2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: reportaże

niedziela, 04 marca 2018
Olga Gitkiewicz, Nie hańbi, Dowody na Istnienie 2017

 


(Lewis Hine, Rhodes Mfg. Co. Spinner. Chwila spojrzenia na zewnątrz. Mówiła, że ma 11 lat i od ponad roku pracuje, Lincolnton, N.C., 1908, źródło: wikimedia.org)

 

3 marca:

Wbrew pojawiającym się recenzjom, tudzież nominacji do nagrody Kapuścińskiego, największą wartością tej książki nie jest wcale opowieść o dzisiejszym rynku pracy. Ba, historia o Mordorze, nadużywająca korporacyjnego żargonu, wydaje się naciągana, a znowuż fragment o Szydłowcu jakiś niedokończony.

Za to to, co "Nie hańbi" opowiada o pracy w żyrardowskich tkalniach jest bardzo ciekawe. W tych fragmentach (nitkach) autorka wyraźnie podąża śladami autora "13 pięter", śledząc losy kolejnych pokoleń robotników (i kolejnych pokoleń fabrykantów). W dobie zachwytów nad dwudziestoleciem warto pamiętać opisy żyrardowskiej nędzy i niesprawiedliwości. Owszem, świat można widzieć z perspektywy "Ziemiańskiej", ale będzie to tylko ćwierć, a może i mniej prawdy.

Brakuje na stronach tej książki przypomnienia, że rolę Żyrardowów przejęły dzisiaj fabryki Bangladeszu, które są na tyle od nas odległe, że udajemy, że ich nie ma.

Dawno temu ksiądz Tischner pisał, że polska praca jest chora. Po lekturze żyrardowskiej części książki Gitkiewicz rodzi się we mnie pytanie, czy pracę da się w ogóle uzdrowić? Jak wiecie jestem pesymistą.

 

wtorek, 19 grudnia 2017
Piotr Lipiński, Bierut. Kiedy partia była bogiem, Czarne 2017

 


(Pomnik Bieruta w Lublinie, odsłonięty w 1979 r., (c) NAF Dementi, Archiwum Ośrodka Pamięć i Przyszłość, źródło: teatrnn.pl)

 

Od tygodnia trwa ciepła pogoda, która sprawia, że tegoroczna wiosna, aczkolwiek spóźniona, staje się niebywale piękna. Wszystko naraz zielenieje, kwitnie - czyniąc wrażenie gwałtownego wyzwolenia się wewnętrznego piękna i życia w przyrodzie (Bolesław Bierut, 11.05.1947, s. 157).

Cyrankiewicz z biografii Lipińskiego to był smakosz życia: czasem cynik, czasem sceptyk, ale przede wszystkim oportunista.

Co innego Bierut. Materiał na komunistycznego świętego, nie męczennik, ale wyznawca. Cichy i pokornego serca, wieczorami czytający akta w sprawie oskarżonych, którym odmówi łaski. Znawca architektury. Asceta.

A może - głośno się zastanawiam - ten wstrzemięźliwy styl życia wynika z miejsca urodzenia? Wiecznie melancholijnego Lublina? On też stamtąd, on taki sam.

Różnice między oboma portretami widać w samej książce: Bieruta nie da się poznać, zauważa autor. Nie da się znaleźć dla niego odrobiny sympatii.

 

środa, 22 listopada 2017
Barbara Seidler, Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe, Czarne 2017

 


(Bolesław Miedza, Rozpoczęcie procesu w tzw. aferze mięsnej, listopad 1964 r., PAP, źródło: https://magazyn.wp.pl/artykul/lepsza-lodowka-lepszy-telewizor-domek-za-miastem-i-kara-smierci)

 

W czasach, o których mi opowiadała, czyli bardzo dawno, Babcia jeździła do Lublina przysłuchiwać się rozprawom w sądzie. Sąd mieścił się w cieniu dawnego cmentarza ewangelickiego. Wtedy nie czytałem jeszcze reportaży, więc nie wiedziałem właściwie, co w tym sądzie mogło być ciekawego (choć w tym samym czasie z ochotą oglądałem "997"). Zwracam uwagę na to, bo kiedy Babcia przesiadywała w sądzie w Lublinie, na alei Świerczewskiego w Warszawie rozprawom przysłuchiwała się Barbara Seidler.

