2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Bruksela

środa, 15 marca 2017
Dziennik. Notatki ze środka marca

 

O truskawkach i Jarosławie

Truskawki jeszcze w lidlu hiszpańskie albo marokańskie, w każdym razie nie kupiłem fasolki z Gwatemali, bo zbyt egzotycznie. Niby z Dzieckiem idziemy szukać wiosny - wtem mewy twe, jaka piękna aliteracja - ale naprawdę to nowy Jarosław jest. W księgarni na Żeromskiego nie ma, więc dalej: pani w empiku wyciąga z zaplecza. Jarosław i truskawki. A potem, dużo potem, siedzimy w kawiarni przy Rondzie ONZ i już późno się robi, i tamtej wiosny też tu siedzieliśmy, może nawet o tej samej porze. Jemy babeczki z truskawkami: Dziecko truskawki, my babeczki aż mdli (11.03.2017).

O placu Flagey

Kiedy K. opowiada o placu Flagey, to ja sobie plac Flagey przypominam i zaczynam tęsknić. Rzecz znowu dzieje się na Służewcu. Mówię do Dziecka: tu był przystanek, skąd tata po raz pierwszy pojechał na uniwersytet, ale Dziecko nie słucha. Więc teraz nie Służewiec, ale plac Flagey w mieście na literkę B. I miasta zakamarki, i witraże nad drzwiami, i nocna aleja Moliera, i zanurzyć się w Ixelles i St. Gilles bardzo bym chciał. Może to przykre, ale, jak się zastanawiam, od tego tu miejsca wolę jednak ów plac (12.03.2017).

O poniedziałku

Prawdopodobnie nie było tego dnia. Zapisuję kilka dni po i nic z niego nie pamiętam. Jak można tak zmarnować dwadzieścia cztery godziny? (13.03.2017)

O posiedzeniu

Wściekły jestem, bo posiedzenie Sejmu skończyło się o 7 (Jarosław na s. 337). Przeczytałem po 7, wsiadając do autobusu na Trzech Krzyży. Senatu. Dziecko oczekiwało pod drzwiami (14.03.2017).

O ostrzeżeniach

Facet z akordeonem trzeci dzień gra pod oknem. Odbieram telefon. Pani dzwoni, żeby mnie ostrzec: łatwo poznać, bo zniża głos. Spotyka się pan jutro z panem Z? Owszem, ale skąd ona zna mój kalendarz? Muszę pana poinformować - jestem sekretarzem partii w regionie - że pan Z. jest Niemcem. Żartuje pani, naprawdę z tym niemieckim nazwiskiem jest Niemcem? I co, wobec tego, gryzie? Czy są środki na Niemców, tak jak na komary? Niech pan weźmie to pod uwagę. Z pewnością towarzyszko, dziękuję za czujność (15.03.2017).

wtorek, 29 marca 2016
Fragmenty nieba nad Brukselą

 

(Bernar Yslaire, Niebo nad Brukselą, 2009 (fragment), źródło: http://www.familietroch.be/)

 

Początek nr 1 albo o przewidywaniu przyszłości

Powyższy komiks dzieje się w mieście na literkę B., pisałem o nim w grudniu. Wydany przed dziesięciu laty opisywał w sposób precyzyjny to, na co belgijskie służby bezpieczeństwa nie wpadły aż do ubiegłego wtorku. Ignorowały bowiem zarówno ostrzeżenia zaprzyjaźnionych wywiadów, jak i głosy rozsądku należące do wszystkich, którzy choć trochę dokładniej przyjrzeli się temu przedziwnemu miastu i przedziwnemu krajowi.

Początek nr 2 albo o nauczkach z przeszłości

Siedzieliśmy w poczekalni dworcowej. W posadzce była dziura po leju, a nad nią tablica z osiemdziesięcioma pięcioma nazwiskami. Byliśmy wówczas w podróży poślubnej, więc ta rozpiska mężczyzn, kobiet i dzieci w tym właśnie miejscu robiła na nas duże wrażenie. To nieprawda, że zamachy to najnowszy wynalazek w Europie, który nagle pojawił się w zeszłym roku. Owszem, mieliśmy chwilę spokoju, oddechu i dobrobytu, ale może trzeba na nowo przyzwyczajać się do izraelskiego modelu życia: ciągłego braku pewności, czy ten autobus na pewno dojedzie?

Dygresja o umysłach prawicowych publicystów

Umysł prawicowego publicysty to umysł zalękniony. Obserwuję to od dłuższego czasu i bez przerwy dochodzę do wniosku, że różnimy się poziomem lęku. Bomba podłożona w mieście na literkę B. pod takim umysłem eksploduje z wielką siłą. Zalękniony umysł popada w patos. Różnimy się jeszcze jednym: umysł prawicowego publicysty nie widzi osób, widzi zbiorowości, wszyscy w ich wnętrzu stanowią jednakowe zagrożenie. Nie ma indywidualnych sprawców, są oni, ludzie nie posiadają wolnej woli, są niewolnikami procesów, struktur i czasów. Wszyscy. (Dlatego lepiej przeczytać komiks Bernara Yslaire'a).

