Archiwum
Zakładki:
zBLOGowani.pl

Wpisy z tagiem: Leonard Cohen

czwartek, 27 grudnia 2018
Leonard Cohen, Płomień, Rebis 2018

 


(Adam Cohen z ojcem Leonardem, fot. PR, źródło: www.theguardian.com/books/2018/sep/28/leonard-cohen-poetry-the-flame-adam-cohen-interview)

 

Człowiek chętnie napisałby, że "Płomień" to wyznania starego poety, takie coś o dżemie truskawkowym, ale byłaby to nieprawda albo półprawda albo i ćwierć. Bo rzeczywiście tematem skrawków, fragmentów i notatek Leonarda jest miłość spełniona i niespełniona, czasem zupełnie ziemska (ile tych imion oczywiście poza Marianne?) a czasami niebieska (wciąż gdzieś majaczy tajemniczy Nieznajomy). Ale z drugiej strony nie można przypisać ich autorstwa staremu poecie. Niektóre sięgają bowiem lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. (O ile Daniel Wyszogrodzki doskonale tłumaczy teksty piosenek, o tyle - mam wrażenie - spłyca w przekładzie brzmienie zwyczajnej poezji).

Trochę żal, że pozostają te zapiski nieuporządkowanym zbiorem, zamiast stać się poetyckim testamentem. Oczywiście stanowią go, tutaj przytaczane, teksty z ostatnich płyt czy przedśmiertna korespondencja z Peterem Scottem (ale przecież list umierającego Leonarda do umierającej Marianne to był najpiękniejszy testament, którego tu brak).

Wszystko jest poezja - pisał Edward S., wierny tej samej metodologii działania literackiego: zamieniania rzeczywistości w poezję. Uwodzi mnie w tym zbiorku epitafium dla psa z czasów jeszcze montrealskich:

odprowadzałeś mnie do szkoły/ spałeś pod moim łóżkiem/ patrzyłeś, jak się masturbuję/ z zainteresowaniem w ślepiach/ chroniłeś mnie przed moim wrogiem/ jakim była samotność (…)/ wyszedłeś z domu/ i umarłeś w śniegu (s. 238).

Lektura "Płomienia" to właśnie wyszukiwanie pośród tekstów prawdziwych skarbów. Między nimi znajdują się również rysunki, najwięcej autoportretów. Kolejne lustra starzejącego się mężczyzny, twarz pokrywają zmarszczki, a czasem dopiero spod nich dostrzega się jakąś twarz. Pierwsza z nich podpisana jest "nieudany portret", może to jest właśnie klucz do książki?

Życia nie da się zamienić zupełnie w poezję, nawet jeśli bardzo tego pragniesz. Zawsze jest go więcej niż da się zapisać.

 

środa, 20 grudnia 2017
Leonard Cohen, Księga Miłosierdzia, Rebis 2017

 


(Nikola Sarić, Przypowieść o dwóch dłużnikach (Łk 7, 36-50), źródło: http://www.nikolasaric.de)

 

Czy i Leonard między prorokami? - zadawałem sobie to pytanie, słuchając jego ostatnich płyt. W największej ciemności objawiają się święci mężowie w zupełnie inny sposób niż dotąd nam się wydawało. Religia bowiem oznacza głęboką więź z Tym-co-poza-nami, otwarcie się na nieskończoność, ale również odkrycie zupełnej skończoności tego, co tutaj jeszcze trwa. Dlatego - pisząc Missę Paganę - głęboko religijny był Edward S., i podobnie Leonard.

Księga Miłosierdzia jest apokryfem, któremu patronuje Izmael, postać symboliczna, odtrącony syn, figura niesamowicie bliska dzisiejszemu człowiekowi. Cohen wydobywa go z cienia albo inaczej - ustawia się obok niego. To, co składa się na teologię Księgi Miłosierdzia to, po pierwsze, tytułowe miłosierdzie jako główny przymiot Boga, a - po drugie - noc ciemna ogarniająca człowieka odłączonego od milczącego Boga, którego rysy są równie staro-, co i nowotestamentowe. Jest więc Cohen bliski współczesnemu rozumieniu chrześcijańskiej (nie polskiej i katolickiej) teologii, tej od ks. Halika i od papieża Franciszka: teologii, która mówi o człowieku.

