie lepiej teraz, w domu
senną jesienią, nam przyznającym,
że sen jest lepszy niż radość żniw.
Jeden momencik, nadchodzi noc,
jeden momencik, pozwala śnić.

Za perłowym horyzontem leżą
zima i noc: wyczekując ich
gromadzimy krótkie godziny wytchnienia
nim miłość odwróci się od nas i umrze
pod ponurymi drzewami listopada. 

(24.10.2015)

 

środa, 26 sierpnia 2015
Czesław Miłosz, Przekłady poetyckie wszystkie, Znak 2015

 

Wątpię, czy cokolwiek by to zmieniło, gdybym "Wypisy z ksiąg użytecznych" przeczytał dwadzieścia lat temu. Kiedy się ma apetyt na patos i WNM: wielkie niekończące się miłości, czyli właśnie w takim wieku jak wtedy, poezja nie ma uczyć chłodnego dystansu. 

Potrzeba było wielu innych rzeczy, aby tego lata odczytać "Wypisy" z zachwytem (wahałem się nad słowem zrozumienie, ale to za dużo). Podróż do Chin, słuchanie mądrości starszych ludzi (nim jak Hania popadną w religijną neurozę), czytanie i oglądanie, przyglądanie się ptakom, wreszcie samo lato, które jest latem niezwykłym i pouczającym.

Żeby odkryć, że czas jest punktowy, trzeba go doświadczyć. Dwa dni później (chociaż nie jest łatwo odróżniać między sobą dni) odczytuję u Miłosza: czas nie istnieje jako żywioł rozciągający się linearnie, ale zawsze istnieje tak jak w klatce filmowej, czyli w wycinku przestrzeni.

Lato samych odkryć. To jest ten sam rodzaj zachwytu, który pozwala zachwycać się czystością porcelany, smakiem dżemu figowego albo nagością na obrazach Ottona Muellera. Albo chińskim i japońskim malarstwem: jego skromnością, oszczędnością i prostotą, które opowiedzieć potrafią wszystko. Podobnie jak poezja, którą odkrywa i tłumaczy Miłosz.

Słowa kreślone ponad tysiąc lat temu brzmią jakby ktoś zapisywał je tego lata. Parę słów w sedno rzeczy. Parę rzeczy, żeby dom. Parę osób, żeby miłość i przyjaźń. Parę chwil: szczęście.

 

 
1 , 2 , 3