2017: 69 książek - 2016: 75 książek - 2015: 78 książek - 2014: 89 książek - 2013: 60 książek
Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: urząd

piątek, 11 maja 2018
Dziennik pisany w maju (odc. 1)

 

 

1.

Zamiast opisywać dni, postanowiłem rysować mapy. Kartografia wydaje się być pewniejsza od ortografii (powyżej starannie opisany pierwszy maja z J. i M.)

"Przyszłość będzie inna" w Zachęcie odchodzi od triumfalistycznej wizji dwudziestolecia jaką próbuje się rozprzestrzeniać w ostatnim czasie. Pierwszego zawału prawdziwy patriota doznaje w momencie, w którym po wejściu na wielkim ekranie dzieci śpiewają piosenki w jidysz. Potem jest tylko gorzej (dla prawdziwych patriotów). Akurat czytam wspomnienia Zygmunta Klukowskiego i wystawa w Zachęcie - w porównaniu z nimi - wydaje się być i tak wyidealizowaną wersją dziejów.

Karuzela w Ogrodzie Krasińskim - czy człowiek się nigdy nie może oderwać od nadmiaru skojarzeń? Po prostu kręcić się z Dzieckiem i M., a nie myśleć o karuzeli obok, o chmurze pierza i płonącym mieście?

2. Globalne ocieplenie nieźle namieszało mieszkańcom miast, dla których przyroda i tak pozostaje ledwie jakimś dalekim punktem odniesienia. Najpierw jak szalone rozkwitły bzy (a one z majem przychodzić powinny), w kwietniowym tygodniu daleko od matur kasztanowce, ba konwalie też przestały być wyłącznie majowe. Przyglądam się temu, jak wszystko się spieszy i wyobrażam sobie złotą jesień w sierpniu.

3-5. Dziennik pisany w Berlinie (tutaj)

6. Skoro nie bzów i konwalii, maj jest miesiącem książki. Oburza się A., że autor bloga ukrywa się za tomami. Cóż skoro wybrał wszystko powyżej czterystu stron: "Zamojszczyznę", biografię Herberta i "Dalej jest noc".

7.

Zapytałem czy są te małe babeczki w kawiarni. Nie ma jeszcze - odpowiedzieli. Jeszcze wiosna, choć na dworze lato.

Pośród tych babeczek właśnie  - pamiętajmy o tle - urodziło się Dziecko.

8.

Tydzień upałów. P. pokazał mi jak się szuka przyjaciół w telefonie, więc teraz szukam, wołam, lokalizuję. A choćby wszyscy wieszali psy na Marku Zuckerbergu, zawsze będę mu wdzięczny, że nosić ich mogę w niebieskim liniuszku.

9. 

Opowiadałem im potem o sposobach upadku demokracji bardzo tragicznych i pełnych patosu. Prezydent wygłasza przemówienie, bombowce nadlatują nad pałac, na stadionie jest ból i strach. Ale przedtem - zanim ciepły wiosenny deszcz oczyścił mnie na metrze Wierzbno - widziałem jak demokracja upada zdecydowanie mniej widowiskowo.

Widziałem biały budynek otoczony płotem, pogardę na korytarzach i krzywy uśmiech młodego wielbiciela białej rasy, co podpisał listę, żeby dostać dietę, i wyszedł bredzić swoje dyrdymały.

(Dochodzę do wniosku, po lekturze "Zamojszczyzny", że walka w obronie państwa, które samo pcha się ku upadkowi, jest jedną z najgłupszych rzeczy jaką robią ludzie).

 

 

10.

Kolejna z wystaw, co się nie podoba chirurgom historii i tym, co w Lutym na powrót zanurzyli się w - jak się wydawało - dawno zarośnięte bagno. "Obcy w domu" jest dla mnie świetnym uzupełnieniem wystawy stałej "Polin", tych sal powojennych, co przez nie już szybko.

Chodzą wycieczki szkolne, notują. Może choć to ich nieco uodporni na język, który na nowo objawił się w Lutym? W anonimowych antysemickich zapiskach luminarze dobrej zmiany odkryli cytaty z siebie, cóż za oburzenie.

Bo o Polsce trzeba pisać tylko wielkimi literami (a móc to zrobić - oznacza karmić się mitami). "Obcy w domu" mówi o tym, że istnieją mechanizmy, które raz uruchomione prowadzą do dramatu. Trudno się w tej wystawie odnaleźć, skoro samemu je się uruchamia.

