Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Londyn

sobota, 14 lipca 2018
Dziennik z Londynu. Lipiec

 

 
(Pablo Picasso, Akt przed lustrem, 1932, kol. pryw.)

 

Picasso 1932 - Love, Fame, Tragedy

Zamysł kuratorów jest fenomenalny. Z całego życiorysu wybrać i opisać dokładnie jeden rok. Wbrew miłośnikom sztuki pozbawionej tła, nadać obrazom kontekst biograficzny. Tak jak w przypadku życiopisania, tutaj mamy do czynienia z życiomalowaniem.

- To jest jak pisanie bloga - stwierdza A. mijając w kolejnych salach obrazy podpisane datami dziennymi. W sobotę czuł się tak, w poniedziałek - zupełnie inaczej, oddawał to poprzez kolejne pociągnięcia pędzlem. Galerię uzupełnia opis: listy, zdjęcia, foldery reklamowe. (W piątek albo w czwartek przed wyjazdem czytałem swojego bloga, dziwiąc się banalności życia). Po raz kolejny uczę się tego w Londynie: należy porzucić przekonanie o wyjątkowości własnych uczuć. 

Jedno jest pewne - tak jak teraz - lipiec różni się od lutego.

W 1932 roku Picasso zapisuje na obrazach rozpad miłości.

Picasso 1932 - Love, Fame, Tragedy. Cytaty z kolejnych sal

Wszystko, co kochamy umrze, i dlatego wszystko, co kochamy, musi być zebrane - ze wszystkimi wielkimi emocjami pożegnania - w coś tak wielkiego, że nigdy tego nie zapomnimy (Michel Leiris).

Właściwie jest tylko miłość. Czymkolwiek może być (Pablo Picasso).

Parada 

Na początku pisania tego bloga byłem konserwatystą. Paradę równości opisywałbym więc jako wręcz przerażający obraz upadku kultury europejskiej, karnawał hedonistów zapominających o wartościach. Jak ów nowy Jezus w otoczeniu czarnoskórych uczniów wyznających apokalipsę na Oxford Street.

Przychodzę z kraju, nad który nadciąga szarość. Podoba mi się wszystko w siedmiu barwach. Dobrze się czuję w kolorowym tłumie, odnajduję nawet antykwariat, w którym mógłbym zamieszkać. Za jego oknem spacerują satyrowie. Apokalipsą są za to zmienione trasy czerwonych autobusów.

(07.07.2018)

 


(Fresk z Nebamun (fragm.), Teby, 18. Dynastia, ok. 1350 p.n.e., The British Museum) 

 

Wystawa egipska w Muzeum Brytyjskim

Tyle zachodu. Najpierw umyć i osuszyć. Naciąć pod żebrem i wyciągnąć. Przez nos wygrzebać mózg (świder służący do tego celu jest najbardziej wstrząsającym eksponatem w sali). Napełnić solą. Owijać. Układać amulety (to samo oko Ozyrysa, co zdobi łodzie maltańskich rybaków). Na koniec pełni ufności leżą w szklanych gablotach. Tomografia i rentgen świadczą o zmartwychwstaniu, które się nie udało. Żal mi bardzo nadziei Egipcjan.

Oni także nie sądzili, że są starożytni i że są śmiertelni.

Gwiazda 

Przed państwem, proszę państwa, gwiazda. Siedzimy na huśtawkach pod galerią Tate. Wieczorem zapala się oko Saurona na Shard. Gwiazda - nie wiem skąd się wzięła, z komunalnych domów, gdzie sąsiedzi wspólnie oglądają mecz, czy z hoteli (więcej gwiazdek) - obraca się po nieboskłonie i uśmiecha do widzów.

Wieczór jako kurtyna. 

(08.07.2018)

Frida Kahlo: Making Her Self Up

O ile wystawa Picassa jest rodzajem dziennika, o tyle Frida w Muzeum Wiktorii i Alberta przypomina pamiętnik otwierany lata po śmierci właścicielki. Jest dokładnie tak jak w wierszu Szymborskiej: suknie wygrały wyścig.

Powrót

Mycie zębów na nocnych lotniskach. Amerykanin podrywa Hiszpankę przy ładowaniu komórki. Pomarańczowy samolot czeka o poranku. Żółte autobusy jeżdżą zamiast czerwonych. Tak bardzo chciałem zatrzymywać ten czas, że aż się spóźniłem.

(09-10.07.2018)

 

piątek, 02 marca 2018
Dziennik z Londynu

 


(Kolekcja kolibrów, Muzeum Historii Naturalnej w Londynie, źródło: a.b.)

