2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: śmierć

czwartek, 23 lutego 2017
Dziennik. Plakat

 

W górę i w dół, w górę i w dół. Za każdym razem - na schodach w pracy - mijam jej uśmiech na plakacie. To zdjęcie przypomina mi I. Długo i szczęśliwie.

W górę i w dół, w górę i w dół. Mijamy się z życiem na schodach.

(20.02.2017; wiadomość o śmierci Danuty Szaflarskiej wyświetliła się, kiedy popadałem w przygnębienie w niedzielę, dyskutując z A. o "Manchester by the Sea", bo choć sam film mnie nie przygnębił, to owa dyskusja po filmie już tak. Ukryłem tę wiadomość. Wróciła dopiero nazajutrz, kiedy jak zawsze spojrzałem na plakat.)

 

piątek, 11 listopada 2016
Dziennik. Leonard Cohen

 

(Leonard Cohen, 2008, źródło: Rama, wikimedia.org)

 

Zgubne skutki pisania dziennika nazajutrz. O szóstej rano zaczyna się zima, na razie lekka, czytam: Leonard Cohen dies at 82. Okazuje się więc nieważne to, co chciałem zapisać wczoraj (wiedziałam, że moje urodziny były beznadziejne - mówi A. - ale, że aż tak).

Nie będę rozpisywał się, co znaczył dla mnie Leonard C., bo na tym blogu pojawiał się wiele razy. Przepiszę po prostu fragment i pójdę słuchać dalej, po cichu, żeby nie obudzić Dziecka.

Moja prywatna biografia Leonarda Cohena:

Na początku był magnetofon szpulowy. Cały pasjonujący obrządek podłączania go do głośników, wyciągania podpisanych drobnym pismem taśm z szafki, nawlekania ich, a następnie ten chropawy dźwięk, pisk, kiedy gałką przesuwało się w przeciwną stronę, i ten niedający się zapomnieć głos: It's four in the morning, the end of December. Próbuję sobie to ułożyć w głowie, ale chyba momentem, który najbardziej zmienił mój dom, był ten moment, gdy muzykę zastąpił kolorowy telewizor z satelitą. Zresztą wtedy nikt już nie słuchał taśm, a potem nikt już nie słuchał płyt (ten obrządek, z uwagi na konieczność dbałości o igłę i nieporysowania powierzchni, był jeszcze bardziej uroczysty z użyciem opuszek palców i cieniutkiego pędzelka). A potem można było słuchać wszystkiego, ale już się nie chciało słuchać, bo taki był wokół hałas niemiłosierny. Wraz z telewizją o wielu programach, cisza umarła. Nawet nie wiecie jak tęsknię do tamtego domu, do taśm z Cohenem, Pink Floydami i Astrud Gilberto, nie mówiąc już o winylach z Bachem i Skaldami.

Wiele lat później, spotykaliśmy się na randki z A. Jechało się zaraz do Wa., pociąg był zapchany, czasem spotykało się innych migrantów, na dworcu zwykle był tłum odprowadzających i odjeżdżających, a pociągi, od tamtych czasów niewiele się zmieniły, to akurat łatwo sobie wyobrazić. Wiem, więc nie polecam. Piliśmy z A. herbatę i słuchaliśmy A Thousand Kisses Deep. Była jesień, zima dwa tysiące pierwszego, a potem jeszcze kilka pór roku. My, a w tle Leonard Cohen. (Pisałem już o tym. Nie jest tak, że wyłącznie słuchaliśmy Cohena, nie twórzmy jakichś muzycznych legend, ale to Cohen ma być w tle na tym obrazku. Później, pierwszy rok razem na Saskiej Kępie, będziemy słuchać Arethy Franklin i słońce będzie wpadało do pokoju, zawsze w tym miejscu dopowiada to A.)

Tego listopada, kiedy zmarł, umieściłem na facebooku nagranie "Pieśni miłości i nienawiści", gdzieś z lat siedemdziesiątych. Słuchaliśmy jak zaczarowani w wieczór Wszystkich Świętych. Nagłe poczucie, że w tej codzienności, która nęka i czyni nas kamieniami, da się odnaleźć piękno. Leonard Cohen jako kamizelka ratunkowa (10.11.2016).

(Dopisane: okazało się, że jednak nie w urodziny A.)

