2016: 8 filmów, 75 książek - 2015: 39 filmów, 78 książek - 2014: 66 filmów, 89 książek - 2013: 46 filmów, 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: urząd

czwartek, 10 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 2)

 


(Eustachy Kossakowski, Koncert morski (Panoramiczny happening morski) Tadeusza Kantora, 1967, źródło: culture.pl)

 

Upał

Tamtego lata też było upalnie. Fala znad Sahary, jedliśmy czereśnie (tutaj): ciągle do tego wracam, do tamtej intensywności wszystkich zmysłów. Upał teraz podstępny, ten na Południu, ma na imię Lucyfer.

Zdjęcia

Z tego popołudnia, kiedy kończyło dwa lata, będą setki zdjęć. Nawet nie wiem, czy wszystkie obejrzymy, różne ujęcia: sekunda po sekundzie. Zapamiętuję najbardziej to, co obyło się bez zdjęć: zapach wieczoru pod kościołem.

Wiek

- Jak się czujesz z tym, że ma dwa lata? – pyta P. Siedzę na miękkiej pufie i jedyne, co mi przychodzi do głowy, to napisać, że czuję się staro. (Następnego dnia pyta mnie o to samo Dż. i nie silę się na inną odpowiedź).

Brzoskwinia

Ciepły poranek: latte z białą brzoskwinią. Wymknęliśmy się z P. i W. na kawę. Fontanna jeszcze pusta. Z najbliższej kawiarni odeszła N., sami nowi - nie wiedzą, czego potrzebuje człowiek w biurowy poranek. Rozmawiamy o Polsce. Polska ma urlop.

Napis (I)

Na ścianie urzędowej łazienki ktoś wypisał mazakiem ciągle brak papieru. Było to stwierdzenie faktu, który dla wszystkich urzędników jasny był od tygodnia, ale wciąż umykał serwisowi sprzątającemu. Niemniej było to kłamstwo, no przecież żyliśmy pośród papieru, długich zdań, służebnych pism, patriotycznych uniesień. Nie, papieru nie brakowało, skarżyć się można było na ciągły brak rozumu.

Napis (II)

Malinki, morelki – stragan ze zdrobnieniami na Sadybie.

Życie

Tylko to, co się dzieje, dzieje się naprawdę. Żyje się tylko tym życiem, którym się żyje. Chyba nigdy nie napisałem nic bardziej oczywistego, a jednak trudno to zrozumieć, ponieważ dokonujemy tak wielu wyborów i każdy wybór wyklucza tak wiele możliwości, które nadal istnieją w cieniu naszych jaźni (...). "Pogodzić się z własnym losem", a chodzi w tym właśnie o to, by zrozumieć, że życie staje się takie, jakie się staje, że niczego nie da się zmienić, że nie można podążać innymi śladami, tylko tym jednym, który kończy się, kiedy człowiek umiera (Knausgard, "Lato", s. 333-334).

Błogość

Wieczór znowu pachniał. Tęskni się długo do takich wieczorów, pewnych, ciepłych, gdzie zza bloków wschodzi księżyc, gdzie pije się lemoniadę na leżakach i rzuca piłką po trawie, i chce się, żeby trwał. K. wróciła z wojny. Dziecko chciało rysować kredą po chodniku a ja chciałem zapamiętać każdy szczegół.

Wojna (I)

Stanęliśmy przy płocie z policjantów i zaczęliśmy rozmawiać o Polsce z pieśni patriotycznych:

- I cisawego konika dadzą – powiedziała M.

- I ostrą szabelkę… - dopowiedziałem – tylko co z moim rozmarynem?

- Kupi się w lidlu – rzuciła M. Na wojnę bez lidla ani rusz.

Wojna (II)

Ulica była absurdalnie pusta, geometrycznie pogrodzona metalowymi barierkami. Z góry musiało to wyglądać jak przygotowania do powitania dänikenowskich kosmitów. Co kilka metrów przy płocie stali przemoknięci policjanci, ci co mieli więcej szczęścia kryli się w bramach. Na ulicę właśnie spadało niebo mrugające jak ekran telewizora w oknie u sąsiada. Snajper na dachu poprawiał płaszcz przeciwdeszczowy.