 

Autor

Za miesiąc kończę trzydzieści osiem lat. Ale na trzydzieści osiem czuję się już od dawna, od miesiąca, dwóch. Może nawet na czterdzieści. 

(Zawsze przygotowany na najgorsze.)

Home

Tych, którzy wracają witamy w domu - powiedziała po polsku stewardessa w Luton. 

(Całkiem ich tu sporo, uświadamiam sobie, tych, co zapełniali dzienniki, które autor przyszłego bloga zapisywał wieczorami, tych co nawet zdążyli na jego czytanie, choćby T., tych, co stali się zupełnie obcy w Warszawie a potem na amen wyjechali. Do podręcznika z angielskiego).

Klasa ogólna z angielskim

Rok temu w lutym zobaczyłem Londyn i powiedziałem A., że pojedziemy tam razem. No to jesteśmy. Pan nie radzi sobie przy czekinie. 

(Patrz, mówię, anglicyzowali nas po cichu. Więcej wiemy o Londynie, o mind the gap, o krukach w Tower niż o jakimkolwiek innym mieście. Cały poczet nauczycieli i nauczycielek wbijał nam to do głowy. No to jesteśmy).

Pora obiadowa

Cmoka ze smakiem, ślinka cieknie, Francuz na widok wypchanego dzika. 

(Jesteśmy w świątyni Darwina. Obejrzeliśmy naszego wujka z Neandertalu, tyranozaura, co kłapie zębami, wypchanego Niedźwiedzia, tego od Maszki, choć nieco wypłowiał, i kamieni szlachetnych na metry. Za chwilę pójdziemy na obiad, ale na razie przy wypchanym dziku słuchamy Francuza).

Słoń nr 15

Kiedy usiądzie się na górze, przed przednią szybą, w czerwonym autobusie, a jeździliśmy nimi zawzięcie, kłócąc się ze sobą o miejsce: ja z Dzieckiem i M., to wtedy jest jak na słoniu. Przyglądasz się dachom furgonetek, na zakrętach rozbijasz w pył mniejsze auta i wjeżdżasz prosto w uciekających turystów. 

(Dlatego ani ja z Dzieckiem, ani M. nie możemy ustąpić sobie miejsca).

Thirteen

Skoro moją pasją jest podglądanie i podsłuchiwanie, tudzież zaglądanie do czytanych książek, w Londynie uważnie wynotowuję ten galimatias kolorów i języków. Na przykład kiedy idziemy wieczorem na makaron.

(Trwają czyjeś trzynaste urodziny, o czym świadczą baloniki w kolorze pink, por. Maszka, odcinek 44, i każda z zaproszonych zdaje się być przedstawicielką innego skrawka świata. Ach, jak mi tu dobrze, mówię do siebie, lepiej nawet niż w berlińskim metrze, jakże nie lubię narodów żyjących w akwarium).

Elwira

Po to tu przyjechaliśmy (choć może wcale nie po to, pomyślę później, tylko żeby pobyć przez chwilę z przyjaciółmi, jeść arbuza w kostkach i kłócić się o miejsce przy oknie?), znów dostaję dreszczy jak w salach z Balthusem.

(9 marca 2015 roku znienacka, bez żadnego komentarza, pojawił się na blogu Amadeo Modigliani. Przyjemność obcowania ze sztuką wypierała przyjemność oglądania filmów. A.M. opanował mnie zupełnie. Już wtedy była tam Elwira.

Stoję pośród kobiet, które namalował (a które za czasów A.M. budziły oburzenie: portretował bezwstydnie ich włosy łonowe). Owe panny z Montmartre'u i Montparnasse'u, dzisiaj zaliczamy do nieśmiertelnych. Wśród nich Elwira uśmiecha się nieśmiało. Wszystkie one, ona także, mamią swym oczami niespokojnymi, upojnymi. Zostań z nami, mówi Elwira.

Dlatego obejrzawszy wszystkie sale zachwytu, nie mogę wyjść tak po prostu, muszę jeszcze powrócić, pożegnać się z nią. Modigliani, Tate Modern).

Zuzanna

Pomiędzy poważnymi Holbeinami, dziewczynką Degasa, której niania rozczesuje włosy na plaży, kąpiącymi się w kropkach chłopcami Seurata, patrzy na mnie Zuzanna. Zuzanna wychodzi z kąpieli, nie ma obok niej starców. Zaraz zaraz, to ja ją podglądam. To ja jestem starcem (Francesco Hayez).

(Za miesiąc kończę trzydzieści osiem lat. Ale na trzydzieści osiem czuję się już od dawna).