Otacza mnie z każdej strony - ciemność. Ty jesteś moją jedyną tarczą. Twoje imię jest moim jedynym światłem. Cała miłość, jaką w sobie mam, pochodzi od ciebie, jej źródłem jest twoje prawo, źródłem owej martwej miłości, która pamięta jedynie własne imię (37).

To, co jest jeszcze niesamowite w Księdze Miłosierdzia to odkrywczość języka religijnego, świeżość metafor. Mówienie o Niewypowiedzianym w sposób tak niezwykły, jakby tajemnica miała ukryć się już w samym języku.

 

piątek, 18 listopada 2016
Dziennik. Leonard Cohen (na niedzielę)

 

Słuchając mdłego kazania i jeszcze bardziej mdłej nowenny, której sztywne słowa wydawały mi się pustą formułką tu i teraz, pomyślałem o ile ważniejsza dla mojej wiary była modlitwa Leonarda Cohena (w końcu kohen w nazwisku do czegoś zobowiązuje). Zapisałem rok temu: Rabbi Cohen rozwiązuje koany. Cohen, patron poszukiwania.

Jego ostatnie płyty - łatwo to odczytać - to przecież psalmy. On, montrealski żyd, opowiada o ukrywającym się Bogu (ta sama prawda, którą zapisuje ojciec Hryniewicz) i o jego, po ziemsku przegranym, Synu.

Cohenowi został ofiarowany, dany jedynie nielicznym, dar przyjmowania życia jakim jest, dar pogodzonego rozstawania się ze światem, łaska podziwu. Nielicznym, myślę o starym Jarosławie i jego wierszu dla prawnuczki, o dżemie truskawkowym starego Czesława, o pogodzie ducha I. i H., karmiących gołębie.

Przewodnikiem po duchowości Leonarda Cohena staje się artykuł Michaela Kramera w "Haaretz" (tutaj). Dzięki niemu odkrywam, że moje przeczucia były słuszne: magnified, sanctified, be Thy holy name - to pierwsze linijki kadiszu a chór Hineni, hineni, I'm ready my Lord - to odpowiedź Abrahama na górze Moria, czytanie na Rosz Haszana.

Jestem gotów, Panie - jak wielka łaska móc to powiedzieć na koniec (13.11.2016).

 

piątek, 11 listopada 2016
Dziennik. Leonard Cohen

 

(Leonard Cohen, 2008, źródło: Rama, wikimedia.org)

 

Zgubne skutki pisania dziennika nazajutrz. O szóstej rano zaczyna się zima, na razie lekka, czytam: Leonard Cohen dies at 82. Okazuje się więc nieważne to, co chciałem zapisać wczoraj (wiedziałam, że moje urodziny były beznadziejne - mówi A. - ale, że aż tak).

Nie będę rozpisywał się, co znaczył dla mnie Leonard C., bo na tym blogu pojawiał się wiele razy. Przepiszę po prostu fragment i pójdę słuchać dalej, po cichu, żeby nie obudzić Dziecka.

Moja prywatna biografia Leonarda Cohena:

Na początku był magnetofon szpulowy. Cały pasjonujący obrządek podłączania go do głośników, wyciągania podpisanych drobnym pismem taśm z szafki, nawlekania ich, a następnie ten chropawy dźwięk, pisk, kiedy gałką przesuwało się w przeciwną stronę, i ten niedający się zapomnieć głos: It's four in the morning, the end of December. Próbuję sobie to ułożyć w głowie, ale chyba momentem, który najbardziej zmienił mój dom, był ten moment, gdy muzykę zastąpił kolorowy telewizor z satelitą. Zresztą wtedy nikt już nie słuchał taśm, a potem nikt już nie słuchał płyt (ten obrządek, z uwagi na konieczność dbałości o igłę i nieporysowania powierzchni, był jeszcze bardziej uroczysty z użyciem opuszek palców i cieniutkiego pędzelka). A potem można było słuchać wszystkiego, ale już się nie chciało słuchać, bo taki był wokół hałas niemiłosierny. Wraz z telewizją o wielu programach, cisza umarła. Nawet nie wiecie jak tęsknię do tamtego domu, do taśm z Cohenem, Pink Floydami i Astrud Gilberto, nie mówiąc już o winylach z Bachem i Skaldami.