11.

Tak pięknie się zaczął. Do biurowców wbiegały młode mężatki. Malały stopy procentowe. A ja z biografii Herberta kontemplowałem w słońcu jedno zdanie: krakowianki mają kosztowną jedwabną bieliznę zwykle koloru łososiowego (s. 191), jedząc pastę jajeczną i marząc o tym, o czym zwykłem marzyć.

Teraz nadchodzą w garniturach i psują wszystko, co było dotąd. Ich dłonie, upaćkane w wazelinie, śliskie jak rybie płetwy. To przez nich upadają państwa, wówczas, gdy idioty nie możesz nazywać idiotą.

  

czwartek, 30 listopada 2017
Dziennik pisany w listopadzie (odc. 4)

 

(Peter Henry Emerson, Zimowy wschód słońca, 1895, Muzeum d'Orsay, źródło: tumblr.com)

 

Rzym

Jak tylko napisałem o pięknych porankach (w środę to było) kolejny z nich okazał się naprawdę znamienity. Światło nadawało miastu takich kolorów, że zatrzymałem się przy dzwonnicy Anny, pstryknąłem zdjęcie i wysłałem A. Patrz, Rzym - napisałem. I A. uwierzyła.

Późny listopad (po raz drugi)

Co jakiś czas podchodzę do okna i ciągle jest tak samo, to znaczy jesień, kończy się listopad, wycieczki zbijają się w gromadki, żeby się ogrzać. Tęsknię za lipcowymi dniami, za sierpniowymi wieczorami, kiedy równie prawdziwe były twierdzenia, że Słońce jest pępkiem i że pępek jest Słońcem.

Berlin

Wieczorem zniknął Berlin. Przeglądaliśmy zdjęcia z podróży (tęsknota ciąg dalszy) i okazało się, że nie ma dowodów na Berlin w maju. Z pamięcią też słabo: czy aby na pewno w maju? Napisaliśmy do Jo. żeby opowiedziała nam Berlin. (Dowód na blogu nie jest żadnym dowodem).

Fryzjer

Dziecko ma szczęście. Jego pierwsze włosy zostały umieszczone w plastikowej torebce na specjalnym dyplomie. Starodawni Słowianie urządziliby z tej okazji huczne przyjęcie, ostatnie ślady owych rites de passage. Pola na fotelu obok nie ma tyle szczęścia, jej długie oświetlone porannym słońcem włosy spadają po prostu na podłogę. Nie ma dyplomu, tylko film o Barbie.

Kondukty

Dawno temu po ulicach kroczyły kondukty. Wtedy jeszcze śmierć mieszkała zwyczajnie obok i nie zajmowali się nią specjalni panowie w atłasowych rękawiczkach. A dzisiaj - niespodziewanie - udało natrafić się nam na kondukt i to w momencie, gdy tłum aut jechał na czarny piątek w sobotę w Arkadii, a tu sztandary, a tu konie, a tu żołnierze. Przypomniałem sobie, że było zaproszenie na ten kondukt. Jeden minister zapraszał drugiego, bo ciała dzisiaj to też polityka. Podenerwowaliśmy się. Żandarmeria mrugała. Na objeździe też korek, na czarny piątek w sobotę w Arkadii.

Rzeczy zwykłe

O tej niedzieli nic nie mogę napisać: żywot typowych drobnomieszczan z początku XXI wieku. Ennui, Weltschmerz i seriale Netflixa (brakuje kota).

Znikanie

Dlaczego nie wraca się do ważnych miejsc, jeśli tylko przestają być ważne? Myślę o bloku na Króla Rogera (wyprowadzka w wieku lat dziesięciu) albo o Śniardwach (wyprowadzka w wieku lat dwudziestu czterech). Jakbyśmy wyrastali z geografii w ten sam sposób w jaki wyrastamy z butów. Może to lęk przed tym, że wciąż tam jesteśmy? (Powinienem spytać M.)

Urzędnik się skrada

Narada odbyła się nad wielką dziurą, późnym popołudniem, w porze, w której wielkie reflektory spoglądają w rzeczoną dziurę. Ów chłopiec - ton protekcjonalny, w który popadam, gdy słucham młodszych od siebie - przedstawiał Wielki Projekt poparty Wielkimi Nazwiskami. Właściwie był to zarys, obrys, szkic Wielkiego Projektu, ale Wielkie Nazwiska, takie, co bywają w publicznej telewizji nader często, wyrażały się wyłącznie pozytywnie. Od kiedy będę mógł zostać u państwa zatrudniony? - spytał na koniec.

