Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: LGBT

środa, 10 października 2018
Remigiusz Ryziński, Dziwniejsza historia, Czarne 2018

 

 
(Jarosław Iwaszkiewicz i Wiesław Kępiński w Sopocie, 1951, (c)  ©Archiwum Muzeum w Stawisku, źródło: dziennikbaltycki.pl)

 

(O Uranii czytaj tutaj i tutaj). Komentowanie jednego z ostatnich wierszy Iwaszkiewicza o incipicie Uranio, sosno, siostro — tak ciebie nazywam zajmowało sporo czasu. Józef Majewski poświęcił mu piękną książkę, autor bloga poszukiwał na Sycylii i w dywagacjach o Wielkiej Matce. Stąd lektura Ryzińskiego przynosi ogromne osłupienie.

Czyżby to było aż tak proste? Urania jest bowiem, zapomnianym obecnie, określeniem homoseksualizmu. Mężczyzn określa się jako uranów. Może więc Jarosław nie pisze inwokacji do bogiń, ale do swojej własnej natury, swej wewnętrznej siostry uranii?  Stary poeta wyznaje, staje w prawdzie, tej wyznawanej w miłosnych listach, świadectwie relacji hołubienia i schlebiania (tutaj). Iwaszkiewicz miał hucpę, potrafił iść jak czołg (s. 178).

Reportaż Ryzińskiego - mimo początkowo przeszkadzającego czytelnikowi chaosu - jest rewelacyjny. Nie, Iwaszkiewicz występuje jedynie na kilku stronach - to ja zwracam na niego szczególną uwagę. Sam zresztą nie wiem, kto jest bohaterem książki. Usiłuję posiłkować się ośmioma imionami z przedostatniej strony, ale nie, jedynie dwa z nich powtarzają się częściej.

Być może główną bohaterką jest Warszawa. "Dziwniejsza historia" układa całkiem inną mapę miasta z Krzyżykami, szpitalem św. Łazarza, willą Pniewskiego i plażą nad Świdrem. Wyrysowana poprzez nałożenie na siebie kilkunastu osobistych geografii.

A może to o niej książka? O dziwniejszej, to znaczy queer, historii, układanej z rozmów z ludźmi i o ludziach, przypadkowych spotkań, łączących się opowieści, w których pojawiają się i postacie takie jak Jarosław, i całkiem anonimowi mężczyźni i kobiety. Dziwniejsza historia przeczy jednoznaczności dziejów, wprowadza na scenę tych napiętnowanych, skazanych (dosłownie i w przenośni) na niebyt. To jest w niej wspaniałe: oddanie im głosu, przywołanie wyznań, które nie mają miejsca w oficjalnej wersji.

Polak w obozie koncentracyjnym z różowym trójkątem. Kochankowie niemieckich oficerów. Podrywani żołnierze sprzed Grobu na placu Zwycięstwa. 

Bogini końca, bogini trwałości / Zniszczeń bogini i wszystkiego złego - pisał Jarosław (być może) o namiętności, która do czasu książki Ryzińskiego pozostawała jakby poza historią.

 

środa, 24 maja 2017
Remigiusz Ryziński, Foucault w Warszawie, Dowody na Istnienie 2017

 

(Michel Foucault w Uppsali, przed 1959, źródło: http://www.openculture.com/2014/04/the-lonely-photo-of-michel-foucault-with-a-full-head-of-hair.html)

 

Pierwszą rzeczą, jaką robię po dobraniu się do tej książki, jest poszukiwanie indeksu nazwisk. Nie, nie ma. Nerwowe kartkowanie: czy jest? Jest, nie mogłoby w niej nie być Jarosława. Więcej, pojawia się nawet - jako trop - Edward S.

Michela Foucaulta, ówczesnego dyrektora Ośrodka Kultury Francuskiej w Warszawie, spotyka ta sama niemiła przygoda, która dwadzieścia lat wcześniej dotknęła Iwaszkiewicza (jak się zdaje - nikt nie ujawnił wprost przyczyn wyjazdu dyplomaty z Brukseli): zostaje wydalony z placówki z paragrafów dotyczących obrazy moralności.

Ryziński podejmuje śledztwo. (Sam odczuwam dreszcze na myśl, co się kryje w zakurzonych teczkach, które autor przegląda w archiwach instytutu pamięci. Znowu łapię się na tym, że nie interesuje mnie tak bardzo Foucault a dużo bardziej Jarosław). Opierając się na opowieści na wpół legendarnej, krok po kroku odtwarza pobyt Francuza w Warszawie, a pewnym momencie zaczyna odtwarzać samą homoseksualną Warszawę: miasto Hertza, Zawieyskiego, Mycielskiego i Iwaszkiewicza, i czyni to w sposób perfekcyjny.

Śmiałe są jego tezy dotyczące wpływu Warszawy na twórczość Foucault, który w niej ukończył "Historię szaleństwa". Ryziński podsuwa bardzo przyjemną myśl, że idea panoptykonu ma związek z Pałacem Kultury i Nauki górującym nad szarym wschodnioeuropejskim miastem.