Wiele lat później, spotykaliśmy się na randki z A. Jechało się zaraz do Wa., pociąg był zapchany, czasem spotykało się innych migrantów, na dworcu zwykle był tłum odprowadzających i odjeżdżających, a pociągi, od tamtych czasów niewiele się zmieniły, to akurat łatwo sobie wyobrazić. Wiem, więc nie polecam. Piliśmy z A. herbatę i słuchaliśmy A Thousand Kisses Deep. Była jesień, zima dwa tysiące pierwszego, a potem jeszcze kilka pór roku. My, a w tle Leonard Cohen. (Pisałem już o tym. Nie jest tak, że wyłącznie słuchaliśmy Cohena, nie twórzmy jakichś muzycznych legend, ale to Cohen ma być w tle na tym obrazku. Później, pierwszy rok razem na Saskiej Kępie, będziemy słuchać Arethy Franklin i słońce będzie wpadało do pokoju, zawsze w tym miejscu dopowiada to A.)

Tego listopada, kiedy zmarł, umieściłem na facebooku nagranie "Pieśni miłości i nienawiści", gdzieś z lat siedemdziesiątych. Słuchaliśmy jak zaczarowani w wieczór Wszystkich Świętych. Nagłe poczucie, że w tej codzienności, która nęka i czyni nas kamieniami, da się odnaleźć piękno. Leonard Cohen jako kamizelka ratunkowa (10.11.2016).

(Dopisane: okazało się, że jednak nie w urodziny A.)

 

piątek, 14 października 2016
Dziennik. Ulubiony sklep

 

Patrz, ulubiony sklep Taty - powiedziała A. do Dziecka takim tonem, jakbym pół życia spędził w lidlu. Wszystko przez to, że coraz mniej stacjonarnych księgarni a A. uważa od zeszłego roku, że lidl jest dla mnie substytutem kina, teatru i Bóg raczy wiedzieć jeszcze czego.

Odpowie ci wiatr -  nucił Tato (tzn. autor bloga) kiedy wyszli z ulubionego sklepu, w którym już zaczęło się Boże Narodzenie. Księżyc mgliście spoglądał na wschodzie.

Dlaczego Robert a nie Leonard? - zamyślił się autor bloga nad współczesną poezją śpiewaną (13.10.2016).

(Dopisane: o Leonardzie z "New Yorkera" - tutaj).


środa, 15 kwietnia 2015
Dziennik. Trzy zdania, które wymagają objaśnienia

 

 

Rabbi Cohen rozwiązuje koany1.
Bielany n'existent pas2.
Och, muszę Ci pokazać te pierwiosnki3

(14.04.2015, ul. Szaflarska)

 

______

1 Ostatnio czytam książki powoli. Cohen zajmuje więc moją wyobraźnię, a ta wyobraźnia przeobraża Cohena. W ten sposób Cohen unosi się tego popołudnia nad metrem Stare Bielany i układa mi słowa, żeby ładnie brzmiały.
2 Od poniedziałku rano powtarzam sobie taką mantrę, pożyczoną z blogu To nie jest szczęście. Drogi zamknięte. Autobusy w korkach. Ani wjazdu ani wyjazdu. Nieistnienie staje się coraz bardziej wyraźne.
3 Kwitnące kwiaty w ogrodach. Kot skrada się pod forsycją. Samotny widok różni się od widoku podwójnego.

 
1 , 2