Jej reportaże, właściwie pitawale, relacjonujące dzień po dniu procesy w sprawach różnych - od zabójstw po malwersacje - pokazują chyba najlepiej jak bardzo zmieniło się, pod względem umysłowym, społeczeństwo. Kto dziś będzie czytał streszczenia wypowiedzi oskarżycieli i obrońców? Kto przygląda się uważniej oskarżonym? Po co to, skoro codzienne szmatławce na pierwszej stronie już wydają wyrok, wiedząc lepiej? Ach, jaka Barbara Seidler jest staromodna.

Są trzy miejsca w tym zbiorze, które przykuwają moją uwagę.

Pierwsze, to gwałtowna filipika autorki przeciwko karze śmierci. Wbrew ówczesnemu prawu, wbrew opinii publicznej tamtej i dzisiejszej. Wielki tekst. Trzeba było sporo odwagi, żeby tak pisać.

Drugie, to wspomniana historia z Żoliborza, o nauczycielce katującej przybranego synka. Historia z ciągiem dalszym w postaci reportażu "Śliczny i posłuszny" Mariusza Szczygła z 2013 r., w którym odnajdujemy ową morderczynię - po zatarciu skazania - jako pobożną ekspertkę Ministerstwa Edukacji.

Trzecie, to rodzynki, akurat otwieram nową paczkę i czytam: na jesieni 1975 roku wykorzystaliśmy już wszystkie zapasy rodzynków. Zacząłem ograniczać wyroby z rodzynkami. To były wyroby najtańsze: babka drożdżowa, lody. Zwróciłem się do kombinatu o zmianę receptury, ale się nie zgodzili. Mówili, że starają się o rodzynki (s. 215). Wyobraź sobie świat, w którym nie możesz dostać rodzynek (bardziej mnie - miłośnika małych radości - to wstrząsa niż okrutne zabójstwo).

  

wtorek, 21 listopada 2017
Marcin Kącki, Poznań. Miasto grzechu, Czarne 2017

 


(Okładki książek Małgorzaty Musierowicz, źródło: winxblogger.pl; marzy mi się portret bohaterów "Poznania" utrzymany w tej konwencji plastycznej)

 

Oglądanie filmów Ulricha Seidla: to jak ciekawsko zagląda do porządnych wiedeńskich domów, ba do austriackich piwnic, żeby wyciągnąć na wierzch to, co się zamiata pod dywan. Zresztą wyciąganie na wierzch okazuje się być spécialité de la maison austriackiej literatury wbrew społeczeństwu, które wygodnie się czuje pierwszą ofiarą własnego rodaka.

Poznań też jest lukrowany i wcale nie chodzi o rogale świętomarcińskie, które od dobrych kilku lat zagościły też w Warszawie i które - o jak to lubię - przynosi mi A. Poznań jest cały - uwaga! autor bloga ma wizje - zamieszkany przez Borejków: sympatycznych, klasycznych, bez cienia wątpliwości. Wypisz wymaluj, szczęśliwi Wiedeńczycy cieszący się swoimi rytuałami i na wszystko posiadający odpowiednią łacińską maksymę.

"Jeżycjadę" czytałem na studiach, Poznań odwiedziłem kilka razu. Najbardziej wbił mi się głowę pewien jesienny wyjazd, podczas którego nocowałem u brata mojej współlokatorki P. i oglądałem nocą "Marzycieli" Bertolucciego.

Kącki przypomina Seidla: nie tylko w wyciąganiu na wierzch, ale również w ekshibicjonistycznej metodzie prezentowania opowieści. Imiona, nazwiska, intymne szczegóły, kłótnie w kuchni. Już przy okazji "Białegostoku" miałem co do tego wątpliwości, ale tutaj nasilają się jeszcze bardziej. Czy nie wyciąga na wierzch za dużo?

Więcej: czy nie insynuuje? Takie miewam wrażenie przy fragmentach - a wiecie, że biografie pisarzy doceniam - dotyczących relacji Stanisława Barańczaka i jego siostry, autorki "Jeżycjady". Trochę jest w tym manipulacji: nie chodzi już o to, żeby zdrapać lukier, ale żeby poczuć gorzki smak pod spodem (jak na s. 234, co sprawdziłem: Musierowicz do czytelniczek na stronie zwraca się, używając podawanych przez nie pseudonimów, stąd słodka istoto to nie - jak może się wydawać z tekstu Kąckiego - objaw lekceważenia czy naśmiewanie się).