 

środa, 12 października 2016
Dziennik. Reżyser

 

(Jarosław Iwaszkiewicz w filmie Andrzeja Wajdy "Panny z Wilka", źródło: kokolorez.wordpress.com)

 

Ta śmierć miała w sobie coś tak uroczystego, że patos udzielił się nawet autorowi bloga (stąd podwójny zapis dziennika: zwyczajny i nadzwyczajny). Tego ranka, kiedy autor bloga gonił biały obłok, wydawało się, że wszyscy chcą mówić tylko o jednym, ale nie potrafią nic powiedzieć (trochę minęło zanim odgłos wydały hieny a wydały, co autor bloga sprawdził na portalu rzekomo poświęconym). Takie śmierci podważają znaczenie słowa zawsze. Zawsze, odkąd pamiętam Andrzej Wajda był najwybitniejszym reżyserem (choć, co można zauważyć poniżej, coraz częściej mnie rozczarowywał).

W moim patetycznym dzieciństwie dwa filmy zrobiły na mnie największe wrażenie.  Pierwszym był "Człowiek z żelaza" (pamiętacie, że autor bloga rozkoszował się wówczas ojczyzną), po którym nie mogłem zasnąć. Podobnie jak - z zupełnie innego, tym razem erotycznego, powodu - po "Kronice wypadków miłosnych".

Więc po co znów Iwaszkiewicz? - mógłby ktoś zapytać, skoro teraz o Wajdzie, nie o nim. Otóż, nie było bardziej iwaszkiewiczowskiego reżysera a to jest już jakiś powód. Autor bloga o Iwaszkiewiczu zawsze chętnie napisze.

Filmy Andrzeja Wajdy, które pojawiały się na blogu:

"Tatarak": tutaj
"Wałęsa. Człowiek z nadziei": tutaj
"Panny z Wilka": tutaj

(10.10.2016) 

 

czwartek, 30 czerwca 2016
Dziennik. Pogrzeb trzmiela

 

Robi się upalnie, tak bardzo, że wyjście na kawę koło jedenastej nie jest dobrym wyjściem.

To co, wyprawiamy mu pogrzeb, temu trzmielowi? - W. przypomina mi moją wczorajszą nierówną walkę. Martwy trzmiel leży na równie martwym parapecie.

Myślisz, że jak zaczniemy grzebać go na dziedzińcu, to nie wezmą nas za wariatów? - przypominam sobie jak klęczałem wczoraj na chodniku, próbując go reanimować. Z limuzyny byłoby widać, gdyby przejeżdżała.

Przy śniadaniu głos w radiu zupełnie inny niż zwykle. Szybko, przyzwyczaić się i zapomnieć (30.06.2016).

 

środa, 29 czerwca 2016
Dziennik. Trzmiel i śmierć

 

Jakoś się tak przyjęło się, że to A. powiadamia mnie o smutnych rzeczach. Pisze na przykład: Umarł Miłosz albo Zabili brata Rogera. Dzisiaj też. Siedzę na naradzie, bawię się telefonem i nagle bum: Paradowska zmarła. Odpisałem: Co??? Głos przy śniadaniu? Jak będziemy teraz je jedli.

Postanowiłem przeciwdziałać panoszącej się śmierci. Podniosłem z chodnika nieprzytomnego trzmiela, wziąłem cukru i wody z kawiarni. Pozwoliłem mu pić, ale to na nic, ale to za późno (29.06.2016).

 

wtorek, 21 czerwca 2016
Dziennik z czarną obwódką

 

Pakowaliśmy się rach-ciach, tak, że nawet nie zaglądałem do nekrologów. Śpieszyliśmy się, żeby stąd wyjechać tam. I teraz po powrocie, kartkuję facebooka i nagle w najkrótszą noc uderza mnie wiadomość z czarno-białym zdjęciem, aż wstaję i biegnę do A., do pokoju:

- Pamiętasz jego koty, norweskie leśne? i jak przyjechał na nasz ślub? - wspomina A. Przypominam sobie jego marynowane pomidory.

Obiecujesz sobie, że jeszcze zdążysz kogoś w życiu spotkać, że jeszcze tyle możliwości, a potem wszystko jest osamotnione kiedy po raz ostatni i za późno.

(21.06.2016, noc/ranek)

  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10