(Ta cała absurdalna scena z tym małym człowieczkiem na podeście, to wszystko przywodzi mi na myśl koncert morski Kantora, skąd zdjęcie powyżej)

(06-10.08.2017)

 

czwartek, 13 lipca 2017
Dziennik pisany w lipcu

 


(Monica Bellucci w filmie "Malena", reż. G. Tornatore, 2000, źródło: tumblr.com)

 

Odcięcie

Zapytałem żartem, czy jeszcze pracuję. Tak, oczywiście - odpowiedzieli informatycy, dodając, że sieć nie rozpoznaje mojego komputera i nie wiedzą czemu. Najpierw był jeden, potem przyszedł kolejny - odbywali konsylium wpisując magiczne formuły. Nie działało. Odcięli mnie od codzienności: i tak nie chciałem wracać (05.07.2017).

Mandarynki

Siedzieliśmy w gabinecie przed telewizorem. Aktor, pomyślałem, gdy zaczął z emfazą i ekscytacją. Słowa mówił gładkie, pochlebne, tłum wiwatował. Bóg, Polska, cywilizacja - tak niewiele trzeba w tym kraju, żeby stać się prorokiem. Aktor, przysłuchiwałem mu się uważnie, choć w gabinecie sam jeden byłem sceptyczny. On grał, a myśmy się z każdą minutą na jego grę nabierali.

Tego dnia zrozumiałem jak bardzo jest naiwny ten naród żyjący nad Wisłą, jak łatwo go kupić, jak niewiele trzeba, żeby go zmanipulować. Zrozumiałem historię i teraźniejszość: wiara w cuda, zamachy w Smoleńsku, Jezusa, który jest Polakiem, własne wybranie i dziejową misję, strach przed obcymi, ucieczka od wolności i rozumu: małe niedojrzałe narody są jak małe niedojrzałe mandarynki, nie nadają się do niczego.

Prawicowy propagandyści dochodzili na wizji, z ekranów lały się peany ku czci człowieka, którego reputacja jest bądź co bądź nie najlepsza. To było jak Zjazd Gnieźnieński, Jan Paweł II zmartwychwstał - odpytywali otumanionych ludzi, którym do głowy nie przyszło, żeby sprawdzić kim naprawdę jest Donald Trump. Ten ostatni spieszył się na spotkanie z Wołodią, oni pobiegli machać flagami (06.07.2017).

Niewypowiadalne

Było mnie w dwóch fontannach.
Było mnie w czterech kawiarniach.
Nie było mnie u mnie.

Wybiegłem a potem wróciłem, zamknąłem się w pokoju i odczyniłem uroki (07.07.2017).

Malena

Pod halą młoda dziewczyna w krótkiej białej sukience w granatowe pasy pakuje do reklamówek wysmukłe ostróżki: bardzo jej z nimi do twarzy. Za sprzedawców tego ranka robi dwóch chłopców, lat najwyżej dwanaście, ojciec przysypia w furgonetce. Gdy dziewczyna przykuca i nachyla się, a oni podają jej w słońcu zielone łodygi, ich ciekawskie twarze oblewa rumieniec.

Przypominam sobie Monicę Bellucci, która spaceruje - ta scena na zdjęciu - po najpiękniejszych Syrakuzach (08.07.2017).

Plac

Tatusiowie w galeriach handlowych obsiadają place zabaw. Przyglądają się przechodzącym, zapisują w komórkach bloga. Dziecko akurat zasnęło, więc nie trzeba biegać. Jeśli to przywidok, to ja też już śnię (09.07.2017).

Czekolada

To, co pójdziesz po czekoladę? - zapytała A. Właśnie zamierzałem - pośpiesznie nakładałem buty. Od lat zdarza się to samo. Pamiętam, kiedyś przeczesywałem późnym wieczorem okolice w poszukiwaniu draży, ale dawno nie jemy już draży. Teraz tylko z okienkiem. Szybko do kerfura. Mijam sąsiada, który wraca z wódką (10.07.2017).

Sushi

(O, Portugalio!) Któregoś dnia po powrocie kupiliśmy z sąsiadami (innymi, nie tymi od wódki) na spółkę sushi. Potem trzeba było oddać pieniądze i jakoś tak zleciało. Poszedłem wieczorem. Otwierają drzwi. W salonie leci - znaczy oni to oglądają - gadzinowa telewizja a w niej gość o oczach świra, który - dam sobie uciąć palca - jest agentem Wołodii, oskarża o zdradę Wałęsę. Więcej sushi raczej nie będzie (11.07.2017).