  

niedziela, 04 października 2015
Dziennik. Radość życia i inne radości

 

(Henri Matisse, Bonheur de Vivre (Radość życia), 1905-1906, Fundacja Barnes, Filadelfia, źródło: henrimatisse.org)

 

1.

Dziewczynka usilnie szuka w przedsionku kolczyka, który zgubił się w trakcie ewangelii a może nawet Chwały. Wjeżdża wózek wypełniony kasztanami (ach, to dlatego w okolicy tak ciężko znaleźć coś pod drzewem). Tymczasem autor bloga słucha listu biskupów. Od wyjścia powstrzymuje go ciekawość, gdzie jest kolczyk i ile kasztanów mieści się w wózku dziecięcym.

2.

Tej niedzieli biskupów przyćmiewa jeden ksiądz, co to budował swoją karierę w Watykanie, a teraz, gdy przygotowuje do wydania własną książkę, publikuje manifest i okazuje się, że przez lata swojej kariery prowadził podwójne życie. Nie ma dla mnie różnicy pomiędzy narzeczonym Eduardo a gosposią with benefits - dajmy na to - Wiolą. Za tymi związkami kryje się ta sama hipokryzja, budzą więc podobny niesmak (tyle komentarza autora bloga).

3.

Spacerujemy po Świętokrzyskiej. Jak łatwo się domyśleć procedura jedzenia obiadu w restauracji przypomina nieco procedurę oglądania filmu opisaną tutaj. W pizzerii jest właśnie kolejka A., wobec czego przechadzamy się wzdłuż witryny sklepu z ładnym sprzętem kuchennym. Dziecko przyciąga nieznajomych (o czym było tutaj), tym razem pojawia się starszy pan, trzymający ręce za plecami.

- Też tak nosiłem - mówi, od razu go lubię, bo się wzrusza - ale dziś nawet wnuczka ma dwadzieścia siedem lat. Rozchodzimy się w przeciwne strony, po czym znów trafiamy na siebie przy którejś z donic i on zaczyna opowiadać: o synu i córce, i o lodach w Horteksie po złoty dwadzieścia, i o karetce z Niekłańskiej, a potem patrzy na nas i mówi:

- W tym jest cała radość... - próbuje dobrać słowo na to, co robią ojcowie, ale nie znajduje, może zresztą żadne inne słowo nie pasuje - ...macierzyństwa. (Piękne jest w tym zdaniu wyjście poza gender).

(04.10.2015)

 

niedziela, 12 kwietnia 2015
W kręgu

 

(Röbi Rapp i Ernst Ostertag, bohaterowie filmu "W kręgu", źródło: tagesanzeiger.ch)

 

"W kręgu" (w oryginale "Krąg", od nazwy czasopisma) łączy kino dokumentalne i fabularne. Można słuchać wspomnień sympatycznej (i monogamicznej, co dla autora bloga bywa ważne) pary staruszków: Röbiego i Ernsta, a jednocześnie oglądać ich odtworzoną historię z czasów, gdy byli tacy jak na zdjęciu.  

Ten film można byłoby spokojnie obejrzeć w telewizji - powiedziała A. Cóż, skoro nie mamy telewizora, pozostało nam tylko kino. Widać więcej osób czekało aż go wyemitują w telewizji, bo na dużej sali byliśmy sami.

Tak więc siedzimy we dwójkę, heteroseksualna para, na filmie o środowisku gejowskim w Szwajcarii w latach pięćdziesiątych. (Dygresja: filmy LGBT jeszcze parę lat temu były w kinach czymś rzadkim, a potem nastąpił ich wysyp. Mam wrażenie, że czasem nawet chodziło o samą etykietę, że jest to kino LGBT, żeby trafiało na ekrany, bez względu na jego wartość artystyczną. Po pewnym czasie nam się znudziło: marne kino homoseksualne nie różni się wiele od marnego kina heteroseksualnego. Niemniej czytałem ostatnio, że są miejsca w tym kraju, gdzie sceny miłosne z udziałem dwóch mężczyzn rozpalają niezdrowe emocje. Z przykrością dodaję, że znów chodzi o Lu., skąd festiwal filmów LGBT próbuje się przegnać modlitwą różańcową, patriotycznymi frazesami i demonstracjami łysych młodzieńców, którym nawet seks kojarzy się z BHO: Bogiem, honorem, ojczyzną).

Chciałem obejrzeć "W kręgu" z uwagi na Jarosława Iwaszkiewicza, to znaczy, żeby lepiej zrozumieć co oznaczało bycie homoseksualistą w latach pięćdziesiątych. Wiem, że Zürich to nie Wa., ale właśnie w tamtych czasach Jarosław przeżywał swoją wielką miłość. Mojej wyobraźni potrzebna była odpowiednia sceneria. To teraz ją już mam.