Niemniej, dużo jest w "Poznaniu" ujmujących szczegółów, zwłaszcza gdy Kącki zajmuje się historią miasta, po której krąży sprawnie (a skoro dobrze się to czyta, to nawet odechciewa się fact-checkingu), kawały lukru odpadają z przedwojennych kamienic i porządnych Wielkopolan w cylindrach. I znów czytelnik ma poczucie, że nie tylko o Poznaniu "Poznań", że to przecież świetna metonimia polskiej hipokryzji.

(Do listy lektur: "Wiersze zebrane" Stanisława Barańczaka)

 

Ewa Winnicka, Był sobie chłopczyk, Czarne 2017

 


(kadr z filmu "Perła w koronie", reż. Kazimierz Kutz, 1971, źródło: www.repozytorium.fn.org.pl)

 

Ewa Winnicka pisze bez emocji, nie ma u niej jakichś zbędnych interpretacji, moralnych rozstrzygnięć. Ot, zapis historii, dzień po dniu. Rzecz dzieje się w Polsce, gdzie rodzina Bogiem silna, niepotrzebna jest konwencja antyprzemocowa (bo narzuci coś strasznego Bogiem silnym rodzinom owa hedonistyczna Europa) a minister zdrowia reklamuje w autobusach miejskich masowe rozmnażanie.

Mimo że bez emocji, że bez zbędnych interpretacji, jednak nie potrafię pojąć tej książki. Czytam ją tak jakby to był opis niezwykłych rytuałów jakichś nieznanych plemion. Nie, nie będzie tutaj patetycznego tonu o tym, że ja jako ojciec, bo chodzi mi jedynie o to, że żyjemy zupełnie inaczej. I nie wiem, co mnie - autora bloga - łączy z mieszkańcami tamtej innej planety.

(Dopisane: napotkam później u Barbary Seidler podobną historię starszą o trzydzieści lat. Scenografia, Żoliborz, będzie mi dużo bliższa, ale przyzwolenie na przemoc, coś jakby wbrew instynktowi, równie niepojęte).

 

sobota, 16 września 2017
Margo Jefferson, Negroland. Zapiski z życia afroamerykańskich elit, WAB 2017

 


(Denise, siostra autorki, przegląda się w lustrze, ok. 1951, źródło: http://bombmagazine.org/article/2658125/margo-jefferson)

 

Zacznijmy od tytułu, który w języku polskim nie wzbudza szczególnych kontrowersji. Tymczasem użyte słowo Negro jest wyraźnie nacechowane znaczeniami, także takimi, które powodują, że dziś wygumkowuje się z oficjalnych tekstów. Polskim odpowiednikiem mogłaby być więc Murzynlandia: sformułowanie, które samo w sobie budzi emocje.

Książka Margo Jefferson za to emocje skrzętnie ukrywa, jest chłodna, a równocześnie bardzo gorzka. W dużej części ma charakter autobiografii: przez swoje doświadczenie autorka usiłuje opowiedzieć o doświadczeniu zbiorowości (w sumie nie tak licznej) Czarnych, którzy z wyższością patrzyli zarówno na innych Czarnych, jak i na sporą część Białych. Czarna burżuazja: ten dziwny splot rasowo-klasowy. Pytanie o tożsamość pojawia się od pierwszych akapitów.

Widzę w tym pewną daleką analogię z Polakami, którzy są Wschodem, ale z pogardą patrzą na innych mieszkańców Wschodu. I usiłują przypisać sobie tak wielką zachodniość, że stają się - w swoim mniemaniu - bardziej zachodnim, prawdziwszym Zachodem.

Opowieść Jefferson jest opowieścią kobiecą. Mężczyzna opowiedziałby ją inaczej, podałby więcej faktów, a mniej własnych odczuć. Być może czytałoby mi się ją wówczas lepiej, choć zapewne straciłbym wywody na temat pielęgnacji kędzierzawych włosów (specjalne olejki!) i czarnoskórych łokci (w innym wypadku szarzeją!)

Zacząłem się zastanawiać nad kluczem doboru czytanych książek. Nieco wcześniej pytała o niego A., ale teraz jestem w kropce. Krążę, nie potrafię się odnaleźć, gdzieś między zamglonym Banatem a Chicago lat pięćdziesiątych. Wybór lektur jako diagnoza duszy.

   

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17