Raj

Bawimy się z Dzieckiem w raj na Soho Square. Po wszystkich trawnikach możesz biegać, zbierać liście palm, przysłuchiwać się głosowi czarnego ptaka, nie wolno ci jedynie deptać tej grządki, na której rosną tulipany. Dziecko unosi podeszwę. Ten moment, ta pokusa. I nagle zjawia się archanioł w żółtej kamizelce, i wygania nas i gości tulących się na ławkach, i zamyka ogród. Dlaczego zamknęli? - pyta Dziecko, a ja odpowiadam, że siedemnasta trzydzieści.

(Powróciliśmy więc do irlandzkiego kościoła, gdzie Dziecko zdołało rozrzucić ulotki Czym jest życie wieczne?)

Autor (repryza)

Obfitość symboli: motyle, które łowił pan V.N. (motyl jest jedynie motylem, ale cóż począć z imago jako metaforą?) i huśtawki, na których bachantki czciły Dionizosa (zapewne nie śpiewały przy tym: Ogórek, ogórek...)

(Wszystko co robimy po to, żeby nie zapomnieć, pieszczotliwie uchwycić się czasu, który jest pomiędzy nami. Sztuka, fotografia, literatura, kilka momentów z przyjaciółmi. Coś, co jest naprawdę i mija).

Noc, w którą wracamy

Zaczął padać śnieg. Znów jeździliśmy czerwonymi autobusami i biegliśmy po moście. Tomik kosztował jedynie funta (co za gratka dla kolekcjonera miejsc, słów, pamiątek podróżnych). Kiedy odmrażają nam skrzydła, J. i M. siedzą za nami, czytam o Śmierci Fryzjerze.

(It’s just/ a moment/ he said, we die/ every night, William Carlos Williams)

  

sobota, 25 lutego 2017
Dziennik z podróży służbowej (5)

 

O tym jak powinien zaczynać się first chapter

Popołudnie, w którym po raz pierwszy przybył do Anglii, było chłodne i wietrzne* -  właściwie to na tyle wietrzne, że samolotem rzucało w górę i w dół, i martwił się, że zaraz pobrudzi swój świeżo kupiony - na specjalne okazje - garnitur. Zdążył popatrzeć za okno: niekończące się monotonne uliczki małych domków, wyjątkowo nudny krajobraz. Bohaterka książki zaczynała podróż od białych klifów Dover: łatwiej jak widać było o dobre pierwsze wrażenie w czasach nielotniczych.

Rzucało w górę i w dół, lecz flegmatyczny pilot beznamiętnym głosem oznajmiał things are improving.

O dzwonieniu i chuchaniu

Pół życia szykował się do tej podróży.
O wszystkim już wiedział. Znał na pamięć mapkę londyńskiego metra, cieszył się na spodziewane słowa mind the gap, powtarzali to bez przerwy w kolejnych czytankach u kolejnych nauczycieli. Zawsze ćwiczyli ten najczystszy akcent, taki jak u Edyty, która przygotowywała go do któregoś z egzaminów. W końcu chodził do klasy angielskiej (o, nieszczęsna G.!) a wieczorami słuchał bim bam bom bom sekcji polskiej BBC. Ale wtedy, gdy był przygotowany, aby od pierwszego wejrzenia zakochać się w Anglii, nie przyjechał tutaj.
Wiedeń, Bruksela, miasta Południa - teraz wszystko pociągało go bardziej niż Londyn. Przegapił po prostu ten moment. Stał pod wieżą, której zegar rzeczywiście dźwięczał bim bam bom bom i przypominał sobie M., która chuchaniem w obiektyw wywoływała na zdjęciach słynną angielską mgłę.

O łapczywości (po raz kolejny)

Metro jest tutaj wspanialsze niż w samym Be.: tyle opowieści we wszystkich językach. Radość przyglądania się pobudza łapczywość chwil. To będzie piękny wieczór: znienacka pójdzie na koncert Jana Sebastiana, wypije kieliszek białego wina, położy się w hotelowej wannie a potem będzie długo skakał po osiemdziesięciu kanałach.

O bohaterach

Na obiad podano chipsy. Chipsy miały kolor pałacowego sufitu. Serbski reżyser przestał obściskiwać swoją asystentkę, zabrał głos i oświadczył, że Gawriło Princip (tutaj) to był bohaterem.

(23-24.02.2017)

 

* Parafraza pierwszego zdania drugiej części "Zimowego królestwa" Philipa Larkina w tłumaczeniu Jacka Dehnela.