Słowa klucze: strój marynarza, picie kawy, Camus

(3,0/3,5)

 

środa, 26 listopada 2014
O kuszeniu. Juliusz, Jep i Jarosław

 

W listach Iwaszkiewicza oraz Reny i Kota Jeleńskich1 pojawia się dość przykra opowiastka o podstarzałym Jarosławie usiłującym w rzymskim mieszkaniu Reny dobrać się do jakiegoś młodzieńca, który koniec końców okazał się młodzieńcem z koneksjami, więc uniknięcie skandalu wymagało sporo wysiłku ze strony Jeleńskiej.

Dlaczego o tym piszę? Jestem świeżo po lekturze reportażu Marcina Kąckiego "Kuszenie w cieniu katedry" z ostatniego "Dużego formatu" (zrobiłem nawet dla niego wyjątek, bo nie czytam bieżącej prasy, ograniczając się do książek). Jego bohater, Juliusz, kojarzy mi się z tamtym Jarosławem.

Oczywiście jedną rzeczą jest sianie zgorszenia. Arcybiskup wykorzystujący seminarzystów - samo w sobie budzi to obrzydzenie, zwłaszcza, że pojawia się w tym kontekście relacja władzy, a zaraz za nią: kumoterstwo i nepotyzm. Do dziś pamiętam, że gdy pojawiła się sprawa Paetza, równie nagle pojawił się neologizm paetzować, żartobliwie opisujący molestowanie o charakterze homoseksualnym. Polski Kościół nie potrafił sobie w żaden sposób poradzić z problemem Paetza (podobnie jak z wieloma większymi i mniejszymi od tegoż problemami).

Ale jednocześnie to, co pisze Kącki o arcybiskupie, budzi we mnie wobec niego współczucie. Podobnie jak Jarosław, nie do końca jest świadomy zła, które uczynił. Pozostaje oddany estetycznym żądzom, pedantycznie dba o siebie, wciąż poszukując wokół kochanków i dbając o dobre o sobie mniemanie. Liberie, eleganckie perfumy, całe dworskie teatrum tworzone przez arbiter elegantiarum z Ostrowa Tumskiego.

W moich skojarzeniach w sposób zupełnie oczywisty pojawia się teraz trzecia postać. Jep Gambardella, koneser wielkiego piękna. Esteta a nie etyk, znawca dobrych win i wybornych przyjęć2.

Naprawdę uderza w portrecie arcybiskupa Paetza jego zupełnie oddanie się doczesności. Nie ma w jego sylwetce nic religijnego, nic, co miałoby jakikolwiek związek z chrześcijaństwem. Wprost przeciwnie, Paetz jawi się jako symbol oddania się ziemskim pożądaniom i pokusom, korzystania z ogrodu ziemskich rozkoszy. Wieczny bachant, półludzki Pan. Uwodzi w nim ten pogański rys. Tysiąckroć bliższy Grekom niźli Chrystusowi.

 

______

1 O tej książce pisałem tutaj.
2 Jep Gambardella jest bohaterem "Wielkiego piękna", o którym pisałem tutaj.

wtorek, 09 września 2014
Wakacje z Jarosławem (odc. 6)

Wiem, że już po wakacjach, a w odcinku piątym1 zastrzegałem, że tak wygląda koniec. Badanie sprawy Jarosława kusi jednak bardzo autora bloga. Nie mam innego wyjścia jak pisać dalej:

Dziwnie się czyta te listy, bo nie znasz odpowiedzi adresata. Pisze ktoś niesamowicie narcystyczny, artystyczny i homoseksualny (w tym wypadku jestem przekonany, że orientacja seksualna oznacza odrębną kategorię stylu pisania). Józio-artysta, Józio-kochanek, towarzysz Jarosława w Toskanii i na Wyspie. To na niego Jarosław czekał w Syrakuzach.

Syrakuza cudowna, najpiękniejsi ludzie, jakich w życiu widziałem. Jest to zupełnie nie do uwierzenia (...) Katania bardzo brzydka (s. 56).

Nie da się nie zauważyć, że również utrzymanek, może głównie utrzymanek, wyciskający dość bezczelnie pieniądze z Jarosława. Ich relacja to relacja hołubienia (Jarosław jest hołubiącym) i schlebiania (Józio jest schlebiającym). A może było na odwrót? W każdym razie jest Józio Rajnfeld prekursorem. Dzisiaj byłby takim, zakochanym w sobie, Witkowskim Michałem, dbającym o świeżość fryzury i świeżość kochanków. Ach, pojadę niedługo szukać pięknych chłopców-modeli (s. 111). Może nawet Józio Rajnfeld był prahipsterem?

(Portret młodego artysty. Listy Józefa Rajnfelda do Jarosława Iwaszkiewicza, Tenten 1997)

 

______

1 O lekturach dotyczących Jarosława Iwaszkiewicza ostatnio pisałem tutaj.

(źródło: http://buwcd.buw.uw.edu.pl/e_zbiory/ckcp/skamander/1936/zeszyt71-73/images/00000189.gif)

 
1 , 2 , 3