Południe

Przyszedłem cię zobaczyć, ale ciebie nie ma. Albo cię wymyśliłem, albo zbyt daleko. Wezmę flat white na wynos i obejrzę zdjęcia. Oglądanie to nic innego jak udawanie, że naprawdę (12.07.2017). 

Diabeł i brzytwa

Padało od rana. Kolega mormon zdradził mi w sekrecie, że przez papieża Franciszka przemawia diabeł. Zresztą sam diabeł o tym zaświadczył w Brazylii. (W Brazylii mówią po portugalsku!) Zastanawiam się, czy z tego dziennika będzie się kiedyś dało odczytać świadectwo tego jak kraj przechodził od demokracji do autorytaryzmu (bez metafor, że my z demokracją to jak małpa z brzytwą). Autor bloga, oportunista, jawny współpracownik, przyglądał się milcząco, co oznacza zgodę. Było to tego lata, w którym rządzący uznali, że Monteskiusz się mylił i narodziła się nad Wisłą mała Turcja (a może Salazaria?). Być może autor bloga nawet znacząco chrząkał w proteście (13.07.2017).

 

środa, 07 czerwca 2017
Dziennik. Niechęć do pisania, melancholia, notatki

 

(Henri Matisse, Leżąca Odaliska w zielonych spodniach i z niebieskim paskiem, 1925-1927, Musée National d'Art Moderne, Paryż, źródło: pinterest.com)

 

1. 

Wojna wron jest tak gadatliwa, że niczym przy niej wszystkie nasze spory. Odrywam się od okna. Zamknąć – otworzyć. Piątek w tygodniu słonecznej melancholii. A jeśli, jeśli wszystko jest tylko przywidzeniem? Mnóstwem przywidoków? (02.06.2017)

2.

Byliśmy jak turyści. I nie miały dodatkowych znaczeń drzewa, przystanki, ławki. Z bramy wystawał rybi ogon. Tej nocy Lublin był wyobrażony: uniwersyteckie miasto, w którym panuje radość. Cały wieczór nikt nie zdejmuje tej maski. Te tysiące gerber, wylewające się kolorowe balony, światło letniego zachodu, ten tłum, w którym na próżno usiłuję odnaleźć przyjaciół z prehistorii. Wszystko się zmieniło. Mówi mi, że już z niego wyrosłem. Nazajutrz obudzi się ze snu i na nowo popadnie w stupor (03-04.06.2017).

3.

Świeżego siana kamienice - na drodze krajowej układam nieznane Czechowiczowi wiersze (04.06.2017).

4.

Nic na to nie wskazywało, ale wróciłem z nią, podstępną melancholijką, melancholią, zawleczoną z Lublina na nowy tydzień, tak jak się zarażasz grypą albo rotawirusem, tak też nią. Owa nieosiągalna bogini czarnowidzenia, może i nawet Kallipygos w letnim deszczu, podpowiada teraz: o niespełnieniu, o przemijaniu i ciągłej zmianie, o fantazjach, które nie są porządną literaturą, o tym, że wytną na Racławickich drzewa, o tym, że wiecznie będziesz się martwił o kogoś albo o coś. O tym, że nie zostanie nic wartego uwagi po tobie, potem.

- Dokąd uciekasz? - pytam, zamykając okno.

5.

- To nie ma sensu - pisze W. w poniedziałek.

- Może sens nie jest potrzebny? - dopisuje we wtorek.

A co jeśli skończymy jak pan Franek, co wyjada kanapki na bankietach i ma wizytówkę emerytowany urzędnik? (05-06.06.2017)

6.

Rano Matisse'owi przynoszono do pokoju hotelowego, wychodzącego wprost na nabrzeże, owoce morza z restauracji, tak aby mógł malować je na martwych naturach a potem oddać przed obiadem. (Był łapczywy, nie był głodny). Modelki pozowały w strojach lub w pół-negliżu, ich ubrania przypomniały o Afryce Północnej, gdzieś tam za horyzontem. Matisse malował je a potem wracały do miasta. Muskał jedynie oczyma, nie niepokojąc, ich powszedni przepych (Peter Schjeldahl, Finding Solace in Henri Matisse’s Nice, "The New Yorker", 18 lipca 2016).

7.

Spadł wreszcie oczekiwany deszcz. Jechaliśmy na japoński spektakl, więc deszcz miał postać długich równoległych linii. Na spektakl szła A. i bardzo nie chciała, ale to był prezent od Dziecka, a Dziecko może się jeszcze obrazić, ma obrażanie się po tatusiu. Wysiadła więc spóźniona na Agrykoli, a my pojechaliśmy na babeczkę. I w żadnej kawiarni - wyobraźcie sobie ten dziecięcy zawód - nie było babeczek z truskawkami.