Ukradkiem spojrzałem w wielką dziurę i dojrzałem - połyskującą w świetle reflektorów - Polskę.

Późny listopad (po raz trzeci)

Gdzie jest owa łapczywość lata? Pozostaje jedynie niebieskie światło.

Drugi śnieg

Mokry śnieg. Naprawdę zima istnieje tylko w Lublinie, zapisałem w styczniu. Piszę do M., a ona, że śniła jej się Wolska i Kalinowszczyzna - jak dawno nie śnił mi się Lublin. Mokry śnieg i żadnego blasku.

Zszedłem ja - Dziecko złazi z łóżka i biegnie podglądać sikorki.

(23-30.11.2017)

 

piątek, 22 września 2017
Dziennik pisany we wrześniu (odc. 3)

 

 

(Sally Mann, Nowe matki, 1989, źródło: www.pleasurephoto.wordpress.com)

 

Intymność

W deszczu podreptaliśmy na pocztę (ten deszcz będzie towarzyszył nam przez kolejne dni, przez wszystkie dni, co jak rozumiecie wpływa na ogólny nastrój) odebrać paczkę. Przyszły albumy, Dziecko rozrzuciło pęczek ulotek na podłogę, tanie pożyczki, zupy siostry Faustyny.

"Immediate Family" Sally Mann intymnie opowiada o posiadaniu dzieci. Intymnie oznacza, że oko kieruje się tam, gdzie zwykle nie sięga, za pośrednictwem fotografii towarzyszy upływającemu czasowi. (Czym innym staje się ten blog, jeśli nie zapisem dorastania, co tyczy się i dorosłych, na przykład autora bloga, i dzieci?). Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę ten ciągły ruch do przodu, że jedenaście lat po tym albumie, Mann wydaje "What Remains": zapis ludzkich śladów na farmie umarłych.

Powstrzymanie czasu: oto chodzi w fotografowaniu dzieciństwa.

Światła

Czwórka na horyzoncie ulicy Poligonowej (taki numer nosi jelcz berliet, który odziedziczyło Dziecko). Okienka pociągów pod lasem, zanim żarłoczne miasto nie pochłonęło łąk. Okna w bloku naprzeciw w R. a w nich przedświąteczna krzątanina. Nocne światła Kurowa i Markuszowa: autor bloga wraca do Lu.

Zupełnie inne jest światło cudzych okien: pełno w nim tęsknoty.

Opowieść ze Wschodu

Jeśli kogoś uraziłoby stwierdzenie o Polakach, którzy są Wschodem, ale z pogardą patrzą na innych mieszkańców Wschodu. I usiłują przypisać sobie wielką zachodniość, powinien ów urażony w deszczowy wieczór wybrać się na Plac Defilad, skąd odjeżdżają autobusy na Wschód (a Lu. to też już z perspektywy Wa. Wschód). Widziałem takie dworce w Pekinie (długo usiłowaliśmy zrozumieć który z autobusów pojedzie do Chengde, a Chińczycy wokół jedli, pili wrzątek, pluli) i w Tbilisi (zaaferowany tłum szukający połączeń z Erewaniem), wyglądały nawet lepiej.

Widziałem - przez deszcz - zaaferowany tłum szukający połączeń z Białą Podlaską oraz Hrubieszowem. Polacy wokół jedli, pili napoje energetyczne i pluli.

Komsomoł

Ach, te endeckie mordeczki w za dużych garniturach. Patrzę jak siadają dookoła na małych stołeczkach i zaznaczają na listach, któż to jest wróg ludu. Jak się ogląda rewolucję od środka, pozostaje z niej pusty śmiech.

Gwiazdka

Szedłem do biura, kiedy wyskoczyli z bramy. Sporo ich było a potem pojawiła się ona. Mizdrzyła się zalotnie. Mijałem ją, a ona trwała w pozie, pstryk, pstryk - robiło stadko fotografów. Być może była nawet znana, ale szukałem później w kolorowych magazynach i nadal nie wiem kto to.

Plasterek

Uciąłem sobie kawałek palca w piekarniku - nie narzekam. Wyszukałem plaster, czerwony z wężem boa. Dawałem sobie ściskać rękę ach i och, na prawo i lewo, łypał boa na krawaty. Ssss. Drobne radości urzędników.