Kartografia sakralna

W wolnym czasie przy użyciu openstreetmap oglądam Belgię z góry. Jeszcze w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku budowano w niej kościoły i czczono w nich Onze-Lieve-Vrouw. Potem religia zniknęła, zostawiając puste budynki i sytych ludzi. Mój umysł zamienia się teraz w umysł prawicowego publicysty i zaczyna się zastanawiać, czym są właściwie wartości, którymi żyje taka Belgia? Co jest po przeciwnej - w stosunku do radykalnego islamu - stronie barykady? Jaką duchowość oferuje dzisiejsza Europa?

Fragment z dziedziny politologii

Państwo belgijskie istnieje tylko teoretycznie. Od paru lat fascynuję się jego fenomenem. Napisałem nawet o tym dwa, wciąż niewydrukowane, artykuły. Zaplanowane jest fantastycznie, nie wiem czy ktokolwiek stworzył coś równie skomplikowanego: regiony, wspólnoty, komisje wspólne, gminy z ułatwieniami, podział szkół według granic języka, konsultacje rządów na kilku poziomach. Sen zbzikowanego politologa. Co łatwo przewidzieć, na poziomie operacyjnym okazuje się całkowicie niesterowalnym. W końcu światowy rekord rządzenia bez rządu należy do Belgii. Przy zupełnym chaosie kompetencyjnym, trudno się dziwić, że Państwo Islamskie rośnie w jednej z dzielnic, która naprawdę jest gminą w regionie, który należy do dwóch wspólnot, będąc stolicą innego regionu. 

Chlipanie jako element polityki europejskiej

Dyskutowałem o tym długo z K.: że jest niedobrze z Europą to poczułem, gdy na wizji rozmazgaiła się pani, co miała być jej ministrem spraw zagranicznych. Gdzie popełniliśmy błąd, że do władzy dopuściliśmy bezradne histeryczki beczące przed kamerą? (O Panu Europie, co był u nas premierem będzie niedługo w odrębnym wpisie, więc to nie mizoginia).

 

niedziela, 20 grudnia 2015
Bernar Yslaire, Niebo nad Brukselą, Egmont 2009

 

 

Czy zabicie bliźniego jest bardziej, czy też mniej szokujące od sceny ukazującej akt prowadzący do przedłużenia własnego gatunku? - pyta autor komiksu, stronę za ostatnim obrazem. Mam wrażenie, że - ze szkodą dla ludzkości - z punktu widzenia rachunków sumienia ortodoksyjnych wyznawców, wciąż bardziej szokujące jest to drugie.

Sięgnąłem po ten komiks przypadkowo. Z powodu nieba i Brukseli, i tej sylwety Pałacu Sprawiedliwości, która przewija się na planszach i pojawia też na okładce. W ogóle nie sądziłem, że jest aż tak aktualny. Właściwie to na końcu zdziwiłem się datą wydania. Może zbyt długo nad Wisłą żyliśmy w ułudzie, żyłem w ułudzie, że nas nie dotyczą problemy z Bliskiego Wschodu. "Niebo nad Brukselą" mówi:

o początku wojny w Iraku, którą rozpętaliśmy cały łańcuch nieszczęść,
o terrorystach wychowywanych w brukselskich dzielnicach (takich jak ta),
o śmiesznej naiwności pacyfistów, którzy problemy chcą rozwiązywać śpiewem "Imagine",
o - to najważniejsze - tym, że w dramacie uczestniczą jednostki, a nie zbiorowości.

Strasznie brakuje nam, mi na blogu też, tej perspektywy. Wciąż uciekamy się do zbiorowych emocji, zbiorowych epitetów, polityczny realizm przysłania nam człowieka. Zarówno tego, który ginie pod bombami, jak i tego, co bombę niesie pod sukienką. Nie ma bowiem ludzi innych niż w liczbie pojedynczej.

(Oni - ulubiona figura retoryki populizmu, dziś w Polsce chętnie używania do rzucania inwektyw przez rządzących. Uruchamiająca od razu społeczne pokłady negatywnych odczuć.)

 

(źródło: critikong.org)

wtorek, 17 listopada 2015
Elegia dla Molenbeek i pomniejsze utwory polityczne

 

(Widok na nabrzeże dzielnicy Molenbeek, grudzień 2012, źródło: autor bloga)

 

1.