Wtorek w tygodniu pochmurnej melancholii (06.06.2017).

 

środa, 24 maja 2017
Dziennik. Przemowa byłego mistrza ortografii

 

Dni dyktand przypominały mały sąd ostateczny. Dzień przed czytało się regułki z partykułą by albo partykułą nie albo wielką i małą literą, studiowało, powtarzało wyjątki a potem zapadała cisza, słychać było tylko kroki wychowawczyni i jej monotonny głos nieodróżniający ó od u i ż od rz. Byle nie popełnić błędu, najmniejszego nawet, bo za przecinki to było ćwierć albo pół oceny w dół a autor bloga był wówczas szkolnym mistrzem ortografii i nie mógł sobie pozwolić na najmniejszą omyłkę.

Po latach dawny mistrz ortografii siedzi w jednej z sejmowych sal, dowiadując się, że sejm stoi ponad ortografią (co jest logiczne - skoro stoi ponad konstytucją, to być może również w przyszłym referendum należałoby zadać suwerenowi pytanie czy dysleksja nie powinna stać się oficjalną pisownią?) a potem (tym razem nie było o żołnierzach wyklętych), że zasady pisowni małą literą ustalono w Trzeciej Erpe jako element planu poniżania Polski. O tak! Więcej wielkich liter: Partia, Partia, Partia.

Ale właściwie znużony mistrz ortografii sprzed ćwierć wieku chciałby zadać posłom i posłankom zupełnie inne pytanie: Dokąd zmierzacie?

Nie, nie chodzi o ortografię. Czemu jednak klęczycie przed ołtarzem i świętokradczo wyciągacie usta do hostii, skoro uczynki miłosierdzia macie za nic?

Nie, nie chodzi o ortografię. To nie ortografia poniża Polskę (24.05.2017).

 

wtorek, 23 maja 2017
Dziennik. Śliscy, partyjni i podnieceni

 

Zachęcam do tego, aby dotychczasowe opowiastki o osobach śliskich (tutaj, tutaj) i tych, których serce bije dla partii (tutaj, tutaj) traktować niepoważnie, bo przecież niemożliwe, żeby w demokratycznym państwie europejskim w drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku ludzie zachowywali się jak za późnego Władysława Gomułki.

Albo dzisiaj tych dwóch uniesionych patriotycznie. Pierwszy chciałby na znaczkach pocztowych umieszczać kontury Polski przedwojennej, bo tylko taka była prawdziwa i głosić chwałę żołnierzy wyklętych (to akurat częsta przypadłość). Każdy znaczek to może być jeden wyborca, pan wie, ile znaczków naklejamy na ślinę?

Drugi patriotą był od dzieciństwa, przynajmniej mojego. Wygrywał festiwal piosenki w Kołobrzegu w czasach, kiedy jeszcze go oglądałem (Nie płacz Szarloto wojna skończona, Hitler kaputt! - tak śpiewali a ja wówczas Kołobrzeg ceniłem bardziej niż Opole). Rok osiemdziesiąty piąty to zdaje się było niecały rok po zabójstwie księdza Popiełuszki, a pan już się wtedy patriotycznie unosił. Teraz też dopytuje czy są jakieś pieniądze dla patriotów takich jak on, bo młodzież powinna śpiewać o żołnierzach wyklętych (mówiłem, że częsta przypadłość?). On śpiewa na przekór lewakom. Płaczą mu na koncertach, wyją. On chciałby nowej kultury, nowego zjazdu w Szczecinie (to dopisuję ja, interpretator, miłośnik oportunistów (tutaj), ale bez przesady).

(23.05.2017)

 

sobota, 06 maja 2017
Dziennik. O ciekawości

 

Odkąd na dole otworzyli lodziarnię, gwar wzmógł się znacząco. Po raz pierwszy od dawna zaświeciło słońce, wszyscy się rozebrali i rozsiedli na ławkach z lodami. Postanowiłem, że jak nikogo nie będzie w pokoju, to będę sterczał w oknie, może nawet podłożę sobie poduszkę, oprę łokciami o parapet i łapczywie będę patrzył na życie od ósmej do szesnastej.

Niezaspokojona ciekawość ciał obcych (05.05.2015).

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31