Ballada o organie

Zamknęli mnie w najwyższym organie bez klamek
Uprzejmy szatniarz pozwolił podłączyć ładowanie
Bym mógł napisać Ratunku!
Nie dawali zaczerpnąć wilgotnego powietrza.

Byłem więc eremitą w klasztorze na skale
Latarnikiem na polarnej wyspie
Katowali mnie minutami tyrad
Aż żałowałem, że wśród nich nie zasiada koń,

Bo los bydlęcia bliski losowi urzędnika.

(15-21.09.2017)

 

piątek, 25 sierpnia 2017
Konfucjusz, Lun Yu. Rozmowy, Aletheia 2017

 


(Xidi, Anhui, wrzesień 2012 r., źródło: a.b.)

  

Czy kiedy głupiec komentuje mędrca, może to być mądre? 

Konfucjusza czytam jako urzędnik średniego szczebla, którego administracja publiczna odstręcza, ale równocześnie nieco fascynuje. Już dawno sugerowałem, że należałoby ją badać metodami etnograficznymi podobnie jak egzotyczne plemiona: jej przedziwne obrzędy, jej skomplikowane rytuały. Niestety prowadząc obserwację uczestniczącą, autor bloga w pewnym momencie zatracił obiektywizm i z obserwatora stał się obiektem obserwacji.

Czytam więc Konfucjusza, urzędnika wysokiego szczebla, który odkrył metodę stworzenia idealnego państwa i idealnej administracji, niemniej - jak to zwykle bywa - teoria nie dała się ot tak wprowadzić w życie, co nie przeszkodziło w tym, aby Konfucjusz został ubóstwiony. Najpiękniejsze idee zabija się przecież, stawiając im pomniki.

Czytam go w roku siódmym po wypadku lotniczym, roku drugim rosnącej nienawiści i on, te dwadzieścia cztery wieki temu, ostrzega: wspaniała pozycja bez świetności, praktykowanie religii bez czci, przestrzeganie zwyczajów pogrzebowych bez żałoby serca: takich rzeczy nie mogę poważać (III, 26). Jakby przejrzał na wylot Polaków w latach dobrej zmiany.

Ale najbardziej zadziwia mnie w Konfucjuszu to, że kiedyś - jak twierdzi - było lepiej. Przez całą historię było lepiej jest - zdaje się - najczęściej powtarzanym zdaniem. Ciągle nam się wydaje, że było lepiej i ciągle nie możemy się pogodzić z tym jak jest. Czy pogodzenie jest przegraną, czy zwycięstwem? - tego głupiec nie wie.

   

środa, 23 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 4)

 

(Edward Hopper, rysunek dziewięcioletniego Edwarda na świadectwie z trzeciej klasy, 23.10.1891; źródło: https://davidkanigan.com/2017/08/08/edward-hopper-third-grade-report-card) 

 

Jajo

Z łatwością przejmuję cudze style pisania. Na przykład teraz po Knausgardzie, mam podświadomą ochotę pisać Knausgardem. Zapisywać mój osobisty słownik: drzewa, jajo. Tęsknię za słowami, całe dnie brakuje mi rozmowy, czegoś, co wyrasta ponad proste komunikaty:

- Chcesz coś zjeść? – pytam Dziecka.
- Tato, jajo! – odpowiada.
- Na pewno? – dociekam.
- Jajo! – powtarza.

(Knausgardem: Lubię ten moment, kiedy rozbijam je i spada na rozgrzane masło. Białko ścina się prawie natychmiast. Pilnuję żółtka. Nauczyłem się w domu pod Pizą, żeby jajecznicę smażyć właśnie w ten sposób: dopiero ścięte mieszać, nie wcześniej, nie w kubeczku zanim na patelnię. Lubię ich żółty kolor, którego nie ma w żadnym zestawie kredek Dziecka, ale po cichu przyznam: wolałbym zjeść je na miękko). (16.08.2017)

Na skróty

Skrócenie dnia, przykurcz mięśni, zmrużone oczy. W drugiej połowie sierpnia wszystkiego ubywa. Żal jest miast odległych, nieodbytych podróży, książek, które się miało przeczytać. Ruch autobusów rytmicznie wyznacza każdy dzień. Porządek panuje w Warszawie: sejmikują w niej siwe wrony, a nie gawrony jak w Lu. (17.08.2017)

Moje życie z Edwardem Stachurą

Doprawdy nie wyobrażam sobie siebie wtedy: owej wiosennej pielgrzymki, którą odbyłem na Grochów, aby szukać śladów, bez przerwy słuchania nagrań i powtarzania wersów o trzęsieniu ziemi w Peru i o tym, że z nim będziesz szczęśliwsza. Kiedy opuszczałem Lublin, patronował mi Edward, ten sam, który kiedyś opuścił Lublin, rozczarowany i niechętny. Wybór poety jest tak naprawdę wyborem języka, który potrafisz przyswoić. Z wiekiem otwiera się przed tobą zupełnie odmienny wybór metafor: zaczynasz rozumieć nowe języki, zapominasz starych.