Tego grudniowego ranka dotarłem do mostu na rzece i spojrzałem na kolorowe wiatraczki kręcące się wzdłuż nabrzeża. Zawróciłem, bo o pierwszej zaczynały się obrady a przyjechałem tu właśnie z ich powodu, a nie żeby zwiedzać miasto na literkę B. Druga strona rzeki wyglądała zresztą podobnie: rzędy kamieniczek, szyldy z Jupilerem i Stellą Artois, wąskie uliczki: Molenbeek, od wczoraj najsłynniejsza z dzielnic miasta na literkę B.

Co jakiś czas przekonujemy się, że lęki prawicowych publicystów i lęki Oriany Fallaci nie są całkiem bezpodstawne. W pięknych miastach Zachodniej Europy są takie miejsca gdzie jest lepiej chodzić z nożem: sami je sobie stworzyliśmy, uznając, że poprawność polityczna nie pozwala nam na interwencję. Powstały więc dzielnice, gdzie imamowie nauczają o zniszczeniu resztek europejskiej kultury, skąd młodzi ludzie wyjeżdżają na święte wojny, gdzie codziennością jest obrzezanie kobiet i zabójstwa honorowe (jak w Berlinie), dzielnice, nad którymi państwo straciło kontrolę (patrz szczera wypowiedź belgijskiego ministra spraw wewnętrznych).

Że tracimy Molenbeek wiadomo było od dawna (robię przegląd prasy lokalnej z Molenbeek): burmistrz dzielnicy zaproponowała frankofonom kursy języka arabskiego, żeby się lepiej integrowali z sąsiadami; trójka radnych przeprowadziła głodówkę w geście solidarności z aresztowanym w Maroku terrorystą; prelekcję o syjonizmie w ośrodku kultury firmował plakat żywcem wzięty z "Żyda Süssa". Parę kilometrów dalej, we wrześniowe popołudnie, zastanawialiśmy się jak kulturę europejską przystosować do kultur napływowych, z czego jeszcze zrezygnować, jak jeszcze bardziej okazać obcym własną słabość. (Cały czas zastanawiam się u kogo narodziła się ta chora idea, że należy rezygnować z własnych wartości, żeby inni nie musieli ich przyjmować a przez to szybciej nas pokochali?)

Radykalny islam wlał się w naszą duchową próżnię, w mapę pustych kościołów. Uległość: wycofaliśmy się z naszym państwem i kulturą, dygając uprzejmie i mówiąc czujcie się jak u siebie. Nie, nie, to my się dostosujemy do waszych potrzeb. Nie potrafiliśmy się bronić, bo zwyczajnie nam nie zależało, dlatego nie będzie więcej Molenbeek.

2.

Obudziliśmy się dopiero teraz, gdy usłyszeliśmy strzały w miejscu, w którym nie powinno ich być. Bo co innego strzały gdzieś daleko, przyznacie, a co innego tutaj. 

Musimy przyjąć do wiadomości, że teraz już tak będzie. Że na naszym kontynencie trzeba brać pod uwagę ryzyko utraty życia w sposób, który od lat znamy z relacji z Bliskiego Wschodu.

Kiedy wszyscy w Polsce żyli "największym możliwym zagrożeniem", czyli Rosją, autor bloga pisał: o ile rosyjskie wojska stoją pod Donieckiem, o tyle Kalifat jest już na przedmieściach Paryża i Londynu. Stało się, Kalifat uderzył.

Nagle okazuje się, że mamy się bać czegoś innego.

3.

Wczoraj na portalu "Gazety", zdaje się, zaszła pomyłka i opublikowano dane porównujące Syrię z 2005 roku z tą dzisiejszą. Okazało się, że ten ponury kraj pod butem okrutnego dyktatora - jak powtarzają nam media - kwitł. Mniej więcej wtedy razem z naszymi sojusznikami postanowiliśmy wprowadzić w nim demokrację, wspierając islamistów, tak, tak podobnych do tych z Molenbeek, w walce ze świeckim prezydentem.

Wieczorem kolejny ekspert, ekspertów teraz jest na tony, komentuje w radiu, że dyktator Putin wspiera innych dyktatorów i to jest złe. Nic ów ekspert ostatnio się nie nauczył. Bo o tym, że to Rosja ma w przypadku Syrii rację świadczy coraz więcej:

(1) nasilenie akcji odwetowych ze strony Państwa Islamskiego; (2) rozpoczęcie realnych, a nie pozorowanych działań (Państwo Islamskie bez wyraźnych rezultatów atakowano od sierpnia 2014 r.!) przez Stany Zjednoczone; (3) amerykańskie wsparcie dla Kurdów, z obawy przed zawiązaniem przez nich koalicji z Rosją (Kurdów bombarduje nadal nasz rzekomy sojusznik, czyli Turcja); (4) dostrzeżenie, że dotychczas wspierane grupy bojowników są również islamistyczne i radykalne (początkowo, gdy Rosja bombardowała ich pozycje, próbowano twierdzić, że jest zupełnie inaczej i z nimi będzie pełna demokracja).

Putin jako jedyny przywódca na szczycie G20 miał cojones, żeby powiedzieć, że wśród uczestników spotkania są sojusznicy Państwa Islamskiego. Mimo że jest to konstatacja mało odkrywcza, nikt tego publicznie nie chciał przyznać (tutaj: o współpracy Turcji z Państwem Islamskim). A jeśli szukać winnych radykalizacji mieszkańców Molenbeek i innych dzielnic, trzeba powiedzieć o islamie salafickim, którego mecenasem jest Arabia Saudyjska.

(Może to zdanie zabrzmi kontrowersyjnie, ba z pewnością, ale głos rozsądku w Syrii to głos mówiący po rosyjsku).

 

poniedziałek, 09 listopada 2015
Dziennik. O jesieni w mieście na literkę B

 

(Bruksela, jesień 2006, źródło: autor bloga)

 

W wersji kanonicznej ta opowieść powinna zacząć się tak: autor czuje w ustach smak magdalenki (tutaj: wafla czy też gofra z Liège, dokładniej z Senatorskiej), a w uszach sonatę Vinteuila (tutaj: Jacques Brel, Greatest Hits, płyta jeszcze z czasów licealnych) i przypomina sobie tamtą jesień, w której i wafle, i Brel były ważne.

Tej nocy wyszedłem z korytarzy metra na Rondzie Schumana. Jak zwykle trwały prace budowlane i padał deszcz. Potem schodziło się ulicą w kierunku kamieniczek, których każdego dnia było coraz mniej, bo zajmowały miejsce dla przyszłego hotelu, nijakiego jak większość nowych budynków w okolicy. Mijało plac z frytkami a potem kierowało się w stronę lidla i bożonarodzeniowego ciasta, które do dziś jadam z nabożeństwem. Padało coraz mocniej i było już ciemno, gdy docierałem do platanowej alei Luizy, wsiadałem do windy, która jak w "Dynastii", zawoziła mnie wprost do mieszkania.

Tamtej samotnej jesieni działo się bardzo dużo. Zrastałem się z miastem, węszyłem po nim, zapuszczałem się w nie, kolekcjonowałem jego fragmenty. Zacząłem wtedy przedkładać modernizm ponad secesję. Wieczorami odwiedzałem kabinę telefoniczną Hinduski o hennie na dłoniach, po drodze mijając węgierską restaurację i bryłę kościoła ormiańskiego, który schował się za jednym z bloków Luizy. Oddawałem się pochmurności i hipochondrii.

Aż dziwne, że tak mało jest na tym blogu o tym, co się wtedy działo z jego autorem (dokumentacja fotograficzna okazuje się też nader mizerna, może dlatego tyle pamiętam?). Nie ma królowej Fabioli w kościele na Sablonie, wieczornych spacerów najpiękniejszą aleją Moliera i lęku, że na jej końcu jest szpital, odkrycia Uccle na końcowym tramwaju, przechadzki z K. aleją Lepoutre, skweru z papugami, godzin we fnacu w dziale sztuka, niedzielnych mszy w opustoszałych kościołach. Może jedynie ten zapis poniżej był jakąś nieudolną próbą opisu:

Odkrywanie geometrii ulic jest jedną z najbardziej fascynujących rzeczy. Nigdy nie wiem, dokąd mnie zaprowadzą. Wybiegają spod domu i zakrzywiają się nagle albo gwałtownie wyprowadzają mnie w nieznany krajobraz. Nagle okazuje się, że miejsca całkiem znajome są zaproszeniem do rzeczywistości nieznanej i tajemniczej. Tramwaj, którym jeżdżę codziennie, potrafi też zabłądzić po torach tam, gdzie mnie nigdy nie było. Ulice prężą grzbiety niczym koty. Daleko jest naprawdę blisko. Błąkam się po omacku. Tajemnicze objawienia się kościołów, domów i parków. Odkrywam place schowane między kamienicami, witraże nad oknami, portugalskie sklepiki. Wszystko ukryte w plątaninie ulic.

A może o tym, co jest w życiu ważne, dowiadujemy się dopiero potem? Kiedy już się wyjedzie, utraci, powoli zapomni szczegóły i zacznie tęsknić za przeszłością? Gdy miejsce utraconego miasta zajmuje to wyobrażone, do którego możesz wracać w każdym śnie. Z tej transformacji rodzi się przecież literatura.

(07.11.2015, rano)

 

wtorek, 15 października 2013
Podróż do miasta na literkę B. w październiku. Widoki

 

(1. Rue Gineste, 2. Tour des Finances, 3. Gare du Nord, 4. Anderlecht, 5. Rue de Brabant, 6. Erazm, 7. Schaerbeek, 8. Schaerbeek, 9. Paradise)

 

 
1 , 2