Nieprawda, że się zestarzał, osiemdziesięcioletni Edward Stachura, choć go zaniedbałem, ciągle uczy, że wszystko przemija (lekcja z "Listów do Danuty Pawłowskiej" czytanych jeszcze naiwnie). 

(18.08.2017)

O przemianach pór roku

Letniość sukienek niech cię nie oszuka. Truskawki przecież już jesienne.

Niemniej tamtego lata, wiele lat temu, tego dnia, kiedy byliśmy szczęśliwi, był środek lata. Jesień przychodzi teraz dużo wcześniej. Pory roku są jedynie naszymi uczuciami (19.08.2017).

Mgławica

Mgławicowy oznacza bardziej niż mglisty. Niepewność kryje się w tym dniu. Roi się nam rzeczywistość: babeczka z borówkami, tramwaje w deszczu wzdłuż hali, błogosławieństwo na koniec - albowiem rozkoszować się należy dniami bez wyjątku, nie wiedząc ile ich jeszcze (20.08.2017).

Deszcz

Dzień był lekki. Jasna ciocia uśmiechnęła się i podała Dziecko, Dziecko uśmiechnęło się i pozwoliło usadzić w wózku. Okryłem je kurtką. Padało, ale to był dobry deszcz: drobny i pachniał chmurami. Na przystanku jakiś facet jadł śledzie, które kupiłem mu przed chwilą. Poszliśmy z Dzieckiem do piekarni spytać o ciepłą herbatę dla niego. Była (21.08.2017).

Narada

Cóż mogę ja prosty urzędnik wiedzieć o zepsuciu władzą?
Siedzieliśmy, dziesięciu mężczyzn, za stołem zdobnym w motywy klasyczne i koreczki z rzodkiewką. Wśród nas wielu walczyło kiedyś, ale nikomu nie dało się przeskoczyć płotu. Zastygliśmy w śmiesznych pozach obok, na pośmiewisko historii, która znowu zapragnęła zabawić się nami. Bolały nas niespełnione sny o krwawych rewolucjach: teraz w gabinecie zależało od nas niewiele, ale jednak trochę. Popijaliśmy więc herbatę i wypowiadaliśmy dramatyczne kwestie: powinien zniknąć, potrzeba przesilenia. Och, jak brzydziły nas: polityczna poprawność, uchodźcy i prezydent Słupska. Najbardziej za to podniecała nas możliwość napisania na nowo naszych życiorysów. Żeby zakończyć taniec żałosnych figur, żebyśmy byli wielcy (b.d.)

Rzeczy ważne

Tutaj nie ma sensu - orzekła A., wychodząc. Szukaliśmy sensu (i kaloszków) w sklepie obuwniczym (21.08.2017).

Nadaremno

Powinienem się zdziwić, kiedy kolega-mormon powiedział mi, że nie kupuje w Ikei, bo ona wspiera eldżibiti. Ale nie zdziwiłem, bo działo się to w tygodniu, w którym katolicki ksiądz w państwowej telewizji oświadczył, że zamach w Barcelonie jest boską karą za rozwiązłość a pewien gwiazdor odkrył, że wichura pustoszyła domy grzeszników, omijając te z kapliczkami.

Napisałem do kolegi z krainy zameczków i księżniczek, że mam poważny kłopot z byciem katolikiem w Polsce. Nie lubię form, w których dawno nie ma treści (22.08.2017).

Środa

Trzeci dzień łapie nas deszcz zenitalny około czwartej popołudniu. Zaczyna na Krakowskim i mija, kiedy wsiadam do autobusu, potem z nową siłą uderza, gdy wysiadam z metra. Aż A. kupiła wczoraj parasolkę.

Pocztą przyszedł Kawafis. Chciałbym zacząć pisać nim a nie Knausgardem. Kawafis miał pokreślone pieczątki z biblioteki w Szczytnie. Sprawdziłem, że tam już go nie ma w żadnym katalogu.

Piękne kurki miała kobieta na Wilsonie. Nieziemski z nich zrobiłem sos.

(23.08.2017)

  

czwartek, 10 sierpnia 2017
Dziennik pisany w sierpniu (odc. 2)

 


(Eustachy Kossakowski, Koncert morski (Panoramiczny happening morski) Tadeusza Kantora, 1967, źródło: culture.pl)

 

Upał

Tamtego lata też było upalnie. Fala znad Sahary, jedliśmy czereśnie (tutaj): ciągle do tego wracam, do tamtej intensywności wszystkich zmysłów. Upał teraz podstępny, ten na Południu, ma na imię Lucyfer.

Zdjęcia

Z tego popołudnia, kiedy kończyło dwa lata, będą setki zdjęć. Nawet nie wiem, czy wszystkie obejrzymy, różne ujęcia: sekunda po sekundzie. Zapamiętuję najbardziej to, co obyło się bez zdjęć: zapach wieczoru pod kościołem.

Wiek

- Jak się czujesz z tym, że ma dwa lata? – pyta P. Siedzę na miękkiej pufie i jedyne, co mi przychodzi do głowy, to napisać, że czuję się staro. (Następnego dnia pyta mnie o to samo Dż. i nie silę się na inną odpowiedź).

Brzoskwinia

Ciepły poranek: latte z białą brzoskwinią. Wymknęliśmy się z P. i W. na kawę. Fontanna jeszcze pusta. Z najbliższej kawiarni odeszła N., sami nowi - nie wiedzą, czego potrzebuje człowiek w biurowy poranek. Rozmawiamy o Polsce. Polska ma urlop.

Napis (I)

Na ścianie urzędowej łazienki ktoś wypisał mazakiem ciągle brak papieru. Było to stwierdzenie faktu, który dla wszystkich urzędników jasny był od tygodnia, ale wciąż umykał serwisowi sprzątającemu. Niemniej było to kłamstwo, no przecież żyliśmy pośród papieru, długich zdań, służebnych pism, patriotycznych uniesień. Nie, papieru nie brakowało, skarżyć się można było na ciągły brak rozumu.

Napis (II)

Malinki, morelki – stragan ze zdrobnieniami na Sadybie.

Życie

Tylko to, co się dzieje, dzieje się naprawdę. Żyje się tylko tym życiem, którym się żyje. Chyba nigdy nie napisałem nic bardziej oczywistego, a jednak trudno to zrozumieć, ponieważ dokonujemy tak wielu wyborów i każdy wybór wyklucza tak wiele możliwości, które nadal istnieją w cieniu naszych jaźni (...). "Pogodzić się z własnym losem", a chodzi w tym właśnie o to, by zrozumieć, że życie staje się takie, jakie się staje, że niczego nie da się zmienić, że nie można podążać innymi śladami, tylko tym jednym, który kończy się, kiedy człowiek umiera (Knausgard, "Lato", s. 333-334).

Błogość

Wieczór znowu pachniał. Tęskni się długo do takich wieczorów, pewnych, ciepłych, gdzie zza bloków wschodzi księżyc, gdzie pije się lemoniadę na leżakach i rzuca piłką po trawie, i chce się, żeby trwał. K. wróciła z wojny. Dziecko chciało rysować kredą po chodniku a ja chciałem zapamiętać każdy szczegół.

Wojna (I)

Stanęliśmy przy płocie z policjantów i zaczęliśmy rozmawiać o Polsce z pieśni patriotycznych:

- I cisawego konika dadzą – powiedziała M.

- I ostrą szabelkę… - dopowiedziałem – tylko co z moim rozmarynem?

- Kupi się w lidlu – rzuciła M. Na wojnę bez lidla ani rusz.

Wojna (II)

Ulica była absurdalnie pusta, geometrycznie pogrodzona metalowymi barierkami. Z góry musiało to wyglądać jak przygotowania do powitania dänikenowskich kosmitów. Co kilka metrów przy płocie stali przemoknięci policjanci, ci co mieli więcej szczęścia kryli się w bramach. Na ulicę właśnie spadało niebo mrugające jak ekran telewizora w oknie u sąsiada. Snajper na dachu poprawiał płaszcz przeciwdeszczowy.

(Ta cała absurdalna scena z tym małym człowieczkiem na podeście, to wszystko przywodzi mi na myśl koncert morski Kantora, skąd zdjęcie powyżej)

(06-10.08.2017)

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32